Szczęśliwi młodzi rodzice
fot. Adobe Stock, Daisy Daisy

„Była zamieć i wyłączyli prąd. Myślałem, że gorzej być nie może. Do czasu aż... moja żona zaczęła rodzić"

„Moja żona ma urodzić dziecko w starej chałupie na końcu świata. Serce mi stanęło. Tego nie przewidziałem w najgorszych snach. Niemożliwe! Małgosia musi urodzić w szpitalu. Tylko tam będzie bezpieczna. Ona i nasze dziecko. Nie mówiąc o mnie…".
Szczęśliwi młodzi rodzice
fot. Adobe Stock, Daisy Daisy
Najstraszniejszy dzień mojego życia okazał się wspaniałym początkiem naszej rodzinnej historii.


Jesteśmy razem. I to jest najważniejsze. Wiedziałem, że Małgosia musi tam pojechać. Bardzo chciałem dziecka, ale  gdybym to ja miał je urodzić, byłbym przerażony – przyznałem szczerze.


Chcę pojechać na 2 dni w góry, do babci Agnieszki – powiedziała moja żona, Małgosia. 
 
– Kochanie – zaprotestowałem – poród za dwa tygodnie. Zapomniałaś?
 
Małgosia skrzywiła się bliska płaczu.
 
– Właśnie dlatego chcę ją zobaczyć. Boję się..., a tylko ona może mi pomóc.

Moja żona ma urodzić dziecko w starej chałupie na końcu świata?!

Więcej nie dyskutowałem. Ja też się bałem. Brzuch Małgosi był wielki jak worek z arbuzami. Nie mieściło mi się w głowie, że w środku siedzi człowiek. „Jak zmieni się nasze życie, gdy się stamtąd wydostanie?”. Byłem pełen obaw, ale nie dzieliłem się nimi z żoną. Zgrywałem opanowanego. Wydawało mi się, że na tym polega rola męża. 

Wziąłem urlop i pojechaliśmy w Beskid Niski. Małgosia w dzieciństwie spędzała tam każde wakacje. Zawsze mi powtarzała, że babcia Agnieszka jest jak jej druga mama. A nawet lepsza. Ze swoją matką Małgosia wciąż się kłóciła. A z babcią umiały znaleźć wspólny język. Przez całą ciążę Małgosia chciała się z nią zobaczyć. 

Ciągle coś stawało na przeszkodzie – a to moja praca, a to jej słabe zdrowie. Bo Małgosia musiała dużo leżeć. Uważałem, że podróż w jej stanie tuż przed porodem to ogromne ryzyko. Ale wiedziałem też, że nie mam innego wyjścia. Muszę ją tam zawieść, jeśli mamy żyć w zgodzie.

Śnieg zaczął padać, gdy tylko wyjechaliśmy z miasta

Z każdym kilometrem było trudniej. W górach samochód dwa razy zakopał się w puchu. Na szczęście nasze auto miało mocny silnik. Piłowałem pedał gazu i przedzierałem się przez zaspy. Pod koniec jechałem polną drogą. Wozem trzęsło. Z tyłu Małgosia jęczała cicho. Duży brzuch dawał się jej we znaki.

Ściemniało się już, gdy dotarliśmy na miejsce. Z ulgą zaparkowałem przed płotem niewielkiego domu, w którym mieszkała babcia Agnieszka.

– Małgosia, moje drogie dziecko! – wykrzyknęła na widok wnuczki. 
 
Na dłuższą chwilę zastygły w objęciach. 
 
Zaprosiła nas do środka. Usmażyła naleśników. Zjedliśmy je z ochotą. Opowiadając o swojej pracy, wypiłem kilka kieliszków jeżynowej nalewki. Też lubiłem babcię Agnieszkę. Był w niej spokój. I mądrość, która nie potrzebowała erudycji. To była doświadczona kobieta.

Widziałem, jak bardzo Małgosia jest zadowolona ze spotkania. Aż zarumieniła się z emocji. Ale gdy po kolacji wstała, aby pozbierać talerze, krzyknęła z bólu. Złapała się za brzuch i usiadła. Spojrzałem przestraszony.

„Ta wyprawa to głupota” – pomyślałem. „Niepotrzebnie narażamy Małgosię i dziecko”.
 
– Wszystko w porządku? – zapytałem żonę. Bardzo chciałem, żeby tak było.
 
Babcia Agnieszka też dostrzegła, że coś się dzieje.
 
– Kochana, ja pozbieram – podeszła szybko. 
 
Złapała za talerze. Jak na swoje siedemdziesiąt pięć lat, była bardzo żywotna. Małgosia uśmiechnęła się do mnie. Widziała, jak się przejąłem. Złapała mnie za rękę.
 
– Już dobrze... – powiedziała uspokajająco.
 
Potem kobiety usiadły w kuchni i zaczęły rozmawiać. Nie chciałem się wtrącać. Położyłem się z gazetą na kanapie. Z kuchni dobiegały mnie pojedyncze wyrazy: „dziecko”, „ciąża”, „zaufanie”. 
 
„Rozmawiają o swoich babskich sprawach” – pomyślałem leniwie. Po posiłku i alkoholu stałem się senny. W sumie byłem zadowolony, że dotarliśmy tutaj, do tej zapadłej dziury w górach, gdzie ptaki zawracają. Wiedziałem, że Małgosia bardzo potrzebuje tej wizyty. A ja potrzebowałem, żeby ona czuła się pewnie.

„Gdybym to ja miał rodzić, byłbym przerażony” – przyznałem szczerze. Chciałem dziecka, ale byłem zadowolony, że nie mnie przyjdzie je wydać na świat. Z Małgosią chodziliśmy do szkoły rodzenia. Oddychałem razem z nią i czytałem o pielęgnacji niemowląt. Teoretycznie wiedziałem, czego się spodziewać. Ale teoria, a praktyka to wielka różnica.

Wkrótce miałem się o tym przekonać. 

Zasnąłem zmożony podróżą i jeżynówką. W nocy obudziła mnie Małgosia.

– Kochany – szepnęła – zaczęło się…
 
Podniosłem się nieprzytomny. W pokoju było ciemno. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Małgosia postawiła na stole zapaloną świeczkę.

– Mam skurcze… – powiedziała spokojnie. – Regularne…
 
– Kochanie! – zerwałem się na równe nogi. – Jedziemy do szpitala!
 
Podbiegłem do drzwi, żeby zapalić światło. Nacisnąłem wyłącznik. Nic. Dalej ciemno.
 
– Nie ma prądu – usłyszałem z sieni głos babci. Stała tam ze świecą w dłoni. – To często się tu zdarza, gdy popada…
 
Wzruszyłem ramionami. To już nie moje zmartwienie. Ja muszę teraz jak najszybciej zawieźć żonę do miasta.
 
– Małgoś – powiedziałem powoli, kryjąc irytację. – Dasz radę się ubrać sama? Ja w tym czasie zaniosę bagaże do wozu.
Żona pokręciła przecząco głową.
 
– Pada całą noc. Nie wyjedziemy stąd..
 
Spojrzałem na nią jak na wariatkę. 
 
– Co ty gadasz?
 
Szarpnąłem drzwi. Do sieni wtargnął tuman śniegu. Noc za drzwiami była biała. Nigdy w życiu nie widziałem takiej śnieżnej zamieci. Zatrzasnąłem z trudem drzwi. Nagle zrobiło się ciemno, jak w grobie. To wiatr zdmuchnął świece. Gdy babcia Agnieszka po ciemku szukała zapałek, ja stałem jak skamieniały.

Czułem, że gula przerażenia rośnie mi w brzuchu. To niemożliwe, żebyśmy utknęli w takiej dziczy! Właśnie teraz, gdy moje dziecko chce przyjść na świat. Nie chciałem tego przyjąć do wiadomości. Muszę walczyć. Przecież jestem mężczyzną!
 
– Damy radę – zaśmiałem się ze sztuczną werwą. – Babciu, gdzie masz łopaty?
 
– W komórce – mruknęła staruszka. 
 
– Ale szkoda twojego zachodu, synku. Sypnęło zdrowo.
 
Nie słuchałem jej. Opatulony w kurtkę, czapkę i szalik wyskoczyłem w szalejącą zamieć. Dotarłem z łopatą do samochodu. Śnieg już prawie przykrywał koła. Musiałem go odgarnąć, aby otworzyć drzwi. Zapaliłem silnik. Nacisnąłem pedał gazu. Samochód skoczył. Ale nie posunął się do przodu. Koła buksowały w białym puchu.
 
– Kur...! – wydarłem się. 
 
Na nic przekleństwa. Silnik wył, auto stało w miejscu. Nie chciałem się poddać. Wyskoczyłem i rzuciłem się do kopania. Pracowałem jak furiat, torując nam drogę ucieczki. Ale śniegu było dużo i wciąż leciał z nieba. Z minuty na minutę traciłem wiarę w to, że sobie poradzę. Bolały mnie ramiona. Pot spływał spod czapki. Zrozumiałem, że nie pokonam żywiołu.
 
– To nie dzieje się naprawdę… – mruknąłem do siebie. 
 
Wróciłem do domu. Bałem się spojrzeć Małgosi w oczy. Czułem się winny, że nie potrafię jej obronić.
 
– Zadzwonię po pomoc – mruknąłem. – Policja musi mieć jakieś wozy terenowe. Zabiorą nas stąd.
 
Moja żona skuliła się w nagłym ataku bólu. Gdy minął, chwyciła mnie za rękę.
 
– Janusz – powiedziała cicho. – Nie trzeba… urodzę tutaj…

Moja żona ma urodzić dziecko w starej chałupie na końcu świata?!

Serce mi stanęło. Tego nie przewidziałem w najgorszych snach. Niemożliwe! Małgosia musi urodzić w szpitalu. Tylko tam będzie bezpieczna. Ona i nasze dziecko. Nie mówiąc o mnie…

– Zwariowałaś?! – żachnąłem się. – Jak ty sobie to wyobrażasz? Przecież coś się może stać! W życiu na to nie pozwolę!
 
Poszedłem szukać telefonu, co nie było takie łatwe w ciemnościach. Klnąc na całego znalazłem komórkę za kanapą. Upadła tam, gdy czytałem wieczorem gazetę. Nacisnąłem guzik. Niestety, ekran nie rozjarzył się niebieskim światłem.
 
– Nie, tylko nie to – jęknąłem.
 
Telefon się rozładował. Nie miałem kontaktu ze światem. I nie było prądu, żeby naładować baterie. 
 
Do tej pory myślałem, że jestem przerażony. Teraz strach ścisnął mi wnętrzności stalową łapą. Aż zabrakło mi oddechu. Wyobraziłem sobie, że za chwilę Małgosia zacznie rodzić, krzyczeć z bólu. A ja kompletnie nie mam pojęcia, co robić.
 
Małgosia usiadła obok mnie na kanapie. Spojrzałem jej bezradnie w oczy. Uśmiechnęła się. 
 
– Urodzę… a ty mi pomożesz…
 
– Nie! – odpowiedziałem gorączkowo. – Pobiegnę do wioski, zadzwonię po pomoc… Ktoś musi nas stąd wyciągnąć…
Skoczyłem do kuchni, gdzie była babcia. Dokładała drewna do pieca. Na blasze stał wielki gar.
 
– Babciu – poprosiłem rozgorączkowany. – Gdzie mam iść, do kogo? Powiedz. Muszę zadzwonić, ściągnąć tu lekarza. Przecież Małgośka nie może tak sama… Boże! Muszę coś zrobić…
 
Babcia Agnieszka uśmiechnęła się:
 
– Musisz, synku, musisz… – powiedziała radośnie. – Przyjąć dziecko. Ja wam pomogę. Niejeden maluch trafił w te ręce…
 
Pokazała dwie stare dłonie, palce miała powykręcane artretyzmem. Z trudnością powstrzymałem przekleństwo. „Stara wariatka” – jęknąłem duchu.
 
– Babciu, nie rozumiesz – przekonywałem ją. – Małgosi potrzebny jej lekarz...
 
Chciałem jeszcze więcej jej tłumaczyć, przekonywać. Nagle na plecach poczułem ciało mojej żony. Przytuliła się czule.
 
– Nie potrzebuję lekarza… – szepnęła. – Potrzebuję ciebie, mojego męża…
 
Obróciłem się do niej i objąłem. Chciało mi się płakać. Ze strachu i bezradności. 
 
– Małgosiu... nie wiem, co mam robić... – przyznałem się ze wstydem.
 
Moja żona pogłaskała mnie po włosach. Zaraz potem jęknęła, skuliła się i zaczęła wydmuchiwać powietrze krótkimi parsknięciami. Gdy jej przeszło, powiedziała:
 
– Kochany, poradzimy sobie. A ty nie musisz nic robić. Po prostu bądź...
 
Babcia napaliła w piecu. Ustawiła świece. Na kuchni buzował gar z gorącą wodą. Na łóżku położyła duży kawał folii i przykryła go prześcieradłami. Małgosia rozebrała się i położyła na łóżku. Ale gdy wody jej odeszły, zaczęła krążyć po pokoju.

Stękała, nuciła proste melodyjki. Dla dodania sobie animuszu. Jęczała coraz głośniej. Patrzyłem, jak cierpi i nie mogłem nic zrobić. To było najgorsze.
 
Wtedy Małgosia podeszła do mnie i założyła mi ręce na szyje.
 
– Kochany... – szepnęła. – Tak urodzę...
 
Złapałem ją mocno w pasie, a ona zwisła na mnie jak na gałęzi. Była naga i bardzo piękna. Bałem się porodu, bo wszyscy mówili, że rodząca kobieta to wstrząsający, fizjologiczny widok. Facet nie powinien tego oglądać. A w rzeczywistości trzymałem w rękach ósmy cud świata. Ciało mojej żony było sprężyste i zarumienione. Jak podczas seksu. „Nie taki diabeł straszny...”, pomyślałem sobie.

Co innego myślała Małgosia. Wyrwała się z moich objęć i zaczęła krzyczeć:

– Ku...! – wołała. – Sami sobie rodźcie!

Chciało mi się płakać. Czułem się bezradny. Wtedy do akcji wkroczyła babcia. Położyła dłoń na ramieniu Małgosi.

– Poczuj, co chce twoje ciało... – powiedziałam delikatnie. – Zaufaj mu...

Małgosia zsunęła się z łóżka. Klęknęła na podłodze. Potem kucnęła. Babcia usiadła obok na podłodze. Kiwnęła do mnie. Zbliżyłem się, serce biło mi mocno. Sprawy potoczyły się szybko.

– Czuję główkę – powiedziała.

Po chwili trzymałem w rękach... moją córkę! A z oczu płynęły mi łzy szczęścia.
 
To wszystko wydarzyło się dwa lata temu. Nasza Kasia jest dużą, śliczną dziewczynką. Poród na końcu świata w niczym jej nie zaszkodził. A to doświadczenie wszystkich nas bardzo zbliżyło. Jestem dumny, że mogłem być tak blisko mojej żony i dziecka. 
 
– Kiedyś ludzie rodzili się tylko w domach – śmiała się babcia Agnieszka. – Zapraszam do mnie z drugim!
 
A teraz Małgosia znów jest w ciąży. Ustaliśmy, że nasze drugie dziecko przyjdzie na świat u nas w domu. Oczywiście pod opieką położnej. Nie chcę, aby Małgosia poszła do szpitala. Dom to jest dom. A ja przecież jestem ojcem – czyż nie? I dam sobie radę!

Mariusz, 32 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy