Moja mama zmarła, kiedy byłam w ciąży
fot. Adobe Stock, Stéphane Bidouze

„Byłam w ciąży, kiedy moja mama zmarła. Bałam się, że przez nerwy dziecku stanie się krzywda”

Bałam się, że pech mnie nie opuści i coś stanie się mojej córeczce, że nie donoszę tej ciąży, albo coś pójdzie nie tak podczas porodu… Popadałam w paranoję. Leżąc całymi dniami, zaczęłam „rozmawiać” z mamą.
Moja mama zmarła, kiedy byłam w ciąży
fot. Adobe Stock, Stéphane Bidouze
Jechałam do pracy. Byłam już spóźniona, więc przyznaję, że nieco przekroczyłam dozwoloną prędkość. Nagle, ni stąd ni z owąd, wyskoczył mi jakiś motocyklista. Wyprzedzał na trzeciego, chciałam odbić, by uniknąć zderzenia i… dalej nic nie pamiętam.

Obudziłam się w szpitalu

Na szczęście okazało się, że nic poważnego się nie stało.
– Poza kilkoma stłuczeniami, wszystko jest w porządku. Dziecku też nic się nie stało. Na wszelki wypadek zostanie pani do jutra na obserwacji, ale to tylko formalność – powiedział lekarz.
Dziecku? Jakiemu dziecku? Czy ja potrąciłam jakieś dziecko? – przeraziłam się.

Doktor spojrzał na mnie lekko zdezorientowany.
– Nie, nie, spokojnie. Nikogo pani nie potrąciła – uśmiechnął się.
– Mówię o pani dziecku. Jest pani w ciąży. Jakiś ósmy, dziewiąty tydzień. Nie wiedziała pani?

W pierwszej chwili jego słowa do mnie nie dotarły. Ciąża? Rzeczywiście staraliśmy się z Norbertem o dziecko, ale przez kilka miesięcy nam nie wychodziło i odpuściliśmy. Zresztą Norbert dostał propozycję wyjazdu za granicę i postanowiliśmy odłożyć te plany na pół roku.

Okresu rzeczywiście dawno nie miałam, ale kładłam to na karb stresu związanego z wyjazdem Norberta i zmiany klimatu (byliśmy na wakacjach w Egipcie). A tu raptem okazało się, że jednak jestem w ciąży! Ucieszyłam się. Bardzo.

Nieco pechowy ten początek, ale i tak byłam szczęśliwa

Katastrofa goni katastrofę! Czy to się kiedyś skończy? Postanowiłam na razie trzymać tę radosną nowinę w tajemnicy. Pierwszy powinien dowiedzieć się Norbert. Nie chciałam komunikować mu tego przez telefon, a wyjechał dosłownie dwa dni przed moim wypadkiem.

Musiałam więc odczekać aż cztery tygodnie. Strasznie mnie korciło, by o wszystkim mu powiedzieć. Czasem wręcz siłą się powstrzymywałam. Zwłaszcza po wizytach u ginekologa, a zdążyłam „zaliczyć” dwie. Wszystko było w porządku i nasza kruszynka rozwijała się prawidłowo.

Wreszcie nadszedł dzień powrotu Norberta

Miał być w domu koło dwudziestej drugiej. Postanowiłam zrobić mu niespodziankę – romantyczna kolacja przy świecach, wino, dobra muzyka i ja w seksownej koszulce nocnej. Jeszcze mogłam sobie na taką pozwolić, bo nie przytyłam ani kilograma.  Wszystko było już gotowe. Poszłam jeszcze tylko do łazienki, by poprawić makijaż.

Nie było mnie dosłownie dziesięć minut. Kiedy wróciłam do pokoju, omal nie dostałam zawału serca! Nie wiem, jak to się stało, może serwetki stały zbyt blisko świecznika? W każdym razie, gdy stanęłam w drzwiach stół już cały płonął, ogień zaczął już pożerać krzesła. Z przerażeniem spojrzałam na kanapę, która stała niedaleko. 

„Przecież jeśli ona zacznie się palić, to już nie mam szans tego opanować!” – pomyślałam. Szybko pobiegłam do łazienki, nalałam wody do miski, po czym wróciłam i zaczęłam gasić pożar. Biegałam tak kilka razy, zanim udało mi się opanować żywioł. Bezsilnie opadłam na sofę, która na szczęście ocalała i rozejrzałam się dookoła. Pokój wyglądał tragicznie! Wszystko było zalane wodą. Stół i krzesła w połowie były strawione przez płomienie, panele nadpalone, wyprężone.
Potłuczone naczynia, rozwalone kwiaty… Zaczęłam płakać jak dziecko. I w takim właśnie stanie zastał mnie Norbert.

– Matko jedyna, co tutaj się stało? – krzyknął przerażony i wściekły zarazem.
Zapłakana opowiedziałam mu, jak to szykowałam dla nas romantyczny wieczór i że sama nie wiem, co się wydarzyło.
– Ale co ty zrobiłaś, że się zapaliło? Przecież pokój wygląda jak po wojnie! Jak mogłaś do tego dopuścić? – krzyczał.

Wtedy ja zaczęłam płakać jeszcze bardziej.
Bo chciałam ci powiedzieć, baranie, że będziesz ojcem i chciałam żeby było miło! – warknęłam i zamknęłam się w łazience.

Norbert początkowo nie dowierzał. Kilka razy upewniał się, czy może żartuję i czy nie ma najmniejszej wątpliwości. Ale kiedy pokazałam mu kartę ciąży, zdjęcia USG, zaczął skakać z radości.
– Będę ojcem! O rany, naprawdę będę ojcem! – ekscytował się, przytulał mnie i całował na przemian.

A potem zaczął przepraszać za swój wybuch – w końcu nie podpaliłam mieszkania celowo! Uspokajał mnie i powtarzał, że najważniejsze, że mi i dziecku nic się nie stało.

– No już trudno, zrobi się remont, a przy okazji może przerobimy naszą graciarnię na pokój dla dzidziusia? – przytulił mnie.

Byliśmy bardzo szczęśliwi. Spełniały się nasze marzenia. Najtrudniejsze w tamtym okresie były dla nas rozstania. Norbert chciał skrócić swój wyjazd, ale musiałby zapłacić horrendalne pieniądze, więc postanowiliśmy jakoś przetrać.

– Najważniejsze, że wrócisz przed rozwiązaniem – mówiłam.
Czas upływał szybko, wszystko układało się dobrze, aż do tego feralnego dnia…

Mamy nie ma przy mnie fizycznie, ale czuję jej obecność

Do dziś pamiętam tamten wtorek. Wracałam od ginekologa, wkroczyłam właśnie w dwudziesty ósmy tydzień ciąży. Szłam powoli alejką w kierunku domu. Wdychałam świeże powietrze i cieszyłam się promieniami słońca, które ogrzewały moją twarz. Było mi dobrze i nawet przez myśl mi nie przyszło, że za chwilę może zmienić się całe moje życie.

Nawet kiedy zadzwoniła moja siostra, z którą rozmawiałam jakieś dwie godziny wcześniej, niczego nie podejrzewałam. Aga była zdenerwowana, ale nie chciała mi powiedzieć, o co chodzi. Dopytywała tylko, gdzie jestem i powiedziała, że za chwilę u mnie będzie. Wtedy się zaniepokoiłam. Wiedziałam, że coś musiało się stać. Tylko co? Przez głowę przelatywało mi tysiące myśli, ale prawda okazała się o wiele gorsza niż moje obawy.

Moja mama miała zawał, nie udało się jej uratować. Zmarła, zanim przyjechała karetka. Byłam załamana. Mama była mi bardzo bliska, nikt nie spodziewał się, że odejdzie tak szybko! Była pełna wigoru, energii, wesoła i zawsze uśmiechnięta… Nigdy nie skarżyła się na swoje zdrowie. Nie dalej, jak dwa dni przed śmiercią była u mnie i wspólnie zastanawiałyśmy się, na jaki kolor pomalować ściany w dziecięcym pokoju, gdzie postawić łóżeczko…?

Przeżyłam jej śmierć bardzo mocno

Na pogrzebie zemdlałam i trafiłam do szpitala. Pojawiły się pierwsze skurcze. Dostałam leki i bezwzględny nakaz leżenia do końca ciąży. To załamało mnie jeszcze bardziej. Norbert musiał jeszcze przez kilka tygodni być za granicą. Popołudniami wpadała do mnie siostra, ogarniała, co trzeba, szykowała mi jakieś jedzenie na bieżąco i na kolejny dzień, potem piłyśmy wspólnie herbatę i milczałyśmy albo płakałyśmy.

Nie mogłam zrozumieć, dlaczego spotyka mnie tyle nieszczęść. Tak długo staraliśmy się z Norbertem o to dziecko, a kiedy wreszcie się udało, to okres, który powinien być dla mnie najpiękniejszy, okazał się najbardziej pechowy! Najpierw ten wypadek, potem pożar, śmierć mamy, zagrożenie ciąży…

Bałam się, że pech mnie nie opuści i coś stanie się mojej córeczce (znaliśmy już płeć); że nie donoszę tej ciąży, albo coś pójdzie nie tak podczas porodu… Popadałam w paranoję. Leżąc całymi dniami, zaczęłam „rozmawiać” z mamą.

Opowiadałam jej o swoich obawach, o strachu. Wściekałam się, że gdyby żyła, toby mi pomogła. I prosiłam ją, by czuwała nade mną i naszą małą istotką.  Przez ostatni miesiąc był już ze mną Norbert. Wiele mi to dało. Był dla mnie niesamowitym oparciem. Pomagał mi, dbał o mnie. Byłam też spokojniejsza, że w razie, gdyby coś zaczęło się dziać, nie będę sama i nie będę musiała szukać pomocy u sąsiadów czy dzwonić po siostrę…

Szczęśliwie udało mi się donosić ciążę do 38 tygodnia

To wtedy odeszły mi wody. Jadąc do porodu, powtarzałam w myślach jak mantrę: „Mamusiu, pomóż mi, proszę! Nie pozwól, żeby i teraz coś poszło nie tak! Niech już ten okropny pech mnie opuści!”.

Udało się! Urodziłam wspaniałą, zdrową córeczkę. Sam poród był naprawdę lekki i szybki, wszystko poszło sprawnie. Po trzech dniach mogłam z moją iskiereczką wrócić do domu. Oczywiście dałam jej na imię Krysia, po babci…

Dziś Krysieńka ma już dwa lata, a ja za pół roku urodzę kolejne dziecko. Cały czas głęboko wierzę w to, że gdy byłam w poprzedniej ciąży, czuwała nad nami moja mama i to ona pomogła mi przez to wszystko przejść. Wiem, że nadal czuwa. I tym razem również wszystko dobrze się skończy.

Dagmara, lat 31

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy