Kobieta, która usłyszała złe wieści
fot. Adobe Stock, Photographee.eu

„Byłam w szósty tygodniu ciąży, gdy usłyszałam wyrok. Nogi się pode mną ugięły. Wykryto u mnie wirusa HIV..."

„Ja – wzorowy pracownik, szczęśliwa żona, przyszła mama... I nagle usłyszałam wyrok. Mój świat runął w jednej chwili. Żyję jak z odroczonym wyrokiem śmierci. Każdego ranka dziękuję Bogu za kolejny dzień i za to, że mam zdrową rodzinę".
Kobieta, która usłyszała złe wieści
fot. Adobe Stock, Photographee.eu
Gratuluję, to już szósty tydzień ciąży – lekarz uśmiechał się, patrząc na monitor ultrasonografu. 
 
– Oboje z mężem bardzo się cieszymy, chociaż obawiam się trochę o moje zdrowie, bo często łapię różne infekcje – opowiadałam. 
 
– Proszę być dobrej myśli, tu ma pani skierowanie na badania, proszę do mnie przyjść z wynikami – pan doktor podał mi plik kartek. 
 
Dużo tych badań, a to co? Test na wirusa HIV? – patrzyłam ze zdziwieniem na skierowanie. 
 
– Zlecam to badanie wszystkim moim pacjentkom na początku ciąży, tak na wszelki wypadek – wyjaśnił lekarz. 
 
Zgłosiłam się po odbiór wyników spokojna i wyluzowana. Niczego złego nie przeczuwałam. Byłam młodą kobietą bez żadnych chorób przewlekłych. 
 
– Proszę natychmiast zgłosić się do lekarza, zapewne trzeba będzie powtórzyć badania – laborantka patrzyła na mnie z wyraźną troską. 
 
Wyjęłam z koperty plik wydruków z wynikami i przyjrzałam im się. Moją uwagę przykuł wynik testu na obecność wirusa HIV i słowo „seropozytywny”. 
 
– O Boże, to chyba znaczy… że jestem nosicielką tego wirusa! – jęknęłam przerażona. 
 
Za chwilę uspokoiłam się jednak, bo pomyślałam, że to niemożliwe. Uważałam, że to choroba środowisk patologicznych. A ja? Gdzie miałabym się zarazić tym świństwem? Nie prowadziłam bujnego życia seksualnego, zanim poznałam męża, miałam tylko dwóch partnerów, ale to byli normalni chłopcy.
 
 – Na pewno pomyliły wam się wyniki, to jakaś pomyłka – powiedziałam. 
 
– Pomyłki rzadko się zdarzają – odparła laborantka. 
 
– Proszę od razu pobrać mi krew na powtórne badanie – powiedziałam. 
 
Postanowiłam na razie nic nie mówić w domu, choć wiedziałam, że mąż będzie wypytywał, czy wszystko jest w porządku. 
Wynik kolejnego badania był taki sam, jak poprzednio.

Zrobiło mi się słabo

– Proszę usiąść, przyniosę pani wodę, a może zadzwonię po kogoś bliskiego – pielęgniarka podsunęła mi krzesło. 
 
Zaczęłam krzyczeć histerycznie: 
 
– Dlaczego ja?! Jak to możliwe?! 
 
W jednej chwili moje życie straciło sens. Miałam 26 lat i mnóstwo planów na przyszłość. Przygotowywałam się do obrony dyplomu, chciałam zmienić pracę. Miałam udane małżeństwo i grono przyjaciół. To wszystko nagle przestało mieć znaczenie.

Niepotrzebnie tak się cieszyłam, że będziemy mieli dziecko. Byłam nieuleczalnie chora i przekonana, że moje dziecko również urodzi się chore. Może nawet umrę przed jego urodzeniem, ciąża jest przecież obciążeniem dla zdrowego organizmu, a co dopiero dla mnie.

A co z moim mężem? On na pewno też jest nosicielem, być może nawet on pierwszy złapał to świństwo i mnie zaraził.

Andrzej wspominał przecież kiedyś, że w młodości miał duże powodzenie u dziewczyn. 
 
Pół godziny później przyjechał mąż. 
 
– Co się stało, skarbie, źle się czujesz? – spytał przestraszony. 
 
– Jesteśmy chorzy, mam HIV, ty na pewno też! – rozpaczałam. 
 
– To niemożliwe, nic mi nie dolega, czuję się zdrowy – szepnął przerażony. 
 
W domu przez całą noc płakałam. Mąż nie wiedział, jak mnie uspokoić. 
 
– Miałem kiedyś kolegę nosiciela wirusa, żył normalnie tylko brał codziennie jakieś leki, pracował, miał dziewczynę i mieli się pobrać – opowiadał. 
 
– No tak, skoro masz takich znajomych, to nic dziwnego, że złapałeś to świństwo, to na pewno ty mnie zaraziłeś, wszystko przez ciebie! – wybuchłam wściekła. 
 
Andrzej spojrzał na mnie z wyrzutem. 
 
– To raczej mało prawdopodobne, ale wykluczyć się tego nie da – powiedział wzdychając. 
 
– Więc co?! Chcesz powiedzieć, że to ja?! – parsknęłam. 
 
– Nic takiego nie powiedziałem, w ogóle powinniśmy się wspierać, a nie robić sobie wyrzuty, teraz żadne wzajemne pretensje nam nie pomogą – stwierdził.
 
Dwa dni później pojechaliśmy na wizytę do mojego ginekologa. Podałam mu wyniki badań i rozpłakałam się. 
 
– Spokojnie, jest pani nosicielką wirusa, ale to jeszcze nie koniec świata, najważniejsze, że szybko rozpoznaliśmy wroga – uspokajał. 
 
– Czy są jakieś szanse, że dziecko urodzi się zdrowe? – spytałam, ocierając łzy. 
 
– Są, i to duże, będzie pani przyjmować w czasie ciąży i po porodzie zastrzyki antywirusowe, nie powinna pani też karmić piersią, wtedy ryzyko zakażenia dziecka będzie minimalne – przekonywał. 
 
Ale ja… Nie chcę osierocić mojego dziecka, w dodatku mąż… On też pewnie jest chory – szlochałam. 
 
– Jeśli będziecie państwo się leczyć i dbać o zdrowie, to doczekacie wnuków – zapewniał lekarz. 
 
Wyszliśmy od niego nieco uspokojeni. Poczułam mały promyk nadziei i chciałam biec do jego blasku, chciałam walczyć o zdrowie nasze i naszego dziecka. Po drodze zajechaliśmy odebrać wynik badania Andrzeja. 
 
– Jestem zdrowy! – cieszył się. 
 
– Jak to? To znaczy, że tylko ja jestem chora? – szepnęłam zdumiona. – Pewnie zaraziłam się niedawno, tylko gdzie? 
 
– Nie wiem, może u dentysty albo u kosmetyczki, albo w czasie badań kontrolnych w przychodni – głośno zastanawiał się mój mąż. 
 
Cieszyłam się, że nasze dziecko będzie miało choć jednego rodzica zdrowego, ale czułam też straszny wstyd, że tak bezmyślnie oskarżyłam męża. Przeprosiłam go za to, a on obiecał, że będzie ze mną na dobre i złe.

Ciąża przebiegała bez powikłań

Przyjmowałam zastrzyki na obniżenie wiremii, czyli stężenia wirusa we krwi. Odwiedzałam regularnie ginekologa, a także specjalistę od chorób zakaźnych i psychologa. Wiktoria urodziła się przez cesarskie cięcie w 36. tygodniu ciąży. Była zdrowa. 

– To cud – szeptałam, tuląc moje maleństwo do siebie. 
 
Zrozumiałam, że mimo wszystko mam dużo szczęścia w życiu. O mojej chorobie wiedział tylko mąż, moja siostra i moi lekarze.
 
Wiktoria miała cztery miesiące, gdy Iza, moja przyjaciółka oznajmiła, że jedzie na pogrzeb Marka, swojego kuzyna. Znałam go, dawno temu byliśmy parą. Kochałam go, ale on często zmieniał dziewczyny. Płakałam, gdy mnie zdradził. 
 
– Co mu się stało? Wypadek samochodowy? – dopytywałam się przejęta. 
 
– Nie, Marek był chory, zmarł w hospicjum – wyjaśniła Iza. 
 
– Miał raka? – pytałam. 
 
– Nie, AIDS, wiesz, kiedyś prowadzał się z różnymi panienkami – przyjaciółka zawiesiła głos i spuściła głowę. 

Zamarłam. Wszystko było jasne

Zaraziłam się od Marka, pewnie w czasie pomaturalnego wyjazdu pod namiot. Czułam wstyd, że tak bezmyślnie naraziłam zdrowie. Nie mam odwagi wyznać prawdy Andrzejowi. Rozmawiałam o tym tylko z moim lekarzem. 
 
– To szczęście, że przed ślubem znali się państwo niedługo i że używaliście prezerwatyw – tłumaczył lekarz.
 
Żyję jak z odroczonym wyrokiem śmierci. Każdego ranka dziękuję Bogu za kolejny dzień i za to, że mam zdrową rodzinę.
 
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy