Byłam zazdrosna o dziecko partnera
fot. Adobe Stock, Lightfield Studios

„Byłam zazdrosna o 3-latka. Dlaczego syn mojego partnera był dla niego ważniejszy niż ja?”

„Jeśli Norbert miał wybrać pomiędzy weekendem ze mną a wizytą u syna — zawsze wygrywał syn. Jeździł tam co dwa tygodnie i szybko się nauczyłam, że to ja mam dostosować swoje plany do jego harmonogramu odwiedzin dziecka. Miałam dość”.
Byłam zazdrosna o dziecko partnera
fot. Adobe Stock, Lightfield Studios
Ludzie zerkali na mnie dziwnie. Nie reagowałam, bo byłam do tego przyzwyczajona. Zresztą, mieli rację, przyglądając mi się z zaciekawieniem. Musiałam wyglądać dziwnie jako jedyna osoba bez dziecka siedząca przez kilka godzin z otwartym laptopem na placu zabaw. Przyczyna była prozaiczna.

Miałam potwornie silną alergię na psią sierść i latami szukałam miejsca w przestrzeni publicznej, gdzie nie będę narażona na kontakt z tymi zwierzętami. Moimi oazami spokoju okazały się place zabaw, gdzie nie wolno wprowadzać psów. To dlatego przesiadywałam tam w każdym mieście, które akurat służbowo odwiedzałam.

Powoli zapadał zmierzch i matki zabierały dzieci do domów

Tylko jedna osoba szła w drugą stronę, do furtki. Młody mężczyzna w dresie, z wózkiem. Obserwowałam go kątem oka, jak huśta może półtorarocznego chłopczyka na huśtawkach, kręci na karuzeli i buduje z nim zamek z piasku. W końcu wsadził go do spacerówki i odjechał w stronę bloków.

Zrządzeniem losu spotkałam go następnego dnia w całkowicie innych okolicznościach. Ledwie poznałam go w garniturze i pod krawatem. On absolutnie nie miał pojęcia, że już raz się spotkaliśmy.
– Norbert Sycz, jestem dyrektorem do spraw marketingu – przedstawił mi się.

I na moment „zawiesił mi się system”, jak mawiała moja koleżanka, informatyczka. Facet miał najpiękniejsze oczy, jakie w życiu widziałam: czysto zielone, ze złotą plamką przy lewej źrenicy.
– Yyyy… ja… – usiłowałam jakoś się pozbierać. – Marianna jestem. Z firmy konsultingowej.

Potem było spotkanie, negocjacje, roboczy lunch i masa innych nudnych spraw do załatwienia, a ja przez cały czas ukradkiem popatrywałam na Norberta. Oczywiście ganiłam się w myślach, bo faceta widziałam przecież z dzieckiem, a gdzie dziecko, tam i matka, prawda?

Co z tego jednak, skoro tak straszliwie mi się podobał?

Ku mojemu zaskoczeniu, po podpisaniu umowy między naszymi firmami, Norbert spytał, czy ktoś jedzie na dworzec, bo właśnie zamawia taksówkę. Zgłosiłam się.
– Nie mieszka pan w tym mieście? – zapytałam, zjeżdżając z nim windą.
– Nie – uśmiechnął się. – Mieszkałem do niedawna, ale od roku pracuję w filii w Warszawie. O której ma pani pociąg?

Okazało się, że jedziemy tym samym składem. Przegadaliśmy całą podróż i kiedy wysiadaliśmy, było oczywiste, że nasza znajomość będzie miała ciąg dalszy… nie powiedziałam mu wtedy, że widziałam go na placu zabaw. Starałam się wysondować jego sytuację osobistą, ale przez trzy kolejne spotkania unikał tego tematu.

Dopiero po tym, gdy pocałował mnie po raz pierwszy, wyznał:
– Mam dziecko, synka. Ma siedemnaście miesięcy, mieszka ze swoją matką w Gdyni. Powinnaś o tym wiedzieć.

Odpowiedziałam, że to oczywiście żaden problem i chętnie poznam jego dziecko. Ucieszył się i tego wieczoru więcej nie mówiliśmy o jego przeszłości.

Bartusia nie poznałam jednak jeszcze długo

Norbert był ostrożny, jeśli chodzi o uczucia i deklaracje. Zapewne wynikało to z tego, że jego poprzednia dziewczyna, matka Bartka, zaszła w ciążę po dwóch miesiącach ich znajomości, a związek rozleciał się po sześciu.
Nic nas nie łączyło, nie mieliśmy o czym rozmawiać. Nie wyobrażałem sobie życia z nią… W sumie ona chyba też, bo jeszcze zanim urodził się Bartek, znalazła sobie nowego faceta. Wyszła za niego i uczą Bartka, żeby mówił do niego „tato”. Niby to rozumiem, ale tak mi jakoś z tym dziwnie… To mój syn!

Za każdym razem, kiedy mówił o tamtej kobiecie albo o synku, udawałam, że doskonale go rozumiem i w pełni akceptuję tę sytuację. Prawda jednak była taka, że uwierało mnie to jego ojcostwo. Kiedy stało się jasne, że jesteśmy parą na poważnie, spodziewałam się, że będę dla Norberta przynajmniej tak samo ważna, jak Bartek.

Ale na laptopie mojego ukochanego przy włączaniu wciąż widniało zdjęcie chłopczyka, podobnie jak na tapecie jego smartfonu. I nie chodziło tylko o zdjęcia. Jeśli Norbert miał wybrać pomiędzy weekendem ze mną, a wizytą w Gdyni, zawsze wygrywała Gdynia. Jeździł tam co dwa tygodnie i szybko się nauczyłam, że to ja mam dostosować swoje plany do jego harmonogramu odwiedzin u syna.

– Dwunastego kwietnia są urodziny mojego dziadka – poinformowałam Norberta z miesięcznym wyprzedzeniem. – Wiem, że wtedy wypada twoja sobota w Gdyni, ale może dałoby się to przenieść? Będzie cała moja rodzina, wszyscy chcą cię poznać. Bardzo bym chciała, żebyś pojechał ze mną.

Na początku odrzucił ten pomysł, ale kiedy zobaczył łzy w moich oczach, zmiękł

Powiedział, że zadzwoni do Marzeny, matki Bartka.
– Niestety, ona i jej mąż gdzieś jadą w weekend dwunastego – oznajmił po rozmowie. – Muszę się zająć Bartkiem. Rozumiesz to, prawda? To mój syn.

Powiedziałam, że rozumiem, ale to nie była prawda. Bo wcale nie rozumiałam, dlaczego nawet nie próbował negocjować z Marzeną. Czy nie mógł raz na kilka lat zmienić cholernego terminu odwiedzin? Czy już zawsze wszystko w moim życiu miało być ustawione pod niego, jego byłą kochankę i ich dziecko?!

To moja mama wpadła na pomysł, żebyśmy przyjechali we trójkę. Ani dziadkowie, ani nikt inny z rodziny nie mieli nic przeciwko temu, że przywiozłabym swojego faceta i jego synka. O dziwo, Norbert się zgodził. Przywiózł synka do mnie do domu w przeddzień wyjazdu do moich dziadków.

Mały zupełnie nie przypominał tego berbecia, którego zapamiętałam z placu zabaw. Teraz już chodził, mówił i chciał wszystko robić sam.

Przysięgam, że próbowałam go polubić

Starałam się być dobrą ciocią, jak przedstawił mnie małemu Norbert. Robiłam wszystko, żeby zaprzyjaźnić się z chłopcem, który przecież miał być częścią mojego życia. Ale nie dałam rady… Nie chodziło o to, że Bartek był niegrzeczny czy mnie nie akceptował. Powiedziałabym raczej, że traktował mnie obojętnie.

Byłam dla niego po prostu kolejną kobietą, którą kazano mu nazywać ciocią. Nigdy nie widział ojca z matką, co więcej, miał w domu swojego własnego tatę, więc nawet nie przyszło mu do głowy, żeby być o mnie zazdrosnym czy mnie nie lubić. Nie, to nie chłopczyk miał problem ze mną, tylko ja z nim.

– Nie mogę nic z tym zrobić – wyznałam przyjaciółce. – Staram się go polubić, ale nie mogę! Norbert go uwielbia i to mnie wkurza! On zawsze będzie ważniejszy ode mnie! Zawsze, rozumiesz? A co, jak urodzę własne dziecko? Ten mały i tak będzie ukochanym pierworodnym tatusia… Jestem na przegranej pozycji…
– Przegranej? – Ewa uniosła brwi. – To ty w coś grasz? Z kim? Z trzylatkiem? Dziewczyno, wyluzuj trochę! Wzięłaś sobie faceta z dzieckiem i okej. Kochasz go? Kochasz. On kocha ciebie? Kocha. No to o co chodzi? Jasne, że kocha też swoje dziecko i to tylko dobrze o nim świadczy. Ale mały nie jest twoim rywalem, serio. Nie musisz od razu być jego przyszywaną mamusią, po prostu traktuj go jak dziecko kogoś z rodziny.

Wzięłam sobie tę radę do serca, zwłaszcza że na urodzinach dziadka miałam okazję odświeżyć znajomość z całą zgrają moich kilkuletnich kuzynów. Bawiłam się z nimi, nosiłam ich na rękach i rozmawiałam o rytmice w przedszkolu i pieskach. Tyle że to nie było to samo. Te dzieciaki były po prostu cudzymi dziećmi, którymi przez chwilę się zajmowałam.

A Bartek… cóż, zdałam sobie sprawę, że jest dla mnie problemem. Problemem, który przeszkadza mi w życiu. I bardzo wstydziłam się tej myśli. Następnego dnia po uroczystości rodzinnej Norbert zabrał mnie i małego na obiad na rynek. Był kurczak z frytkami na obiad, lody na deser i spacer pomiędzy budkami, straganami i ulicznymi grajkami.

Oczywiście wszystko tak, żeby Bartek był zadowolony

– Czekajcie, zobaczę tylko tamte dzbanuszki – zawołałam do Norberta i zostałam w tyle.
Wyroby ceramiczne oglądałam już kilka minut, kiedy zadzwoniła moja komórka.
– Gdzie jesteście? – zapytał mój facet. – Ja czekam przy fontannie.
– Ja kupuję dzbanek – odparłam. – Zaraz, jak to: jesteście?

Zostałam w tyle sama. I w tym momencie rozpętało się pandemonium. Okazało się, że Norbert sądził, iż Bartek został ze mną, ja z kolei myślałam, że jest z nim. Kiedy się rozdzieliliśmy, mały musiał zgubić się w tłumie i od kilku minut żadne z nas go nie widziało.
– Bartuś! Bartek! – krzyczałam, przeciskając się między ludźmi. – Proszę pani, widziała pani chłopca, trzy latka, szara bluzeczka, dżinsy, granatowa czapka z daszkiem…? A pan? A wy? Ludzie, widzieliście dziecko? Zaginął chłopiec!

Nigdy w życiu tak się nie bałam

W pamięci jak żywe stanęły mi wszystkie historie o dzieciach porywanych na handel ich narządami albo w innych, podłych celach. Wydzierałam się już na całe gardło, jedną ręką przyciskając telefon do ucha, żeby być w łączności z równie oszalałym ze strachu Norbertem, drugą bez pardonu rozpychając tłum przed sobą. Bartek się nie znalazł.

Policja przyjechała niemal od razu, nadawano komunikaty przez głośniki, ludzie rozglądali się dookoła, angażując w poszukiwania dziecka. I nic. Norbert wyglądał jak upiór, miał szeroko otwarte oczy, był blady jak ściana, drżały mu ręce i nogi. Właśnie odpowiadał na pytania policjantki, równocześnie skanując spanikowanym wzrokiem otoczenie.
Boże, żeby on tylko się znalazł… Boże, oddaj nam dziecko, błagam cię… – modliłam się półgłosem, zaglądając w każdy kąt rynku.

Czułam, że płaczę, chociaż nie wiedziałam, kiedy zaczęłam. W tamtym momencie oddałabym wszystko, żeby tylko Bartuś odnalazł się cały i zdrowy. Nie wyobrażałam sobie sytuacji, że ktoś naprawdę go porwał i skrzywdził… nagle zobaczyłam ptaszka zimorodka. Nie, nie prawdziwego.

To była przypinka, którą Bartek miał przyczepioną do czapki

Leżała między kocimi łbami tuż przy scenie, na której wieczorem miał być koncert. Jak w transie schyliłam się po zimorodka, a potem już nie wstałam, tylko opadłam na kolana. Nie modliłam się jednak, tylko zaglądałam pod rusztowanie sceny. Nie wiem dlaczego, po prostu musiałam tam zajrzeć, jakby kazał mi jakiś wewnętrzny głos.

Bartek leżał jakiś metr ode mnie z jedną ręką podłożoną pod głowę. Wpełzłam tam i dotknęłam jego twarzy.
– Aaaa… – obudził się i spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem. – Ciocia? Chce mi się pić. Gdzie tata?

Okazało się, że mały faktycznie się zgubił, kiedy się rozdzieliliśmy, a potem poszedł na samodzielną wycieczkę. Oddalił się dość znacznie i nie słyszał naszego wołania. Ponieważ w międzyczasie minęła jego pora popołudniowej drzemki, zrobił się śpiący, więc wszedł pod scenę i tam zasnął. Przespał całe zamieszanie. Nie miał pojęcia, że szuka go policja i pół miasta. Kiedy wypełzliśmy spod sceny, przytuliłam Bartka z całej siły i nie chciałam puścić.

– Boże… tak się martwiłam… Kochanie, nigdy więcej tak nie rób, dobrze? Nigdy sam nigdzie nie chodź! Obiecaj mi! Skarbie, obiecujesz?

Bartek spojrzał na mnie nieco zdumiony tym wybuchem emocji, po czym poważnie skinął jasną główką i wyswobodził się z moich objęć. Następnie ponowił prośbę o coś do picia, a ja przypomniałam sobie, że trzeba zadzwonić do Norberta.

Nigdy nie zapomnę tamtego uczucia ulgi i szczęścia, jakie towarzyszyło mi, kiedy niosłam Bartka przez rynek. I kiedy tak tuliłam do piersi jego drobne ciałko, nagle poczułam, że wszystko się zmieniło. To nie był już „problem” ani „dziecko tamtej kobiety”. To był Bartuś, chłopczyk, który ściskał moją szyję i łaskotał mnie swoimi miękkimi włoskami w ucho. Dziecko mojego mężczyzny, z którym zamierzałam dzielić życie. Mały człowiek, który miał stać się częścią tego życia, kochany, rezolutny, samodzielny i ciekawy świata, choć czasami aż za bardzo.

Dzisiaj Bartek ma osiem lat i nadal mówi do mnie „ciociu”, ale dla mnie jest jak syn. Kocham go bezwarunkowo i nigdy nie wyprowadzam z błędu nieznajomych, którzy czasami mówią mi, że mam pięknego, mądrego synka. Jestem wręcz dumna, że biorą mnie za jego mamę.

Przestałam być zazdrosna o uczucia Norberta

Nie usunął zdjęcia małego z tapety telefonu, ale teraz na tej tapecie jestem też ja. Mój narzeczony ustawił tam sobie zdjęcie, na którym jesteśmy wszyscy we trójkę. Ja w swoim telefonie ustawiłam na tapecie tę samą fotografię. Po prostu uwielbiam na nią patrzeć. Wiem jednak, że niebawem trzeba ją będzie wymienić. Bo na zdjęciu pojawi się czwarta osoba, która teraz rozwija się pod moim sercem. Ale to jeszcze za jakieś siedem miesięcy. Chłopcy jeszcze nic nie wiedzą. Zamierzam zrobić im niespodziankę dzisiaj wieczorem!

Marianna, lat 36

Zobacz także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy