Wielodzietna rodzina
fot. Adobe Stock, JenkoAtaman

„Chcieliśmy stworzyć szczęśliwą (patchworkową) rodzinę, ale była Marcina ciągle robiła nam pod górkę”

„Taka patchworkowa rodzina nie jest może najprostsza w obsłudze, ale przecież w życiu nie zawsze musi być z górki, prawda? Dla Marcina i dla mnie najważniejsze jest, że możemy bez przeszkód spędzać czas razem z naszymi dziećmi. A kiedy ktoś pyta, ile mamy dzieci, zgodnie odpowiadamy, że troje”.
Wielodzietna rodzina
fot. Adobe Stock, JenkoAtaman
Kiedyś miałam powodzenie... Hmm, to byłby niezły początek autobiografii, gdybym ją pisała. To znaczy, gdybym była kimś sławnym i ludzi obchodziłoby, co mam do opowiedzenia na temat swojej młodości. No więc, naprawdę podobałam się mężczyznom. Byłam zawsze uśmiechnięta, otwarta i z perspektywy czasu widzę, że również bardzo naiwna. Tak bardzo, że uwierzyłam Sergiuszowi, że jest rozwiedziony i naprawdę mnie kocha. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, przyznał się, że ten rozwód był raczej w sferze jego fantazji. Ciągle miał żonę i nie mógł się z nią rozwieść, bo z jej rodziną łączyły go bardzo intratne interesy.
 
– Ale przysięgam ci, że ona nic dla mnie nie znaczy – zapewniał przerażony moimi łzami. – To tylko biznes, rozumiesz? Gdybym się z nią rozwiódł, zostałbym z niczym, po prostu z niczym! A tak będę mógł utrzymywać dziecko. Tylko musimy zawrzeć układ…
 
– Układ? – powtórzyłam machinalnie. Myślałam, że się przesłyszałam.
 
– Kwestia alimentów pozostaje wyłącznie między nami – tłumaczył. – Magda nie może się nigdy dowiedzieć, że mam dziecko. Rozumiesz, jakie to ważne? Nigdy! Będę mógł ci dawać pieniądze, jeśli ciągle będę pracował w firmie jej ojca! Rozumiesz? No, powiedz, że rozumiesz!

Sergiusz nie uznał Kai, ale przysyłał na nią pieniądze

Rozumiałam. Także to, że to absolutny koniec naszego związku, czy może raczej romansu, bo on przecież był żonaty. Miałam trzymać się z daleka od niego i jego idealnej rodziny, a w zamian dostawałam alimenty.
 
Pozwalały mi one – to trzeba Sergiuszowi przyznać – skupić się na wychowaniu Kai, bo wynosiły tyle, ile wcześniej zarabiałam na cały etat. Taki to był ten układ – chyba uczciwy, kiedy się dobrze zastanowić. No bo przecież mogłam zażądać, żeby mi pokazał akt rozwodu, a nie wierzyć, jak pierwsza naiwna, na słowo…
 
Sergiusz niekoniecznie chciał się udzielać jako ojciec, i kiedy Kaja miała cztery lata, skończyłam z rozpaczliwymi próbami wyżebrania u niego spotkań z córką. Nadal przesyłał mi pieniądze na konto, ale kontakt między nami urwał się całkowicie.
Mijały lata. Kiedy Kaja poszła do szkoły, moja przyjaciółka postawiła sobie za punkt honoru, żeby mnie z kimś zeswatać.
 
– Powinnaś sobie kogoś znaleźć – powtarzała z uporem. – Kaja nie jest już taka mała, spokojnie możesz teraz zająć się własnym życiem.
 
– Łatwo powiedzieć – sarkałam w odpowiedzi. – Myślisz, że faceci są tacy chętni, żeby wiązać się z panną z dzieckiem? Nawet podrośniętym…
 
Nie można powiedzieć. że się nie starałam. Umawiałam się z pewnym księgowym, ale w końcu uznałam, że nie wytrzymam z kimś tak strasznie konserwatywnym. Potem był motorniczy, przystojny facet z poczuciem humoru, ale i skory do wypitki. Skończyłam z nim, kiedy zadzwonił do mnie po pijaku. Dwa następne związki też mi się nie udały. 
 
– Widziałaś to?! – Eliza właśnie siedziała przy moim laptopie i szukała informacji o naszej podstawówce.
 
– O, zdjęcia z balu ósmych klas, nasz rocznik! – ucieszyłam się. – Patrz, tańczę z Marcinem! Pamiętasz go? Ależ ja się w nim kochałam…
 
Eliza poszła, a mnie podkusiło, żeby poszukać mojej szkolnej miłości w internecie. Znalazłam go od razu. Mieszkał w innym mieście, miał własny salon fryzjerski i chwalił się zdjęciami z dwiema córeczkami. Starsza była mniej więcej w wieku Kai.
 
– Napisałam do niego – oznajmiłam przyjaciółce dzień później. – Ciekawe, czy mnie skojarzy i odpisze?
 
Marcin odpisał tego samego dnia. Strasznie się ucieszył, że go znalazłam, był ciekaw, co u mnie i chętnie opowiadał o swoim życiu. Przez kilka dni wymienialiśmy obszerne maile, ale nie poruszyliśmy najważniejszego tematu: czy jesteśmy wolni. Ja otworzyłam się pierwsza i krótko napisałam, że córeczkę wychowuję samotnie, a z jej ojcem od dawna nie mam kontaktu.
 
– Wiem coś o błędach młodości – napisał. – Sam mam dwie córki i chciałbym, żeby spędzały ze mną więcej czasu. Niestety ich mamie niezbyt to odpowiada…
 
Potem rozmawialiśmy jeszcze bardziej otwarcie. Dowiedziałam się, że jego była żona mieszka z dziećmi w tym samym mieście co ja, więc on często tu bywa. Sama nie wiem, jak to się stało, ale spontanicznie zaproponowałam, by przy następnej okazji wpadł do mnie na kawę. Nim zdążyłam pożałować takiego „narzucania się”, odpisał, że jasne, odwiedzi mnie i Kaję z przyjemnością.

Marcin z miejsca podbił serce mojej córki 

Moment, w którym otworzyłam Marcinowi drzwi i spojrzałam mu w oczy, zapamiętam chyba do końca życia. To było jak nagły lot wehikułem czasu w przeszłość na lekcję matematyki z Nietoperzycą, bo tak nazywaliśmy naszą nauczycielkę. Marcin stał pod tablicą i patrzył wprost na mnie. Ja siedziałam w pierwszej ławce i usilnie próbowałam podpowiedzieć mu wynik równania, ale on nie reagował. Wgapiał się we mnie jak zahipnotyzowany. Dostał wtedy jedynkę…
 
– Rany, dziewczyno, nic się nie zmieniłaś! – odezwał się teraz i mnie uściskał. – Wiesz, co? Nie dawaj mi kawy, zdaje się, że już i tak mi ciśnienie skoczyło na twój widok!
 
I tak, dwadzieścia trzy lata po owej magicznej chwili na lekcji matematyki, zaczął się nasz związek.
 
– Cześć, jestem Marcin, a ty pewnie jesteś Kaja – powitał moją córkę, kiedy wróciła ze szkoły. – Mam córę rok od ciebie starszą, wiesz? Pewnie też lubisz Violettę? Emilka ją uwielbia. Masz już plakat z ostatniego koncertu? Nie? To proszę, przywiozłem, specjalnie dla ciebie!
 
To wystarczyło, żeby moja córka zaczęła uwielbiać Marcina i dopytywać, kiedy znowu do nas przyjdzie. A kiedy dowiedziała się, że ma on jeszcze jedną córkę, Marysię, pięć lat młodszą od niej, zaczęła domagać się spotkania z dziewczynkami.
Wkrótce zaczęliśmy planować wspólne ferie zimowe. Dziewczynkom jeszcze nic nie mówiliśmy, Marcin chciał najpierw porozmawiać z ich mamą. 
 
– I co? – zapytałam podczas kolejnego weekendu, kiedy wrócił do mnie od córek. – Żona nie ma nic przeciwko temu, żebyśmy jechali w piątkę?
 
– Ma – rzucił lakonicznie.
 
– Jak to? – zamrugałam oczami. 
 
– Powiedziała, że jej dzieci mają prawo do tego, żeby ojciec poświęcił im sto procent czasu, który z nimi spędza, a nie tylko część. 
 
– Nie rozumiem – bezradnie rozłożyłam ręce.
 
– Ona uważa, że jeśli pojedziesz też ty i Kaja, będę olewał córki. Wyobrażasz to sobie?! Ja będę olewał córki! 
 
Rozumiałam jego wściekłość. Obmyślaliśmy te ferie od tygodni, zaklepaliśmy pokoje w pensjonacie w górach, nawet umówiliśmy już dziewczynkom trenera jazdy na nartach. Planowaliśmy kulig i wycieczki. Marcin żył tym wyjazdem! Nasze córki miały się wreszcie poznać; liczyliśmy na to, że jego starsza zaprzyjaźni się z Kają. Ja cieszyłam się, że będę mogła przedstawić się córkom człowieka, z którym wiązałam przyszłość. Chciałam nawiązać z nimi jakieś porozumienie, bo naprawdę ważne było dla mnie, żebyśmy miały dobry kontakt.
 
– Ale co dokładnie powiedziała? – drążyłam. Aż mi zaschło w gardle, tak bałam się odpowiedzi.
 
– Że będę olewał dzieci, dokładnie tak się wyraziła. Więc ich nie puści, jeśli mam zamiar jechać z tobą. Koniec, kropka. I że mogę ją pozwać, jak mi się to nie podoba.
 
– Pewnie możesz – szepnęłam. – Ona nie ma prawa zabraniać im tego wyjazdu. A ty masz prawo mieć nową partnerkę i też spędzać z nią urlop. Czy ona tego nie rozumie?!
 
– Rozumie. – Wzruszył ramionami. – Zapewniam cię, że świetnie rozumie. Tylko jej się to nie podoba. Wolałaby, żebym do końca życia był sam, kłuje ją w oczy, że znowu jestem szczęśliwy. I zrobi wszystko, żeby mi to szczęście zniszczyć…
 
Opcji z pozwem nawet nie braliśmy pod uwagę. Co by to dało? Jedynie batalię w sądzie, koszty, masę nieprzyjemności i stresu. Trochę się nasłuchałam o tym, jak się ciągną sprawy w sądach rodzinnych. Wystarczy, że jedna strona się nie stawia albo w inny sposób przedłuża proces, a może on się ciągnąć latami bez żadnego orzeczenia. A nawet jeśli sędzia wydałby wyrok na korzyść Marcina, to co z tego? Zmuszenie matki, żeby wydała dzieci jest praktycznie niemożliwe. Miałby po nie przyjechać w towarzystwie uzbrojonych policjantów? Przecież to bez sensu.
 
– Nie chodzi o to, żeby z nią wygrać – powiedziałam, kiedy kompletnie zdruzgotany zbierał się do domu. Czekało go kilka godzin jazdy. 
 
– Trzeba ją przekonać. Ona musi czuć, że to dobry pomysł, żeby dziewczynki poznały mnie i Kaję…
 
– Ona chce, żebym był nieszczęśliwy! – Marcin wbił wzrok w ścianę. – Ręczę ci, że próbowałem ją przekonać. Jezu, ja ją błagałem! I nic. Rozumiesz? Żadne argumenty do niej nie przemawiają. Albo pojadę z córkami sam, albo nici z wyjazdu. Nie dopuści, żeby życie znowu zaczęło mi się układać!

Musiałam się z nią spotkać i spróbować porozmawiać

Wyszedł, a ja zaczęłam się zastanawiać nad postawą tej kobiety. Pomyślałam, że to, jak ja postrzegam Marcina, nie oznacza, że ona ma taki sam obraz. W końcu rozwody nigdy nie są stuprocentowo z winy jednej ze stron. Marcin powiedział, że Beata go raniła, upokarzała, okłamywała i prawdopodobnie zdradzała. Co ona miałaby do powiedzenia o nim?
 
– Co za wredne babsko! – Eliza szybko oceniła zachowanie Beaty. 
 
– Pewnie się wkurza, bo on ma ciebie, a ona nikogo sobie nie znalazła! Ciągle jest sama, mówiłaś, no nie?
 
– Tak – przytaknęłam. – I chyba cię to specjalnie nie dziwi?
 
– Z takim charakterem…
 
– Chodziło mi o to, że ma dzieci – sprostowałam. – Mnie z jednym było ciężko kogoś znaleźć, a ona samotnie wychowuje dwójkę.
 
– No to sprawa jest prosta – zawyrokowała Eliza. – Ona pewnie liczy, że Marcin do niej wróci i dlatego cię nienawidzi! I zrobi wszystko, żeby mu obrzydzić wasz związek!
 
Może było w tym ziarnko prawdy, nie miałam pojęcia. Nie znałam tej Beaty. A właściwie znałam ją tylko z opowieści Marcina.
 
Ferie się zbliżały, a sprawa wciąż była niewyjaśniona. Czułam się niekomfortowo. Właściwie, gdybym powiedziała, że Kaja i ja pojedziemy gdzie indziej, Marcin mógłby spędzić urlop z córkami.

– On zapłacił zaliczkę, więc w sumie mogę zmienić plany. Może powinnam tak zrobić? – poradziłam się Elizy. – Dla niego to ważne, żeby spędzić te dwa tygodnie z dziećmi. Może nie powinnam się wtrącać?
 
– Zgłupiałaś?! – fuknęła. – Nie możesz rezygnować tylko dlatego, że zaborcza była żona usiłuje cię wypchnąć z życia faceta, którego kochasz! Walcz o swoje, dziewczyno! Pokaż jej, że łączy was coś więcej niż tylko przelotny romans!
 
Eliza zawsze potrafiła walczyć o swoje. Ale ja byłam inna. Już raz byłam w podobnej sytuacji. Mój mężczyzna – bo wtedy tak myślałam o Sergiuszu – miał wybór: mógł zostać z żoną albo zamieszkać ze mną i naszym dzieckiem. Mógł, ale nie chciał. Wybrał pieniądze, wygodne życie. Może powinnam była wtedy energiczniej o niego walczyć, może powiedzieć o wszystkim jego żonie i utrudnić mu pozostanie w tym iluzorycznym ciepełku? Właściwie to dlaczego tak łatwo zgodziłam się trzymać fakt istnienia naszej córki w tajemnicy? Przecież alimenty i tak musiałby płacić, od tego są sądy.
 
Długo myślałam o tym, że powinnam była nalegać, żeby żona Sergiusza dowiedziała się o wszystkim. To byłoby uczciwe. Może wcale nie chciałaby dłużej z nim być? Może on byłby wtedy ze mną? Podzieliłam się tą myślą z Elizą.
 
– Rok później pewnie by cię rzucił, bo znalazłby sobie kolejną naiwną – oznajmiła z przekonaniem. – On nie był wzorem wierności, prawda?
 
Wyobraziłam sobie Sergiusza, który ze mną zostaje, a potem niespodziewanie mówi: „Wybacz, kochanie, ale chyba popełniłem błąd”, po czym układa sobie życie z kimś innym.
 
– To by było jeszcze gorsze – westchnęłam. – Ta żona była przede mną, ale gdyby znalazł szczęście po mnie, to byłoby takie upokarzające. Nie wiem, czy bym mu wybaczyła.
 
I nagle zrozumiałam, co powinnam zrobić w sprawie ferii. Marcin kiedyś pokazał mi, gdzie mieszkają jego córki, więc w niedzielę wieczorem pojechałam pod ten adres. Zadzwoniłam do drzwi. Otworzyła mi drobna, niezbyt zadbana kobieta. Miała na sobie dres.
 
– Dobry wieczór, mam na imię  Wanda, chciałabym porozmawiać z panią Beatą. Czy to pani?
 
Oczywiście była nieufna, a kiedy dowiedziała się, kim jestem, chciała wyrzucić mnie z domu.
 
– Proszę mnie wysłuchać… – zrobiłam proszącą minę. – Ja też mam córkę, a jej ojciec zostawił mnie, kiedy byłam w ciąży.
Naprawdę, przeszłam swoje. Przez dziesięć lat wychowywałam Kaję samotnie, więc wiem, że to nie jest łatwe…
 
– Czego pani właściwie ode mnie chce? – nie otworzyła szerzej drzwi, ale też przestała je zamykać.
 
– Proszę, spróbujmy porozmawiać o naszych dzieciach – odpowiedziałam. – Bo mamy córki niemal w tym samym wieku, a ja i ich tata się spotykamy. I myślę, że my, dorośli, możemy to rozegrać tak, żeby dziewczynki coś zyskały, a nie straciły…
 
W końcu mnie wpuściła, chociaż tylko do przedpokoju. Nie mogę powiedzieć, żeby spojrzała na mnie przychylnie, kiedy wyjaśniłam jej, że jestem w poważnym związku z jej byłym mężem, ale nie widziałam na jej twarzy jawnej wrogości.
 
– To, że się pani związała z moim byłym mężem, to pani wybór – powiedziała w końcu, wykrzywiając lekko usta. – W sumie ja też kiedyś popełniłam ten błąd…
 
Nie przerywałam jej. Pozwoliłam wyrzucić z siebie żal, jaki najwyraźniej miała do Marcina. Ja pewnie też nie darzyłabym sympatią faceta, który zostawił mnie z dwójką dzieci, nawet jeśli wcale tego nie chciał. 
 
W końcu jednak, kiedy zrozumiała, że nie zamierzam bronić Marcina ani stawać po jego stronie w ich sporze, pokiwała głową w zamyśleniu nad moją propozycją.
 
– Spotkamy się w piątkę przed feriami – wcześniej dobrze to obmyśliłam. – Spędzimy razem jeden dzień, a potem córki opowiedzą pani, jak było. Jeśli uzna pani, że ja i moja córka jesteśmy złym towarzystwem dla pani dzieci, odpuszczę i pojadę z Kają gdzie indziej. Ale może okaże się, że dziewczynki się polubią i będą chciały razem jeździć na nartach? Możemy się tak umówić?
 
Potrzymała mnie chwilę w niepewności, zastanawiając się, co odpowiedzieć, ale w końcu się zgodziła.

Najważniejsze, że nasze dzieci są szczęśliwe

Ten pierwszy wspólny dzień spędziliśmy bardzo intensywnie: na kręglach, lodowisku i w pierogarni, gdzie wszystkie trzy dziewczynki odkryły, że uwielbiają pierogi z truskawkami i bitą śmietaną. Kiedy Marcin odwoził córki do Beaty, kazałam mu na nią nie naciskać.
 
– Sama musi zdecydować – powiedziałam. – Ja bym chciała, żeby ktoś dał mi taką możliwość.
 
Beata zadzwoniła do Marcina pięć dni później, informując go, że może jechać na ferie z córkami i… z nami. Ponoć wygłosiła to wszystko szorstkim, niemal rozkazującym tonem, ale najważniejsze, że się zgodziła! I pojechaliśmy…
 
Nie, Beata i ja nie zostałyśmy i pewnie nigdy nie zostaniemy przyjaciółkami. Nadal, kiedy się okazjonalnie spotykamy, ona stara się demonstrować zdziwienie, że ciągle coś widzę w Marcinie. Ale, co zaskakujące, dla Kai jest naprawdę miła, jakby ta była po prostu przyjaciółką Emilki. Bo dziewczynki rzeczywiście się zaprzyjaźniły, w czym spory udział ma ich uwielbienie dla Violetty, której fanklub prowadzą wspólnie w internecie. Mała Marysia wprawdzie na razie woli kreskówki Disneya, ale też pięknie dogaduje się ze mną i z Kają.
 
Taka patchworkowa rodzina nie jest może najprostsza w obsłudze, ale przecież w życiu nie zawsze musi być z górki, prawda? Dla Marcina i dla mnie najważniejsze jest, że możemy bez przeszkód spędzać czas razem z naszymi dziećmi. A kiedy ktoś pyta, ile mamy dzieci, zgodnie odpowiadamy, że troje. Trzy wspaniałe córki!
 
Wanda, 32 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy