Dziewczynka, która oczekuje rodzeństwa
fot. Adobe Stock, NDABCREATIVITY

„Córka zapragnęła mieć rodzeństwo, bo wszystkie jej koleżanki miały. To ona nas zmusiła, żebyśmy mieli drugie dziecko”

„Myśleliśmy, że Zosia chwilę nas pomęczy i przestanie, ale ona nie odpuszczała. Wybrała imię i wypaliła przy naszych znajomych, że żona jest w ciąży. Nie było już odwrotu”.
Dziewczynka, która oczekuje rodzeństwa
fot. Adobe Stock, NDABCREATIVITY
Mamusiu, a kiedy ty będziesz w ciąży? – zapytała niewinnie Zosia, nasza sześcioletnia córeczka.
 
– No… nie wiem – odpowiedziała lekko zdziwiona pytaniem moja Gabriela.
– A kiedy będziesz wiedzieć? – dopytywała się nasza córka.
– Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę w ciąży.
– To skąd ja wezmę braciszka ?! – bezbrzeżnie zdziwiona Zosia przyglądała się raz mnie, raz matce.
– A po co ci braciszek? – zapytałem.
– No bo Kasia ma. I Antosia ma. I nawet ta wstrętna Ewa też będzie zaraz miała. To ja też chcę mieć.
– Ale po co ci? Taki malec będzie płakał nocami, marudził – próbowała ją zniechęcić Gabrysia. – I nie będziemy mogli ci już poświęcać tak dużo czasu, bo będziemy musieli zająć się twoim braciszkiem.
– Trudno – oświadczyła mężnie Zosia, i z niewzruszoną pewnością siebie dodała. – Zresztą, nie będziecie musieli się nim tak zajmować, bo ja mogę wychodzić z nim na spacery i dużo się bawić.
– Ale będziesz mu musiała oddać swój pokój – sięgnąłem po najcięższy kaliber argumentów.
 
Własny pokój dla Zosi był czymś absolutnie wyjątkowym. Zdobyła go ledwie pół roku wcześniej, kiedy przeprowadziliśmy się do nowego, większego mieszkania. Dlatego gdy wspomniałem o konieczności jego oddania, zawahała się. Ale tylko na chwilę.
 
– Poświęcę się. Chcę mieć braciszka. To co, mamusiu, kiedy będziesz w ciąży?
 
Rozmowy z takimi małymi, rezolutnymi damami, jak Zosia, nigdy nie należą do łatwych. A jeszcze trudniej jest, gdy sobie wbiją coś do głowy. Jedyną metodą jest liczenie na to, że temat się wkrótce zdezaktualizuje i głowę dziecka zajmie jakaś zupełnie inna zachcianka.
 
Taką i my mieliśmy nadzieję, bo po uporze Zosi widzieliśmy, że żadne tłumaczenia jej nie przekonają. Dlatego odpuściliśmy temat i nie przekonywaliśmy jej już dłużej. A na kolejne pytania w temacie „braciszek” odpowiadaliśmy zdawkowo, że się zastanowimy.

I czekaliśmy, aż czas zrobi swoje. Srodze się jednak zawiedliśmy

Zainteresowanie naszej córeczki braciszkiem wcale nie zmalało, a wręcz przeciwnie. Z każdym tygodniem przybierało na sile. Zosia zaczęła w trakcie wizyt w supermarkecie wyszukiwać dla niego ciuszki, zabaweczki i tym podobne. Nie widziała też powodu, żeby ich nie kupić, skoro zaraz po tym jak się zastanowimy, będzie miała braciszka. Najwyraźniej nie przyjmowała do wiadomości, że możemy nie spełnić jej prośby. Ba, nawet nadała swojemu jeszcze niepoczętemu braciszkowi imię. Stefan.
 
– Mamo, pamiętaj, jak Stefan się urodzi, to koniecznie trzeba mu będzie kupić kaloszki – napominała moją żonę. – Bo jak Kaśka uczyła swojego braciszka chodzić, to on nie miał kaloszków i mu buty przemiękły, a potem się rozchorował. No i mama nakrzyczała na Kaśkę.  A ja nie chcę, żebyś ty na mnie krzyczała.
 
– Tato, a jak będziesz uczył Stefana grać w piłkę, to ja też chcę tam koniecznie być – żądała ode mnie. – Bo jak ojciec Antosi uczył grać jej braciszka, to on się przewrócił i zdarł sobie kolanko. No i tata Antosi na niego nakrzyczał, że niezdara. A tak nie można, bo trzeba przytulić i pocałować w kolanko, żeby nie bolało.
 
W ten sposób Stefan powoli stawał się członkiem naszej rodziny, choć tak naprawdę nie był przecież nawet w planach. Przynajmniej moich i żony. Czasem jednak sami łapaliśmy się na tym, że myślimy o nim, jak o niemal rzeczywistej istocie. 
A ja nawet jakby trochę zacząłem tęsknić za tym, żeby go kiedyś zobaczyć.
 
– Kochanie, mam wrażenie, że nie mamy co liczyć na to, że Zosia przestanie myśleć o Stefanie – powiedziałem do żony któregoś wieczoru.
– Kiedyś w końcu jej musi przejść.
– A może nie musi?
– Co masz na myśli? – Gabrysia przyjrzała mi się uważnie.
– No, bo może to nie jest zły pomysł. 
– Widzę, że i ty popadłeś w tę paranoję. Ale nic z tego. Ustaliliśmy, że nie planujemy kolejnego dziecka. Już i tak teraz ledwo wiążemy koniec z końcem. A poza tym ja nie mam zamiaru się znowu roztyć, jak po ciąży z Zosią! Trzy lata wracałam do właściwej wagi!
 
Zrozumiałem, że właśnie wkroczyłem na nader grząski grunt dotyczący szczupłej sylwetki mojej żony. A ponieważ zauważyłem, że ostatnio znów zaczyna mieć problemy z utrzymaniem wagi i bardzo ją to stresuje, żadna rozmowa na temat Stefana nie ma teraz sensu.
 
Kilka miesięcy później Zosia właściwie przestała się dopytywać o braciszka. Przypuszczaliśmy, że jest to związane 
z tym, że jej głowę zaczęło zaprzątać pójście do szkoły i emocje z tym związane.
 
Była szczególnie podekscytowana uroczystością rozpoczynającą jej pierwszy rok szkolny. Razem z nią do klasy miało chodzić większość jej koleżanek z przedszkola. Wszystkie zjawiły się na inauguracji roku szkolnego z rodzicami oraz młodszym rodzeństwem.
 
Zaraz po zakończeniu uroczystości staliśmy we wspólnym gronie. Dorośli obok dzieci.

I nagle Zosia wypaliła

– A ja niedługo będę mieć braciszka!
– To wspaniale, gratuluję – mama Antosi ucałowała moją żonę.
– Ale… – próbowała protestować Gabriela.
– Wiem, że to miała być tajemnica. Ale poznałam po tym, że ci brzuszek ostatnio urósł – przerwała jej Zosia.
 
Gdyby nie fakt, że moja żona bardzo kocha naszą córeczkę, prawdopodobnie spopieliłaby ją samym wzrokiem. A tłumaczenie, że brzuszek u mojej żony pojawił się nie z powodu ciąży, ale łakomstwa było co najmniej kłopotliwe. Jedyne, co mogłem dla niej zrobić, to powiedzieć, że bardzo się spieszymy i zabrać obie moje panie jak najszybciej do samochodu.
 
W domu żona nakrzyczała strasznie na Zosię. Zapowiedziała jej również, że może zapomnieć o Stefanie. Bo braciszków to mają grzeczne dziewczynki, a nie takie, które paplają, co im ślina na język przyniesie.
 
– Nie powinnaś jej tak mówić – powiedziałem do żony, gdy zostaliśmy sami. – Ja wiem, sprawiła ci przykrość, ale to nie jej wina.
– A co, może moja, bo ostatnio przytyłam?! – natarła na mnie bojowo Gabrysia.
– To niczyja wina – odpowiedziałem wymijająco. – Tak po prostu wyszło.
– Tak?! I co ja teraz powiem mamom innych dzieci?
– Zawsze możesz powiedzieć, że ciąży się nie udało utrzymać.
– A one wtedy będą mi cały czas współczuć. To chyba jeszcze gorsze, niż gdyby dowiedziały się, że po prostu przytyłam.
– To zawsze zostaje jeszcze… – urwałem, bo nie wiedziałem, jak to powiedzieć. Ale żona świetnie mnie zrozumiała.
– Zapomnij! Nie ma mowy o żadnym dziecku – stwierdziła kategorycznie, ale zaraz potem złagodniała. – Zresztą nie wiadomo, czy by nam się udało.
– Ale co nam szkodzi spróbować? – spojrzałem na nią niewinnie.
– Właściwie może rzeczywiście, co nam szkodzi…
 
Nie wiem, dlaczego Gabriela nagle zdecydowała się na kolejne dziecko. Czy uznała, że to pozwoli jej się nie tłumaczyć z głupiego wyskoku naszej Zosi? A może po prostu w końcu doszła do wniosku, że powinniśmy mieć drugie dziecko?
 
Nieważne. Grunt, że zaczęliśmy starania od razu i… od razu je zakończyliśmy! No może z takim – odrobinę niepełnym – sukcesem. Bo nie wyszedł nam chłopczyk, jak marzyła Zosia, ale druga dziewczynka. Jednak konsekwentnie pozostaliśmy przy imieniu. I nazwaliśmy naszą drugą córeczkę Stefania.

Krzysztof, 38 lat

Czytaj także:
„Mój syn zawsze był rozpuszczany przez dziadków. Skończyło się na tym, że… zaczął ich okradać!”
„Byłam zła na córkę, że wiecznie zawraca mi głowę. Ale jak można obwiniać dziecko, że pragnie uwagi rodzica?”
„Marzyłam o wielkiej rodzinie, ale życie mnie zweryfikowało. Byłam bezpłodna. Moją matczyną miłość przelałam na córkę sąsiadki”
 
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy