Załamana kobieta, która straciła dziecko
fot. Adobe Stock, PheelingsMedia

„Córka umierała na moich rękach, a ja nie mogłam jej pomóc. W pierwszy dzień szkoły zginęła pod kołami pijanego kierowcy”

„Mówią, że w momentach śmiertelnego niebezpieczeństwa matki są w stanie zrobić wszystko dla swoich dzieci: podnosić niewyobrażalne ciężary, biegać z szybkością światła, walczyć do utraty tchu... Ja nie mogłam zrobić nic. Stałam jak sparaliżowana. Nie potrafiłam jej obronić”
Załamana kobieta, która straciła dziecko
fot. Adobe Stock, PheelingsMedia
Pierwszy września jest dla mnie najcięższym dniem w całym roku. Wokół tłumy uroczyście ubranych dzieci spieszą się na rozpoczęcie roku szkolnego, a te młodsze prowadzone są przez matki za ręce. Stoją przed szkołą, rozmawiają o tym, co się z kim działo podczas wakacji, śmieją się radośnie…
 
Jeszcze trzy lata temu sama w tym uczestniczyłam, a nie tylko byłam obserwatorem. Rano pierwszego września nawet nie musiałam budzić Kariny, bo już o szóstej zerwała się na równe nogi i sprawdzała, czy jej granatowa spódniczka i biała bluzeczka na pewno są dobrze wyprasowane. Mnie też zaraz ściągnęła z łóżka, żebym zaplotła jej dwa warkocze francuskie. Twierdziła, że w takiej fryzurze czuje się jak „elegancka dama”. Strasznie nas to śmieszyło, bo Karinka miała pójść dopiero do drugiej klasy, ale lubiła używać takich poważnych słów.

Gdybym wyszła choć minutę wcześniej…

Z nauką radziła sobie doskonale, była najlepszą uczennicą w klasie i uwielbiła chodzić do szkoły. Chociaż w wakacje byliśmy w Grecji i cały miesiąc spędziła na wsi, u babci, gdzie na pewno nie mogła narzekać na brak rozrywek, to i tak codziennie skreślała w kalendarzu jeden dzień, który przybliżał ją do pierwszego września.
 
– Ja chcę już do pani Basi i do Zuzi, Madzi i Kasi – marudziła od czasu do czasu, a mój mąż, Darek, śmiał się, że Karina uwielbia szkołę przede wszystkim z powodu życia towarzyskiego.
 
Oczywiście tylko żartował. Nasza córka była po prostu ciekawa świata.
 
Pod koniec tamtych pamiętnych wakacji poszłyśmy do sklepu i kupiliśmy małej książki i wszystkie przybory szkolne: zeszyty, bloki, długopisy, ołówki, papiery kolorowe, kleje, farby, plasteliny… Karina codziennie je przeglądała, układała 
w plecaku i kazała sobie tłumaczyć zadania matematyczne, które wyszukiwała w podręczniku. Taka z niej była mała iskierka, żywe srebro... 
 
Tamtej nocy, trzy lata temu, kiepsko spałam i cały ranek bolała mnie głowa, więc zrobiłam sobie mocną, czarną kawę, chociaż normalnie takiej nie cierpię.
 
– Mamusiu, spóźnimy się do szkoły! – Karina niecierpliwie podskakiwała na jednej nodze, już ubrana, uczesana i nawet w płaszczyku. – A jak Julka usiądzie w ławce z kimś innym?
 
– Zdążymy – uspokajałam ją, parząc sobie w pośpiechu usta kawą.
 
Gdybym tylko jej posłuchała, zostawiła tę cholerną kawę i wyszła z domu chociaż minutę wcześniej…
 
Ale wyszłyśmy w pół do ósmej i ruszyłyśmy do szkoły na piechotę, bo miałyśmy do przejścia zaledwie kilka ulic. Właściwie widziałyśmy już za drzewami budynek szkoły, byłyśmy na ostatnich pasach, gdy wjechał w nas z całym impetem pijany kierowca.
 
Mówią, że w momentach śmiertelnego niebezpieczeństwa matki są w stanie zrobić wszystko dla swoich dzieci: podnosić niewyobrażalne ciężary, biegać z szybkością światła, walczyć do utraty tchu... Ja nie mogłam zrobić nic. Stałam jak sparaliżowana i patrzyłam, jak zza samochodów czekających na zielone światło wyłania się czerwone auto i jedzie wprost na nas, rośnie w oczach. Nie zrobiłam nic, nie odepchnęłam Kariny, nie rzuciłam się, by zasłonić ją własnym ciałem... 

Długo nie mogłam sobie tego wybaczyć

Dopiero długie miesiące terapii zdołały mi wytłumaczyć, że nie ja jestem winna, nie kawa, którą chciałam wypić, tylko kierowca, który uznał, że pomimo wypitego alkoholu, może wsiąść za kierownicę i prowadzić samochód...
 
Patrzyłam, jak ten człowiek wychodzi z auta i próbuje uciekać. Zatrzymali go inni kierowcy. Nie wiem, co bym mu zrobiła, gdybym nie trzymała wtedy na rękach ciała swojego dziecka tak mocno, że lekarze z pogotowia nie mogli mi jej zabrać.
 
Niewiele pamiętam z tego, co działo się później, a pogrzeb w ogóle wymazałam z pamięci. Wiele miesięcy przeleżałam w łóżku, wpatrując się tępo w sufit, aż w końcu Darek zaczął się bać, że straci nie tylko córkę, ale i żonę. Pewnego dnia wziął mnie za rękę, wsadził do samochodu i zawiózł do psychiatry. Nie protestowałam.
 
Nie od razu, ale powoli coś zaczęło się zmieniać w moim życiu. Przestałam spędzać całe dnie bezczynnie. Ponownie zajęłam się domowymi obowiązkami, a potem wróciłam nawet do przyjemności, takich jak spacer czy książka. Nigdy nie będę już tak szczęśliwa jak przed wypadkiem, ale znów się śmieję i cieszę drobiazgami.
 
Kiedy jednak przychodzi początek jesieni, wszystko wraca do mnie ze zdwojoną siłą. Przesiaduję wtedy godzinami 
w pokoju Karinki, w którym wszystko jest dokładnie jak wtedy, kiedy moja dziewczynka wyszła rano na rozpoczęcie roku szkolnego. Książka z czytankami otwarta na biurku, zatemperowany ołówek koło notesika, plecak wisi na oparciu krzesła...

Nowi sąsiedzi to rodzina z dziećmi

Moja mama i Darek mówili, że powinniśmy tu posprzątać, oddać rzeczy Kariny jakimś dzieciom, ale ja nie chciałam się na to zgodzić. Bałam się, że wraz z jej rzeczami odejdą wspomnienia, bo te przedmioty jakoś łączą mnie z moim dzieckiem… Po prostu nie chciałam o niej zapomnieć.
 
Zresztą, nie znałam nawet żadnych dzieci, którym mogłabym powierzyć skarby mojej córki. Rodzeństwa nie miałam, Darek też nie, a wszyscy znajomi z potomstwem, z którymi chętnie się wcześniej spotykaliśmy, nagle się od nas odsunęli. Pewnie nie wiedzieli, jak się zachować wobec naszej tragedii. Nawet koledzy z pracy, jeśli kiedykolwiek rozmawiali o swoich dzieciach, to nie w mojej obecności. Zresztą ja sama od tych trzech lat nie zamieniłam ani słowa z żadnym dzieckiem.

Nie zwracałam uwagi na cały świat pochłonięta swoim cierpieniem, a widok dzieci tylko je pogłębiał, więc unikałam ich. Na szczęście w naszym bloku mieszkali w większości emeryci. Dopiero niedawno wprowadziła się tutaj rodzina z czworgiem dzieci. Obserwowałam ich, gdy się wprowadzali, i zastanawiałam się, jak się pomieszczą ze wszystkimi rzeczami, a przy dzieciach ich przecież nie brakuje, w trzech małych pokoikach.
 
Wśród ich rzeczy było między innymi wysokie krzesełko do karmienia. Trochę mnie zakłuło w sercu, kiedy je zobaczyłam, bo Karinka też kiedyś miała bardzo podobne… Przyznam, że od tego czasu wypatrywałam nowych sąsiadów. Byłam ciekawa, co to za rodzina. No i rzeczywiście wkrótce zaczęłam spotykać ich na klatce. Szybko zorientowałam się, że matka nie pracuje, za to ojciec rodziny pracuje na dwóch etatach, bo wychodzi rano, a wraca wieczorem.
 
Pani Basia przyszła nawet z kawałkiem ciasta, żeby się przywitać, ale szybko ją spławiłam. Miała na ręku najmłodsze dziecko, synka, a ja nie byłam gotowa na przebywanie w obecności dziecka. Oczywiście nie dało się uniknąć spotkań z sąsiadami. Często widywałam panią Basię, jak szła z maluchami na spacer albo do sklepu, starsze dzieci bawiły się na podwórku.

Do tego Darek znalazł wspólne hobby z nowym sąsiadem, wędkowanie, często więc gościł piętro wyżej. Na początku namawiał mnie, żebym chodziła z nim, bo tam panuje taka miła, rodzinna atmosfera, ale odmówiłam. W dodatku wykrzyczałam mu, że u nas tej atmosfery być nie może, skoro nasze dziecko zginęło! Dał mi więc spokój z sąsiedzkimi uprzejmościami. 

Wyglądała zupełnie jak moja Karinka!

Chociaż nie znałam ich dobrze, to i tak zauważyłam, że im się nie przelewa. Dzieci donaszały ubrania po sobie. Basia robiła zakupy tylko w najtańszych dyskontach. Raz czy dwa Darek nawet pożyczał panu Jankowi jakieś pieniądze, żeby mogli dotrwać do pierwszego.
 
Pewnego dnia ktoś zapukał do moich drzwi. Kiedy otworzyłam, poczułam się, jakbym zobaczyła ducha. Na progu stała mniej więcej siedmioletnia dziewczynka, uczesana tak samo jak Karinka i ubrana cała na różowo. Patrzyła na mnie błagalnie, jak to zwykła robić moja córka, kiedy chciała dostać dodatkowe ciasteczko. Przez chwilę nawet pomyślałam, że to ona… To było absurdalne, rzecz jasna, bo Karina miałaby już jedenaście lat i pomału zmieniałaby się w prawdziwą nastolatkę.

Może malowałaby już rzęsy, a może zaczęłaby trzaskać drzwiami? Tak się zapatrzyłam na tę dziewczynkę, że nie zrozumiałam, co mówi, więc musiała powtórzyć prośbę.
 
– Czy mogłaby pani oddać mi piłkę? – zapytała. – Wpadła na pani balkon.
 
Dopiero wtedy zorientowałam się, że to najstarsza córka pani Basi. Poszłam po zabawkę, notując mimochodem, jak bardzo jest zniszczona. Oddałam ją dziewczynce bez słowa. Musiała uznać mnie za dziwaczkę, bo podziękowała grzecznie, po czym szybko wycofała się na korytarz.

Niech pomaga, ale nie w ten sposób!

Żal mi się zrobiło dziecka i pomyślałam przez chwilę o szafie Karinki. Tyle tam wisiało ubranek, niektóre jeszcze nowe, a ta dziewczynka na pewno by się z nich ucieszyła… Szybko jednak odgoniłam od siebie tę myśl. Wieczorem jednak dałam Darkowi, który wybierał się do sąsiada na górę, reklamówkę pełną różnych makaronów, płatków owsianych i słodyczy.
 
– Powiedz pani Basi, że przechodzę na dietę i wyczyściłam szafki – powiedziałam mu, a mój mąż tylko się uśmiechnął, bo znał prawdę.
 
Jeszcze parę razy kazałam mężowi podrzucić coś na górę, tym bardziej że Darek nieraz opowiadał, jak początek jesieni daje im w kość finansowo.
 
– Ula zaczyna drugą klasę, a Stefek idzie do przedszkola – mówił. – Trzeba im kupić wyprawki, no i ubranka…
 
Kiwałam głową, chociaż co ja tam mogłam wiedzieć? Ja takich problemów nigdy przecież nie miałam...
 
Raz Darek zagaił do mnie, że może podarowałby Uli rzeczy Kariny, bo strasznie by się z nich ucieszyła.
 
– Nie zgadzam się – oznajmiłam stanowczo. – Nie mówmy o tym więcej.
 
Uszanował moje zdanie i rzeczywiście nie wracał już do tego tematu, ale chyba kupił dzieciakom jakieś długopisy czy inne drobiazgi, bo znalazłam u niego w kieszeni rachunek z papierniczego. Oczywiście nie miałam nic przeciwko takiej formie pomocy.
 
Koniec sierpnia spędziłam niemal w całości w pracy. Mieliśmy na głowie poważny projekt, którego nie mogliśmy zawalić. Pasowało mi to. Przynajmniej nie miałam czasu na zbyt długie rozmyślania o kolejnej rocznicy śmierci mojego dziecka…
Pewnego razu wróciłam z pracy dopiero późnym wieczorem. Darek już od dawna był w domu i czytał w salonie.
 
– Zrobię ci gorącej herbaty – zaproponował od razu, ja zaś z ulgą opadłam na fotel, przy okazji strącając ze stolika gazetę. Spomiędzy stron wypadła niewielka, bajecznie kolorowa kartka.
 
„Dla wujka Darka” – głosił krzywy napis wykonany brokatowym flamastrem. A pod spodem rysunki: plecak, zeszyty, długopisy, wszystko wykonane niewprawną, dziecięcą ręką.
 
„Czyżby kupił dzieciom to wszystko?” – przyszło mi do głowy, lecz po chwili uderzyła mnie straszna myśl i pognałam do pokoju Karinki.
 
Kiedy zobaczyłam puste biurko i wyczyszczone szuflady, to mało nie wpadłam w szał. Pobiegłam do kuchni, wyrwałam Darkowi kubki z ręki i rzuciłam nimi o podłogę.
 
– Jak mogłeś!? – krzyczałam przez łzy. – Jak mogłeś rozdać obcym ludziom ostatnie rzeczy naszej córki! Całkiem o niej zapomniałeś?!
 
Mój mąż próbował mnie uspokoić, ale krzyczałam, płakałam i drapałam na oślep. Dopiero po godzinie uspokoiłam się na tyle, żeby go wysłuchać.
 
– Pójdziesz ze mną na górę, do sąsiadów – powiedział mi surowo. – Może wtedy się przekonasz, że ty ani twoja rozpacz nie jesteście pępkiem świata!

Bardzo cieszyła się z tych przedmiotów

Nawet jeśli sąsiedzi zdziwili się, że składamy im wizytę o dziesiątej wieczorem, w dodatku razem, to o nic nie pytali. Darek zamienił parę słów z panią Basią i po cichutku otworzył drzwi do jednego z pokoi. Jak się okazało, spały w nim dziewczynki. Darek pokazał mi, na którym łóżku śpi Ula. Zresztą od razu rzuciło mi się w oczy, że nawet przez sen przytula do siebie plecak Kariny, niczym jakiegoś misia, a obok jej łóżka leżą w równym stosie zeszyty i inne szkolne przybory.
 
– Śpi z nimi, odkąd Darek je przyniósł – powiedziała cicho pani Basia, kiedy zamknęłam za sobą drzwi. – Wiem, że to po waszej córeczce i nie potrafię wam powiedzieć, jaka jestem wdzięczna… Tym bardziej że sami w życiu nie moglibyśmy sobie pozwolić na takie piękne rzeczy…
 
Darek popatrzył na mnie znacząco, a ja czerwona ze wstydu, wyjąkałam coś pod nosem i błyskawicznie się ulotniłam. To dziecko tak się cieszyło z rzeczy, które ja najchętniej na zawsze zamknęłabym w pokoju, aż rozpadłyby się ze starości…
 
Moja córeczka na pewno nie cieszyłaby się, widząc, co się ze mną stało. Dziś sobie myślę, że wolałaby, aby jej rzeczy „chodziły” do szkoły i pomagały komuś innemu w nauce… Następnego dnia weszłam do pokoju mojej córki z wielkim kartonowym pudłem w ręce i zapakowałam do niego wszystkie najładniejsze, nowe i w dobrym stanie ciuszki. Może kiedy oddam je Uli, to będzie trochę tak, jakby Karinka nadal je nosiła?

Alina, 35 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy