Mąż kazał mi kłamać, że nasz syn nie jest jego
fot. Adobe Stock, New Africa

„Eksmąż kazał mi kłamać przed kurią, że nasz syn nie jest jego. Chciał unieważnić ślub dla kochanki”

– Żeby wyrzec się własnego dziecka, dla jakiejś… następnej kobiety swojego życia – pokręciłam głową z gniewem. – I ty mówisz, że ona jest katoliczką? Nie przeszkadza jej małżeństwo zbudowane na kłamstwie?
Mąż kazał mi kłamać, że nasz syn nie jest jego
fot. Adobe Stock, New Africa

Otuliłam się mocniej szalem, przeszywały mnie dreszcze. W tym wiejskim, drewnianym kościółku było zimno, a ja siedziałam tu już dłuższy czas, zmarzłam więc porządnie. Przyszłam dużo wcześniej przed rozpoczęciem uroczystości, chciałam znaleźć jakiś kącik, żeby się zaszyć, żeby nikt znajomy mnie nie spostrzegł, nie rozpoznał, a przede wszystkim Marcin.

Ale musiałam tu przyjechać, musiałam zobaczyć tę kobietę, dla której mój były mąż wyrzekł się własnego syna. A przecież miało być tak pięknie, mieliśmy razem spędzić życie, a ja byłam kiedyś najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Wtedy, gdy na imprezce u koleżanki spotkałam Marcina, gdy zaiskrzyło miedzy nami już tamtego pierwszego wieczoru, gdy się zakochałam.

Swoją pierwszą, prawdziwą, dziewczyńską miłością

A Marcin też świata poza mną nie widział i gdy kilka miesięcy później okazało się, że jestem w ciąży, natychmiast zdecydowaliśmy się na ślub. Pobraliśmy się w karnawale i chociaż nasze wesele nie należało do bardzo hucznych, dla mnie te ostatki były najpiękniejsze na świecie.

Wiodło nam się zupełnie dobrze, Marcin pracował jako mechanik przy samochodach rajdowych, jeździł po świecie, zapewniając serwis sportowych aut, zarabiał sporo kasy. A ja po narodzinach Stasia zajęłam się domem.

Nasz syn pośpieszył się troszkę z przyjściem na świat, urodził się trzy tygodnie wcześniej, Marcin akurat był na jakimś rajdzie. Ale usłyszałam w komórce jego oszalały z radości głos, gdy dowiedział się, że ma syna.

Byłam taka szczęśliwa...

A gdy wrócił, dostałam od niego szeroką bransoletę z białego złota, z jednym brylantem. Przypominała trochę kajdany niewolnicy i ze śmiechem powiedziałam o tym mężowi.

– Rzeczywiście – popatrzył na mnie roześmianymi oczami. – Ale jeżeli już, to są to raczej kajdany szczęścia, ten brylant to na początek, a na każdą naszą rocznicę będziesz dostawać ode mnie następny, aż zapełni się cała bransoleta.

Nie zapełniła się, przybył jej tylko jeszcze jeden kamień. A moje szczęście zamieniło się w rozpacz i łzy. Marcin wciąż wyjeżdżał na rajdy, a ja całymi miesiącami siedziałam sama z synkiem w domu. Ale rozumiałam, że coś za coś, taką miał pracę, dobrze nam się powodziło, a moja samotność to była cena, jaką mi przyszło za to zapłacić.

Na rajdach jednak nie brakowało pięknych kobiet

Zorientowałam się, że coś jest nie tak już w trzecim roku naszego małżeństwa. Gdy Marcin wracał z wyjazdów, po jego oczach, po zapachu, jakim były przesiąknięte jego koszule, zaczęłam się orientować, że to nie tylko uszkodzone samochody zajmowały go na rajdach.

A potem przypadkiem w jego telefonie znalazłam zdjęcie tej dziewczyny. Obejmowała Marcina za szyję, jej oczy promieniały szczęściem, tak jak kiedyś moje. On wpatrzony był w nią zupełnie jak kiedyś we mnie…

Trudno mi było uwierzyć, że to się działo naprawdę. Jeszcze się łudziłam, że to tylko coś przelotnego, zwykła fotka, jaką dziewczyny robią sobie ze sportowcami na rajdach. Ale rozmowa z mężem szybko rozwiała moje złudzenia.

– Ja dopiero teraz kogoś pokochałem naprawdę, musisz to zrozumieć – tłumaczył się, nie patrząc mi w oczy. – To, co było między nami, to nie miłość, to tylko chwilowe zauroczenie…

Nasze małżeństwo nazywasz zauroczeniem? – przerwałam mu zrozpaczona. – A nasz syn, nasza przysięga przed ołtarzem?

– Będę dbać o Stasia, nie zostawię was bez pieniędzy – wciąż unikał mojego wzroku. – Ale chcę rozwodu.

– A nasza miłość? – spytałam cicho.

– Ja cię nie kocham, Jaga, zrozum to – powiedział.

Cały mój świat się zawalił.

Nie wiedziałam, jak sobie poradzę z małym dzieckiem

Nie pracowałam przecież, nie miałam swoich pieniędzy. Jednak niewiele mogłam zrobić, Marcin wyprowadził się do tamtej kobiety. Nie powiem, zachował się nawet przyzwoicie, zostawił mi trochę pieniędzy na początek, w sądzie zobowiązał się do wysokich alimentów na Stasia.

A ja w końcu zgodziłam się na rozwód, miałam swój honor i ambicję. Nie umiałabym żebrać o jego uczucie, zwłaszcza że wyraźnie mi powiedział, że mnie już nie kocha, a tamta kobieta spodziewała się dziecka. To był dla mnie prawdziwy cios, omal nie zemdlałam, gdy dowiedziałam się o tym podczas rozprawy rozwodowej.

Jakoś przetrwałam ten najgorszy okres. Postanowiłam przenieść się do rodzinnego miasta, mama i bracia pomogli mi. Gdy się pakowałam, przez dłuższą chwilę trzymałam swoją złotą bransoletę w dłoni. W pierwszej chwili chciałam odesłać ją Marcinowi, niepotrzebne mi już były te kajdany szczęścia z dwoma brylantami, nie dały mi go wcale, ale w końcu rozmyśliłam się.

Była wiele warta, mogła mi się jeszcze kiedyś przydać, chociażby dla Stasia.

Trzy lata później wyszłam za mąż za dawnego kumpla

Jerzy był dobrym, ciepłym mężczyzną i chociaż moje uczucie do niego nie było tak szaleńcze jak do Marcina, to jednak zdecydowałam się na związek z nim. Gwarantował nam ze Stasiem stabilizację i dobre, spokojne życie. A Staś od razu przylgnął do niego, z radością patrzyłam, jak razem rozrabiali na tapczanie, albo całymi godzinami budowali wieże z klocków.

Ja sama nie miałam tyle cierpliwości do synka, co Jerzy. Uśmiechałam się do siebie, słysząc dochodzące z pokoju głosy męża i synka, zanoszących się śmiechem. Tak, tego mogłam być pewna, że Jerzy będzie dobrym ojcem dla małego. I dla tego maleństwa, które od trzech miesięcy nosiłam pod sercem, także.

Moje spokojne, ciche i ustabilizowane życie zakłócił pewnego wieczoru telefon od Marcina.

– Chciałabym cię prosić o spotkanie – powiedział nieoczekiwanie. – To dla mnie bardzo ważne.

– Ale o co chodzi? – spytałam niespokojnie. – Coś związanego ze Stasiem?

– Powiem ci wszystko, jak się spotkamy – odparł krótko.

Nie wiem dlaczego, ale podświadomie czułam, że ten telefon jest zwiastunem czegoś niedobrego. I rzeczywiście…

Umówiłam się z Marcinem w kawiarni, tak było lepiej

Chociaż Jerzy nie za bardzo chciał, żebym poszła sama na to spotkanie.

– Musisz mi obiecać, że się nie zdenerwujesz – powiedział, patrząc na mnie z troską. – Pamiętaj, że jesteś w ciąży i że nie wolno ci…

– A czymże on może mnie zdenerwować? – uśmiechnęłam się do męża. – Chyba tylko tym, że nie będzie już płacił alimentów.

– To żaden problem, nie musi płacić – pokręcił głową. – Ale może będzie chciał, żeby Staś z nim mieszkał.

– Tak myślisz? – ogarnął mnie niepokój. – Przecież jakoś dotąd nie interesował się nim za bardzo, wiem, że ma drugiego syna…

Chociaż starałam się nie denerwować, to wchodząc do kawiarni, miałam duszę na ramieniu. I rzeczywiście, już pierwsze słowa męża sprawiły, że oniemiałam ze zdumienia. Oznajmił, że chce rozwodu.

– Co ty mówisz? – potrząsnęłam głową. – Przecież my jesteśmy po rozwodzie.

Mam na myśli rozwód kościelny – odparł, nie patrząc mi w oczy.

Przyszło mi do głowy, że rzeczywiście, przed Bogiem wciąż jesteśmy jeszcze małżeństwem, ale przecież Marcin nigdy nie był zbyt gorliwym katolikiem, więc skąd teraz taka prośba…

– To Joanna tego pragnie, postawiła taki warunek – powiedział, wreszcie podnosząc na mnie wzrok.

W tym momencie straciłam już zupełnie rozeznanie. Przecież żona Marcina miała na imię Renata, więc o kim on właściwie teraz mówił. Spojrzałam na niego pytająco, widziałam, jak zaczął się wiercić, jakby fotel go uwierał, starał się uśmiechać, ale nie bardzo mu się to udawało.

– Z Renatą jesteśmy w trakcie rozwodu – wykrztusił wreszcie. – Nie wyszło nam, ale gdy spotkałem Joannę, zrozumiałem, że to jest kobieta mojego życia, że nikt inny, tylko ona… Ale Asia jest katoliczką, musimy wziąć ślub kościelny, inaczej jej rodzina by mnie nie zaakceptowała, oni mieszkają na wsi, wiesz, jak jest.

Milczałam, bo po prostu odebrało mi mowę

Nasz syn miał dopiero siedem lat, a Marcin zamierzał ożenić się po raz trzeci, wprost uwierzyć w to nie mogłam.

– Ty chyba nie wiesz, co mówisz – roześmiałam się mu w końcu w twarz. – Jaki rozwód kościelny, przecież mamy dziecko, z drugą żoną też masz syna…

– Pytałem w kurii – odparł szybko Marcin. – Ich interesuje tylko nasz związek, bo mamy ślub kościelny, no i muszę uzyskać jego unieważnienie.

– Ale, w jaki sposób? – patrzyłam na niego w coraz większym zdumieniu. – To przecież chyba jest niemożliwe.

– Jest jeden sposób – popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem. – Musiałabyś przysiąść, że Staś nie jest moim dzieckiem.

Tego było za wiele jak dla mnie. Poczułam jak ogarnia mnie gniew, robi mi się gorąco i tylko ostatkiem woli, ze względu na maleństwo, które nosiłam, nie wybuchłam. Chwyciłam szklankę z wodą, pociągnęłam kilka haustów, musiałam się uspokoić.

Tymczasem Marcin mówił dalej, że nie chce tego za darmo, że mi zapłaci, założy Stasiowi lokatę na dużą kwotę, że go zabezpieczy, nawet notarialnie…

– Wiesz, kim jesteś? – powiedziałam, patrząc mu w oczy. – Zwykłym łajdakiem i nie zasługujesz na takiego syna jak Staś – poczułam jak pod powiekami szczypią mnie łzy. – Żeby wyrzec się własnego dziecka, dla jakiejś… następnej kobiety swojego życia – pokręciłam głową z gniewem. – I ty mówisz, że ona jest katoliczką?

– Ja ją kocham i nie mam innego wyjścia – chwycił mnie za rękę. – To nic nie zmieni, to tylko formalność, w dokumentach nadal będę jego ojcem, a tylko zeznam w kurii, że ożeniłem się z tobą, jak byłaś w ciąży, bo chciałem ci pomóc – zamilkł na moment. – A to przecież prawda jest, byłaś w ciąży…

Nie mogłam dalej słuchać tego, co mówił. Zerwałam się i nie patrząc już na Marcina, wybiegłam z kawiarni. Dobrze, że na dworze siąpiło, nikt nie widział moich łez, zmieszanych z kroplami deszczu.

Jerzy nie posiadał się z oburzenia żądaniami Marcina

Stwierdził, że on jest chyba psychopatą i że za kilka lat weźmie kolejny rozwód w imię wielkiej miłości i zapłaci kolejnej żonie za unieważnienie małżeństwa.

– Nie chcę go znać – pokręciłam głową. – I nie będę nic przysięgać w żadnej kurii.

Ale Marcin nie dawał mi spokoju, wciąż wydzwaniał, prosił, w końcu przestałam odbierać jego telefony. Irytowała mnie cała ta sytuacja. Jerzy to widział i któregoś dnia podszedł do mnie, objął i przytulił do siebie.

– Jagódka, nie chcę, żebyś się denerwowała, ale chciałbym o czymś z tobą porozmawiać – powiedział, całując mnie. – Tylko wysłuchaj mnie na spokojnie, nie unoś się, bardzo cię proszę.

I zaczął mówić. Że Marcin nie da mi spokoju, dokąd nie osiągnie swojego celu. Że będzie mnie męczył, nachodził, i żebym dała mu to, czego chce. Ale nie za pieniądze…

– Tylko za co? – spojrzałam na męża zdziwiona.

– Powiedz mu, żeby zrzekł się sądownie praw do Stasia, że taka jest twoja cena – w głosie Jerzego usłyszałam nieznany mi dotąd twardy ton. – On nie jest wart tego dzieciaka – pokręcił głową.

Nerwowo przełknął ślinę.

Dla mnie Staś jest jak moje własne dziecko, kocham go i to się nie zmieni, a on się przecież nim wcale nie interesuje – popatrzył mi w oczy. – A kiedyś, gdy Staś dorośnie, jak będziesz chciała, to powiesz mu o wszystkim… – ucałował mnie znowu. – Razem mu powiemy.

Milczałam, nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć

To, o czym mówił, miało sens, ale dla mnie było nie do przyjęcia. Jeszcze nie w tej chwili. Musiałam przemyśleć tę sprawę, zastanowić się. Bo przecież miałabym popełnić krzywoprzysięstwo przed Bogiem, a ja w odróżnieniu od Marcina starałam się być dobrą katoliczką.

Nie mogłam popełnić takiego grzechu, to, o czym mówił Jerzy, było złe, było wielkim kłamstwem, ale z drugiej strony może tak byłoby lepiej i Bóg by mi przebaczył. Nie mogłam już tak dłużej żyć z tym problemem i poszłam do spowiedzi.

Spodziewałam się, że ksiądz powie mi, co mam zrobić. Ale nie dał mi jasnej odpowiedzi, pozostawił wszystko mojemu sumieniu. Na koniec jednak dodał, że Bóg jest miłosierny i wybacza nie takie grzechy… Musiało upłynąć jeszcze kilka dni, zanim się zdecydowałam. Zadzwoniłam do Marcina i poprosiłam o spotkanie.

– Zgadzam się, ale musisz mi zapłacić – popatrzyłam na niego twardo.

– Jasne, ile chcesz? – spytał ucieszony.

– Nie chcę pieniędzy – potrząsnęłam głową.

– To znaczy, że co, nie rozumiem – spojrzał na mnie zdezorientowany.

– Żądasz ode mnie, abym przysięgła przed Bogiem, że to nie jest twoje dziecko – powiedziałam cicho. – Dobrze, zrobię to, ale ty zrobisz to samo… – zawahałam się na moment.

– To znaczy?

– Przed sędzią, zrzekniesz się praw do Stasia w sądzie – roześmiałam się gorzko. – No, bo skoro nie jesteś jego ojcem… – czułam ból w sercu, było mi jednak bardzo ciężko, mówiąc te słowa. – Jerzy usynowi Stasia.

Przez dłuższą chwilę Marcin patrzył na mnie w milczeniu. Zmarszczył czoło, oczy mu pociemniały, zastanawiał się gorączkowo. W końcu odetchnął, jakby z ulgą.

– Okej, skoro takie są twoje warunki – powiedział w końcu i nie usłyszałam już w jego głosie radości.

Dwa lata trwało unieważnienie naszego małżeństwa

Do dzisiaj nie wiem, jak przez to przeszłam. O mało nie umarłam, gdy musiałam złożyć tę przysięgę i mówić o innych, bardzo intymnych sprawach. Wiele emocji mnie to kosztowało i wprost uwierzyć nie mogłam w spokój tych wszystkich kościelnych urzędników, którzy wysłuchiwali moich zeznań.

Przez przypadek dowiedziałam się też potem, ile pieniędzy kosztował Marcina ten rozwód. Ale widać, szczęście jego trzeciej żony było tego warte. Jerzy zaadoptował Stasia. Jesteśmy z naszym drugim synkiem, Andrzejkiem naprawdę szczęśliwą rodziną.

Powoli odzyskałam spokój, po tym jak odbyłam długą, szczerą rozmowę z kapłanem, który chrzcił naszego drugiego synka, kiedy wyznałam mu ten najcięższy swój grzech. Ale czasem zadra w moim sercu dawała znać o sobie, czułam ból...

Dlatego dzisiaj przyszłam do tego wiejskiego kościołka, gdzie w ostatnią sobotę karnawału miał się odbyć ślub Marcina. Też w karnawale, tak, jak kiedyś nasz. A ja musiałam tu przyjechać, żeby się rozliczyć z nim ostatecznie i na zawsze wykreślić go ze swojego życia.

Znowu poczułam dreszcze, w tym nieopalanym kościele panował wilgotny chłód. Ale kościelny zapalał właśnie światła, więc pewnie wkrótce rozpocznie się ceremonia. Naciągając rękawiczki, dotknęłam złotej bransolety z dwoma brylantami, tych moich kajdan szczęścia.

Założyłam ją po raz pierwszy od czasu rozstania z Marcinem i po raz ostatni. Postanowiłam, że wyśle ją tej Joannie, może jej przyniesie więcej szczęścia niż mnie.

Jakiś czas potem zobaczyłam ich wchodzących do kościoła. Marcin niósł na rękach małą dziewczynkę, ubraną w biały płaszczyk, podobnie jak panna młoda. To była ich córeczka, chyba równolatka mojego Andrzejka. I gdy tak patrzyłam na nich, wcale nie zazdrościłam tej kobiecie idącej u boku Marcina. Bo ja byłam pewna, że Jerzy nigdy nie porzuci swoich dzieci dla jakiejś nowej miłości. A tego samego nie mogłam powiedzieć o Marcinie.

Więc jeszcze raz spojrzałam na nich, na tę dziewczynkę, która tuliła się do jego piersi i podniosłam się ze swojego kąta. Chwilę potem siedziałam już w samochodzie, wracałam do swojego życia, do tych, których kochałam i którzy kochali mnie. 

Jagoda, lat 31

Czytaj także:

Redakcja poleca: Być czy nie być razem ze względu na dziecko? [WIDEO]
Zrezygnowanie z rozwodu ze względu na dobro dziecka, może być bardziej szkodliwe, niż rozstanie się rodziców – przestrzega psycholog Alicja Budzyńska. Ekspert wyjaśnia w filmie, dlaczego dziecko nie będzie szczęśliwe w takiej rodzinie i jakie to niesie skutki dla jego przyszłości.
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy