Kobieta, która nie chce mieć dzieci
fot. Adobe Stock, Anatoliy

„Grzegorz zmuszał mnie do 3. ciąży, a ja miałam dość macierzyństwa. Nie dam ponownie wpakować się w pieluchy”

„Decyzję o ciąży kobiety powinny podejmować w zgodzie z samą sobą, nie ulegając naciskom innych. Nie można urodzić dziecka dla kogoś. Na myśl o kolejnej ciąży dostaję dreszczy”.
Kobieta, która nie chce mieć dzieci
fot. Adobe Stock, Anatoliy
Od kilku tygodni kompletnie nie mogłam dogadać się z Nataszą. Myślałam, że od kiedy skończyła gimnazjum, najgorszy okres miałyśmy już za sobą, ale nie. Tak naprawdę czas największych konfliktów, awantur i walki dosłownie o wszystko zaczął się, kiedy moja córka skończyła siedemnaście lat.
 
– I co? Zadzwonisz na policję, jak wyjdę z domu? – wrzeszczała do mnie na przykład, kiedy mówiłam, że nigdzie nie pójdzie o dwudziestej trzeciej i mam w nosie to, że jej przyjaciółki czekają pod klatką. – Bo wyobraź sobie, że nie zamierzam siedzieć tutaj i gapić się w telewizor, jak ty w moim wieku! To, że ty zmarnowałaś sobie życie, nie znaczy, że ja też muszę!
 
„Żeby chociaż dodała na końcu: mamo" – pojawiła się absurdalna myśl w mojej głowie. „Żeby przynajmniej tym jednym słowem okazała, że chociaż trochę mnie szanuje, jest mi choć minimalnie wdzięczna…". Ale Natasza od dawna nie mówiła już do mnie „mamo”, zwracała się tak jakoś bezosobowo, właściwie zawsze krzycząc albo warcząc. Miałam wrażenie, że mną gardzi, może nawet mnie nienawidzi. Ciągle wypominała mi to, że jej nie rozumiem, bo w jej wieku nigdzie nie wychodziłam, nie miałam znajomych i „właściwie nigdy nie byłam młoda”, jak to zgrabnie ujęła.
 
Muszę przyznać jej rację. Urodziłam ją, kiedy miałam siedemnaście lat. Naprawdę więc siedziałam w domu i zajmowałam się noworodkiem, zamiast imprezować i łazić z koleżankami po osiedlu. Ale za każdym razem, kiedy krzyczała mi w twarz, że zmarnowałam sobie życie, gryzłam się w język, by nie odpowiedzieć: „to twój ojciec mi je zmarnował, i w zasadzie trochę ty!”.

Nie miałam do tej pory szczęścia do facetów…

Z Kubusiem też nie było mi łatwo. Oczywiście czterolatek to co innego niż pełna pretensji siedemnastolatka, ale czasami przerastały mnie problemy z jego alergiami, nocnym wybudzaniem się, brakiem apetytu i histeriami w przedszkolu.
 
– Myślałam, że Natasza była trudnym dzieckiem, bo urodziłam ją jako nastolatka i nie umiałam jej wychować – zwierzyłam się raz przyjaciółce. – Ale Kubę urodziłam, jak miałam trzydzieści lat, a jest mi dużo ciężej…
 
– Daj spokój, to nie twoja wina – natychmiast zapewniła mnie Marianna. – Każde dziecko rodzi się już z jakąś osobowością. Natasza zawsze była uparta, niezależna i nie chciała się podporządkować, a Kuba po prostu ma zdiagnozowane ADHD. Nie wiadomo, może twoje trzecie dziecko byłoby oazą spokoju, cierpliwości i łagodności?
 
– Trzecie dziecko?! Wypluj to słowo! – zamachałam gwałtownie rękami. 
 
– Skończyłam z macierzyństwem! Ta dwójka to aż nadto!
 
Marianna dobrze wiedziała, co myślę o kolejnej ciąży. Po prostu lubiła czasami się ze mną podrażnić. Zresztą podczas tamtej rozmowy to były tylko rozważania hipotetyczne, bo od wielu miesięcy nie miałam faceta. Naprawdę nie jest łatwo nawiązać romantyczną relację samotnej matce wiecznie awanturującej się nastolatki i nadpobudliwego przedszkolaka…
 
– Słuchaj, mam dla ciebie faceta! – oznajmiła mi któregoś dnia Marianna. – Mój Błażej przyjeżdża na weekend i jedzie z nim jakiś kumpel, podobno przystojny, wolny i zabawny. Idziesz z nami na podwójną randkę!
 
Uśmiechnęłam się, bo Marianna ciągle używała tego staromodnego określenia „randka”. Chyba dlatego, że wciąż była singielką i to jakoś pasowało do jej stylu życia. Faceci, randki, kino i romantyczne kolacje – to było jej życie. Ja miałam szczęście, jeśli udało mi się umówić z kimś między pracą a zebraniem w szkole. Zazwyczaj spotykałam się z nowym mężczyzną w centrum handlowym na szybką kawę, a po wszystkim wpadałam do sklepu ze zdrową żywnością, żeby kupić bezglutenowe produkty dla Kubusia.
 
Ale tym razem miało być inaczej. Grzesiek, kolega chłopaka Marianny, zadzwonił na mój numer i zapytał, czy odpowiada mi wyjście do włoskiej restauracji.
 
– No nie wiem… a Marianna i Błażej gdzie chcą iść? – zapytałam.
 
– To ja zapraszam, więc ja wybieram restaurację – odpowiedział. – A właściwie ja zapraszam, a ty wybierasz. Więc jak?
 
Ostatecznie wybrałam gruzińską knajpkę w centrum. Przyjechałam tam spóźniona, bo w ostatniej chwili zadzwoniła niania zamówiona do Kuby, żeby powiedzieć, że jednak nie przyjdzie. Musiałam prosić Nataszę, żeby została z bratem, co skończyło się oczywiście awanturą.
 
– Miałam iść z dziewczynami do galerii! – krzyczała, kopiąc buty po całym przedpokoju. – Wszystkie idą! Żadna nie musi siedzieć z jakimś bachorem! To twoje dziecko, nie moje!
 
– Zostaniesz z bratem i koniec! – zacisnęłam pięści, bo doprowadzała mnie do białej gorączki. – Ja też mam prawo do własnego życia, a tobie nic się nie stanie, jak raz posiedzisz wieczorem w domu.
 
– Wiem, wiem – syknęła, krzywiąc się złośliwie – ty w moim wieku ciągle siedziałaś z dzieckiem w domu! Może trzeba się było lepiej zabezpieczać!
 
Przesadziła, ale nie miałam czasu wtedy tego załatwiać. Zostawiłam więc Nataszę obrażoną na cały świat i Kubę, którego ledwie dało się oderwać od moich nóg, a sama wybiegłam na ulicę, by złapać taksówkę. Miałam nadzieję, że Grzesiek okaże się wart tych wszystkich nerwów.
 
Na szczęście okazał się wart. Tak jak obiecała Marianna, był przystojny, inteligentny, zabawny i wyraźnie mnie adorował. Przez dwie godziny czułam się, jakbym była dwudziestoletnią modelką i właśnie spotkała swojego milionera, który rzucał świat do moich stóp.
 
– Naprawdę jesteś w wieku Marianny? – zdziwił się, kiedy po kolacji pozwoliłam mu się odprowadzić. – W życiu bym nie powiedział! Wyglądasz góra na 28 lat!
 
Roześmiałam się. On miał trzydzieści siedem, był dwa lata starszy. Miał własną firmę, która przynosiła chyba spore dochody, sądząc po jego ubraniu, zegarku i swobodzie w wydawaniu pieniędzy. Nie wróciliśmy prostą drogą do mnie, krążyliśmy po mieście, rozmawiając, jakbyśmy znali się od lat. Koło jedenastej byliśmy jeszcze daleko od mojego domu i zaczęłam się denerwować, czy wszystko jest w porządku.
 
– Słuchaj, może zrobimy tak: – zaproponował – podjedziemy do ciebie, przekonasz się, że mały śpi, a córka siedzi w internecie, a potem pojedziemy znaleźć jakiś klub, gdzie można potańczyć. Co ty na to?
 
Zgodziłam się. Oczywiście miał rację. Kubuś spał, Natasza gapiła się w komputer. Okazało się, że dała mu kolację, wykąpała go i nawet zdołała jej przejść cała złość, bo koleżanki też nie poszły do galerii, tylko wszystkie pisały ze sobą na czacie.
 
– No widzisz? Udało się! – Grzesiek objął mnie, kiedy wychodziliśmy z klatki. – A teraz chodźmy się zabawić!
 
Bawiliśmy się do rana. Postawił mi kilka drinków, całowaliśmy się w wolnym tańcu, a następnego dnia odkryłam, że… jestem w nim zakochana!

W Grzegorzu wszystko było wręcz idealne!

Grzesiek zaczął przyjeżdżać do mojego miasta regularnie. Spędzaliśmy ze sobą weekendy i święta. Został pierwszym facetem w moim życiu, którego całkowicie zaakceptowały moje dzieci. Kiedy jeździliśmy razem na jakiś festyn czy wycieczkę rowerową, nikt nie powiedziałby, że ten facet nie jest ich ojcem. Już raczej ja sprawiałam wrażenie złej macochy, zwłaszcza kiedy córka się na mnie boczyła.
 
Grzesiek natomiast świetnie radził sobie z humorzastą Nataszą.
 
– To świetna dziewczyna, tylko potrzebuje jasno określonych granic – uśmiechnął się, obserwując, jak moja córka naciera braciszka kremem do opalania. – A jak się dogadywała z ojcem Kubusia?
 
– Słabo – mruknęłam. – Byliśmy razem przez trzy lata, mieszkał u nas. Natasza nazywała go za plecami „Ropuchem” i ostentacyjnie go ignorowała. To było straszne… W domu wiecznie płaczący niemowlak, nadęta nastolatka i facet, który wyraźnie winił mnie za to, że nasze życie nie wygląda jak w reklamach. I te ich kłótnie… Bałam się, że przez to on od nas odejdzie, no i faktycznie tak się stało.
 
– Jego błąd, moje szczęście – skwitował Grzesiek i pocałował mnie w skroń. – Ja uwielbiam twoje dzieciaki. Zawsze chciałem mieć dużo dzieci, wiesz? Trójkę, może czwórkę. Fajnie, że zakochałem się w lasce, która ma już dwoje. Teraz najlepsze byłyby nasze własne bliźniaki, nie?
 
Prychnęłam śmiechem, bo myślałam, że żartuje. Zaraz jednak spoważniałam. Nie, cholera, on mówił poważnie! Tak, Grzegorz był poważnym facetem i wiedział dokładnie, czego chce. Po pierwsze chciał mnie. Wielokrotnie podkreślał, że na taką kobietę jak ja czekał całe życie.
 
– Miałem trzy długie związki, ale to nie było to – opowiedział mi. – Chyba byłem po prostu niedojrzały do poważnej relacji. Ale teraz jest inaczej. Chcę z tobą żyć, zestarzeć się. Chcę mieć z tobą dziecko.
 
Za każdym razem, kiedy to mówił, czułam, że mam ochotę krzyczeć. Że ja nie chcę mieć więcej dzieci. Że nie wyobrażam sobie kolejnej ciąży, kolejnych pieluch, piersi nabrzmiałych mlekiem i walki z tysiącem problemów, jakie niesie z sobą macierzyństwo. „Ja już swoje zrobiłam dla świata" – myślałam, krzycząc w środku, a na zewnątrz ozdabiając twarz enigmatycznym uśmiechem. „Wydałam na świat dwoje dzieci, urobiłam się przy nich po łokcie i nadal się urabiam! Nie, ja nie urodzę ani jednego dziecka więcej!".
 
Nie byłam jednak w stanie powiedzieć tego Grześkowi. Dlaczego? Bo nie chciałam go stracić. Był idealny! Wynajął większe mieszkanie i Natasza miała w nim nawet swoją prywatną łazienkę. Zajmował się Kubusiem, jakby to było jego własne dziecko: jeździł z nim na terapię sensoryczną, grał w gry edukacyjne, zabierał na mecze siatkówki. Mnie traktował jak księżniczkę. Inwestował w nasze wspólne życie: kupił większy samochód, założył fundusz na studia dla Nataszy. Kilka razy wspomniał o ślubie, ale zawsze odpowiadałam, że mi na tym nie zależy. Już byłam mężatką – naprawdę nic specjalnego.

– Ale ja nie byłem nigdy żonaty – powiedział w końcu. – Więc jeśli dla ciebie to mało istotne, a dla mnie ważne, to co ci szkodzi, żebyśmy się pobrali? Przynajmniej nie będzie potem problemu, jakie nazwisko dać dziecku, prawda? 

Wtedy zrozumiałam, że dłużej tak się nie da. Nie mogę go zwodzić.
 
– Słuchaj, ja nie chcę kolejnego dziecka… – zaczęłam. – Mam już dwójkę, nie dam rady przerabiać tego po raz trzeci…

Długo mu się wydawało, że jakoś mnie przekona

Nie potraktował tego poważnie. Powiedział, że i mnie rozumie. Tak, zaszłam w ciążę z kolegą ze szkoły, kiedy mieliśmy po szesnaście lat. To musiał być ogromny stres, straciłam kawał młodości. Potem wyszłam za mąż i urodziłam drugie dziecko, ale jego tatuś okazał się dupkiem i mnie zostawił. Musiałam radzić sobie sama ze zbuntowaną nastolatką i maluchem chorującym na alergię, ADHD i nie potrafiącym przespać od urodzenia aż do dzisiaj ani jednej całej nocy. To zrozumiałe, że było mi ciężko i zniechęciłam się do rodzenia kolejnych dzieci, ale przecież teraz jest inaczej. Mam jego, Grzesia.

Pobierzemy się, a on nigdy mnie nie zostawi! Zapewni mi: opiekę medyczną, nianię od pierwszych tygodni życia dziecka, wspaniały dom i wspaniałe życie… Jedyne, czego pragnie, to dziecka. Naszego wspólnego, choć oczywiście kocha moje dzieciaki jak własne. Ale chce być tatusiem od pierwszego USG, dbać o mnie, kiedy będę w ciąży, a potem spacerować z wózkiem i pokazywać maleństwu świat. Tylko tego potrzeba mu jeszcze do szczęścia.
 
Tamtego razu wymusił na mnie obietnicę, że jeszcze się zastanowię. Potem wielokrotnie wspominał mimochodem o czymś związanym z małymi dziećmi. A to, że znajomi mają jakiś superbezpieczny fotelik dla maleństwa, a to, że zapisy w jakimś prywatnym przedszkolu zaczynają się, kiedy dziecko kończy rok. Temat ciągle wracał, a ja udawałam, że nie rozumiem aluzji.
 
– Kochanie, myślałem o naszej przyszłości – powiedział w końcu po raz nie wiadomo który. – Dzwoniłem do urzędu stanu cywilnego. Mają dobry termin za pół roku. Możemy zarezerwować?
 
Spojrzałam mu w twarz i zrozumiałam, że nie mogę odmówić. Chciał się ze mną ożenić i nie było żadnego racjonalnego powodu, by to odkładać. Kazałam mu więc zarezerwować termin… Grzesiek uznał to chyba za deklarację, że jednak chcę mieć z nim kolejne dzieci, bo aluzje na ten temat przybrały na sile.
 
– Widziałam dziś katalog biura podróży – zaczęłam raz rozmowę na kompletnie neutralny, wydawałoby się, temat. – Może byśmy pojechali za rok do Tajlandii? 
 
– Ale za rok możesz być w ciąży – zaprotestował. – Właściwie to nawet na pewno będziesz, bo chyba się zgadzamy, że nie ma co tego odkładać, prawda? Po ślubie przestaniesz brać pigułkę, więc wypada, że w wakacje będziesz w pierwszym, może nawet drugim trymestrze, a taki daleki lot to spore ryzyko dla ciebie i dziecka…
 
Zrozumiałam, że to się nie uda. On nie zmieni zdania. Chce, żebym urodziła mu dziecko i jeśli powiem, że tak się nie stanie, wszystko się rozsypie… Nie wiedziałam, co zrobić. Za nic nie chciałam go stracić, zrezygnować z tego, co razem zbudowaliśmy, z całego naszego życia. Ale nie chciałam zachodzić w ciążę tylko po to, by utrzymać przy sobie faceta.
 
– Więc zajdź po to, żeby mieć kochane, cudowne dziecko – poradziła mi Marianna. – Może on ma rację? Nabawiłaś się złych wspomnień przy poprzednich ciążach i dzieciach, ale teraz może być inaczej. Masz faceta, który cię uwielbia, do tego jak Natasza wyjedzie na studia, będziesz znowu praktycznie mieć tylko jedno dziecko. Może naprawdę zdecyduj się na kolejne? Będziesz mieć cudowną rodzinę. Dlaczego by nie?
 
Zastanowiłam się. Od roku chodziłam na salsę solo. Uwielbiałam tańczyć, moja grupa występowała nawet na dniach gminy. Natasza faktycznie miała się lada dzień wyprowadzić i, prawdę mówiąc, czułam ulgę. W domu będzie spokojniej, nikt nie będzie mnie obrażał i miał do mnie pretensji. Terapia, na którą Grzesiek woził Kubę przynosiła skutki: mały zaczął normalnie sypiać, panie z przedszkola przestały mieć uwagi do jego zachowania. Ja byłam zdrowa, sporo schudłam. Taniec mnie uszczęśliwiał. Cieszyłam się życiem.
 
– Nie chcę mieć kolejnego dziecka – odpowiedziałam Mariannie, myśląc o tym wszystkim. – Lubię swoje życie. Nie chcę go zmieniać. Rozumiesz mnie? Nie można zajść w ciążę dla kogoś… Nawet jeśli się tego kogoś kocha.
 
Marianna mnie zrozumiała, ale Grzegorz już nie. Kiedy stanowczo oświadczyłam, że nie zamierzam odstawiać pigułek, zaczęły się szantaże emocjonalne. On był tym pokrzywdzonym, ja potworem, który przez swoją irracjonalną niechęć do urodzenia kolejnego dziecka rujnuje mu życie. Kiedy mnie nie obwiniał, błagał. 
 
– Czego ty ode mnie chcesz? – wykrzyczałam w końcu, czując, że nasz związek zbliża się ku przepaści. – Nie chciałam nawet ślubu, jednak zgodziłam się. Dla ciebie. Ale dziecka nie urodzę dla kogoś! To moje ciało, mój brzuch i piersi! I to byłoby moje dziecko! A ja go nie chcę! 
 
Tydzień po tej rozmowie Grzegorz odwołał ślub. 
 
– Chcę być ojcem. Biologicznym. Widzieć siebie w moim dziecku – powiedział mi, odchodząc. – Mam do tego prawo.
 
– A ja mam prawo do decydowania, czy chcę jeszcze raz rodzić – odparowałam. – Masz prawie czterdzieści lat, do tej pory się bawiłeś, a teraz chcesz być tatusiem. Ze mną było odwrotnie: ja całe życie wychowywałam dzieci, a teraz chcę wreszcie mieć życie dla siebie. Nie poświęcę się dla ciebie i nie zrobię nic wbrew sobie… 
 
Po rozstaniu wróciłam z Kubą do starego mieszkania. Natasza wyjechała na studia. Minęły dwa lata, Kubuś jest już w szkole. Świetnie się uczy. Moja mama zabiera go po lekcjach, bo ja chodzę na treningi. Tańczę w grupie choreograficznej, mamy pokazy w całym województwie. Uwielbiam to! Nie mam partnera, ale nie płaczę z tego powodu. Za to usłyszałam nowinę o Grzegorzu. Znalazł kobietę, która urodziła mu córeczkę. Podobno jest świetnym ojcem. Wierzę w to i życzę mu szczęścia. Ja swoje pomalutku buduję każdego dnia i nie żałuję, że stało się tak, jak się stało. 

Agnieszka, 35 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy