Joanna Luberadzka-Gruca
fot. Andrzej Muliński

Pomaganie innym uzależnia – mówi szefowa Fundacji Polki Mogą Wszystko

Każdy ma coś, czym się może podzielić, tylko trzeba to coś w sobie odnaleźć – przekonuje Joanna Luberadzka-Gruca, wiceprezes i dyrektor Fundacji Polki Mogą Wszystko i radzi, jak mądrze pomagać innym i nauczyć tego swoje dziecko.
Dorota Kornacka
Joanna Luberadzka-Gruca
fot. Andrzej Muliński

O pomaganiu wiesz niemal wszystko. Czy, aby komuś pomagać, trzeba się na tym znać?

Wielokrotnie spotykam się z poglądem, że nie trzeba mieć żadnych umiejętności, doświadczenia, kompetencji, aby pracować w organizacji pozarządowej i pomagać. Bo przecież pomaganie to taka oczywista rzecz. Każdy z nas komuś w życiu pomógł, każdy się na tym zna i doskonale wie, jak to robić.
Tymczasem pomaganie obliczone na osiągnięcie prawdziwego efektu, czyli takie, które ma przynieść rzeczywistą zmianę, jest bardzo, bardzo trudne. 

I nie wiedząc jak, możemy bardziej zaszkodzić niż pomóc? 

Niestety, tak. Bardzo dobrym przykładem, jak nie powinno się tego robić, jest sposób, w jaki ludzie pomagają tym, którzy żebrzą na ulicy. Często tym procederem trudnią się szajki, które cynicznie wykorzystują do tego  innych ludzi. Weźmy choćby przesiadujące na ulicy kobiety o ciemnej karnacji, z dziećmi, które spały niezależnie od tego, w jakim były wieku. Dzięki nim kobiety wzbudzały litość, więc przechodnie dawali im drobne pieniądze. A to napędzało ten biznes. 

I te dzieci były jego elementem? Elementem dobrze prosperującego biznesu?

Właśnie. Znam kilkoro dzieci, które zabrano tym kobietom. W żadnym przypadku nie były to ich dzieci. I nigdy nie miały legalnych dokumentów. Niektóre były ofiarami handlu ludźmi. Zostały kupione i przywiezione do Polski tylko po to, by wykorzystywać je do tego procederu. Bywały celowo niedożywiane, krępowane. Wiadomo, im mniejsze dziecko, tym większą wzbudza litość...

Jak najlepiej pomóc w tej sytuacji? Wystarczy nie dawać pieniędzy?

Nie, nie wystarczy. Jeśli chce się naprawdę pomóc tym dzieciom, czyli rzeczywiście coś zmienić w ich życiu, to trzeba zadzwonić na policję. 

Nie dajemy pieniędzy na ulicy. Nie przechodzimy obojętnie, ale reagujemy, gdy widzimy żebrzące dziecko. Czego jeszcze nie należy robić? 

Na przykład nie należy przekazywać pieniędzy indywidualnie, bez fundacji lub stowarzyszenia, na fundusz stypendialny bez sprawdzenia sytuacji rodzinnej dziecka i tego, w jaki sposób otrzymuje ono te środki finansowe. Chodzi o to, by mieć pewność, że służą one jemu i jego edukacji, a nie wspierają np. nałogu rodziców. Czasami to się, niestety, zdarza.

Przeczytaj także: Nie każdy zasługuje na dziecko

Boję się, by niektórzy po przeczytaniu tego nie pomyśleli, że skoro nie wiedzą jak, to nie będą pomagali w ogóle...

To nie jest argument, by nie pomagać! Chcąc mieć pewność, że nasza pomoc przyniesie komuś rzeczywistą korzyść, możemy zdać się chociażby na organizacje pozarządowe, które wiedzą, jak to robić i działają w sposób transparentny (co oznacza m.in., że dysponując pieniędzmi społecznymi lub niekiedy publicznymi, są zobowiązane do ujawniania swoich sprawozdań finansowych). Jest ich wiele i każdy kto chce, znajdzie taką, która działa w bliskim mu obszarze. Jedne organizacje wspierają dzieci, inne zwierzęta, jeszcze inne ekologię. Wystarczy chcieć! 

I wtedy mamy pewność, że nasza pomoc trafi tam, gdzie chcemy, by trafiła i naprawdę będzie efektywna?

Staramy się, by tak było. Temu służą np. określone procedury, których przestrzegamy i które wciąż doskonalimy. Mamy w Fundacji Polki Mogą Wszystko taką zasadę, że nie przekazujemy swoim podopiecznym pieniędzy (wyjątkiem są stypendia), ale finansujemy ich ważne potrzeby. Na przykład nie dajemy pieniędzy na leczenie czy rehabilitację dzieci niepełnosprawnych, ale pomagamy im, płacąc za turnus rehabilitacyjny czy leki. Wszystko po to, aby pieniądze, które trafiają do nas jako organizacji pozarządowej, były przeznaczone na to, na co powinny, a nie na inne cele.
Dlatego uważam, że lepiej – jeśli chcemy i możemy pomagać finansowo – robić to za pośrednictwem organizacji pozarządowej właśnie. 

Ale nie każdy może i chce pomagać finansowo. 

Oczywiście. Choć jest też tak, że ci, którzy sami nie mają zbyt wiele, często są bardziej skłonni do pomocy aniżeli osoby będące w dobrej sytuacji materialnej. Znam np. emerytów, którzy nie mając za wiele pieniędzy, gotują więcej zupy, by nakarmić dziecko sąsiadów, które potrzebuje takiego wsparcia, bo nie dojada i jest głodne.. 

Pomagać może każdy z nas?

Uważam, że absolutnie każdy! I każdy może to robić w ramach swoich możliwości. Istnieje wiele form pomocy pozafinansowej. Przede wszystkim wolontariat. Również ten nieformalny, odbywający się poza organizacjami pozarządowymi. Przykładem jest choćby pomoc sąsiedzka, czyli np. zrobienie zakupów starszej czy chorej sąsiadce. 

Poznaj: 8 prostych sposobów, by pomagać potrzebującym dzieciom

Wiele osób zasłania się brakiem czasu...

Brak czasu nie jest przeszkodą, by pomagać. My stawiamy na wolontariat długookresowy i wymagamy zaangażowania na minimum rok. Ale wiele organizacji prowadzi wolontariat akcyjny. Tu można się włączyć jednorazowo, np. w zbiórkę pieniędzy, jak w przypadku WOŚP
Znam wiele bardzo zajętych osób, mających rodziny i pracujących zawodowo, które mimo to angażują się w działalność lokalnej organizacji pozarządowej i jeszcze są wolontariuszami. Jedna a takich osób, na co dzień szef dużej organizacji, w weekendy pracuje w schronisku dla zwierząt. Można? Można!

Trzeba tylko chcieć. Chcieć pomóc i chcieć zobaczyć tych, którzy pomocy potrzebują.

To doskonale widać przy innej formie pomocy, jaką jest pomoc rzeczowa, czyli oddawanie ubranek i zabawek po swoich dzieciach tym, którzy ich potrzebują, a którzy są w trudnej sytuacji materialnej. Takich osób jest wokół mnóstwo. Wystarczy tylko się rozejrzeć. 
I tu uwaga – nawet przy tak prostej, wydawałoby się, formie potrzebna jest pewna świadomość pomagania. Te rzeczy muszą być w takim stanie, w jakim my sami chcielibyśmy je dostać. Tak, by obdarowany nie czuł się upokorzony. 

To kolejny dowód na to, o czym mówiłaś na początku – że aby naprawdę pomagać, trzeba umieć i wiedzieć jak. A czy do tego potrzebne są jakieś predyspozycje psychiczne? Na przykład odporność psychiczna, dzięki której można zmierzyć się z tym, że nie wszystkim da się pomóc...

Trzeba umieć koncentrować się na sukcesach a nie porażkach, aby widzieć tych, którym udało się pomóc, a nie tych, którym pomóc nie zdołaliśmy. Nikt z nas nie ma takiej mocy, by usunąć całe zło z tego świata. Trzeba mieć w sobie dużo pokory, by to zaakceptować. Ale także po to, by nie ulec złudnemu przekonaniu, że wiemy wszystko najlepiej.
Potrzebna jest też otwartość na ludzi, którym pomagamy i na to, co mówią. Myślę, że najgorszą formą pomocy, jaką możemy komuś zaoferować, jest pomoc na własną modłę i na swoich warunkach. No i nie możemy oceniać ludzi, którym pomagamy. Nie mamy do tego prawa, bo nie przeżyliśmy ich życia. 

Czy Polacy mają te cechy? Albo inaczej: czy chętnie pomagają?

Mamy olbrzymi potencjał, jeśli chodzi o pomaganie. Dowód? Po każdej z dwóch wielkich powodzi znajdowały się osoby, które nie tylko wspierały powodzian finansowo czy rzeczowo (tak pomagało wielu z nas!), ale brały urlop po to, by pojechać na tereny dotknięte klęską i pomagać ich mieszkańcom wszystko uporządkować i zacząć od nowa. 
Kolejny dowód to spektakularne akcje, często nagłaśniane w mediach społecznościowych. Pokazują one, że Polacy są w stanie się zmobilizować w krótkim czasie i zrobić wspólnie rzeczy naprawdę wielkie. Bo jak inaczej określić zebranie miliona złotych dla chorej dziewczynki w ciągu zaledwie 10 dni? Przy czym z mojego puntu widzenia mniej istotne jest, czy to był milion, czy dziesięć tysięcy złotych. Dużo większe znaczenie ma to, ile osób się w tę akcję zaangażowało. Czy to udostępniając wydarzenie na swoim profilu, czy wpłacając jakąś, nawet drobną kwotę. 

Przeczytaj także: Czy wiesz, komu przekażesz 1 proc. podatku?

Ale na tle innych krajów unijnych nie wypadamy najlepiej, jeśli chodzi o wolontariat...

Pojęcie wolontariat, choć częściowo zakorzeniło się w przestrzeni publicznej (choćby za sprawą ustawy o pożytku publicznym i wolontariacie), nie funkcjonuje w powszechnej świadomości. Polakom wydaje się, że wolontariat zawsze jest i musi być czymś bardzo sformalizowanym, działającym w ramach określonych struktur i związanym z jakimiś procedurami. A to nie tak. Tu chodzi tak naprawdę o coś, co określiłabym mianem życzliwości społecznej, bo pojęcie: prace społeczne ma w naszym kraju złe konotacje. 

Jesteśmy wolontariuszami, ale o tym nie wiemy?

Tak często jest. 

Przypomina mi się jeden z bohaterów Moliera, który zawsze mówił prozą, tylko o tym nie wiedział. Jak to zmienić?

Chyba za mało jest promowania i budowania świadomości, czym jest wolontariat. I to już od wczesnego dzieciństwa. Przecież wiele przedszkolaków czy uczniów bierze udział w akcji „Sprzątanie świata”. Ale bardzo rzadko towarzyszy temu edukacja. W efekcie dzieci są wolontariuszami, ale o tym nie wiedzą. Zachęcamy je więc, by robiły coś dobrego, uczymy je tego, ale nie edukujemy przy okazji. 
Wzorcem może być dla nas w tej dziedzinie społeczeństwo amerykańskie, które doskonale robi i jedno, i drugie. W efekcie Amerykanie mają głęboką świadomość patriotyczną (że to jest nasz kraj, o który musimy dbać i z którego jesteśmy dumni) i społeczną (że jeśli dbamy o nasz kraj, to powinniśmy także sobie pomagać, angażować się w wolontariat czy działalność filantropijną).

Przeczytaj: To, co 9-latka zrobiła dla swojej koleżanki, jest naprawdę wzruszające
 

Przenieśmy to na grunt rodziny. Czy my, rodzice możemy coś zrobić, by nasze dzieci miały tę potrzebę? 

Oczywiście. Nie spotkałam rodziców, którzy deklarują, że chcieliby wychować dziecko na człowieka złego, niezaradnego i niepomagającego innym. Przeciwnie, każdy chce, by było dobre, życzliwe i zaradne, prawda? Nie znam badań, które odpowiadałyby na pytanie, dlaczego jedni się angażują, a inni nie mają takiej potrzeby. Ale myślę, że aby wychować dzieci, które będą w przyszłości pomagać innym, my sami musimy być dorosłymi, którzy pomagają. Musimy pomagać i dbać o to, by swoim przykładem pociągać innych, także nasze dzieci. 

Czyli jak zawsze zaczynamy od siebie. Czy to wystarczy?

Nie. Tak jak nie wystarczy dać dziecku pieniążek, by wrzuciło np. do puszki WOŚP. Trzeba jeszcze z nim porozmawiać o tym, po co to robimy. No i trzeba stworzyć wokół tego pozytywną atmosferę. Tak, by czuło, że pomaganie jest przyjemne. Bo np. robiło to wspólnie z mamą i tatą.
I jeszcze jedno – musimy tego naprawdę chcieć, to nasze pomaganie musi być prawdziwe, wynikać ze szczerych pobudek. Aby zarazić dziecko potrzebą pomagania, musimy odnaleźć wpierw tę potrzebę w sobie. Dzieci są znakomitymi obserwatorami i wyczują każdy fałsz. 

Przeczytaj także: Pierwsze lekcje altruizmu

Najłatwiej zarażać pasją. Czy pomaganie może stać się pasją?

Na pewno można je połączyć z pasją i może ono z pasji wynikać. Znam ludzi, których pasją jest żeglarstwo i którzy założyli fundację. I teraz organizują rejsy żeglarskie dla dzieci z trudnych rodzin, z domów dziecka, rodzin zastępczych i rodzinnych domów dziecka. Zarażają je w ten sposób swoją pasją żeglarstwa. I pasją pomagania innym, mam nadzieję.

A czy pomaganiem można się nie tylko zarazić, ale także od niego uzależnić? Tak, że pomaga się permanentnie i nie można przestać?

Sama jestem tego przykładem (śmiech). Ale nie tylko ja. Takich osób, które pomagają w sposób ciągły, spotkałam bardzo, bardzo wiele. Bo jak raz się doświadczy tego, że można zmieniać świat na lepsze, to trudno przestać.

Opowiedz o tych, którzy nie przestają.

Pamiętam rodziców jednej z naszych wolontariuszek, którzy zostali rodzicami zastępczymi odwiedzanego przez nią w domu dziecka chłopca. Nasza inna wolontariuszka adoptowała chłopca, którego poznała w domu dziecka. Bardzo często rodziny naszych wolontariuszy stawały się rodzinami zaprzyjaźnionymi dla dzieci z tych placówek. 
Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów jest małżeństwo, które prowadzi rodzinny dom dziecka i wychowuje dziewczynkę, która trafiła do niego mając 7 miesięcy. Była karmiona pozaustrojowo, nie wydawała żadnych dźwięków poza kwileniem i tylko leżała. Ważyła wtedy niespełna... 3 kg. Była obciążona alkoholowym zespołem płodowym (tzw. FAS), a stopień uszkodzeń spowodowanych podczas jej życia płodowego przez alkohol był tak znaczny, że lekarze dawali jej niewielką szansę na przeżycie (musiała przejść m.in. operację serca i przewodu pokarmowego). Dziś ta dziewczynka ma 7 lat i chodzi do szkoły, do klasy integracyjnej. Normalnie komunikuje się z otoczeniem, funkcjonuje w grupie rówieśniczej, normalnie je. Jednak najważniejsze, że to jest dziecko szczęśliwe. I to po nim widać – jest pogodne, promienne wręcz. Ale dostało od swoich nowych rodziców i całej ich rodziny taką dawkę miłości, że nie może być inne. 

Przeczytaj także: Rodzina na zastępstwo
Redakcja poleca: „Dzieci z Alleppo nie stanowią zagrożenia terrorystycznego. To są sieroty i trzeba im pomóc” – apeluje prof. Alicja Chybicka
Czy polscy rządzący otworzą swoje serca na pomoc dzieciom z Syrii? Dlaczego Polska Akcja Humanitarna uważa, że adopcja dzieci z Alleppo to nienajlepszy pomysł? Jaki głos w tej sprawie zabrali członkowie Parlamentarnego Zespołu ds. Dzieci?
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy