Bajka na dobranoc: Kalosze – opowiada Pani Wieczorynka w ramach akcji Lato z Mamo, To Ja [WIDEO]

Bajka na dobranoc pt. „Kalosze” to zabawna historyjka dla dzieci o dwóch kaloszach – Tomku i Romku, którzy byli braćmi i pewnego dnia przeżyli niesamowitą przygodę. Wspaniale opowiada ją Pani Wieczorynka. To idealna opowieść do puszczenia dziecku przed snem lub podczas poobiedniego odpoczynku.

Zobacz inne z serii: Bajki na dobranoc Pani Wieczorynki (4)

Bajka na dobranoc pojawia się co tydzień naszym Facebooku w ramach akcji Lato z Mamo, To Ja. Opowiada ją Pani Wieczorynka, czyli Agata Romaniuk, którą pokochały dzieci i ich rodzice za sprawą tego, że w czasie społecznej izolacji spowodowanej koronawirusem publikowała na Facebooku bajki dla dzieci, które miały pomóc najmłodszym przetrwać ten dziwny czas w zamknięciu.

Teraz znowu macie możliwość słuchania jej mądrych i niepowtarzalnych bajek. Publikowaliśmy już „Górę” i „Korniki”, a dziś zachęcamy do posłuchania (wystarczy odtworzyć nasz film) lub przeczytania „Kaloszy” (tekst bajki publikujemy niżej). 

„Kalosze” – bajka na dobranoc Pani Wieczorynki

Dwóch braci, Tomek i Romek, jest bardzo do siebie podobnych, wiecie, jak to bliźniaki, właściwie są identyczni. Nie sposób odróżnić jednego od drugiego. Wszystko mają dokładnie takie samo, pod względem kształtu, koloru. Kropka w kropkę identyczni bracia. Jak wołają jednego, to drugi się odwraca, jak wołają drugiego, to odwraca się pierwszy… A poza tym, są kaloszami. Żółtymi. Tomek jest żółtym kaloszem i Romek też jest żółtym kaloszem. Należą do Martynki, bardzo miłej dziewczynki, która chodzi do przedszkola. Tomek na jej prawej nóżce, Romek na jej lewej nóżce.

Zawsze razem maszerują przez kałuże, przez błotnisty strumyk, prosto przez trawę. Kucają razem, oglądają żaby. Bardzo często i Romek, i Tomek są zabłoceni, ale właściwie nie mają tak dużo przygód. Bo Martynka chodzi do przedszkola, czasami odebrać młodszego brata ze żłobka, jak pada deszcz w kaloszach. Czasami biega u babci po trawie. Ale marzy im się wielka przygoda, jakaś taka naprawdę wakacyjna przygoda! Czasami Romek do Tomka mówi:
– Oj bracie, fajnie by było, jakbyśmy pojechali na jakąś wielką morską wyprawę, gdzie by deszcz zacinał i burze, i gdzie moglibyśmy po pokładzie się ślizgać.
A wtedy jego brat Tomek, który jest spokojniejszy, mówi:
– Oj, Romek, nie daj Boże, ale byśmy się strachu najedli! Kto wie, kalosze chyba pierwsze toną, nie? Zaraz by nas zmyło z pokładu, ja to wolę tylko kałuże. Jak to bym się bał oceanu i morskiej toni.
Na co Romek do niego:
Co Ty, byś się bał, dalibyśmy radę, jeden drugiego byśmy się trzymali, na nóżkach Martynki byśmy siedzieli, jakoś to by było.

Ale Martynka jeszcze jest za mała, żeby ruszyć na wielką morską wyprawę. W tym roku jednak tata z mamą zabrali ją na spływ kajakowy. Taki prawdziwy długi spływ, trzy dni Krutynią – to jest taka rzeka na Mazurach. Jak wsiedli w jednym miejscu, to trzy dni płynęli i dopiero trzy dni później wysiedli. Nooo, dla Tomka i Romka to była wielka przygoda! Tomek oczywiście cały zestrachany. Przysiadł głęboko, bo wcale nie siedzieli na nóżkach Martynki, bo pogoda była bardzo ładna. Więc usiadł głęboko w dziobie kajaka, wystaje tylko i mówi:
– Romek, ty mi tylko mów, jak będą jakieś bezpieczne zakręty, jak będzie jakaś łąka, ptaki. Jak będzie jakaś niebezpieczna toń albo jakiś wir morski…
– Jaki wir morski…? – mówi Romek.
–  No, jak będzie jakiś taki wir albo konar, albo inne niebezpieczeństwo, to ty mi mów, bo ja nie umiem pływać.
Na co Romek, jego brat, ten dzielniejszy, mówi:
– Stary, ja tu będę siedział z przodu, będę wystawał cholewką i oczywiście z jednej strony patrzył, z drugiej strony patrzył. Jak będzie coś ciekawego, pomost albo jakaś akcja, kajakarze i inni, żaglówki na horyzoncie, to ja cię będę o wszystkim informował.
A Martynka mówiła do nich:
– Słuchajcie, na razie nie jest pogoda deszczowa ani mokra, więc wiecie, po prostu sobie siedźcie i wszystko oglądajcie, tak? A ja będę wiosłować w sandałkach, bo tata mówi, że i tak ręce najważniejsze i trzeba wiosłować równo: raz, dwa, raz, dwa!

I tak sobie wiosłowali trzy bite dni. Tomek, powiem wam, ani razu nie wyjrzał spod burty, bo cały czas był taki troszeczkę zestrachany. Romek za to wyglądał, pozdrawiał ptaki i pozdrawiał żurawie, innych kajakarzy, wioślarzy, opalał swoją żółtą gumę, o tak wystawiał się do słońca, a potem drugą stronę, a czasem nawet podeszwą, taki był. I jak przyszedł czas wysiadania, to Romek wyskoczył pierwszy na pomost. Oczywiście zaczął pomagać, wiosła i tak dalej, a Tomek nawet się nie zorientował, że dopłynęli. Siedział schowany pod pokładem i myślał sobie: „O Jezu, jak tu trzeba przeczekać, może na samym końcu mnie wyciągną”.

Rodzice Martynki wyciągnęli duże worki ze śpiworami, kuchenką gazową i namiot. Wszyscy wysiedli, Romek wyskoczył sam, wziął i parasolkę, i misia, i materac dmuchany. A o Tomku zapomnieli. Nikt go przez ten cały spływ kajakowy nie widział, on był cały czas schowany. A Romek, zamiast brata pilnować, to poleciał od razu pierwszy do ogniska, od razu pierwszy wszystkim opowiadać, obnosić się z tym, jak to on nie wiosłował, jak to on nie jest kajakarzem… Wsiedli wszyscy do samochodu, odjechali… i o Tomku zapomnieli.

Tymczasem zaczął padać mały deszczyk, zbliżała się noc i Tomek wyjrzał zza burty i zaczął wołać:
– Romek! Martynka! Gdzie jestem? Czy wyście już pojechali? Ja siedziałem tu, nic nie wiedziałem. Gdzie jesteście?

A tamci tymczasem już sto kilometrów zdążyli odjechać i też zaczął padać deszcz. Jak tylko wysiadali przed domem babci Martynki, to mama powiedziała:
– Córeczko, ale wysiadając, weź pelerynę i załóż kalosze!
I wtedy Martynka się zorientowała, że ma tylko jeden, lewy kalosz – Romka. I mówi do niego:
– Romek, gdzie jest twój brat, gdzie Tomek? Gdzie Tomek? Co się stało z Tomkiem? Czy on wypadł po drodze na stacji benzynowej, jak otwieraliśmy drzwi, czy co?
A Romek mówi:
– Oż, motyla noga! Zapomnieliśmy Tomka w kajaku, Tomek się zgubił! Martynka, dawaj, do taty mów!
Martynce było głupio, ale mówi:
– Tatusiu, mój prawy kaloszek się zgubił.
A tata mówi:
– Ooo, dziecko kochane, nie szkodzi, kupimy ci nowe kalosze, kalosz, wiesz, kalosz, czasem się gubią. Czasem się ma tylko prawy, czasem lewy…
A ona mówi:
– Nie, tato, to byli dwaj bracia, Romek i Tomek, zawsze razem. Wróćmy, proszę.
No i co miał zrobić tata? Powiedział:
– Dobra, kawkę się chlupnie, za kierownicę i szuuu – i wrócił.

I tam, pod przewróconym do wyschnięcia kajakiem, siedział i czekał Tomek, zgubiony kalosz. Bo wiedział, że ma dwóch przyjaciół: swojego brata Romka, który co prawda jest zupełnie inny niż on, ale jednak bratu nie da zginąć, i Martynkę, która zawsze chciała mieć dwa kalosze, bo jednak jak przyjdzie burza albo błoto, to dobrze mieć dwa kalosze na nogach, nie?
Bajki na dobranoc Pani Wieczorynki dostępne są na Facebooku Mamo, To Ja. W każdą sobotę o godz. 19.00 publikujemy kolejną, wspaniałą opowieść dla najmłodszych. Nie przegapcie!
Zobacz także:
Oceń artykuł

Ocena 6 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy