Miałam urodzić dziecko koleżance
fot. Adobe Stock, ryanking999

„Koleżanka zapłaciła mi bajońską sumę, żebym zaszła w ciążę z jej mężem i urodziła im dziecko, ale nie przewidziała jednego...”

To nienarodzone dziecko nie będzie tylko ich. Przecież będzie także moje. Złamałam się, kiedy po tygodniu Jagoda oznajmiła, że do obiecanej kwoty dołożą mi jeszcze dwadzieścia tysięcy.
Miałam urodzić dziecko koleżance
fot. Adobe Stock, ryanking999
Kiedy byłam mała, moja babcia często powtarzała, że kogo pan Bóg chce ukarać, to mu rozum odbiera. Wtedy się z tego śmiałam, a dziś wydaje mi się, że chyba mnie chciał za coś ukarać. Bo wyraźnie odebrał mi rozum w chwili, kiedy zgodziłam się na tamtą propozycję...

Jagoda. Poznałyśmy się w salonie fryzjerskim, w którym ja pracowałam, a do którego ona przychodziła się czesać. Zawsze była elegancka, ubrana w drogie markowe rzeczy. Zazdrościłam jej, że ma dostatnie, dobre życie. Ja ledwo wiązałam koniec z końcem, sama z dwojgiem małych dzieci, bez alimentów, które mąż płacił od przypadku do przypadku.

Musiałam jeszcze pomagać schorowanej matce. Wiecznie na wszystko brakowało mi pieniędzy, a odkąd starszy synek poszedł do szkoły, te problemy jeszcze się pogłębiły. A to jakaś książka, a to wycieczka, a to znowu wyjście do kina.

I skąd miałam na to wszystko brać?

I wtedy właśnie Jagoda, zupełnie niespodziewanie, zaproponowała mi, żebym przychodziła do niej sprzątać. W pierwszej chwili miałam wątpliwości. Nie dlatego, żebym wstydziła się sprzątać, jednak nie wyobrażałam sobie, kiedy znajdę na to czas.

Dopiero po rozmowie z mamą, która obiecała dwa razy w tygodniu zająć się wieczorami moimi dziećmi, podjęłam decyzję. Dodatkowe pieniądze były dla mnie jak manna z nieba. Dwa tygodnie później zorientowałam się, że życie mojej pracodawczyni wcale nie było takie sielankowe, jakby się wydawało.

Owszem, miała piękny dom, bogatego męża na stanowisku, sama była wykształcona i prowadziła dwa salony z włoską, bardzo drogą odzieżą. Wszystko miała oprócz dziecka. Tak bardzo go pragnęła, że często wieczorami częstowała mnie kawą albo drogim winem i ze łzami w oczach żaliła mi się, jak bardzo jest nieszczęśliwa.

– Nawet koleżanek już nie mam – opowiadała. – Wszystkie mają dzieci i żyją w innej rzeczywistości. Przedszkole, lekarze, szczepienia, szkoła, zajęcia popołudniowe – wymieniała, odginając palce – ja tego nie znam, nigdy nie znałam. A one nie mają czasu na wypady do spa, wieczorne wyjścia do teatru albo na drinka.

No tak, ja też nie miałam czasu na spa ani temu podobne rozrywki

A poza tym nie miałam na to pieniędzy. Oczywiście nie oddałabym moich synków za żadne skarby, nie zamieniłabym się z Jagodą na jej życie, ale z drugiej strony bardzo chciałam mieć trochę łatwiej, trochę więcej pieniędzy. Kupiłabym dzieciom komputer, wysłałabym Grzesia na kolonie, a sobie kupiłabym nowy, elegancki płaszcz.

Może nie taki drogi, jak ma Jagoda, ale chociaż podobny. Pracowałam już u niej ze dwa miesiące, kiedy pewnego popołudnia wróciła do domu z czerwonymi oczami. Od razu widziałam, że płakała, mimo że nie odezwała się ani słowem. Dopiero dwie godziny później poszłam do salonu powiedzieć jej, że wychodzę, a ona siedziała przy kominku, piła wino i łzy płynęły jej po policzkach.

– Lekarz powiedział, że nie ma już dla mnie nadziei – odezwała się. – Nigdy nie będę miała dziecka.

Usiadłam obok niej na dywanie, nie wiedziałam, co powiedzieć, jak ją pocieszyć. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może jednak ja jestem szczęśliwsza, mimo że wiecznie brakuje mi pieniędzy.

– Może adoptujcie dziecko – odezwałam się w końcu niepewnie. – Jest tyle dzieci, które potrzebują rodziców.

Jagoda pokręciła głową.

– Wiktor się na to nigdy nie zgodzi – mruknęła. – Rozmawiałam już z nim o tym. On chce mieć swoje dziecko. W końcu znajdzie sobie jakąś inną, zdrową, płodną i mnie dla niej zostawi – dodała przez łzy.

Miałam ochotę powiedzieć, że jeśli to prawda, jeśli z tego powodu ją zostawi, to znaczy, że nie jest jej wart i nie ma co po nim płakać, ale ugryzłam się w język.

Takie gadanie nie miało sensu, to były banalne pocieszenia, z których kompletnie nic nie wynikało

Wróciłam do domu, zostawiając Jagodę w rozsypce. Martwiłam się o nią, ale miałam swoje dzieci i swoje obowiązki. Dwa dni później Jagoda oznajmiła mi, że mają pewien pomysł i ona i jej mąż chcieliby ze mną porozmawiać.

– Oboje? – spytałam spłoszona.

Męża Jagody znałam słabo, tak naprawdę wiecznie nie było go w domu, to ona załatwiała ze mną wszystko.

– Tak, oboje – Jagoda miała dziwny wyraz twarzy, jakiś taki niepewny. – Ale nie obawiaj się. Po prostu mamy dla ciebie pewną propozycję. Mam nadzieję, że się dogadamy. Na pewno tak.

Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę się dzieje, kiedy usłyszałam, o co im chodzi

Czy oni oboje zwariowali? – przebiegło mi przez myśl.

Wiedziałam, że takie rzeczy się dzieją, ale przecież nie wokół mnie, przecież nie mogły dotyczyć mnie. Ja byłam zwyczajną kobietą, samotną matką po rozwodzie próbującą każdego miesiąca przeżyć do pierwszego bez pożyczki.

– Nie – pokręciłam głową. – To nierealne, niemożliwe.

Wtedy usłyszałam, że jak najbardziej realne. Mieli już ułożony cały plan. W prywatnej klinice zostałoby przeprowadzone sztuczne zapłodnienie i byłabym w ciąży z mężem Jagody. Zapewniliby mi opiekę medyczną na cały okres ciąży, wszystkie leki, witaminy i co tylko byłoby potrzebne. Potem urodziłabym dziecko, również w prywatnej klinice i już w szpitalu zrzekłabym się do niego praw na rzecz ojca, czyli Wiktora, męża Jagody.

– To jakieś szaleństwo – wyszeptałam.

I wtedy usłyszałam, ile pieniędzy dostałabym za tę „usługę”

Dla mnie to była zawrotna kwota. Nigdy w życiu nawet takiej nie widziałam. Mimo to miałam wątpliwości. Całe morze, cały ocean wątpliwości.

– Nie wiem – kręciłam głową, chyba już mniej energicznie. – Naprawdę nie wiem. Musiałabym się zastanowić – dodałam.

Wszystko to, co powiedzieli mi Jagoda z Wiktorem, rozbiło moje życie na kawałki. Chodziłam nieprzytomna, a Jagoda dzwoniła do mnie codziennie i pytała, czy już podjęłam decyzję. Nie umiałam jej podjąć. Byłam przekonana, że to jest złe i że będę tego żałować.

Z drugiej strony, obiecane pieniądze tak bardzo ułatwiłyby mi życie. I mnie, i moim dzieciom. Nawet mojej chorej matce. Nie mam pojęcia, jak mogłam być taka głupia i nie pomyśleć choć przez moment, że to nienarodzone dziecko nie będzie tylko ich. Przecież będzie także moje.

Złamałam się, kiedy po tygodniu Jagoda oznajmiła, że do obiecanej kwoty dołożą mi jeszcze dwadzieścia tysięcy. Boże święty, to była jakaś zawrotna suma!

– Dobrze, zgadzam się – powiedziałam, bo teraz już nie umiałam się oprzeć.
– Zobaczysz, nie będziesz żałować – Jagoda aż promieniała radością.

A ja czułam już wtedy, gdzieś w głębi serca, że to się nie uda, że będę żałować, że to po prostu nie ma prawa się udać.

Dostałam od Jagody i Wiktora połowę kwoty. Drugą połowę miałam otrzymać po urodzeniu malucha

Wszystko poszło idealnie, już po pierwszym razie okazało się, że jestem w ciąży. Nie wiedziałam tylko, co mam powiedzieć synom. No i matce oczywiście. Prawdy w żadnym razie nie mogłam.

Po pierwsze, ani Jagoda, ani Wiktor nie życzyli sobie tego, to, co robiliśmy, było przecież nielegalne. A po drugie, moja matka nie zrozumiałaby, nie pojęłaby, jak mogłam na coś takiego się zgodzić. Liczyłam na to, że dopóki nie będzie widać brzucha, nie muszę się przyznawać.

Miałabym więc jeszcze trochę czasu. Niestety, Wiktor z Jagodą naciskali, żebym poszła na zwolnienie. Oni mi dawali pieniądze, a ja dbałam o ich dziecko. Taki był układ, na to się zgodziłam. Mama szybko się zorientowała w sytuacji, a kiedy Grzesiek poinformował babcię, że nie chodzę do pracy, była już pewna. Przyszła do mnie któregoś przedpołudnia, żeby dzieci nie było w domu. Nawet o nic nie pytała.

– Czy ty zupełnie oszalałaś, dziewczyno?! Co ty wyprawiasz? – zaczęła od progu.
– O co ci chodzi? – udawałam, że nie rozumiem.
– Nie udawaj głupszej, niż jesteś – warknęła gniewnie. – Ledwie dajesz radę z chłopcami, a zrobiłaś sobie jeszcze jedno? Zwariowałaś!

Milczałam. Cholera, byłam nieprzygotowana na tę rozmowę, zaskoczyła mnie. Sądziłam, że jeszcze mam trochę czasu.

– A może ty zamierzasz wyjść za mąż? – matka popatrzyła na mnie z nadzieją w oczach. – Powiedz, kto to jest?
– Kto niby?
– Maryśka, przestań udawać głupią! – krzyknęła. – Pytam cię jak dorosłą kobietę, kto jest ojcem twojego dziecka.
Dorosła jestem, nie muszę ci się tłumaczyć – denerwowałam się coraz bardziej.
– Tak. Dorosła to ty jesteś, ale odpowiedzialna to na pewno nie.

Wyszła wtedy ode mnie rozzłoszczona i obrażona. Sama byłam zła na siebie, wiedziałam, że nie tak powinnam z nią rozmawiać. Przecież martwiła się o mnie, pomagała, jak mogła, a ja potraktowałam ją jak kogoś, kto się wtrąca. Dwa dni później poszłam mamę przeprosić. I wtedy powiedziałam jej, że ojciec dziecka jest żonaty, że nie odejdzie od żony, a ja raczej oddam mu dziecko na wychowanie. Chciałabym, żeby uwierzyła, że miałam normalny, zwyczajny romans z Wiktorem.

Może i uwierzyła, ale pomysł z oddaniem dziecka kompletnie jej się nie spodobał

– Oszalałaś? – złościła się oburzona. – Chcesz oddać własne dziecko obcym ludziom? Na poniewierkę?
– Jaką poniewierkę? – teraz z kolei ja byłam zła. – Przecież to jego ojciec.
– Ojciec, ojciec. Jakbyś nie wiedziała, jacy są mężczyźni. Co z tego, że ojciec, skoro matką będzie obca baba? Podaj go do sądu, niech płaci alimenty. Przecież nie możesz wyrzec się własnego dziecka – mama uparcie powtarzała swoje, w ogóle nie zwracając uwagi na moje milczenie.

A ja po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że dziecko jest, owszem, dzieckiem Wiktora, ale jest także moje. I miałabym je oddać Jagodzie? A może ono będzie podobne właśnie do mnie? Nie do Wiktora, tylko do mnie. A może do Grzesia albo Pawełka. Rany boskie, jak ja miałabym je urodzić, a potem oddać i nigdy więcej go nie zobaczyć.

A może Jagoda wcale by go nie kochała? Może tylko tak jej się wydawało, że chce dziecka, a jak ono już by było i miałaby świadomość, że jest moje, nie jej, może by je znienawidziła. Nie wiedziałam już sama.

– Nie męcz mnie, mamo – poprosiłam. – Jeszcze się zastanowię.
– Tu się nie ma nad czym zastanawiać – warknęła moja rodzicielka. – Wychowa się dwoje, wychowa się i trzecie.

No tak, a jeszcze niedawno krzyczała, że z tą dwójką nie daję sobie rady. Miała zresztą rację. O rany, w co ja się wpakowałam? Naprawdę byłam głupia! Od tej pory zaczęłam myśleć, że oddanie dziecka wcale nie będzie takie proste i łatwe, jak mi się początkowo wydawało. Przecież to moje dziecko!

A kiedy zrobiłam USG i okazało się, że to będzie dziewczynka, wszystko we mnie protestowało przed tym, że miałabym ją, moją córeczkę komukolwiek oddać. Chłopcy, mimo że obawiałam się bardzo ich reakcji, też ogromnie się ucieszyli, że będą mieli siostrę. A ja czułam się jak w matni, czułam się coraz bardziej osaczona.

Byłam już pewna, że nie dam rady oddać Zosi, jak w myślach nazywałam swoją córeczkę, ale bałam się powiedzieć o tym Jagodzie i jej mężowi.

W ogóle nie potrafiłam sobie wyobrazić, jaka mogłaby być ich reakcja

Chwilami także przypominałam sobie płaczącą pod kominkiem Jagodę i wyobrażałam sobie, jak bardzo będzie nieszczęśliwa, jeśli nie dostanie tego wymarzonego dziecka, na które tak czekała i na które już się szykowała. Dwa miesiące przed porodem powzięłam decyzję.

Trudno, będzie, co będzie, musiałam im powiedzieć, że za nic nie oddam im Zosi. Dawno już u nich nie byłam, dlatego bardzo zaskoczyła mnie wywieszona na ogrodzeniu tablica z informacją, że dom jest do sprzedania.

– Wyprowadzacie się? – zapytałam.
– Tak, zaraz po narodzinach Magdalenki – usłyszałam w odpowiedzi.

Stałam w progu i patrzyłam na nich. Jagoda siedziała w fotelu, Wiktor stał przy kominku. Jak ja mogłam być taka głupia? Oni zaraz po urodzeniu zabraliby moją córkę, wyjechali w nieznane, a ja nigdy bym jej nie zobaczyła. Nawet im się nie dziwiłam, woleli zniknąć mi z oczu, chcieli mieć małą tylko dla ciebie. Ja przecież miałam się zrzec wszystkich praw do niej.

– Muszę wam powiedzieć, że zmieniłam zdanie – oznajmiłam wprost. – Nie mogę oddać wam Zosi. Nie mogę.
– Jakiej Zosi, do diabła? – Jagoda zerwała się z fotela. – Nasza córka będzie miała na imię Magdalena.
– Ale moja będzie nazywała się Zosia. Bardzo mi przykro, Jagoda, ja po prostu nie mogę tego zrobić, nie dam rady jej oddać. Już ją kocham…

Widziałam, jak oczy Jagody wypełniają się łzami, widziałam, jak osuwa się na fotel. Kiedy odwracałam się do drzwi, usłyszałam jeszcze za sobą krzyk Wiktora:

– To jest też moja córka!

Nie miałam sił tego słuchać. Powiedziałam, co miałam do powiedzenia i wyszłam. Niech się dzieje, co chce. Wiem, że to także córka Wiktora, jeśli będzie chciał ją widywać, nie będę się sprzeciwiać, ale nie wyrzeknę się jej. Jest przecież moim dzieckiem. Do rozwiązania jeszcze kilka tygodni. A potem zobaczymy.

Maria, 39 lat
 
Czytaj także:
Redakcja poleca: Rozwój zarodka - film
Zobacz, jak wygląda rozwój zarodka w pierwszych dniach od zapłodnienia in vitro. Film złożono ze zdjęć robionych co 15 minut. Zarodki monitorowano za pomocą embrioskopu.
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy