Kraina Snu
fot. Adobe Stock

Bajka laureatki konkursu Mamy piszą: "Kraina Snu"

Przeczytaj opowiadanie naszej czytelniczki, która wzięła udział w konkursie „Mamy piszą” i wygrała publikację w Mamotoja.pl
Kraina Snu
fot. Adobe Stock
 
Rozdział I
Kiedyś (ale kiedy to było?) była dziewczynką ze słonecznego Pozaświata. Wespół z grupką lojalnych przyjaciółek zwykła spędzać całe dnie pluskając się w ciepłych wodach Pozarzeki (od czasu do czasu, w nagłym przypływie odwagi drażniąc jej mieszkanki - syreny o srebrzystych ogonach), walcząc z ich wrogiem – nader niesympatyczną Bezręką Wiedźmą, która zamiast prawej dłoni miała srebrną protezę i wędrując po Pozalesie w poszukiwaniu nowej wielkiej przygody, mogącej ukrywać się za każdym omszałym drzewem i w każdej kępie pierzastych, nakrapianych słońcem paproci. Żadna część Pozaświata nie stanowiła dlań tajemnicy; dziewczynka była za pan brat z zamieszkującymi ją istotami, przemierzając w ich towarzystwie najbardziej ukryte leśne ścieżki.
 Czasy te jednak należały już do przeszłości. Druzjanna była teraz dorosłą kobietą; wysoką i czarnowłosą, ubraną w rodzaj dziwnego białego płaszcza będącego jedyną jasną plamą w ciemności, przez którą dryfowała. "To kitel; to lekarski kitel" myślała dziewczynka; słowo to niespodziewanie wychynęło z otchłani niepamięci, przypomniała je sobie nieoczekiwanie nie znając go przedtem.
 Druzjanna wiedziała też coś innego; świadomość tego nagle wypełniła jej głowę. Zdała sobie sprawę, że jej świadomość istniała na dwóch planach, całkiem jakby się rozszczepiła na dwie wersje siebie, obie będące w stanie obserwować siebie nawzajem z grozą, ale i nie bez swoistej upiornej fascynacji. Jedna z nich identyfikowała się jako dorosła kobieta, której pracą było pomagać chorym, druga wiedziała, że jest dzieckiem, mieszkanką idyllicznego Pozaświata i że coś było tu zdecydowanie nie tak. Bardzo nie tak. W takim stopniu nie tak, w jakim to tylko było możliwe. Ta druga połówka miała nieprzyjemne wrażenie, że dzieciństwo dziewczynki opuszczało ją kropla po kropli na korzyść tej obcej kobiety, która była dorosłą Druzjanną. Dziewczynka odczuwała dziwne wibracje, całkiem jakby ta część jej osobowości, która należała do dziecka stopniowo i nieubłaganie się od niej odrywała, opuszczając ją. Temperatura tego dziwnego miejsca, w którym dryfowała samotna i zagubiona, niespodziewanie obniżyła się. Dziewczynka wzdrygnęła się. Jej drobne ciało przeszył dreszcz.
 - Nie... Ja nie chcę...
 - Druzjanna!
  Czyjaś ręka złapała ją za rękaw sukienki, przywracając ją rzeczywistości. W jednej chwili dziewczynka/kobieta eksplorowała tajemniczą przestrzeń, w której nie było nic poza nią samą, zziębnięta i samotna, w następnej leżała w łóżku w tak dobrze znanym jej domu, który dzieliła ze swymi towarzyszkami.
 Pamiętała, że podczas gdy Sydonia - ich przywódczyni - wespół z resztą dziewcząt wypuściły się na poszukiwanie przygody - potencjalnej Nowej i Wielkiej Przygody - tylko ona i Amadea, obie nie czujące sie tego dnia najlepiej, pozostały w domu. Teraz jej przyjaciółka siedziała obok niej na łóżku z zatroskaną twarzą.
 - Krzyczałaś - powiedziała Amadea i wzięła ją za rękę. - Co ci się śniło?
 - Nie pamiętam wiele - szeptem skłamała Druzjanna, czując jak odzyskuje siły po tym... koszmarze? Może nie był to koszmar w ścisłym znaczeniu tego słowa i pamięć o nim wyparowywała z jej głowy zdumiewająco szybko, pozostawił jednak po sobie wrażenie dziwnej grozy, całkiem jakby to senna rzeczywistość zasługiwała na status realnie istniejącej rzeczywistości, podczas gdy wesołe chwile spędzane w Pozaświecie były zaledwie iluzją, zdumiewająco realistycznym kłamstwem, w które wszyscy uwierzyli. Przez moment Druzjanna poczuła, że owładnął nią lęk i smutek, całkiem jakby coś nieuchronnie zbliżało się ku końcowi i nie było szansy tego powstrzymać.
 - Byłam dorosła. Byłam... neurologiem - dodała, wyciągając to słowo, teraz już prawie zapomniane, z otchłani swego umysłu.
 - Kim? - zapytała jej zdumiona przyjaciółka.
 - Sama nie wiem. To był tylko sen, a sny są dziwne i... nieprawdziwe - to ostatnie słowo było wymówione z niejakim opóźnieniem, ale bez zawahania, całkiem jakby dziewczynka chciała przekonać samą siebie o jego prawdziwości.
 Dziewczęta były same. Sydonia i cała reszta były poza domem. Wyruszyły na wyprawę w poszukiwaniu wielkiej przygody, a może nawet samej Wielkiej Przygody, która w Pozaświecie leżała w oczekiwaniu pod każdym kamieniem i za każdym drzewem Pozalasu, oczekując niecierpliwie na każdego śmiałka gotowego zawrzeć z nią znajomość; trzeba było tylko schylić się i ją podnieść. Przygoda mogła być fascynująca, ale niekiedy także straszna jak w przypadku snu Druzjanny – nawet jeśli zupełnie obiektywnie we śnie tym nie było nic takiego strasznego.
 - Poszukajmy innych – powiedziała Amadea, próbując pocieszyć swą towarzyszkę. Ta przetarła dłonią oczy, pozbywając się pozostałości snu i przytaknęła skwapliwie temu pomysłowi. Przyłączenie się do przyjaciółek przeżywających ich Wielką Przygodę było znacznie lepszym pomysłem niż rozmyślanie z o złych snach, które przecież nawet nie były prawdziwe. Obie wiedziały gdzie ich towarzyszki miały zamiar się bawić i dołączenie do nich w poszukiwaniu największej przygody, jaką Pozaświat mógł im zaoferować, wydawało się najlepszym rozwiązaniem w tej sytuacji.
 Pół godziny później obie dziewczynki przemierzały Pozalas Pozaświata, z każdym krokiem zabierającym je coraz bliżej miejsca gdzie dziewczęta zwykle obozowały, znajdując przyjemność w łagodnym poszumie traw sięgających im do kolan i łagodnej pieszczocie słońca świecącego prosto na ich opalone twarze. Z łatwością znalazły miejsce, którego szukały. Miało ono formę niewielkiej polany ocienionej otoczonej przez rosnące naokoło drzewa. Normalnie cisza była zmącona tylko ćwierkaniem ptaków i radosne glosy bawiących się dzieci, teraz jednak Druzjanna wciąż trzęsąca się na samo wspomnienie snu, miała okazje przekonać się  ile prawdy jest w stwierdzeniu, że jak już coś zacznie się dziać to na dużą skale.
 Pierwszą rzeczą jaka zobaczyły dziewczynki po przybyciu do tej oazy zabawy i czystej radości znanej wyłącznie dzieciom, była ponura procesja, której widok sprawił, że ich serca na moment przestały bić. Na czele tej ponurej parady ich bladych i przerażonych towarzyszek były bliźniaczki – Kasylda i Kasjana - niosące nieruchome ciało Sydonii. Dziewczynki płakały. Niosły jakieś tajemnicze przedmioty, ale Druzjanna i Amadea nie miały czasu im się przyjrzeć, ba, nawet nie omiotły ich spojrzeniem bo cała ich uwaga była skierowana na Sydonię, nieruchomą i wyglądającą jakby była pogrążona w głębokim śnie.
  - Czy ona… ?” zapytała Amadea cicho.
 „Nie, ona żyje” odpowiedziała Iryda, blada i przerażona. Była tak samo przerażona jak reszta jej przyjaciółek, ale zdołała pozostać spokojna. Wiedziała jak trzymać uczucia pod kontrolą. W drodze do domu Druzjanna i Amadea usłyszały historię tego co przydarzyło się ich koleżance.
 Ich przywódczyni razem z całą resztą bandy wyruszyła na poszukiwania Wielkiej Przygody dalej niż zwykle, wierząc, że czekało ona na nich w Pozarzece. Gdyby w istocie tak było, byłby to prolog do Wielkiej Przygody, jednak miała to być w istocie przygoda nader niemiła, jako że z rzeką coś się stało.
 Wyschła.
 Przyjaciółki zastały jej mieszkanki przerażone i błagające o pomoc. W obliczu niebezpieczeństwa syreny choć zazwyczaj złośliwe, zarzuciły tak często lęgnący się w ich głowach pomysł dokuczania dziewczynkom. Nawet gdyby taki pomysł w istocie im zaświtał, jego realizacja przysporzyłaby syrenom zgoła nieoczekiwanych trudności. „Wrzućmy je do wody!” Ale do jakiej wody? Syreny mogłyby co najwyżej zaaranżować dla dziewcząt z Pozaświata błotną kąpiel. Tak daleko jak dało się zobaczyć, lagunę wypełniało gęste brązowe błoto. To niegdyś piękne miejsce było teraz grząskim bagniskiem, w którym utknęły przerażone syreny. Błoto, w które zmieniła się kiedyś krystalicznie czysta woda, nie było tam jedynym obcym elementem. Próbując wyciągnąć syreny, dzieci zauważyły kilka dziwnych przedmiotów wystających z grzęzawiska. Wyciągnęły je również i to właśnie były te przedmioty, które teraz niosły. Były one zdecydowanie nie z tego świata.
 Zakończywszy swe zadanie, grupa zdecydowała się rzucić na nie okiem. Sydonia, jak zawsze ciekawska, zdecydowała się wziąć je do ręki. I to był ten moment kiedy Wielka Przygoda zmieniła się w Bardzo Złą Przygodę. Oczy dziewczynki rozszerzyły się, a jej powieki zatrzepotały podczas gdy jej twarz stała się śmiertelnie blada. Potem dziewczynka nie bez pewnej upiornej gracji upadla na ziemię. Przez kilka następnych minut przyjaciółki usiłowały przywrócić ją do przytomności, ale ich wysiłki spełzły na niczym. Podniosły ją wtedy i zdecydowały się zabrać ją do domu żeby tam zastanowić się co powinny zrobić gdy w połowie drogi spotkały Druzjannę i Amadeę.
 W miarę jak zbliżały się do domu, słuchająca tej historii Druzjanna zaczęła na powrót przypominać sobie swój sen. Cala ta historia coś w niej poruszyła. Zła przygoda zmieniła się niniejszym w zły dzień, oficjalna inauguracja którego została zainicjowana przez jej koszmar. Tak, ten dzień miał okazać się bardzo zły i niejasne podejrzenie co do tego, które żywiła dziewczynka,  zmieniło się w pewność gdy dzieci w końcu weszły do domu.
 Podczas ich nieobecności coś się zmieniło. Pośrodku korytarza stała teraz lodowa statua. Nie było tam nic takiego zanim wyruszyły na poszukiwanie Wielkiej Przygody, ale teraz tu stała, sięgając niemal do sufitu. Najdziwniejszą rzeczą nie była jednak jej obecność. To była jej twarz W niesamowity (i upiorny) sposób przypominała twarz ich teraz chorej przywódczyni. Nie byłą to jednak twarz Sydonii jako dziewczynki; była to twarz bardzo starej kobiety i wyglądała tak jak ta by prawdopodobnie wyglądała gdyby dożyła starczego wieku. Oczy statui kryły się w fałdach zmarszczek wyrzeźbionych przez upływające lata, a policzki były obwisłe. Lodowa Sydonia uśmiechała się lekko; był to szelmowski uśmiech znany tak dobrze wszystkim jej przyjaciołom.
 Dzieci patrzyły na lodową kobietę z mieszaniną zdumienia i lęku, nie całkiem pewne co powinny zrobić. Nie śmiały jej dotknąć, w kocu to dotykanie nieznanej rzeczy sprowadziło na ich przywódczynię stan katatonii. Nie mogło to być bowiem tylko zwykłe omdlenie; dzieci nie mogły dłużej się oszukiwać.
 Nie będąc pewnymi co powinny zrobić, położyły zemdloną do łózka. Jej dziewczęca buzia żywo kontrastowała z twarzą statui z lodu. Tajemnicze obiekty zabrane przez przyjaciółki z bagna, w jakie zmieniła się Pozarzeka, zostały ostrożnie położone przez na stole. Przyjaciółki zaczęły nieufnie je oglądać.
 Wśród przedmiotów tak obcych dla dziewcząt z Pozaświata, znajdowała się na przykład para dziecięcych rękawiczek z ciemnozielonej bawełny.
 Była para łyżew z ostrymi ostrzami. Był lekarski stetoskop (Druzjanna z lekkim wzdrygnięciem przypomniała sobie swój sen wierząc, ze musiał istnieć związek między jej snem a tym co rozgrywało się teraz przed ich oczami). Broszurka reklamująca szpital. Wytarta fotografia dziewczynki w wieku najwyżej ośmiu lat, noszącej kwiecistą sukienkę. Wśród tajemniczych obiektów znajdował się także dziwny prostokątny przedmiot z czarnego plastiku, z ekranikiem u góry i rzędem guziczków z liczbami na dole. Nokia - pisało nad ekranem. Dzieci nigdy przedtem nie widziały nic podobnego. Nie mogły nawet odgadnąć co by to mogło być.
 Dziewczynki nigdy przedtem nie czuły się tak bezradne. Nie tylko ich przywódczyni leżała blada i nieprzytomna (jakiekolwiek wysiłki by przebudzić ja z tego co na początku zdawało się być tylko zwykłym omdleniem, spełzły na niczym) ale tez nie miały najmniejszego pojęcia co powinny zrobić i jaki związek istniał miedzy tajemniczymi przedmiotami z Pozarzeki, która zmieniła się w bagno, tajemniczą lodową statuą wyglądającą jak wiekowa Sydonia , która tak niespodziewanie pojawiła się w ich domu i stanem, w którym znajdowała się przywódczyni ich małej grupki. Bo było rzeczą oczywista, że związek taki musiał zachodzić. I ze coś tu było poważnie nie tak.
 Jeżeli nawet nie sądziły przedtem, że coś tu było nie tak, to co zdarzyło się później upewniło je w tym. Temperatura powietrza stała się znacznie chłodniejsza. Iryda wyszła na dwór zobaczyć co się stało i wróciła bardzo podekscytowana. - Spójrzcie na to - powiedziała cicho kiedy wróciła  a dziewczęta podążyły za nią na zewnątrz by zobaczyć co się stało. Nic nie mogło ich przygotować na to co zobaczyły gdy wyszły z domku.
 W miejscu poprzedniej krainy wiecznego lata, jak okiem sięgnąć rozciągała się monotonna biała przestrzeń. Biała... i zimna. Coś spadało z nieba , teraz szarego i ponurego w przeciwieństwie do czystego błękitu jakim się odznaczało, zanim nadeszła ta złowieszcza zmiana. To były drobne białe płatki, szybko topniejące pod wpływem kontaktu z ciepłymi dłońmi dziewczynek. Mieszkanki Pozaświata szeroko otwartymi oczami chłonęły ten niesamowity spektakl matki natury ponieważ nigdy wcześniej nic podobnego nie widziały. Ale niespodziewanie ich przywódczyni, która leżała dotąd pogrążona w letargu, blada i nieruchoma, jęknęła cicho.
                                                  ..                ..
Jak Druzjanna przed nią, Sydonia płynęła powoli w ciemności.  Wszystko było ciemnością. Jako że nie miała ona innego koloru niż nieprzenikniona czerń, która otoczyła dziewczynkę, nie miała także, rzecz jasna, smaku ani temperatury, Sydonia nie wiedziała gdzie się znajduje. I jak jej przyjaciółka przed nią, Sydonia miała dziwne wrażenie bycia rozdzieloną na dwie połówki - uczucie, którego nigdy wcześniej nie miała szansy doświadczyć. Było to dziwne w istocie, tu Druzjanna z pewnością by się z nią na ten temat zgodziła. Jedna jej część wiedziała, ze była ona Sydonią, przyjaciółką syren, tą która pokonała Bezręką Wiedźmę, ta inna część zdawała się krzyczeć do niej, ze nie była to prawda. Że była kimś innym. Inną dziewczynką. Dziewczynką żyjącą w kompletnie innym świecie, dla której świat wróżek i syren był kompletną fantazją. A nawet głębiej, ukrywając się w najgłębszych zakamarkach jej umysłu, leżała kolejna warstwa wiedzy, do której Sydonia teraz otrzymała dostęp, teraz szepczącej natarczywie w jej ucho, że nawet ta inna egzystencja nie była prawdziwa. Świadomości tego towarzyszył smutek i i ulotne wrażenie, że cos (Pozaświat?) zbliżało się do nieuchronnego końca, niezależnie od tego jak mocno Sydonia się starała wyrzucić z umysłu tę straszną myśl.
 Druzjanna jeśli o to zapytana, również byłaby w stanie rozpoznać to uczucie.
 X płynęła przez ciemność nieco przestraszona (choć do tego uczucia nigdy nie przyznałaby się przyjaciółkom), ale także mocno podekscytowana jak zawsze gdy w jej życie wkraczała nowa przygoda.. Nie mogła zobaczyć samej siebie, a gdy wyciągnęła ręce (jakie ręce?) by dotknąć swego ciała, napotkała pustkę, całkiem jakby jej ciało było odcieleśnioną nicością, zaledwie plamką w przestrzeni która teraz się zmieniała.
 Ciemność, która ją otoczyła, zwęziła się do cylindrycznego tunelu z białymi połyskującymi plamkami na jego ścianach. Plamki powiększyły się, przybierając kształty twarzy jej przyjaciółek. Choć przymglone i niemal pozbawione koloru jak twarze duchów, bez wątpienia należały do osób, które znała. Dziewczynki i Bezręka Wiedźma, syreny i wróżki. - wszystkie one teraz na nią spoglądały.
 Niektóre z twarzy były dorosłymi wersjami siebie, wciąż jednak zdumiewająco siebie przypominającymi. Amadea na przykład była teraz kobieta zbliżającą się do swych czterdziestych urodzin, tak samo Iryda słodko uśmiechająca się doń ze ściany. Bezręka Wiedźma z kolei była najwyżej ośmioletnią dziewczynką Nosiła okulary, a na jej twarzy zastygł nieprzyjemny uśmieszek. Nieruchome twarze syren również wpatrywały się weń ze ściany - choć w tej wersji były one zaledwie dziewczynkami.  Była tam też dorosła Darina - jeśli w ogóle była to Darina, jako że trwała ondulacja i mocno wyskubane brwi czyniły ją mniej rozpoznawalną. Coraz więcej twarzy pojawiało się na ścianach tunelu, którego długość nie mogła być nieskończona jak domyślała się Sydonia. Na jego końcu pojawiło się bowiem małe światełko, coraz to większe w miarę jak dziewczynka się doń zbliżała. Nie miała ciała, ale zdawała sobie sprawę, ze robiło się coraz zimniej.
 Wtedy naprzeciw twarzy Sydonii albo przynajmniej gdzie miałaby twarz, pojawiły się małe chmurki oparu i choć nie miała nosa, raptem wciągnęła do płuc lodowate powietrze.
 Jeszcze tylko parę metrów i dziewczynka mogła spojrzeć bliżej na światełko. Nie było to już zresztą światełko, zmieniło się ono  bowiem w rodzaj dużego zwierciadła, którego brzegi pokrywał lód. Sydonia mogła z łatwością spojrzeć przez nie i zobaczyć co znajdowało się po drugiej stronie.
 A jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia gdy to ujrzała.
 Był to mały pokój. Zimny i nieprzyjazny. Centralne miejsce zajmowało lóżko zrobione z metalowych rurek tak nieskazitelnie białych jak pościel zakrywająca kobietę spoczywającą na łóżku. Kobieta była stara i pogrążona w głębokim śnie. Tylko delikatne wznoszenie się jej klatki piersiowej było znakiem, ze wciąż żyła. Sydonia nie mogła zobaczyć jej twarzy zbyt wyraźnie choć zdała sobie sprawę z czegoś dziwnego co przykuło jej uwagę bardziej niż próba odgadnięcia tożsamości tajemniczej staruszki – z plątaniny cienkich rurek wychodzących z jej chudych ramion pod podwiniętymi rękawami jej niebieskiej piżamy. Ich drugie końce znikały w tajemniczych maszynach stojących blisko łóżka. Inne rurki, grubsze od tamtych wychodziły z nozdrzy kobiety, znikając w trzewiach maszyny. Mały ekran pokazywał skomplikowaną cienka linię i jakieś cyfry zupełnie niezrozumiałe dla Sydonii.
 Zafascynowana dziewczynka chciała dotknąć powierzchni lustra, jakkolwiek gdy wyciągnęła rękę, ta się zmieniła, przekształcając się w zimną mgłę zaciemniającą jej widok białego pokoju z jego uśpiona mieszkanką. W uszach Sydonii rozbrzmiały dziwne tony, jej umysł zawirował jakby dziewczynka przypomniała sobie coś, czego nie mogła wiedzieć. Wspomnienia, które nie mogły do niej należeć, powróciły do dziewczynki na krótki moment,, ale zanim ta mogła je przeanalizować, tony zabrzmiały w jej uszach raz jeszcze, a obraz się rozmył, zastąpiony przez zwykłą ciemność otaczającą ludzi gdy ci zamkną oczy.
 Jej oczy były w istocie zamknięte wiec je otworzyła, a gdy to zrobiła, odkryła, że leży w łóżku otoczona prze roniące łzy radości przyjaciółki.
 - Ona żyje! - zaszlochała Darina, wycierając oczy dłonią. Sydonia rzadko widziała ją wyrażającą swe uczucia tak otwarcie, tak wiec była tym bardziej zadowolona z tego wybuchu uczuć. Sydonia nie pamiętała teraz wszystkich szczegółów tego dnia. Wspomnienia dotykania niesamowicie realistycznej fotografii dziewczynki, która wyglądała jak ona, a które poskutkowało ta niesamowicie realistyczną wizją snem? były wciąż bardzo żywe aczkolwiek Sydonia nie była pewna co dokładnie widziała. I czy kobieta z białego pokoju była prawdziwą osobą.
 Było trochę tak jakby dziewczynka nie wciąż opuściła na dobre czarnego tunelu, na końcu którego znajdowała się uśpiona kobieta, kimkolwiek by ona nie była (zakładając, że nie była po prostu produktem rozgorączkowanej wyobraźni Sydonii) bo temperatura otoczenia była znacznie niższa niż kiedykolwiek przedtem w Pozaświecie. Dziewczynka oblizała usta i zadała pytanie przez stulecia zadawane przez tych, którzy przebudzili się, nie pamiętając co się z nimi działo: "gdzie jestem i co się stało?"
 - Jesteś w domu - odpowiedziały bliźniaczki razem.
 - Zemdlałaś - dodała Druzjanna. Tajemnicza choroba ich przywódczyni czy cokolwiek to było, ponownie obudziła w niej wspomnienie jej dziwnego snu. Zdawał się tak rzeczywisty. Co gdyby się z niego nie przebudziła? Mogła tak leżeć jak Sydonia, niezdolna do skomunikowania się z opłakującymi jej los przyjaciółkami. Te myśli były czystym szaleństwem, ale nie mogła wyrzucić ich z głowy i po każdej próbie zrobienia tego, one powracały.
 Sydonia, poinformowana o tym co się stało od wybuchu jej… choroby? mogła teraz dokładnie przypomnieć sobie wszystko, zaczynając od wydarzeń przy Rzece Zapomnienia. Jakkolwiek niezależnie od tego jak wytężały mózgi jej towarzyszki, żadna z nich nie mogła znaleźć wyjaśnienia tego co się w istocie zdarzyło. Były jednak pewne, że jej tajemnicze omdlenie nie mogło być oznaką niczego dobrego, a przekonała je o tym obecność białych płatków spadających z nieba na zewnątrz i pokrywających wszystko lepkich zimnym puchem.
 Mimo tych wszystkich tajemnic i dręczącego je uczucia niepewności, dzieci zaczęły wojnę na śnieżki. Następnym ich krokiem było stworzenie bałwana podobnego do Bezrękiej Wiedźmy i obrzucenie jej śnieżkami aż czarownica nie rozpadła się w pyl. Czuły chłód więc wróciły do środka by zastanowić się nad tym co mogły robić. Zima mogła być interesującą odmianą, ale jeśli miała potrwać dłużej, ich szanse przetrwania były znikome, zwłaszcza jeśli tak właśnie wyglądał cały Pozaświat.
 Lodowa figura wciąż stała pośrodku domu. Zimna i nieporuszona. Nie okazywała żadnych śladów topnienia. Nikt nie śmiał dotknąć jej choćby czubkiem palca, jej pojawienie się było tak nieoczekiwane a podobieństwo do Sydonii tak upiorne, że mimowolnie wzbudzała respekt. Dziewczynki nie mogły uskarżać się na brak odwagi, ale walka z Bezręką Wiedźmą była jedna rzeczą, a lodowa figura ich postarzałej przywódczyni inną. Wykraczała ona daleko poza ich poprzednie doświadczenia.
  Sydonia opowiedziała o swej sennej wizji. W zwykłych okolicznościach jej koleżanki powiedziałyby, że był to sen i nic innego, ale ta nagła zmiana jaka zaszła nad Pozaświatem zabiła w nic jakąkolwiek myśl o pocieszaniu się w ten sposób. Wydawało się, ze śnieg nie chce przestać padać. W takim miejscu jak Pozaświat gdzie lato nigdy się nie kończyło, było to zdecydowanie cos nienormalnego. Darina wyraziła opinię, ze powinny podzielić się w pary i sprawdzić jak wygląda sytuacja w pozostałych częściach Pozaświata.
 Jakkolwiek zanim ktokolwiek zdążył to w jakiś sposób skomentować, przemówiła Druzjanna:
 - Mam wam coś do powiedzenia. Nie wiem czy to coś znaczy, ale pomyślałam, że powinnam się w wami tym podzielić.
 Spojrzało na nią kilka par oczu, całkiem jakby jej słowa roznieciły w sercach jej przyjaciółek mały płomyk nadziei. Zupełnie jakby nieoczekiwanie znalazła jakieś rozwiązanie problemu. Druzjanna nieoczekiwanie poczuła się bardzo głupio. Jej sen przestraszył ją wprawdzie, ale teraz, w tym samym momencie gdy ogłosiła, że zamierza coś powiedzieć, poczuła, że jej historia była po prostu niedorzeczna w kontekście tego co się teraz działo. Co jeśli jej przyjaciółki ją wyśmieją albo co gorsza powiedzą jej żeby się zamknęła bo to nie czas na rozprawianie o snach, jakkolwiek straszne mogłyby być dla tych, którzy je wyśnili? Albo jeśli powiedzą jej żeby przestała żartować bo nie maja czasu na słuchanie o jej lękach i muszą pomyśleć co dalej? I że jej koszmar nie miał nic wspólnego z tym co się działo, a jego podobieństwo do snu Sydonii było czystym przypadkiem?
Ośmielona nieco pełnymi nadziei, lękliwymi spojrzeniami koleżanek, wciąż zawstydzona dziewczynka opowiedziała im o swoim śnie, a w miarę jak mówiła, jej głos stawał się coraz cichszy, aż kompletnie zamarł. Gdy skończyła mówić, spuściła głowę i wbiła wzrok w ziemię. Jej oddech formował małe chmurki w nieoczekiwanie zimnym powietrzu. Oczekiwała szyderczego śmiechu i ze zdziwieniem podniosła głowę gdy ten nie nadszedł.
 Dziewczynki spoglądały na siebie nawzajem. Taka koincydencja w obliczu niebezpieczeństwa, które zawisło nad Pozaświatem niczym złowieszcza chmura, z której sypały się białe płatki zagrażające zaduszeniem całej wyspy swym lodowato zimnym całunem, nie mogła być jedynie przypadkowa. Wizje Druzjanny i Sydonii cechowało zbyt wyraźne podobieństwo żeby mogły pozostać zignorowane. Dziewczynki spojrzały raz jeszcze na lodową Sydonię, jakby oczekując, ze figura z lodu, choć niema, udzieli im odpowiedzi, gdy Darina przemówiła:
 - Jeśli chcemy odpowiedzi co dzieje się z Pozaświatem, musimy dostać się do Przystani Wróżek.
 
Rozdział II
Przystań Wróżek była miejscem bajkowym nawet jak na Pozaświat, ociekającym magią, która zdawała się wprost sączyć z każdego jego zakątka. To tutaj dorastały kolejne pokolenia jej maleńkich mieszkanek żyjących w wiecznym szczęściu. Jeśli jakieś miejsce w pełni zasługiwało na miano samego serca Pozaświata, była to właśnie Przystań Wróżek. To właśnie pójście tam zaproponowała Darina, w nadziei, że mieszkanki Przystani będą w stanie znaleźć jakieś rozwiązanie. Jeśli ich magia nie mogła znaleźć odpowiedzi na dręczący ich problem, prawdopodobnie nikt inny nie mógł tego zrobić.
To było trzy godziny temu. Dziewczynki zażywszy każda po dużej porcji magicznego pyłu, który obdarzył je na krótki czas zdolnością latania, leciały teraz, walcząc z podmuchami zimnego wiatru, który spowalniał ich lot i drżąc, nawet mimo że burza śnieżna już się zakończyła. Po pierwszym ataku zimy, zimne płatki przestały padać z nieba, ale te które już spadły, lśniły teraz w dole pod nimi.
Z wysokości, którą osiągnęły, dziewczynki mogły łatwo zobaczyć zasięg zniszczenia rozciągającego się nad krainą, którą znały tak dobrze, lecz która była teraz praktycznie nierozpoznawalna. Niektóre części Pozaświata już nie istniały – po prostu zniknęły, pozostawiając za sobą olbrzymie ziejące dziury nicości w krajobrazie. Co było nawet dziwniejsze, zima nie przeważała wszędzie bo z góry oczom dziewczynek co chwila ukazywały się zielone plamy kraju których zima nie dosięgnęła. To tam właśnie lądowały od czasu do czasu by zregenerować siły przed powrotem do zimna, śniegu i rozpościerającego się nad nimi nieba, które przejmowało je lękiem. Niebo było dziwne – sine; co chwila znaczone błyskawicami, a nawet dziwniejsze było to, ze nie następował po nich grzmot, co normalnie miałoby miejsce.
Gdy Sydonia i jej towarzyszki lądowały w takiej części Pozaświata, która pozostawała nietknięta przez zimę, mogły znaleźć nawet więcej leżących tam przedmiotów, przypominających te które przedtem znalazły w Pozabagnie (jako, że nie mogło być już ono nazwane Rzeką). Znajdowały strzykawki, zegarki, długopisy – niewielkie przedmioty trudne do zauważenia w obfitej trawie wciąż rosnącej w tych małych oazach zieloności jakby nic się nie stało. Największe jednak znalezisko przejęło je grozą, z której nie mogły się otrząsnąć.
 To było podczas ich pierwszego postoju. Ta część Pozalasu, nad którą leciały gdy je zauważyły, była bardzo mała, zaledwie skrawek gruntu nie większy niż pokój domu, wyraźnie odznaczający się od kraju zimy rozpościerającego się naokoło. Dziewczynki usiadły na ziemi - cudownie ciepłej, jako że miejsce to utrzymywało tę samą temperaturę, jaką miał Pozaświat zanim zima wzięła go w swe niepodzielne władanie, kiedy niespodziewanie Darina spojrzała na niskie wzniesienie w gruncie tuż poza polanką, pokryte śniegiem jak wszystko inne tam i zapytała histerycznym głosem: ”co to jest?!” Koleżanki dziewczynki odwróciły się, niepewne o co pytała. Sydonia wyszła na moment poza te oazę zieloności i podeszła do tajemniczego pagórka. Dzieci patrzyły jak grzebie w śniegu i nie bez wysiłku wlecze za sobą ten wciąż pokryty szronem tajemniczy obiekt.
 Było to zamarznięte ciało syreny.
 Pukle rudych włosów, teraz sztywnych od mrozu, częściowo pokrywały ciało. Jej martwe oczy jak szklane kulki były skierowane w ich stronę Na jej ciele nie było ran, w każdym razie nie takich jakie można by było zauważyć gołym okiem, więc przyczyną śmierci musiało być zamarznięcie. Było tylko dziwne jak się tu dostała, tak daleko od swych towarzyszek. Dziwną rzeczą  było tylko to, że dziewczyny nie można było już nazywać syreną. Tam gdzie poprzednio miała ogon, tkwiła teraz para ludzkich nóg, nie innych od tych które miały dziewczynki. Wolały nie przyglądać się zbyt blisko martwej niegdyś syrenie, poszybowały więc w niebo, nie dbając nawet o to żeby przykryć ciało warstwą śniegu, który właśnie zaczął topnieć na porośniętej kwiatami polanie.
 Od tamtego czasu znalazły kilka takich miejsc nietkniętych przez wszechobecną zimę. Na szczęście żadne z nich nie zawierało tak makabrycznego znaleziska. Teraz Sydonia i jej towarzyszki mknęły ku Przystani Wróżek, obserwując zmiany dotykające Pozaświat. Niektóre miejsca im znane zniknęły, a w niektórych miejscach były dziwne błękitnawe mgielne wiry unoszące się na niebie, jak dziwne portale prowadzące do nieznanego świata. Dziewczynki robiły wszystko co mogły żeby ich uniknąć.
 Ten ponury festiwal natury rozgrywający się przed ich oczami sprawił, że do ich serc poczęły wsączać się pierwsze wątpliwości. Ich rozwiązanie mogło leżeć w Przystani Wróżek, ale nie musiało. Nawet wróżki nie musiały być odporne na to co się działo, nikt nie mógł zagwarantować, ze ich magia nie przestała działać w obliczu niebezpieczeństwa. Albo że razem Przystań Wróżek wciąż istniała.
  Choć pomysł, że mieszkanki Przystani znały magię i mogły jej użyć by uleczyć Pozaświat, zagościł w ich głowach, przekonanie to zmniejszało się z każdym kilometrem jaki pokonywały dziewczynki. Nawet wróżki nie były wszechpotężne.
Zbliżały się teraz do ich królestwa. Miały szczęście podróżować ostatnich kilka kilometrów dzielących je od niego pod osłoną lata – znalazły kolejną rozciągającą się tam plamę zieleni, co wlało nową nadzieję w ich serca. Może Przystań Wróżek wciąż istniała, a jej obdarzone magiczną mocą mieszkanki pracowały nad odwróceniem całego nieszczęścia. Nadzieja ta, która częściowo odbudowała ich siły, okazała się jednak być zwodniczą gdy dzieci w końcu wkroczyły do królestwa wróżek.
  Siły, które pustoszyły Pozaświat nie miały litości nad domem wróżek. Potężnym drzewom górującym nad doliną, w której te mieszkały, zabrakło sił by się im oprzeć. Leżały na ziemi, połamane, wyglądając jakby zostały zniszczone przez eksplozję. Ta część Przystani, która otaczała drzewa, była praktycznie jedyną, która wciąż istniała. Większość doliny nie istniała; tuz ponad ziemią snuła się niebieskawa mgła przypominająca wiry – portale, które dziewczynki przedtem widziały na niebie.
 Wtem dziewczynki usłyszały trzepot drobnych skrzydełek za ich plecami, a zaraz potem znajome głosiki. Rozpoznały je, ale wciąż nie śmiały się odwrócić. Były niemal pewne, że ich własne uszy je zwodziły.Odsuwały sprawdzenie tego tak dlugo jak mogły aż przemówiły właścicielki głosów: “Żyjecie!” To nie było złudzenie, wróżki rzeczywiście tam były trzepocząc skrzydełkami w bezchmurnym powietrzu Przystani.
 Po kilku minutach dziewczynki poznały całą historię. Mimo nadziei jaką żywiły, nawet Przystań Wróżek nie zdołała uniknąć losu reszty Pozaświata I wszechobecne portale z błękitnej mgły nie były tego jedyną oznaką. Żadna z mieszkanek Przystani nie straciła życia, ale wiele z nich przeszło przerażajaca przemianę. Jakkolwiek dziwnym mogłoby sie to wydawać, zmieniły się w szmaciane lalki. Dziewczynki podniosły je i przyglądały im się nieufnie – małe lalki – wróżki jak zabrane prosto z sypialni ich rówieśnicy. Kiedyś żywe istoty, teraz zabawki ustawione w rządku jakby także przysłuchiwały się opowieści, spoglądały na wróżki i ich małe przyjaciółki pustymi oczami wyhaftowanymi na ich bezmyslnych twarzach z różowego materiału. Reszta wróżek rozpłynęła sie w powietrzu, jako że nigdzie nie leżały ich pozbawione życia ciała, podczas gdy jeszcze inne jak pod wpływem złego czaru , który ktoś na nie rzucił, podążyły w kierunku portali z mgły i zniknęły w nich by nigdy nie powrócić.
 Najdziwniejsza zmiana zaszła jednak w jednej z wróżek – Rewlonie. Biedaczka nie mogła być już nawet nazywana wróżką bo jakkolwiek dziwnie by to mogło zabrzmieć, rezultatem zmiany była przemiana w człowieka. Wróżka była teraz ludzką kobietą trzymaną w więzach przez magię jej towarzyszek, co było konieczne, jako że coś złego stało się nie tylko z jej ciałem, ale i z umysłem. Innymi słowy biedna Rewlona postradała zmysły, a w każdym razie była to jedyna rzecz, do której mogły to porównać jej przyjaciółki. Co chwila traciła świadomość, a po dojściu do zmysłów nie rozpoznawała już nawet swoich towarzyszek, ku ich zgrozie. Zapomniała o swym życiu w Przystani Wróżek, twierdząc, ze była kimś innym; że nie nazywała się Rewlona, ale Kamila Kozłowska i ze była pielęgniarką. Powtarzała, ze chce wrócić do swego świata.
 - Zabierzcie nas do niej – powiedziała Kasjana, szeroko otwierając oczy na wzmiankę o przemianie Rewlony. Kobieta z tajemniczej krainy poza Pozaświatem? Czy tak mogło być?
 Jedyną rzeczą, która sprawiała, że dziwna kobieta znana niegdyś pod imieniem Rewlony nie podążyła za swymi towarzyszkami, wkraczając w tajemniczy portal z mgły były magiczne więzy nałożone na jej ręce i nogi przez jej przyjaciółki, przerażone tym co widziały, ale mające na tyle przytomności umysłu by to zrobić. Jej połyskujące od potu kostki i nadgarstki były przytrzymywane przez magiczne bransolety, materiałem których była czysta magia. Były  bardzo cienkie i niemal tak eteryczne jak mgła, ale wystarczająco silne by ją przytrzymać, nie pozwalając jej by podążyła za impulsem który nakazywał jej wkroczyć do portalu jak zrobiło to tyle wróżek przed nią. Musiała być bardzo sfrustrowana, mając jeden taki portal z połyskującej błękitnawej mgły bezpośrednio za jej plecami – tak blisko a zarazem tak daleko bo magiczne więzy na jej nogach i rękach nie pozwalały jej się ruszyć.
 Kiedy dziewczynki ją zobaczyły, kobieta rzucająca się w swych więzach wydawała niskie poirytowane warknięcia, które skończyły się z chwilą gdy jej oczy na nich spoczęły. Zabłysła w nich nowa nadzieja.
 - Jesteście prawdziwe? – zapytała.
 - Prawdziwe? Co pani przez to rozumie? Nie ma pani halucynacji jeśli to właśnie ma pani na myśli – odpowiedziała ostrożnie Kasjana. To ona nalegała na zobaczenie kobiety w którą zmieniła się Rewlona, tak więc czuła, ze to na niej spoczywał ciężar prowadzenia całej rozmowy.
 Dziewczynka nigdy przedtem nie miała okazji spotkać Rewlony, ale jeśli ta kobieta naprawdę była wróżką (nie miała powodu mieć wątpliwości co do prawdziwości zapewnień innych wróżek, że tak właśnie było), zmiana, którą przeszła, była tak daleko idąca, że nawet widząc wszystkie te dziwne rzeczy które miały miejsce w Pozaświecie, Kasjana nie mogła uwierzyć, że ta młoda, niewątpliwie ludzkiego pochodzenia kobieta, mogła być kiedyś kimkolwiek innym niż człowiekiem. Cóż, lalki były kiedyś też prawdziwymi wróżkami – pomyślała Kasjana, pozbywając się jakichkolwiek wątpliwości.. Jeśli zabawki które przedtem trzymała w rękach, były kiedyś żywymi istotami zgodnie ze słowami innych wróżek, dlaczego miałoby być mniej możliwe, że ta ładna dwudziestoparoletnia kobieta z ciemnymi włosami, szarpiąca się w swych magicznych więzach, była kiedyś jedną z nich?
 - Pomóżcie mi – powiedziała kobieta. Pozostałości szaleństwa w jej dużych brązowych oczach opuściły je; jej oczy były teraz czujne i skupione. - Nie wiem co się stało i czy jestem przy zdrowych zmysłach, ale te… te wróżki (z tymi słowami kobieta uśmiechnęła się lekko, wymawiając te słowa takim tonem jakby pomysł, że dorosła osoba mogłaby mówić o magicznych stworzeniach inaczej niż żartem, był niewiarygodnie zabawny) – te wróżki - po wtórzyła, uśmiechając się nerwowo - nazywają mnie Rewloną i twierdzą, że jestem jedną z nich. Nie wierzą mi, że nazywam się Kamila,nigdy nawet nie słyszałam o kobiecie mającej takie dziwne imię jak Rewlona ale myślą, że jestem chora umysłowo. Że nie wiem kim jestem – zakończyła cicho, zwiesiwszy głowę.
 Kiedy znowu ją podniosła, do jej głosu wkradł się gniew. - Cóż, jeśli wolicie wierzyć im, a nie mnie, jeśli wolicie wierzyć właśnie im, pozwólcie, że powtórzę to raz jeszcze. Tu Rewlona/Kamila odwróciła wzrok od dziewczynek, kierując go na wróżki. Jestem Kamila Kozłowska,;nie Rewlona ale Kamila, mam dwadzieścia osiem lat i jestem z Warszawy; nigdy nie byłam wróżką ani wiedźmą, ale pielęgniarką; tak, tak: pielęgniarką i chcę wrócić do domu. Jestem Kamila; K-A-M-I-L-A a nie Rewlona. Nuta strachu pomieszanego ze smutkiem pojawiła się w jej głosie, gdy kobieta wypluwała z siebie te słowa. - Nie wiem nawet jak dokładnie się tu dostałam, po prostu zobaczyłam tę mgłę – tu nastąpiło słabe kiwnięcie głową w stronę ściany mgły - a kiedy się do niej zbliżyłam, po prostu przeszłam przez nią i w ten właśnie sposób tu przybyłam. Pozwólcie mi wrócić. Mierzyłam właśnie temperaturę pani Kondrat gdy zobaczyłam mgłę… Mgłę…
 Głos pani Kozłowskiej niespodziewanie stał się dziwny - sennie brzmiący, jakby kobieta odpływała do własnego świata, do którego nikt poza nią nie miał dostępu. „Mgła.” To było ostatnie słowo jakie wymówiła, zanim do jej oczu powrócił dziki wyraz. Potok słów Kamili powstrzymał dziewczynki od zadania jej jakichkolwiek pytań, ale jakkolwiek teraz chciałyby je jej zadać, nie było to już możliwe. Kamila Kozłowska która była kiedyś Rewloną, była nieprzytomna – a może tylko spała – jej powieki trzepotały lekko jakby kobieta o czymś śniła. Tylko te ruchy jej powiek i delikatne unoszenie się jej klatki piersiowej były jedynymi znakami, ze wciąż żyje.
Ściana mgły zaledwie parę metrów za nimi łagodnie się poruszała, jakby dostosowując się do rytmu oddechu młodej pielęgniarki. Zdawała się zmieniać kształt i nie była to iluzja; bezkształtna srebrnobłękitna ściana nieprzejrzystej mgły, która jak powiedziała Kamila stanowiła wejście do innego świata, powoli przybierała formę swoistych drzwi.
 Dziewczynki i wróżki patrzyły na portal nieufnie. Zdawał się je łagodnie hipnotyzować. Im dłużej nań patrzyły, tym bardziej miały niejasne wrażenie, że za drzwiami ukrywało się coś istotnego. Perspektywa przejścia przez drzwi były dziwnie kusząca choć nikt nie wiedział czego tam ma oczekiwać. Pokusa wkroczenia w mgłę, której wróżki nie mogły się oprzeć, mimo że nie wiedziały co kryje się po drugiej stronie, zdawała się jej obezwładniać w miarę jak wpatrywały się w dziwne drzwi.
 A cisza, która pojawiła się gdy nogi zaczęły je wieść wbrew ich woli do drżącego delikatnie portalu, była zmącona tylko przez głos Sydonii  -  łagodny i senny; w niczym nie przypominający jej prawdziwego głosu - gdy powiedziała: ”to właśnie tam oczekuje na nas największa przygoda.”
 
 Rozdział III
 Gdyby je zapytać, dziewczynki nie byłyby w stanie odpowiedzieć ile czasu spędziły w korytarzu, który otworzył się przed nimi gdy wkroczyły w portal utworzony z błękitnej mgiełki. Połknięte przez drzwi z mgły, straciły poczucie czasu, niezdolne czuć nic, jak gdyby wszechogarniające uczucie odłączenia od otaczającego je świata pochłonęło je gdy tylko weszły w portal.
 Były tylko mgliście świadome tego, że ich nogi wiodły je przez tunel, który otworzył się wewnątrz. Niepomne tego co się działo, nie były nawet świadome nagłych przebłysków wspomnień pojawiających się w ich umysłach i natychmiast z nich znikających zanim małe czarodziejki mogły się nad nimi zastanowić. Przez moment wspomnienia te sprawiały, że przez krótki moment wierzyły, że były kimś innym, żyjącym gdzieś indziej i w ciałach, które nie były ciałami dzieci. Było tak jakby jakiś odcieleśniony głos szeptał im do ucha, ze ich życie w Pozaświecie nie było prawdziwe i zbliżał się czas, w którym miały to odkryć.
 Znajdując się w stanie przypominającym trans, nie zwracały uwagi na podobizny dorosłych wersji ich twarzy pojawiające się na ścianach korytarza. Gdyby przywódczyni dziewczynek była ich świadoma, z pewnością wzbudziłyby w niej one wspomnienia. To samo można by było powiedzieć o małym światełku, które niespodziewanie pojawiło się na końcu tunelu.
 W miarę jak się do niego zbliżały, światełko zamigotało i zaczęło zmieniać się w coś innego, przybierając kształt oszronionego lustra. Jego powierzchnię pokrywała mgiełka, co sprawiało, że dziewczynki nie mogły przez nie spojrzeć. Choć zwierciadło wyglądało solidnie, musiało być niematerialne ponieważ zahipnotyzowane dzieci były w stanie z łatwością przez nie przejść.
 Wtedy to wróciła do nich świadomość i dzieci były w stanie przyjrzeć się otoczeniu. Portal zamknął się za nimi; najwyraźniej atmosfera pokoju, w którym znalazły się dziewczynki była dla niego niebezpieczna, jako że mgła zadrgała przez krótką chwilę po czym zniknęła jakby nigdy nie istniała.
 Teraz dziewczynki mogły bliżej przyjrzeć się pokojowi, w którym się znalazły. Miejsce to było bardzo znajome Sydonii; teraz mogła w pełni mu się przyjrzeć, uwolniona od wpływu mgły, przez którą tu przybyły. Przypomniała sobie swą wizję, którą miała po swoim omdleniu i w jednej chwili zdała sobie sprawę, ze pokój z wizji i ten, w którym właśnie była były jednym i tym samym miejscem. Oba były białe i sterylne, z białym łóżkiem pośrodku i małym, również malowanym na biało stolikiem obok. Osoba leżąca na łóżku pozostawała ta sama: stara kobieta z zamkniętymi oczami; nawet przybycie Sydonii i jej przyjaciółek nie zdołało jej obudzić. Z jej nosa i chudych ramion wychodziły rurki różnej grubości, znikające w dziwnych maszynach stojących blisko łóżka.
 Wtem Sydonia zbliżyła się by lepiej przyjrzeć się śpiącej, która nie poruszyła się – jej sen musiał być bardzo głęboki; pomyślała dziewczynka – a oczy dziewczynki rozszerzyły się w szoku.
 Twarz tajemniczej staruszki śpiącej w swoim łóżku była twarzą tajemniczej lodowej statui, która tak niespodziewanie pojawiła się w ich domu w Pozaświecie. A zważywszy na podobieństwo statui do Sydonii, stara kobieta wyglądała jak ona sama – gdyby tylko dziewczynka osiągnęła starczy wiek.
 Nikt nic nie powiedział aż Darina wyciągnęła rękę i pociągnęła kobietę za rękaw piżamy. Nie pomogło to jej jednak odzyskać przytomności; nie poruszywszy się wciąż leżała w swym pomalowanym na biało łóżku.
 Na czystych, niepokalanie białych ścianach pokoju wisiały korkowe tablice, do których przypięto kawałki zadrukowanego papieru.  Stolik przy łóżku także pokrywały najrozmaitsze kartki i fotografie. Zdjęcia ukazywały dziewczynkę w rożnych fazach jej życia – od pyzatego niemowlęcia do mniej więcej ośmiolatki; dziecko niezmiernie przypominało Sydonię. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, dziewczynka na fotografiach przypominała także staruszkę w łóżku. W świetle promieni słonecznych padającym na jej uśpioną twarz, pożółkłą i pokrytą siecią głębokich zmarszczek, jej twarz o delikatnych rysach wydawała się znacznie młodsza, niemal dziewczęca, całkiem jakby była w wieku Sydonii, dziewczynki, która mimo różnicy wieku tak bardzo przypominała nieznajomą.
 Wzrok Dariny przykuły kartki i zdjęcia stojące na nocnym stoliku. Ująwszy je w dłoń, zaczęła czytać na głos to co napisała tam niewprawna dłoń:”Helciu, wracaj do zdrowia”, „Szczęśliwych trzynastych urodzin”, „Kochamy cię i życzymy ci szybkiego powrotu do zdrowia - Rodzice” - życzenia powtarzały się, wyrażając nadzieję, że „Helcia” szybko wyzdrowieje z jej tajemniczej choroby, jakakolwiek by ona nie była i kimkolwiek była owa tajemnicza Helcia – raczej nie mogła to być mieszkanka białego pokoju ponieważ jeśli faktycznie miałaby to być ona, dawno już wyrosła z wieku gdy ma się wciąż żyjących rodziców i jest się nazywanym Helcią zamiast Heleną.
 Zainteresowanie Dariny tożsamością „Helci” wzrosło gdy wzrok dziewczynki spoczął na ścianach, jedyną dekoracją których były dwie korkowe tablice zapełnione artykułami wyciętymi z gazet. Dziewczynka zaczęła je odczytywać choć ich treść nie była zbyt szczęśliwa ani tez zbyt interesująca jeśli nie było się przyjacielem czy też krewnym małej Helci, która jednak, zważywszy na czas, który upłynął odkąd opublikowano gazety, z których wycięto artykuły, dawno już przestała być mała.
 Styczeń 1946: „wypadek na łyżwach.”  
 
 
 „Jazda na łyżwach nie zakończyła się tej zimy dobrze dla Helenki Kondrat, lat osiem z Warszawy, która wczoraj poślizgnęła się na lodowisku, uderzając głową o lód. Ranna dziewczynka została przewieziona do szpitala nieprzytomna gdzie lekarze udzielili jej pomocy. Życzymy małej Heli szybkiego powrotu do zdrowia.”
 Marzec 1946: „Ranna dziewczynka w stanie śpiączki.”
 „Helenka Kondrat, która w styczniu tego roku odniosła obrażenia głowy w wypadku na łyżwach, wciąż nie odzyskała świadomości. Znajduje się w stanie śpiączki. Lekarze obawiają się, że dziewczynka mogła odnieść poważne obrażenia mózgu.”
 Styczeń 1949: „Czy Helenka kiedykolwiek się obudzi?”
  „Zbliża się trzecia rocznica  wypadku Heli Kondrat, jednej z najsłynniejszych polskich pacjentek znajdujących się w stanie śpiączki. Hela, która tego roku skończy jedenaście lat, pozostaje w stanie śpiączki od czasu wypadku trzy lata temu. Jej rodzina modli się o wyzdrowienie ich córki i siostry. „Byłoby dla nas najpiękniejszym prezentem gdyby Helcia obudziła się przed rocznicą wypadku” mówi pani Marianna Kondrat, mama dziewczynki. „Wszyscy tak bardzo tęsknimy za naszym aniołkiem. Helenka była wspaniałym dzieckiem ze wspaniałą wyobraźnią, zawsze zabawiającym rodzinę wymyślonymi przez siebie historyjkami.”
 Sierpień 1958: „Młoda kobieta śpi od dwunastu lat.”
 Helena Kondrat pozostająca w stanie śpiączki od 1946 roku wciąż pozostaje jednym z najsłynniejszych przypadków medycznych a Polsce. Jej stan zdrowia nie zmienił się od czasu gdy odniosła obrażenia mózgu na ślizgawce w latach czterdziestych. Tylko najbliżsi krewni Heleny wciąż wierzą, ze ich siostra i córka pewnego dnia odzyska przytomność. Pewne oznaki pokazują, ze ich nadzieja na  jej wyzdrowienie może mieć racjonalne podstawy – pielęgniarki zajmujące się dziewczyną twierdzą, ze niekiedy widzą słabe ruchy jej dłoni, całkiem jakby była częściowo świadoma. Mamy nadzieje, że jest to dobry znak.
 Październik 1995: „Czy wypadek pani Heleny był tylko wypadkiem?”
  Szokujące wieści obiegły Polskę. Przyjaciółka z dzieciństwa pani Kondrat, słynnej „Śpiącej kobiety”, która pozostaje nieprzytomna od czasów wypadku, który miał miejsce niedługo po zakończeniu drugiej wojny światowej, skontaktowała się z nami, twierdząc, że wypadek pani Heleny jest jej winą. „To ja popchnęłam Helę na lód” twierdzi kobieta. „Pokłóciłyśmy się i chciałam ją ukarać. Nie chciałam żeby tak się stało. Wyrzuty sumienia nie pozwalają mi spokojnie żyć. Po prostu musiałam to komuś powiedzieć.”
 Kwiecień 2018: „Czy długoletni sen zbliża się do końca?”
 „Czy sen, w którym upłynęło praktycznie całe życie pani Heleny Kondrat, zbliża się do naturalnego końca? Lekarze zajmujący się panią Heleną, która pozostaje w stanie śpiączki od 1946 roku, twierdza, że jej zdrowie zaczyna się pogarszać. U śpiącej kobiety rozwinęły się problemy z sercem , co czego obawiają się lekarze, może doprowadzić do jej śmierci. Pani Helena w maju skończy 80 lat, z czego 72 spędziła śpiąc.”
 Darina przestała czytać i powoli odwróciła się by spojrzeć na swe przyjaciółki, wpatrujące się w nią teraz z wyrazem szoku na twarzach. W pokoju panowała cisza, zmącona tylko przez ciche dźwięki wydawane przez maszyny, które utrzymywały panią Helenę przy życiu przez ostatnie 72 lata.

  Rozdział IV
 Gdy tak stały wokół łóżka Heleny Kondrat, wciąż zastanawiały się jak  tu przybyły i co mogło oznaczać podobieństwo między Sydonią i staruszką; ich ściszone głosy rozbrzmiewały w białej sterylności pokoju. Historia kobiety, która spędziła prawie całe swe życie śpiąc, niepomna na rozgrywające się wokół niej wydarzenia, zrobiła na nich olbrzymie wrażenie. Dziewczynki z Pozaświata próbowały rozwiązać zagadkę białego pokoju, w którym tak niespodziewanie się znalazły. Jedynym rozwiązaniem, do którego doszły podczas pięciu minut prowadzonej szeptem rozgorączkowanej dyskusji, która wywiązała się po tym jak Darina skończyła czytać było wyjście z pokoju i zwiedzenie tego nowego miejsca, w którym się znalazły by zdecydować się co zrobić dalej. Po tym jak w Pozaświecie zaczęły pojawiać się pierwsze zmiany, dziewczynki rozwinęły zwyczaj przedyskutowywania kolejnych kroków, jakie powinny podjąć. Dyskusja była dobrą wymówką by zamaskować ich strach.
 Nie wiedziały co powinny dalej zrobić. Amadea była za tym by otworzyć okno i – używając resztki magicznego pyłu – odlecieć by przyjrzeć się z góry ich nowemu otoczeniu kiedy coś gwałtownie jej przerwało – zazgrzytał klucz w drzwiach , a biało pomalowane drzwi otwarły się.
 Dla kobiety, która weszła do pokoju widok zgromadzonych w nim dzieci był szokiem dużo większym niż jej widok był dla małych uciekinierek z Pozaświata. Kobieta nosząca rodzaj białej szaty, takiej jak ta, w której Druzjanna widziała się we śnie, od którego wszystko się zaczęło; atrakcyjna i ciemnowłosa – w gruncie rzeczy niezmiernie przypominająca sama Druzjannę trzydzieści lat później – wyglądała jakby zobaczyła ducha. Jej reakcja na dzieci, które zobaczyła tak niespodziewanie, mogła być opisana tylko w ten właśnie sposób. Jej usta otwarły się, tworząc perfekcyjne „o”, a oczy rozszerzyły; tajemnicza dama znieruchomiała jakby jej nogi zostały tknięte paraliżem, podnosząc rękę by przykryć usta, całkiem jakby nie ufała sobie samej, że nie wydostanie się z nich żaden dźwięk.
 Przez moment długi jak wieczność kobieta patrzyła na dzieci z wyrazem kompletnego szoku na twarzy, niezdolna się ruszyć. Zamrugała kilkakrotnie, jakby w nadziei, ze gdy otworzy oczy, dzieci już tam nie będzie. Jej usta poruszyły się jakby zamierzała coś powiedzieć, ale zanim zdołała to zrobić, jednym płynnym ruchem wyciągnęła z kieszeni klucz i zamknęła nim  drzwi. Skończywszy to robić, kobieta odwróciła się w kierunku dzieci po to by spytać chrapliwym głosem: „kim jesteście?”
 W tym momencie przypominała biedną Kamilę, która była przedtem Rewloną. Kamilę, która chciała wiedzieć czy dziewczynki z Pozaświata – Sydonia i jej przyjaciółki – były prawdziwe. Uczucie to tylko się wzmogło w dziewczynkach gdy kobieta w bieli uszczypnęła się niespodziewanie i wymamrotała do siebie: „one są prawdziwe.”
 Wydarzenia następnych dziesięciu minut można było określić tylko jako niekończący się potok pytań i odpowiedzi na nie z obu stron. Kim były tajemnicze dziewczynki, jak się nazywały, co to było za miejsce, w którym się znalazły i w jaki sposób tam przybyły. Dziewczynki i kobieta, ochłonąwszy z początkowego szoku, robiły wszystko by jak najlepiej odpowiedzieć na pytania drugiej strony.
 Ciemnowłosa kobieta nazywała się Edyta Trojak; była lekarką w szpitalu – miejscu, do którego przybyły dziewczynki. Kobieta, zawstydzona swoja początkową reakcją, na początku próbowała im wyjaśnić przyczynę swego początkowego strachu. To miała być długa historia, kobieta zamierzała jednak podzielić się nią z dziećmi; musiały ją poznać, mając pełne prawo do poznania prawdy, nawet jeśli doktor Trojak myliła się co do swojej teorii.
 - Chwilę wcześniej zapytaliście mnie dlaczego się tu znaleźliście i powiedziałam wam, że nie byłam w stanie wam odpowiedzieć na to pytanie – zaczęła doktor Trojak ostrożnie, rzucając spojrzenie na nieruchome ciało pani Heleny spoczywającej w łóżku. Dziewczynki usiadły na podłodze, słuchając jej słów. - Nie wiem jednak czy ta odpowiedź była dobrą odpowiedzią. Pielęgniarki już tu dziś więcej nie przyjdą jeśli nie zacznie dziać się coś złego, ale nie zamierzam ich teraz wołać. Już skończyłam pracę co oznacza, że mogę spędzić tu tyle czasu ile tylko chcę. Zresztą pielęgniarki bardzo niechętnie przychodzą do tego pokoju, możecie mi wierzyć. Zrozumiecie dlaczego kiedy poznacie moją historię. Wspominałyście, ze czytałyście wycinki z gazet – lekarka obrzuciła spojrzeniem korkowe tablice wiszące na ścianach. - Znacie więc historię pani Heleny Kondrat. To dobrze bo nie muszę dodawać wielu rzeczy żeby zrozumieć moja teorię dotyczącą tego co tu robicie i co stało się z całym waszym Pozaswiatem. Historia pani Heleny może być – i prawdopodobnie jest – ścisłe z tym powiązana.
 Doktor Trojak wzięła głęboki oddech i obrzuciła spojrzeniem łóżko starszej kobiety zanim znowu zaczęła mówić. - Jak już wiecie, kobieta ta spędziła całe swoje życie z wyjątkiem dzieciństwa w stanie snu. Nazywamy to śpiączką. Spała cały czas od kiedy uderzyła głową o lód, ale teraz gdy się zestarzała, jej stan zdrowia zaczął się gwałtownie pogarszać. A w naszym szpitalu zaczęło dochodzić do dziwnych wydarzeń. Tak, wasz Pozaświat nie był jedynym miejscem gdzie zaczęły się dziać ostatnio dziwne rzeczy. Bardzo dziwne rzeczy – powtórzyła lekarka, podkreślając ostatnie zdanie. Przerwała na moment by ponownie spojrzeć na panią Helenę, tak jakby ta mogła wybrać ten właśnie moment na przebudzenie się, po czym kontynuowała. - Przedmioty z tego pokoju w tajemniczy sposób ginęły, całkiem jakby przeniosły się do innego świata. Dzieci wymieniły spojrzenia słysząc te słowa. Wiedziały dokąd zawędrowały zaginione przedmioty.
 - Widziałam to na własne oczy i myślę, ze niektóre pielęgniarki same to widziały. Nie sadzę żeby którakolwiek z nich się do tego przyznała – nie chciałyby być nazwane głupimi lub przesądnymi – ale słyszałam plotki. Zresztą dlaczego tak bardzo bałyby się tu przyjść? - cicho zapytała doktor Trojak samą siebie. - Rzeczy te zniknęły. W jednej chwili tu były, a chwilę później ich już tu nie było, a w pokoju nie było nikogo poza mną samą kto mógłby je przestawić w inne miejsce. Ja tego jednak nie zrobiłam. Przychodziłam tu wielokrotnie żeby spędzić trochę czasu z panią Heleną. Miałam swoje powody żeby to robić, ale opowiem wam o nich za chwilę. Jedna z tych zaginionych rzeczy był mój długopis. Mój stetoskop – po prostu nagle zniknął z mojej szyi. Nawet mój telefon komórkowe. Ba, nawet przedmioty, które ozdabiały pokój pani Heleny. Wszystkie te pluszowe wróżki i syreny. Niektórzy mogliby pomyśleć, ze to śmieszne, przynosić je pani Helenie, nie jest ona w końcu mała dziewczynką. W pewnym sensie jednak nią jest – poprawiła się lekarka. - Gdyby kiedykolwiek się obudziła, nie wiedziałaby, że jest już dorosła kobietą. Hela – łatwiej jest mi myśleć o niej jako o Heli, a nie o pani Helenie, która tak naprawdę nigdy się nie stała – z pewnością by je polubiła gdyby tylko miała szansę ujrzeć je na stoiku przy łóżku. Przynosiła jej je rodzina – najpierw rodzeństwo, potem ich dzieci i w końcu ich wnuki – pani Helena stała się rodzinna legendą. Ale wszystkie one zniknęły. Nikt ich nie ukradł, tego jestem pewna. Pracownicy szpitala byli zbyt przerażeni żeby tu w ogóle przychodzić, jak już powiedziałam. Ja byłam prawdopodobnie jedyną osoba, która się tego nie bała. Za chwile powiem wam dlaczego, ale musicie trochę poczekać na tę część mojej historii. W tym pokoju pojawiały się także rzeczy, których nigdy tutaj nie było – łyżwy na przykład i rękawiczki, takie jak te, których mała Hela potrzebowała tej fatalnej zimy.
 Były także inne tajemnicze zjawiska, których ośrodkiem była pani Helena Kondrat. Na przykład sny. Sny o Pozaświecie jeśli tak właśnie nazywacie wasz świat. Nie byłam jedyną osobą, która je miała. Doktor Maciejewska, moja przyjaciółka, która pracuje w tym samym szpitalu, powiedziała mi, ze miała serię snów, w których nie była dorosłą kobietą, ale małą dziewczynką żyjącą w tajemniczej krainie zwanej Pozaświat gdzie nie było żadnych dorosłych razem z przyjaciółkami. Doktor Maciejewska jest neurologiem – specjalistką od mózgu. To właśnie ona głównie zajmuje się panią Heleną.
 Był także szron, który ni z tego ni z owego zaczynał pokrywać łóżko pani Heleny. Sama widziałam to dwa razy, ale założę się, ze musiało być ich więcej. To dlatego inni obawiali się wchodzić do tego pokoju. Temperatura pokoju stawała się wówczas lodowato zimna; mogłam to poczuć. Było tak zimno jak musiało być gdy mała Hela upadła na lód i uderzyła się w głowę. Albo ta pielęgniarka, pani Kozłowska. Oszalała i musiał to być wpływ tego pokoju bo dlaczego by inaczej zdrowa młoda kobieta miała tu wejść i po kilku minutach wybiec, krzycząc w przerażeniu, że nie wie gdzie jest i ze to nie jest jej ciało? Twierdzi teraz, że jest kimś innym, wróżka, i że nie nazywa się Kamila tylko Rewlona. Lekarze maja nadzieję, że jej stan się wkrótce poprawi, ale ja nie byłabym tego taka pewna.
 Dziewczynki z Pozaświata nic nie powiedziały, przysłuchując się słowom lekarki. Słuchały z uwagą całej tej historii, próbując nie uronić żadnego z jej słów, gdy ta wyjaśniała im tajemnicę wszystkich tych zmian jakie miały miejsce w Pozaświecie. I w samotnym pomalowanym na biało pokoju z jego uśpioną mieszkanką. Pojawienie się tej kobiety, która zdawała się dzierżyć klucz do rozwiązania tej zagadki, było zupełnie nieoczekiwane, okazało się być jednak prawdziwym darem od losu. Gdyby nie ona, małe mieszkanki Pozaświata nie wiedziałyby co robić bezskutecznie poszukując odpowiedzi, która jak się okazało, została im wręczona tak niespodziewanie. Odpowiedzi udzielane im przez nieznajomą kobietę pasowały do tego co już wiedziały dzieci – do tajemniczych przedmiotów znalezionych przez nie w Pozabagnie (nie mogło bowiem być ono już nazywane Pozarzeką), które pochodziły z tego świata, snów przyjaciółki doktor Trojak będącymi przeciwieństwem snu Druzjanny i Kamili, która stała się Rewloną, całkiem jakby ludzka kobieta i wróżka były dwiema stronami tej samej monety.
 W historii doktor Trojak było jednak coś więcej – jak się wydawało miała ona swoje powody do bycia zainteresowana sprawą pani Heleny, które wiodły ją do jej szpitalnego łóżka, czyniąc lekarkę jedyną osobą nie obawiającą się tych tajemniczych zjawisk, których ośrodkiem była uśpiona kobieta i to właśnie na ich wyjaśnienie czekały dzieci.
 Wtedy doktor Trojak przymknęła oczy jakby próbując sobie przypomnieć szczegóły historii, którą pani doktor chciała podzielić się z dziewczynkami. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w pokoju był odgłos jej powolnego rytmicznego oddechu, w końcu kobieta otworzyła oczy by spojrzeć w twarze dziewczynek, na których malowała się nadzieja. Usta kobiety ponownie się otworzyły i kobieta zaczęła mówić by podzielić się drugą częścią swej historii.
 - Kiedy usłyszycie drugą część tego co mam wam do powiedzenia, będziecie już wiedziały wszystko – zaczęła. - Nie sadzę, że wam się ona spodoba, ale muszę wam to powiedzieć – jestem jedyna osobą, która może to zrobić.
 Kiedy byłam dziewczynką, miałam wypadek podobny do tego, jaki przydarzył się małej Helence. Moją teorię co do tego co się tu dzieje opieram na tym co przydarzyło mi się gdy byłam  w śpiączce. Spadłam ze schodów i uderzyłam się w głowę. Nie byłam w śpiączce tak długo jak pani Helena – zaledwie parę miesięcy – ale było to wystarczająco długo by stworzyć w mojej głowie wymyślony świat.
 Miałam wtedy dziewięć lat. Byłam dzieckiem z bujną wyobraźnią. Cały czas leżałam w szpitalnym łóżku, ale tak naprawdę byłam w innym miejscu. Jakimś sposobem zdołałam zbudować cały świat w mojej wyobraźni. Oparty był on na książce dla dzieci, którą czytałam przed wypadkiem. Żyłam w tym śnie dopóki pewnego dnia się nie obudziłam. Przez cały ten czas gdy w nim żyłam, byłam przekonana, że jest to najszczersza prawda. Nie kwestionowałam jego realności ponieważ we śnie tym kompletnie zapomniałam kim byłam. Myślałam, że byłam inna dziewczynką – dziewczynką z książki. Imieniem tej dziewczynki nie była Edyta Trojak. To była Ania Shirley. Żyłam w innym kraju – była to Kanada. Moja rodzina i przyjaciele byli zaledwie wytworami mojej wyobraźni. Wciąż doskonale to pamiętam. Diana, moja najlepsza przyjaciółka w tym świecie, który stworzyłam we własnej głowie gdy leżałam w śpiączce, była w istocie dziewczynką z sąsiedztwa. Była taka ładna i miła, zupełnie jak siostra, która chciałam mieć. W tej krainie snu żyłam z parą starszych ludzi, którzy byli moimi opiekunami. Nazywali się Maryla i Mateusz. Ich postacie oparte były także na ludziach których znałam – mojej nauczycielce muzyki i jednym z naszych sąsiadów. We śnie wiodłam szczęśliwe życie, ale kilka miesięcy po wypadku obudziłam się ze śpiączki. Pamiętam jak zdumiona byłam tym, że wszystko to był sen.
 Lekarka spojrzała na nieruchome ciało pani Heleny, a następnie na dzieci zanim kontynuowała:
 - Helena Kondrat przebywa w stanie śpiączki odkąd miała osiem lat. Przez tak długi czas mogła stworzyć we własnej głowie świat podobny do mojego. Jestem tego pewna bo nie mam innego wytłumaczenia tego w jaki sposób mogłyście się tu znaleźć. Moją teorię potwierdzają także wszystkie te dziwne zjawiska dziejące się w szpitalu, o których wam opowiadałam. I moje sny. Miałam wiele snów – zawsze takich samych – w których byłam małą dziewczynką żyjącą z innymi dziewczynkami w magicznej krainie. Były bardzo realistyczne, ale wszystkie te fragmenty nie zorganizowały się w logiczna całość dopóki was tu nie zobaczyłam. Był to dla mnie prawdziwy szok bo natychmiast was rozpoznałam. Zwłaszcza ciebie – lekarka wycelowała palec w dziewczynkę, na której twarzy pojawił się wyraz zdziwienia. - Wyglądasz dokładnie jak ja kiedy miałam osiem albo dziewięć lat. To było jak zobaczenie własnego zdjęcia z dzieciństwa.
 Ty, dziewczynko – kontynuowała kobieta, wskazując palcem Darinę – bardzo przypominasz doktor Maciejewska, o której was mówiłam. Oczywiście znacznie młodszą. Doktor Maciejewska jest w moim wieku; tego lata skończę trzydzieści osiem lat. Ta dziewczynka z kolei – wskazała Irydę – jest z kolei niezmiernie podobna do wnuczki siostry pani Heleny. Widziałam ją w tym roku kiedy całą rodzina złożyła jej wizytę. Stało się dla nich tradycją odwiedzać ją w rocznicę wypadku. Nie rozpoznaje ich, oczywiście, ale oni robią to regularnie co roku. Rodzinna tradycja – powtórzyła lekarka.
 - Pani Helena jest najdłużej żyjącą pacjentką w śpiączce na całym świecie. Dzięki temu jest najsłynniejszą pacjentką w naszym kraju. Czytałam wszystkie artykuły o niej i jej rodzinie. Widziałam zdjęcia ich wszystkich. Widziałam zdjęcia małej Helenki. Jej podobieństwo do ciebie – tu lekarka wskazała Sydonię – jest zdumiewające. Wszystkie części układanki pasują. Ta dziewczynka – „Sydonia”, powiedziała wyżej wymieniona – jest młodą Helą Kondrat.
 Cisza jaka zapadła po wyjaśnieniach lekarki była tak gęsta, że można ją było krajać nożem. Straszne podejrzenie zaczęło wkradać się w serca dzieci, ale żadna z dziewczynek, nawet Sydonia, tak dzielna i śmiała przez całe swe krótkie życie, nie skomentowała w żaden sposób słów swej nowej przyjaciółki, wiedząc co to oznaczało jeśli miała rację – i głęboko w swych sercach wiedziały, że tak w istocie było. Były w stanie tylko patrzeć na siebie nawzajem; ich ukradkowe spojrzenia wyrażały smutne zrozumienie.
 Jakby odczytywała ich myśli, następne słowa doktor Edyty Trojak stanowiły potwierdzenie tego, co dziewczynki z Pozaświata już wiedziały.
 - Pozaświat, jak nazywacie waszą krainę, umiera – zaczęła powoli, jakby próbując jak najdłużej odwlec moment powiedzenia prawdy. - A dzieje się tak dlatego, że jego twórczyni umiera. Koniec jej życia będzie zarazem końcem życia Sydonii, dziewczynki, która jest jej drugim ja, jak i całej reszty was. Gdy byłam w stanie śpiączki, myślałam, że moje życie jako Ania było prawdziwe, tak jak wy myślałyście, że jesteście prawdziwymi dziećmi. Pielęgniarki, które zajmowały się panią Heleną, twierdziły, że od czasu do czasu czuły słabe ruchy jej rąk, co oznacza, że jakaś część jej mózgu nie spała. Była częściowo świadoma i choć nie mogła się z nikim skomunikować, jakimś tajemniczym sposobem wiedziała o tych, którzy ją otaczali by użyć ich jako modelu świata, który zbudowała we własnej głowie.
 Wiedziała o wszystkim – o ludziach i rzeczach,które jej przynosili; tak jej rodzina jak jej przyjaciółka z dzieciństwa, Stasia. W ten sposób chciała odkupić swój uczynek z dzieciństwa. Tak w każdym razie twierdziła. Przeszło dwadzieścia lat temu przyznała się do tego jak naprawdę wyglądał wypadek małej Heli. Pisały o tym wszystkie gazety, ale nigdy nie zdołała udowodnić, że to była prawda. Ale ja jej wierzę. Dlaczego ktokolwiek miałby ryzykować własną reputację jeśli nie po to by złagodzić wyrzuty sumienia? Powiedziała, że popchnęła Helenkę na lód ponieważ ta śmiała się z jej niepełnosprawności. Nie wiem czy była to prawda, ale Hela była wtedy dzieckiem, a dzieci często śmieją się z innych. Pani Stasia odwiedza Helę od czasu do czasu. Mieszka w pobliżu więc co innego ma do roboty?  Powiedziała mi podczas swej ostatniej wizyty, że będzie tu znowu jutro. Ona też ma sny o Pozaświecie; powiedziała mi. Często z nią rozmawiam; ona mi ufa. Jest samotną stara kobietą i nie ma wielu rozmówców. Myślała, ze jej sny są zwyczajnymi snami, ale ja wiem lepiej. Możecie spotkać ją jutro. Myślę, że można jej zaufać, to dobra kobieta mimo tego co zrobiła kiedy miała osiem lat. Teraz ma wyrzuty sumienia, biedaczka. Myślę, ze powinnyście jej powiedzieć, ze jej przyjaciółka miała dobre życie w świecie ze swej własnej wyobraźni. Zasługuje na to. Tak samo jak wy zasługiwałyście na wiedzę co się stało i kim naprawdę jesteście. Tak samo jak moja Ania nie była prawdziwa dziewczynką, wy też nie jesteście prawdziwe. Niezależnie od tego jak prawdziwe się czujecie. Jesteście zaledwie wzorami, ideami, powtarzającymi się motywami. Jesteście żywym ucieleśnieniem ludzkiej wyobraźni, echami rzeczywistości. A wasze życie jest krótkie i nietrwałe i zbliża się do końca wraz ze śmiercią waszej twórczyni.
 Rozdział V
 Nikt z ich małej grupki nie spał zbyt dobrze tej nocy. Noc jaka nastąpiła po usłyszeniu przez dziewczynki z Pozaświata tych informacji od doktor Trojak, spędzona w jej domu tuż koło szpitala, była bardzo dziwna. Chociaż miały wygodne łóżko, które lekarka dzieliła z bliźniaczkami, otomanę i materac pokryty ciepłymi kocami, było im bardzo trudno zasnąć. Zaśnięcie wydawało się jedną z najtrudniejszych rzeczy w tej sytuacji. Przewracały się i niespokojnie w łóżku choć dzień był wyczerpujący i należałoby się spodziewać, że dziewczynki szybko wpadną w objęcia Morfeusza. Ale tak się nie stało i nie można było ich za to winić. Jak nawet najdzielniejsze serce mogło nie zabić, mając do czynienia z wizją końca? Ze zniszczeniem, które je oczekiwało?
 Doktor Trojak, która zaproponowała dziewczynkom by zwracały się do niej po imieniu – Edyta – miała wiele do powiedzenia na temat oczekującego je losu i dziewczynki nie miały powodu by jej nie wierzyć, że życie pani Heleny zbliżało się do końca. Lekarka widziała przedtem wielu umierających pacjentów i była zaznajomiona z oznakami zbliżającego się końca. Ciało „Helci” przygotowywało się na ów koniec i to samo jak się zdawało, działo się z jej umysłem. Tak, wytwory jej wyobraźni, jej płodnego umysłu gdzie dziewczynka- kobieta zdołała stworzyć alternatywną rzeczywistość będącą jej wytchnieniem od surowej rzeczywistości szpitalnego łóżka, umierały razem z ich twórczynią. Edyta Trojak ostrzegła dziewczynki, że koniec życia Heleny Kondrat mógł mieść miejsce praktycznie w każdym momencie – nie dała im nadziei, ze życie starej kobiety będzie trwało dłużej niż parę tygodni – miesięcy w najlepszym momencie. Dziewczynki wierzyły intuicji ich dorosłej przyjaciółki. Czy nie żyła ona przez kilka miesięcy jako ktoś inny w świecie stworzonym przez własną wyobraźnię po wypadku podobnym do tego jaki przydarzył się ich twórczyni? I co stało się z Anią, jej drugim ja, gdy mała Edytka zdołała  w końcu odnaleźć drogę do świata? Ania  zniknęła bez śladu jak świeczka na wietrze.
 Tego dorosła teraz Edyta nie potrzebowała im dwa razy powtarzać zanim poszły do łóżka. Lekarka zasnęła wkrótce po tym jak jej głowa ozdobiona długimi ciemnymi włosami dotknęła poduszki – musiała być bardzo zmęczona po pracy – ale małe wygnanki z Pozaświata jakkolwiek by tego nie pragnęły, nie mogły podążyć za jej przykładem. Były zadowolone, że nie mogły rozmawiać żeby nie obudzić ich przyjaciółki – dało im to dobrą wymówkę żeby nie poruszać tematu pogarszającego się zdrowia pani Heleny, który wwiercał się w ich mózg niezależnie od tego jak bardzo by chciały żeby było inaczej. To było tak jakby mieć bolący ząb, który boli nawet jeśli nie dotykasz go nawet czubkiem języka. Ból może być lekki i odległy, ale wciąż tam jest. Cóż, to zmartwienie nie mogło być nazwane lekkim ani odległym. Myślały o nim cała noc aż do ranka przed samym świtem kiedy to ostatecznie zdołały zasnąć, jako, ze zmęczenie przeważyło.
 Teraz siedząc w salonie doktor Trojak, ubrane w ciuchy które im dała zanim wyszła do szpitala, nie pamiętały zbyt dobrze tej nocy. Ubrania które im dała, należały do niej samej gdy była jeszcze dzieckiem.
 Dziś był ten dzień, gdy dziewczynki miały spotkać tajemniczą przyjaciółkę ich twórczyni, tą, która p[przyczyniła się do tego by mogły się narodzić, popychając Helę na lód. Tajemniczą kobietę, która także śniła o Pozaświecie. Kobietę, dzięki której powstały. Wciąż było im trudno w to uwierzyć. Wszystkie te przygody w Pozaświecie – pływanie w Pozarzece zanim ta zmieniła się w odrażające błoto, utarczki z Bezręką Wiedźmą i odwiedzanie wróżek (zaledwie pluszowych zabawek) były wymyślone. Przyjemne i cudowne – ale nieprawdziwe. Będące zaledwie wynikiem dziecięcej psoty sprzed lat. Nie wiedziały czy powinny być jej za to wdzięczne czy nie. To dzięki niej mogły zakosztować życia, ale gdyby nigdy nie żyły, nie musiałyby teraz stać w obliczu bliskiego unicestwienia. Ale... z drugiej strony jednak, miały szansę zaistnieć, choćby przez krótki moment. Czy lepiej jest istnieć nawet jeśli przez krótką chwilę czy nie istnieć w ogóle?
 Doktor Trojak wyszła rankiem po zrobieniu im śniadania żeby przygotować przyjaciółkę pani Heleny na spotkanie. Czuła – i dziewczynki z Pozaświata zgadzały się z tym – ze zasługiwała na to. Starsza kobieta dręczona wyrzutami sumienia zasługiwała na prawdę o magicznej krainie nazywanej przez jego małe mieszkanki Pozaświatem.  Doktor Trojak wiedziała, że kobieta jej uwierzy – miała w końcu sny o tej krainie. Była starszą kobieta, której życie zmierzało do nieuchronnego końca – tak samo jak życie pani Heleny. Zasługiwała na prawdę.
 Kiedy lekarka wyszła, przyjaciółki zaczęły zwiedzać dom. Nie był on duży i tak sporej grupce dziewczynek wydawał się nawet mniejszy. Ale był fascynujący. Mieszkanki Pozaswiata nigdy przedtem nie widziały nic podobnego. Zafascynowane wałęsały się po domu jako że lekarka powiedziała im żeby nigdzie nie wychodziły. Ale coś było nie tak. Nie wiedziały czy jest to rezultat ich bezsennej nocy czy kolejna wskazówka, że zdrowie ich twórczyni pogorszyło się. Czy nawet, że... Nie, nie mogło tak być. Po prostu czuły osłabienie a ich poczucie rzeczywistości było słabe. Miały ochotę spać; dziwne uczucie, które nie miało wiele wspólnego z normalnym snem. Ospałe i w dziwny sposób zmęczone, czekały na doktor Edytę.
 Nie musiały czekać zbyt długo. Przyjaciółka pani Heleny mieszkała blisko, więc lekarka nie spędziła zbyt wiele czasu na zewnątrz. Wkrótce dzieci usłyszały dźwięk klucza przekręcanego w zamku i pomimo ogarniającego je zmęczenia szybko podążyły by zobaczyć kobietę, która była częściowo odpowiedzialna za ich stworzenie.
 Doktor Edyta zdejmowała swój płaszcz żeby powiesić go na haczyku za drzwiami. Za nią stała kobieta, którą zamierzała przedstawić swym małym przyjaciółkom. Wysoka chuda starsza pani o regularnych rysach twarzy.  Usłyszawszy glosy dzieci wychodzących z pokoju, podniosła głowę by spojrzeć na nie jak tłoczyły się w korytarzu. Wtedy ich spojrzenia się spotkały. Twarze dzieci wyrażały przez krótki moment dziwną mieszaninę uczuć – zaskoczenie, ciekawość, niespodziewane rozpoznanie gdy wszystkie wykrzyknęły razem:
 „Bezręka Wiedźma!”
..
 To było dwa dni temu. Teraz dziewczynki z Pozaświata nie mogły dłużej się łudzić, że wszystko było w porządku. Smutnym przypomnieniem tego, że ich czas się kończył, była ich tajemnicza choroba. Dzieci leżały w łóżku pani Trojak i na otomanie w innym pokoju, dotknięte dziwną słabością. Pani Trojak dbała o nie troskliwie jak zawsze dbała o swoich pacjentów, ale musiała przyznać, że nigdy dotąd nie miała pacjentów chorych na tak dziwną chorobę.
 Chore nie kichały, nie kaszlały ani tez nie skarżyły się na ból głowy, ale ich stan zdrowia był bardzo zły. Nie można było ich wyleczyć syropem, pigułkami ani zastrzykami, jak w przypadku zwykłej niedyspozycji zdrowotnej – po prostu leżały słabe i blade, obojętne na wszystko jakby życie wyciekało z nich kropla po kropli. Leżały tak jak przez całe życie leżała mała Hela – potem już dorosła Helena – od czasu tego tragicznego wypadku w dzieciństwie kiedy po raz pierwszy zaczęła wyobrażać sobie Pozaświat. Pozaświat – ta potężna iluzja, tak realistyczna, ze zdołała zwieść je wszystkie. Zaledwie iluzja, wytwór umysłu kogoś innego. Kogoś kto podświadomie pragnął opuścic swe łóżko  by bawić się jak wszystkie inne dziewczynki.
 Ach, mała Helcia. Albo raczej Helena, była już bowiem teraz dorosłą kobietą. Starszą panią. Była tam także inna starsza pani, która była towarzyszka zabaw pani Heleny – Stanisława Podolska. Jej twarz wszystkie rozpoznały z nagłym szokiem w twarzy wiekowej damy, która towarzyszyła doktor Trojak gdy ta wróciła z nią do domu. Choć mocno wiekowa, była to Bezręka Wiedźma, nie było co do tego wątpliwości. Wyglądała zupełnie jak ona. Przyjaciółka pani Heleny była starszą wersją wiedźmy, tak samo jak Sydonia była znacznie młodszą jej wersją. A potem gdy dziewczynki opuściły wzrok ku jej rękawowi, z którego nie wyłaniała się żadna ręka, nie miały już wątpliwości co do tego, na kim była wymodelowana Bezręka Wiedźma przez śpiący umysł pani Heleny.
 Trzęsąc się z niecierpliwego oczekiwania, nie mogły się doczekać aż Edyta Trojak wprowadzi ją do pokoju i aż ta kobieta, która traktowały z nieufnością, zacznie mówić. Chciały poznać cała te historie wychodząca z jej własnych ust.
 Doktor Trojak powiedziała, że pani Stanisława zasługiwała na prawdę. Ale co z nimi samymi? Czy istniało dla nich coś innego niż oczekiwanie na nieuchronny koniec? Na koniec ich nieprawdziwego życia? To Helcia żyła; one same żyły tylko wersja rzeczywistości dla ubogich. Więc usiadły i czekały na historię pochodzącą od starej kobiety bez dłoni. Była równie zaskoczona pobytem tam dziewczynek z Pozaswiata jak one były zaskoczone jej obecnością, doktor Trojak musiała jej jednak o nich opowiedzieć bo zaakceptowała ich obecność bardzo szybko. Pamiętała dziewczynki ze swych snów, które dzieliła z doktor Edytą. Dlatego też jej reakcja była inna niż reakcja Edyty gdy zobaczyła dziewczynki po raz pierwszy – ona wiedziała czego się spodziewać.
 Jej historia nie skrywała żadnych sekretów. W gruncie rzeczy była to ta sama historia, która dziewczynki już znały z wycinków wiszących na tablicach w pokoju pani Heleny. Podświadomie oczekiwały, że wycinki nie odkryły jakiejś tajemnicy, ale nie; historia pani Stanisławy byłą powtórzeniem tego co już wiedziały, z dodaniem paru dodatkowych szczegółów.
 Pani Stanisława będąca wtedy zaledwie małą Stasią tak jak pani Helena była zaledwie małą Helą, poszła na lodowisko, gdzie spotkała Helenkę. Po krótkiej rozmowie zaczęły się kłócić. Helenka Kondrat rozzłościwszy się, nazwała ja kaleką bez ręki, na co obrażona dziewczynka popchnęła ją na lód. Ta upadła, uderzając głową o lód i kiedy wysiłki Stasi nie zdołały jej przebudzić, ta pobiegła do domu po rodziców. Powiedziała im, że jej przyjaciółka po prostu upadła, nigdy nie wyznając prawdy aż do lat 90 kiedy to torturowana przez wyrzuty sumienia, pani Stanisława poszła do gazety by powiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło. Ale nawet wtedy nie znalazło się wielu takich którzy jej uwierzyli, posądzając ja o chęć zdobycia sławy.
 Teraz opowiadała tę historię po raz drugi, czując, że przynajmniej częściowo – częściowo, jako że stan pani Heleny nie zmienił się przez to – dokonała swoistego odkupienia przez wyznanie całej prawdy.
 Najpierw gazetom, potem dzieciom zapamiętanym z jej snów. Snów, w których byłą złą wiedźmą, pamiętała to dobrze. Co było bardzo dziwne jako, że nigdy nie wyobrażała sobie siebie samej jako kogoś złego. Chociaż jak wyznała z rozgoryczeniem, Helena prawdopodobnie postrzegała ja w swym śpiącym umyśle jako kogoś złego.
 Po tym jak skończyła swą historię, Helena Podolska była całkiem zadowolona, że została uznana za godną zaufania żeby zostać dopuszczoną do sekretu Pozaświata. I już tak bardzo nie żałowała teraz tego co zrobiła gdy była teraz świadoma że jej śpiąca przyjaciółka żyła tak bogatym życiem we śnie jak stojąca przed nią Sydonia. Niewielu ludzi byłoby w stanie uwierzyć, ze najsłynniejsza pacjentka Polski żyła jakimkolwiek innym życiem niż to spędzone w łóżku, w zasadzie to nikt z wyjątkiem doktor Trojak, ale pani Stanisława poczuła się lepiej wiedząc, że to co zrobiła miało swoja jaśniejszą stronę. Ale życie pani Heleny było teraz w niebezpieczeństwie. Jej życie zbliżało się do swego kresu i to byłą właśnie przyczyną – bo co innego mogłoby to być? - ze stan zdrowia dziewczynek z Pozaswiata zaczął się pogarszać. Między ich zdrowiem a zdrowiem pani Heleny było powiązanie. Doktor Trojak nie ukrywała przed nimi, że najsłynniejsza pacjentka Polski powoli umierała. Nie dala im szczegółowego  opisu procedur jakie musiała przeprowadzać na pani Helenie – nie chciała ich zanadto przerazić – ale spędziła dwa ostatnie dni dbając o panią Helenę. To dlatego była teraz nieobecna, pozostawiając dzieci w domu same.
 Choć doktor  Trojak nie ukrywała przed nimi dziwnych zjawisk, które miały miejsce w szpitalu. W pokoju pani Heleny żeby być bardziej precyzyjnym; przez ostatnie dwa dni. Temperatura w pokoju starszej pani obniżała się jak poprzednio. Pielęgniarka Kamila Kozłowska , ta która nazywała siebie Rewloną po zmianie, która opanowała jej umysł, znajdowała się w dalszym ciągu na oddziale psychiatrycznym szpitala, ale jej zachowanie zmieniło się – już nie twierdziła, ze była kimś innym. Zamiast tego popadła w stan katatonii, niepomna wszystkiego co ja otaczało.
 To były właśnie te wieści, którymi doktor Trojak podzieliła się z wygnankami z Pozaświata. Siedziały apatycznie na podłodze przykrytej puszystym zielonym dywanem. Przypominał trawę w Pozaświecie który musiały opuścić w tak dziwny i nagły sposób. Wtem drzwi do pokoju się uchyliły i w drzwiach pokazała się uśmiechnięta twarz doktor Trojak. Była w szpitalu przez cały dzień, zajmując się panią Heleną, ale teraz, niesłyszana przez dzieci, wróciła do domu. Na jej twarzy był dziwny wyraz którego nie mogły zidentyfikować dopóki nie popatrzyły na nią – była to ekscytacja. Ta w każdym razie pobrzmiewała w jej głosie gdy kobieta otworzywszy usta, wykrzyknęła:”chodźcie tu szybko, coś dziwnego się dzieje.”
...
 Jedno spojrzenie na uśmiechniętą twarz lekarki powiedziało dziewczynkom z Pozaświata, ze działo się coś niezwykłego. I że prawdopodobnie nie było to nic złego pomimo pogarszającego się stanu zdrowia ich twórczyni. Słowa ich przyjaciółki zasiały w ich sercach nową nadzieję, ze być może nie wszystko było stracone. Przyszła do nich w pośpiechu, a uważny obserwator zauważyłby, ze na jej twarzy malował się wyraz jaki pojawia się na twarzach ludzi, którzy zetknęli się z czymś wykraczającym poza zwykle doświadczenia codzienności. Było to albo coś strasznego albo pozytywnego, ale który przypadek był to tym razem? Był to dla małych wygnanek z Pozaświata czas by odkryć jakie emocje kryły się za podekscytowaniem malującym się na twarzy pani Trojak.
 Szły teraz w kierunku szpitala tak szybko jak mogły, prowadzone przez panią Trojak. Przyglądały się zdumionymi oczami rozciągającemu się przed nimi światu. Pani Trojak wyjaśniła im jak maja się zachowywać w szpitalu tak aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń i co powinny mówić gdyby ktoś ich zagadnął.
 Miały udawać, ze były prawnuczkami pani Kondrat chcącymi zobaczyć się z ich prababcią nawet jeśli bardziej właściwą nazwą tego stosunku pokrewieństwa nie była prababcia, lecz raczej matka.
 Ich dorosła przyjaciółka nie chciała im powiedzieć co się stało, powtarzając dzieciom, że „same muszą to zobaczyć”, tak więc musiały jej uwierzyć. Miały to zobaczyć gdy zostaną same z ich „prababcia” by pożegnać się z nią po raz ostatni – pani Trojak ustaliła to z innymi lekarzami. Ale jaki był jej cel?
 Doktor Edyta Trojak spędziła wiele czasu przyglądając się uśpionemu ciału pani Heleny, zastanawiając się czy ona także prowadziła jakiś rodzaj życia w swej własnej wyobraźni tak jak to miało miejsce z nią tak wiele lat temu, gdy uderzyła się w głowę.
 Urodziwszy się wiele lat po wypadku pani Heleny, gdy ta była już dorosłą kobietą, pani Edyta nie mogła pamiętać jej jako ich pacjentki od samego początku, ale wielokrotnie zastanawiała się czy ona też prowadziła jakiś rodzaj sekretnego życia wewnątrz własnej głowy. Pamiętała doskonale jak jej się to przytrafiło, ale nigdy nie powiedziała o tym żywej duszy. Jedyną osobą, z którą podzieliła się całą prawdą o dziewczynkach z Pozaświata, była pani Stanisława, starsza pani będąca niegdyś najlepszą przyjaciółką pani Heleny.
 Nawet jeśli prowadziła zwyczajne życie podczas gdy pani Helena spała całe swe życie, tworząc swoją alternatywną wersję – dziewczynki, której życie upływało na zabawie w przeciwieństwie do jej prawdziwej wersji przykutej do łóżka, ich losy przeplatały się ze sobą. Zasługiwała na prawdę będąc starą kobietą jak mała Helcia, która nigdy tak naprawdę nie stała się Heleną. I która teraz umierała. To dlatego zaczęły mieć miejsce wszystkie te dziwne zjawiska. Pielęgniarki bały się wchodzić do pokoju pani Heleny, ale pani Trojak się nie bała. Podczas czasu spędzonego w pokoju pani Heleny była świadkiem jednego z tych zjawisk, które zamierzała teraz pokazać dziewczynkom z Pozaświata.
 Portal z mgły.
 Taki jak ten, przez który jej małe przyjaciółki przybyły do tego świata. Musiała odwrócić wzrok żeby uniknąć wessania przez portal. Kobieta miała wrażenie, ze ktoś woła ją po imieniu nakazując jej wejście w portal, przejście przez tajemniczą błękitną mgłę. Zdołała przezwyciężyć to uczucie – nie bez trudu – ale zanim odwróciła wzrok, unikając w ten sposób wessania w portal, spojrzała na niego. I zobaczyła w nim coś. Coś czego nie spodziewała się zobaczyć.
 I zamierzała to teraz pokazać dziewczynkom.
Rozdział VI
 Doktor Edyta Trojak spędziła wiele czasu u stóp prostego, pomalowanego na biało łóżka, w którym spoczywała najsłynniejsza pacjentka w Polsce, podążając wzrokiem za ruchami jej klatki piersiowej, będącymi jedyną oznaką, że kobieta wciąż żyje. Pamiętała swe doświadczenia z dzieciństwa i zastanawiała się czy leżąca w łóżku starsza pani także stworzyła podobny świat we własnej głowie. Za każdym razem gdy miała do czynienia z pacjentem, który wybudził się ze śpiączki, pytała go o uczucia doświadczane w tym stanie. Była rozczarowana gdy za każdym razem słyszała: „cóż, wiedziałem, że moja rodzina była przy mnie. Nie mogłem im niczego powiedzieć , ale słyszałem ich głosy.” Było to znane zjawisko - pacjenci w stanie śpiączki byli w stanie zdawać sobie sprawę z obecności osób zgromadzonych przy ich łóżku, ale jak dotąd żadna z osób, z którymi miała do czynienia doktor Edyta, nie doniosła jej o wizji zupełnie nowego świata stworzonego przez jej własną wyobraźnię. Mogli być po prostu zbyt zawstydzeni by opowiadać o podobnych rzeczach, nic jednak nie potwierdziło wierzenia doktor Edyty, że każdy pacjent w stanie śpiączki tworzy całkiem nowy świat we własnej wyobraźni jako ukojenie swej samotności, której doznawali, uwięzieni w swych własnych myślach, będących ich całym towarzystwem.
 Może chodziło tu o czas spędzony w stanie śpiączki. Może fantazja snuta przez pacjentów potrzebowała po prostu czasu by się rozwinąć i kilka dni czy nawet tygodni nie stanowiło wystarczająco długiego okresu czasu. Jeśli w istocie tak było, pacjentka znana pod nazwiskiem Heleny Kondrat miała go wystarczająco wiele, skazana na wieczną samotność w białym pokoju, mąconą tylko od czasu do czasu przez popiskiwanie maszyn, do których była podłączona.
 W głowie lekarki kłębiły się te myśli, którymi chciała się podzielić z dziewczynkami z Pozaświata. Nie zamierzała im jednak po prostu powiedzieć o tym co ujrzała w portalu łączącym dwa światy ani o wiedzy, która niespodziewanie wypełniła jej głowę – musiały zobaczyć to na własne oczy. Doktor Trojak błogosławiła swoją ciekawość, która kazała jej rozważać możliwość istnienia wyobrażonych światów istniejących w głowach innych ludzi, które pod pewnymi warunkami mogły stać się prawdziwe. Gdyby nie ta ciekawość, nie byłoby jej wówczas w pokoju zajmowanym przez panią Kondrat gdy zobaczyła jak otwiera się portal. Zobaczyła go zupełnie niespodziewanie – ni stad ni zowąd otworzył się przed jej zdumionymi oczami. I wtedy tez coś niespodziewanie... otworzyło się również w jej głowie, obdarzając ją nową świadomością tego co się działo. Zamierzała to teraz pokazać dziewczynkom z Pozaświata.
 Wyżej wymienione wspinały się teraz na stopnie schodów prowadzących do szpitala. Tylko ta niewielka odległość oddzielała je teraz od sekretu białego pokoju. Jeszcze tylko trzy stopnie... jeszcze dwa... teraz już tylko jeden i już były w środku, przyglądając się nieufnie wnętrzu budynku. Nikt im nie przeszkadzał; dzieci stawiały szybkie kroki wymijając przechodzące pielęgniarki i innych pacjentów by jak najszybciej dostać się do pokoju zajmowanego przez panią Helenę. Przez moment omiatały je ich apatyczne spojrzenia, ale to było wszystko. Jeszcze tylko kilka metrów – jeszcze tylko kolejne schody – i już były przed drzwiami pokoju pani Kondrat.
 Iryda wyciągnęła rękę i przekręciła klamkę. Drzwi otwarły się, skrzypiąc cicho. Dziewczynki weszły do pokoju, raz jeszcze przyglądając się nieruchomej postaci lezącej w łóżku. Doktor Trojak wyciągnęła klucz z kieszeni kitla i zamknęła drzwi. Musiały być same, jakiekolwiek towarzystwo nie było tym czego teraz potrzebowały. Towarzystwo mogłoby teraz wszystko zepsuć.
 Widok rozciągający się przed ich oczami nie zmienił się, niczym zamrożony w czasie. Na szafce przy łóżku stał teraz wazon ze świeżymi kwiatami i ktoś zmienił niebieską piżamę pani Heleny na różową z guzikami w kształcie serduszek, ale poza tym, wszystko wyglądało tak samo jak przedtem. I tak jak przedtem, jedynymi ruchami w pokoju były delikatne ruchy klatki piersiowej pani Heleny – jedyna oznaka, ze ta wciąż żyje – jedynym dźwiękiem zaś ten jaki wydawały maszyny, do którym ta była podpięta. Na bladej twarzy staruszki malował się spokój. Wszystko wyglądało normalnie. Żadnego zimnego powietrza, żadnych lodowych statui, żadnych przedmiotów kojarzących się z zimą sprzed tak wielu lat gdy życie małej Helci – beztroskiej małej dziewczynki – uległo tak gwałtownej zmianie – przedmiotów jak rękawiczki, które pojawiły się tak niespodziewanie w Pozarzece w Pozaświecie. Czy Pozaświat wciąż istniał? Prawdopodobnie nie i gdyby jego małe mieszkanki tam zostały, one także zostałyby unicestwione przez pustoszące go siły, nie rozwiązawszy tajemnicy pani Heleny śpiącej wieloletnim snem, na której ciało teraz spoglądały z fascynacją, zastanawiając się jaką tajemnicę skrywało, jak ostryga skrywająca perłę, której obecności weń nie można się domyślić póki się jej nie otworzy.
 Był to czas na odpowiedź. Oczy dzieci skierowały się ku twarzy lekarki. Kobieta zrozumiała to nieme pytanie. Oblizawszy wargi, otworzyła usta. Przemawiała przez kolejne trzy albo cztery minuty, a gdy wreszcie skończyła, dzieci wiedziały, że istnieje jeszcze jedna warstwa tej niezwyklej historii, której częścią się stały.
  Lekarka pogodziła się z losem czekającym jej małe przyjaciółki. Polubiła je choć znała je tak krótko. Pani Helena miała wkrótce opaść w objęcia śmierci, a one miały za nią podążyć. Nie wiedziała tylko jak to będzie wyglądało. Będąc lekarką, wielokrotnie widziała śmierć i wiedziała jak to wygląda u normalnych ludzi, tyle tylko że te małe dziewczynki spoglądające na nią wyczekująco nie były zwykłymi śmiertelniczkami. Nie wiedziała czy rozpłyną się w nicość niczym płomień świec na wietrze, pogrążą się w śpiączce jak ich twórczyni czy po prostu umrą jak zwyczajni ludzie Jeśli ten ostatni scenariusz miał się potwierdzić, doktor Edyta musiałaby coś zrobić z ciałami. Musiałaby wyjaśnić ludziom, że to nie ona je zabiła. I kim były – bo z cała pewnością nie członkiniami rodziny pani Kondrat. Lekarka nie podzieliła się z nimi tymi lękami – były to po prostu dzieci nie w pełni zdające sobie sprawę z tych mniej przyjemnych stron życia, ale teraz jednak, po tym co zobaczyła w pokoju, była pewna, że istniał jednak ratunek – czy to w tej czy innej formie.
 Był to portal z niebieskawej mgiełki, tajemniczy jak wszystkie portale prowadzące do innych światów, ale kryjący w tym przypadku jeszcze jedną tajemnicę. Podczas gdy doktor Trojak walczyła z uczuciem, że powinna wkroczyć do portalu wiodącego do nieznanego świata, pojawił się przed nią niespodziewanie zupełnie nowy obraz. Nowa świadomość wypełniła jej głowę. Nie przypominało to telepatii. Była to po prostu prozaiczna wiedza – jak ta, ze po wiośnie przychodzi lato, że można umrzeć na atak serca, że miała brata , tak przyziemnego, że gdyby wszystkie te rzeczy przydarzyły się jemu, a nie jego siostrze, najszybciej jak tylko by mógł, poszedłby do najbliższego szpitala psychiatrycznego prosząc o kaftan bezpieczeństwa bo niechybnie zwariował. Ale choć było to tak zwyczajne, wciąż pozostawało dla niej szokujące. A jeszcze większym szokiem było to kto przekazywał jej tę wiedzę. A największym szokiem ze wszystkich był zasięg władzy jaka osoba ta dzierżyła nad portalami z błękitnej mgły.
  - Tak więc powiedziała mi, że mam was tu zabrać bo potrafi kontrolować portale – zakończyła lekarka, uśmiechając się uśmiechem, który sprawił, ze przez krótki moment wyglądała jakby była dużo młodsza, niemal tak młoda jak dziewczynki, które otaczały ja kołem. Jedyną przyczyną, dla której na ich buziach nie malował się szok, było to, ze już przywykły do tych wszystkich dziwnych sytuacji, w których centrum się znalazły.
  • I to znaczy, ze będziemy mogły wrócić tędy do Pozaświata? - spytała Druzjanna.
  • Tak. Musimy tylko poczekać aż przejście się otworzy. To nie powinno trwać długo.
 Usiadły na podłodze; wszystkie z wyjątkiem Irydy, która nie będąc w stanie znieść wyczekiwania, podeszłą do okna i odsłoniła zasłony by przyjrzeć się światu poza szpitalem.
  • Spójrzcie, przejście się otwiera – wyszeptała lekarka, wskazując na zjawisko rozgrywające się przed ich oczami. Mgiełka wirowała w powietrzu między łóżkiem pani Heleny a oknem. Portal był rozmiarów drzwi, może trochę większy. Ale kiedy dziewczynki i kobieta wstały i zaczęły podążać w stronę przejścia, ktoś zastukał do drzwi i dał się słyszeć kobiecy głos:
  • Edyta, jesteś tam?
  • To doktor Maciejewska – wyszeptała cicho wyżej wymieniona. Było faktycznie dobrze, ze zamknęły drzwi. W tej chwili nikt nie mógł im przeszkadzać. Nie zwracając uwagi na natarczywe pukanie ani na nic innego, wkroczyły do portalu, który zawirował jeszcze przez moment w powietrzu po tym jak wkroczyła weń ostatnia osoba – Amadea - po czym rozpłynął się w powietrzu. Przeszły przez przejście by stanąć twarzą w twarz z ostateczną odpowiedzią na wszystkie ich pytania, dostarczoną im przez osobę, która skontaktowała się z doktor Edytą w taki dziwny sposób. Z panią Heleną Kondrat.
 
 Rozdział VII
 
 Przeszli raz jeszcze przez połyskliwą mgiełkę, ponownie wkraczając w wydzielający delikatny zapach ozonu korytarz, który łączył dwa światy. Gdyby ktoś otworzył w tym momencie drzwi, dane byłoby mu zobaczyć  w przelocie dziewczynki z Pozaświata znikające z wolna w błękitnawej mgle wydającej się tak nie na miejscu w sali szpitala.
 
 Ostatnie strzępy błękitnego oparu zawirowały przez moment w powietrzu zanim portal ostatecznie się zamknął, całkiem jakby nie był w stanie znieść zetknięcia się z atmosferą tego świata. Rozwiał  się moment po tym jak wkroczyła weń ostatnia osoba – Kasylda – pochłaniając całą grupkę.
 
 A kiedy ponownie się otworzył, wypluwając ich w nowym świecie, nie znajdowali się już w szpitalnej sali jak poprzednio. Ich oczom ukazała się piękna zielona kraina. Promienie słoneczne, ciepłe i złociste, padały na nich z błękitnego nieba niczym z obrazka, gęsto upstrzonego białymi puszystymi chmurami przypominającymi watę cukrową. W oddali majaczyła niewyraźnie mroczna sylweta lasu, a dookoła dało się słyszeć radosne ćwierkanie ptaków. Powietrze pachniało latem i kwiatami, które były w pełnym rozkwicie. Kraj do złudzenia przypominał ten, który mieszkańcy Pozaświata opuścili, tak dobrze przezeń znany i kochany.
 
 Była jednak jedna znacząca różnica. W świecie, który za sobą pozostawili, nie było starych kobiet wygodnie rozpostartych w masywnych fotelach, z tajemniczym uśmiechem mądrej wróżki na twarzy w przeciwieństwie do leciwej damy, która właśnie to robiła, pogodnie spoglądając na nowo przybyłych dużymi błękitnymi oczami. Nie zauważyli jej najpierw, zbyt skoncentrowani na obserwowaniu krajobrazu, który pojawił się przed ich oczami tak nieoczekiwanie i bez słowa porównując go z krainą, z której przybyli. Aż do chwili gdy Amadea się odwróciła, a jej usta opuścił cichy okrzyk zdumienia: „och!” Jej towarzysze natychmiast podążyli spojrzeniem  za widokiem, który kazał jej to powiedzieć i tak oto zyskali świadomość, że nie byli sami w tym nowym świecie.
 
 Sędziwa dama z upstrzoną milionem zmarszczek twarzą, siedząca w fotelu z rzeźbionymi mahoniowymi podłokietnikami, który wydawał się tu być podobnie nie na miejscu jak portal z mgły w szpitalnej sali, sprawiała wrażenie kompletnie zrelaksowanej, całkiem jakby miejsce to było jej doskonale znajome od lat, w przeciwieństwie do dzieci spoglądających na świat, który wyłonił się przed nimi tak niespodziewanie, wyrażającym kompletne niezrozumienie wzrokiem. Ale czy naprawdę tak właśnie było? Choć kraina, z której pochodziły została zniszczona a przynajmniej tak wierzyły, widząc ogrom spustoszenia, które zawisło nad ich światem, na widok ich nieoczekiwanej towarzyszki w ich serca stopniowo poczęła wlewać się nowa nadzieja. Choć nie miały przyczyn by choć przez moment wierzyć, ze ich świat mógł przetrwać, jedno spojrzenie na tajemniczą kobietę zmieniło wszystko.
 
 Twarz starszej pani ubranej w elegancką niebieską suknię, należała do kogoś, kogo zgromadzeni znali bardzo dobrze – nawet jeśli nie w tej właśnie postaci. Widzieli ją na lodowej statui, która pojawiła się przed nimi tak nieoczekiwanie, co wydawało się mieć miejsce milion lat temu. Mogli ja zobaczyć – jej młodszą wersję przynajmniej – w twarzy ich przywódczyni, która została w domu i w końcu w twarzy starej kobiety, która przespała całe swe życie tylko by śnić najbardziej fantastyczne sny.
 
 Bywają chwile gdy zastyga się w szoku, nie będąc w stanie zrobić nic innego niż powtarzać w umyśle: „to niemożliwe, to po prostu niemożliwe”. Stali tak przez może dziesięć sekund niczym żywe posągi, nie mówiąc nic ponieważ wszystko co wyszłoby z ich ust przybrałoby formę urywanych strzępków zdań; niezrozumiałego bełkotu ograniczonego do nieinteligentnego: „co?”, „ale jak?” i „ myśleliśmy, że...”
 
 Nikt nie powiedział nic dopóki racjonalna Kasjana choć nie mniej zszokowana od pozostałej reszty, nie otrząsnęła się z szoku i z wolna podeszła do wiekowej damy w fotelu. Wyciągnęła dłoń i stałą tak czekając na jakikolwiek znak, że starsza pani nie była duchem, lecz osobą z krwi i kości. Ta nie przestając się uśmiechać, wyciągnęła z kolei własną dłoń, na środkowym palcu której widniał pierścionek z kameą w kierunku dziewczynki i z wolna dotknęła jej ręki.
 
 Ich palce się zetknęły – węźlaste pomarszczone palce starej kobiety i chuda dziewczęca raczka z poobgryzanymi paznokciami. Ręka staruszki była ciepła, w istocie należała do realnej osoby, nie do ducha. Jej delikatny uśmiech się poszerzył, między cienkimi wargami ukazały się białe zęby.
 
 „Pomogła im pani znaleźć drogę do Pozaświata, pani Edyto” - powiedziała przyjemnym dźwięcznym głosem, w którym pobrzmiewała życzliwość. Kobieta, która wyglądała jak pani Helena – cóż, która była w istocie panią Heleną, nawet jeśli wyglądającą zupełnie inaczej niż pani Helena, do której wszyscy byli przyzwyczajeni, wydawała się ucieleśnieniem majestatu gdy tak siedziała w swym masywnym brązowym fotelu z mahoniowymi podłokietnikami, niczym udzielna księżna, a nie ktoś kto spędził całe swe życie w stanie śpiączki. Na jej twarzy o regularnych rysach jaśniały mądrość i subtelne kruche piękno starczego wieku, nadając kobiecie dziwną aurę królewskości – nie królewskości pochodzenia, ale tej, która pochodzi z bystrego umysłu i szlachetnej duszy.
 
 „To jest Pozaświat?” - spytała Druzjanna. Myśl, że ta piękna kraina choć tak podobna do zniszczonego Pozaświata, który wszyscy znali i kochali mogła w istocie być Pozaświatem, była niemal absurdalna. Niemal tak bardzo jak niespodziewane pojawienie się tej niezwykłej kobiety będącej w istocie tą samą starszą panią, która spędziła w łóżku całe swe życie leżąc tam niczym niesamowicie realistyczna figura z wosku. Z drugiej jednak strony dama w fotelu była tą samą osoba, która spędziła życie w łóżku, a zatem czy mogło to oznaczać, że ta kraina...?
 
 Odpowiedź, której udzieliła jej pani Helena, była krótka, ale – paradoksalnie - nie prosta.
 
 -Tak, miejsce w którym obecnie przebywacie to Pozaświat. Czy może raczej... hmm... rodzaj Pozaświata” - kobieta wymówiła te ostatnie słowa, podkreślając je. Wyglądało na to, że chciałaby  się na ten temat rozwodzić dłużej, ale w tej chwili przerwała jej Kasylda:
 
 - Jak się tu pani dostała? Czy jest pani prawdziwą panią Heleną? Jak to możliwe, że pani tu jest, a zarazem leży w łóżku w szpitalu?”
 
 - Zaczekajcie, moi drodzy - powiedziała stara kobieta. - Zaczekaj, kochanie - przykryła dłonią usta, tłumiąc śmiech. - Pozwól, że skończę. Ogromnie chciałabym wam wszystko wyjaśnić. Jest to długa i skomplikowana historia, więc lepiej będzie gdy usiądziecie. Historia Pozaświata nie jest tą , której można wysłuchać stojąc, nie czując potem zmęczenia. Tak więc usiądźcie i proszę pozwólcie mi opowiedzieć moją historię.
 
 Grupka była zbyt podekscytowana by nawet pomyśleć o wysłuchaniu historii stojąc bez kręcenia się, a co dopiero mówić o siedzeniu, lecz mimo to posłusznie wykonali polecenie, siadając na soczystej szmaragdowozielonej trawie, słuchając odległego ćwierkania ptaków latających nad ich głowami hen w oddali. Usiedli i zaczęli słuchać, oczarowani magią melodyjnego głosu pani Heleny i historią, którą miała dla nich w zanadrzu.
 
 - Miałam tylko osiem lat gdy moje życie, takie jakie znałam, kompletnie się zmieniło – zaczęła pani Helena niskim przyjemnym głosem o czystej barwie, nie patrząc na małą grupkę zgromadzoną przed nią i nadstawiającą uszu by nie uronić ani jednego słowa wychodzącego z jej ust. Zamiast tego opuściła głowę jakby spoglądała wewnątrz samej siebie i przeżywała na nowo doświadczenia, o których opowiadała.
 
  - Moja przyjaciółka Stasia, która była w moim wieku, popchnęła mnie gdy byłyśmy razem na lodowisku i upadłam na lód, uderzając się w głowę. Ale to już wiecie – powiedziała pani Helena. - Teraz powiem wam skąd wiem o tym wszystkim będąc cały ten czas w stanie śpiączki. Teraz pozwólcie, ze wrócę do samego początku, by odsłonić korzenie mej opowieści. Leżałam w łóżku od kiedy byłam dzieckiem. Nie jestem pewna kiedy stałam się świadoma tego co ze mną się dzieje, ale pewna jestem, że musiało się to zacząć krótko po moim wypadku. Byłam w stanie widzieć z całą wyrazistością co działo się ze mną i moim otoczeniem. To znaczy, przepraszam – podkreśliła pani Helena z całą stanowczością, podnosząc palec – nie ze mną; z moim ciałem. To wielka różnica – dodała, przymknąwszy powieki. - Nie jestem także całkiem pewna kiedy stworzyłam Pozaświat i jego mieszkańców. Byłam dzieckiem kiedy miałam ten wypadek, który w tak tragiczny sposób odmienił moje życie i w pewien sposób wciąż pozostałam dzieckiem ponieważ nigdy nie doświadczyłam nic innego niż dzieciństwo. Pamiętałam wszystko z mojego życia przed wypadkiem i chciałam żyć innym życiem niż to, które mi teraz przyszło spędzać w łóżku. Chciałam się bawić tak jak moi zdrowi rówieśnicy. Wyobraziłam sobie więc, ze żyłam w magicznym świecie gdzie mogłam robić wszystko czego sobie zażyczyłam. Kształt tej szczególnej fantazji wielokrotnie ulegał zmianie. Żyłam na zmianę w zupełnie odmiennych od siebie światach. Pamiętam na przykład, że przez krótki czas wyobrażałam sobie, ze żyję jako księżniczka w wieży z kości słoniowej po to tylko by zarzucić tę fantazję na rzecz tej, w której stawałam się biedną sierotą wychowaną przez czarownicę. Po tym jak i to wyobrażenie mnie znudziło, zdecydowałam się na coś zupełnie nowego. Zdecydowałam się stworzyć magiczną wyspę gdzie mogłam robić wszystko co chciałam. Nazwałam ją Pozaświat ponieważ wyspa ta znajdowała się ona w oddaleniu od innych krain. Poza realnie istniejącym światem - dodała pani Helena, patrząc na dziewczynki tajemniczymi zielonymi oczami.
 
 - Wyobrażałam sobie - ciągnęła - że mogłam tam zaspokajać każdą swoją zachciankę. Wyobraziłam sobie, że byłam dziewczynką, która mogła robić wszystko co chciała - bawić się ze swoimi rówieśniczkami i czerpać w pełni z uroków tego magicznego kraju. Nazwałam tę dziewczynkę Sydonia bo zawsze lubiłam rzadkie imiona. Moje własne było takie pospolite! Nie pasowało do tej nowej dziewczynki z magicznymi mocami - bo zdecydowałam się takimi ją obdarzyć - musiała być kimś zupełnie niezwykłym i takie też musiała mieć imię. Zanim miałam mój wypadek, lubiłam przeglądać kalendarze z imionami. Niektóre z nich były naprawdę niezwykłe; bardzo pasujące do magicznej rzeczywistości, w której miałam odtąd żyć. Takie też imiona nadałam moim towarzyszkom - bo nie chcąc być sama, wymyśliłam sobie rówieśniczki, inne dziewczynki, z którymi mogłam się bawić. Fantazja ta przybierała coraz to inne kształty z biegiem lat. Moje towarzyszki zmieniały się, zastępowały je inne dziewczęta, osobowość i wygląd których oparte były na osobach, które poznawałam. Jak te, które spotkałam w szpitalu - pielęgniarki, lekarki i dzieci z mojej rodziny. Taka na przykład Druzjanna - jej postać oparta była na osobie mojej młodszej siostry. A postacie bliźniaczek z kolei mają swe źródło w pewnych siostrach, które znałam przed wypadkiem. Były moimi sąsiadkami. Bardzo lubiłam się z nimi bawić.
 
 Tak samo miała się rzecz z innymi mieszkańcami Pozaświata. Wszyscy oni mieli twarze ludzi, których znałam. Na przykład Bezręka Wiedźma. Przed wypadkiem lubiłam opowieści o złych czarownicach, więc moja wyspa musiała mieć i takie mieszkanki.
 
 Były tam także wróżki. Opisując Pozaświat, nie można zapomnieć o wróżkach. Były tam złe wiedźmy, więc dla kontrastu musiały być także i dobre wróżki. Lubowałam się w opowieściach o magii, uczyniłam je więc nieodzownym elementem krajobrazu tej niezwykłej krainy. W mym pokoju w szpitalu miałam wiele pluszowych wróżek. Osoby, które mi je przynosiły, nie wiedziały nawet, ze byłam w pełni świadoma ich obecności na moich półkach. Niektóre z wróżek Pozaświata zostały stworzone na bazie tych pluszaków. I na bazie ludzi, których znałam. Jedną z wróżek była, pamiętam, moja pielęgniarka.
 
 - Kamila - powiedziała Iryda, podnosząc palec niczym grzeczna uczennica.
 
 Tak samo było z syrenami - ciągnęła pani Helena, uśmiechając się do dziewczynki. - Pamiętam pewna kuzynkę, Jadzię. Straszna była z niej złośnica. Była o kilka lat ode mnie starsza i prawdopodobnie już nie żyje. Niemniej jednak unieśmiertelniłam ją w mojej fantazji jako syrenę. Jedną z syren. Cała ich reszta to przyjaciółki Jadzi. Miała kółko bliskich koleżanek, z którymi zawsze plotkowała. Wciąż je pamiętam po tych wszystkich latach. Bardzo przypominały Jadzię - ładne, ale o płytkich umysłach i bardzo kapryśne. Nigdy za nimi nie przepadałam, prawdę powiedziawszy, tak więc nadałam syrenom z Pozaświata ich cechy.
 
 Dziewczynka, którą byłam - Sydonia - miała magiczne moce i potrafiła latać po zażyciu odpowiednio dużej dawki magicznego proszku ponieważ zawsze uważałam tę umiejętność za bardzo pożyteczną.. Dawała mi ona niczym nie skrępowaną wolność, o jakiej marzyłam leżąc w łóżku. Spędzałam wiele czasu w rzeczywistości z tej fantazji, kradnąc strzępy rzeczywistości jaką znałam w czasach sprzed wypadku aby je weń wpleść.
 
 Z biegiem czasu jednak zaczęłam stawać się świadoma czegoś dziwnego.  Kraina, którą stworzyłam, zaczęła stawać się w pewien sposób... tak, realna. Nie była to już zaledwie fantazja ponieważ mogłam w nią wkroczyć. Ale nie jako Sydonia. Sydonia i jej towarzyszki zostały obdarzone swoim własnym życiem, z biegiem czasu mogły stawać się coraz bardziej rzeczywiste. Nie mogłam kontrolować tego aspektu rzeczywistości jakiej dałam życie, jako Sydonia. Mogłam jednak wszystko obserwować jako czysta odcieleśniona myśl. Można powiedzieć, ze stałam się duchem tego kraju, dobrodusznym odcieleśnionym duchem, który mógł tu przybywać, niezdolnym jednak nic zmienić. Nie mogłam sprawić by Sydonia nie odcięła ręki Bezrękiej Wiedźmie choć uznałam ten uczynek za okrutny i moralnie odrażający. Wiecie, że wiedźma była wymodelowana na dziewczynce, która tamtego dnia popchnęła mnie na lodowisku. Nie miała dłoni - wrodzony defekt. Wiedźma z Pozaświata także straciła dłoń z ręki mojego drugiego ja. Chciałam ją ukarać za to co mi zrobiła i ta moja część, która była Sydonią, podświadomie odpowiedziała na to nieme wezwanie do wymierzenia sprawiedliwości..
 
 Dziewczynki spoglądały na odsłaniającą przed nimi tajemnice tego świata panią Helenę z niemym oczekiwaniem, patrząc nań zafascynowane. A pani Helena ciągnęła:
 
- Powiedziałam wam przed chwilą, że byłam kimś w rodzaju ducha opiekuńczego tej wyspy, ale takich jak ja było więcej. Ludzie, którzy podobnie jak ja znajdowali się w stanie śpiączki, byli w stanie tworzyć ku swej rozrywce podobne światy; światy, których obecność miała uśmierzyć ich samotność. Nie spędzili jednak tyle czasu w stanie śpiączki co ja - żaden z nich - i gdy nareszcie się z niej budzili, światy przezeń stworzone znikały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pustoszyły je katastrofy podobne tej, jaka dotknęła mój Pozaświat i w końcu znikały. Ich mieszkańcy także umierali razem z nimi, a czasem tylko... zmieniali formę, stając się czymś innym. Wespół z innymi twórcami tych światów mogliśmy dzielić się myślami, dzieląc jeden umysł. To właśnie w ten sposób o tym wszystkim wiem. Moje ciało wkrótce umrze, ale umysł pozostanie na wieki w świecie, który razem stworzyliśmy - ja i inni w podobnej do mojej sytuacji. Nawet teraz odczuwam ich obecność. Świat, w którym się obecnie znajdujemy, nie istnieje w rzeczywistości, ale stworzyłam go na bazie zniszczonego Pozaświata. Naprawdę kochałam ten świat. Piękna słoneczna pogoda przez cały rok w przeciwieństwie do zimy gdy miałam ten wypadek. Gdy mój stan zdrowia zaczął się pogarszać, pogoda się zmieniła. Zaczęła przypominać tamtą tragiczną zimę. Gdy me ciało umrze, pozostanę tu po wieczne czasy podobnie jak ci, którzy byli w śpiączce podobnie jak ja i zmarli będąc w śpiączce.
 
 Tak, wyobraźnia ma wielką moc i jest tak w dużo większym stopniu niż ośmielałam się myśleć jako dziewczynka, która zawsze wymyślała rozmaite historie. Historia Pozaświata to najbardziej doniosła z nich. To był początek nowej cudownej przygody, jaka mi się przydarzyła. Samo moje życie we śnie było wspaniałą przygodą. Nie żywię już nawet urazy do Stasi. To wszystko stało się możliwe dzięki niej i obiektywnie rzecz ujmując, powinnam żywić do niej raczej wdzięczność. Kto w końcu powiedział, że realne życie jest lepsze niż to jakie wiedziemy we śnie? Wiem, ze wkrótce umrę, a wy, strzępy mej wyobraźni, umrzecie ze mną. Ale nie całkiem… nie do końca. Po prostu zmienicie formę, tak jak to uczynili wasi poprzednicy z Pozaświata kiedy wplatałam weń cechy ludzi, których poznałam później, tworząc w ten sposób was. Często tak robiłam. Pierwotnie postacie mieszkańców Pozaświata oparte były na ludziach, których znałam przed wypadkiem, później jednak zmieniałam ich, czyniąc ich kimś zupełnie innym. A wy nawet nie zdawaliście sobie z tego sprawy, natychmiast zapominając o tych stale następujących zmianach. Myśleliście, że od samego początku byliście tacy sami. To nie wyrządzało wam najmniejszej krzywdy, po prostu zmieniało, czyniąc was kimś zupełnie innym. Jak Iryda. Postać Irydy była oryginalnie oparta na zdjęciu w gazecie, które raz widziałam jako dziecko, później jednak jej mentalny obraz zaczął opierać się na małej wnuczce mojej siostry. Iryda wygląda teraz zupełnie jak mała Julka. Prawie wszyscy moim krewni dostali rolę do odegrania w tej bajecznej sztuce, którą zatytułowałam Pozaświat. Niekiedy bardzo niewielką tylko rólkę, ale jednak.
 
 Albo na przykład bliźniaczki – pani Helena wymierzyła palec zakończony pomalowanym na różowo paznokciem w dziewczynki, o których mówiła. Siostry wymieniły ze sobą zaniepokojone spojrzenia.
 
 - Byłyście zupełnie inne kiedy was sobie wymyśliłam. Teraz wyglądacie dokładnie tak samo, ale kiedy was wymyśliłam, wyobrażałam was sobie jako przeciwieństwa pod względem fizycznym.
 Teraz jednak niezależnie od tego jak wyglądacie, wasze życie dobiega końca – ciągnęła bezlitośnie pani Helena. Spojrzała na dzieci smutnym wzrokiem. – Przynajmniej życie w takim kształcie w jakim je znacie. Pozwólcie mi to stanowczo podkreślić. Nie jestem pewna jaka to będzie różnica. Ale żeby być szczerą, muszę powiedzieć, ze się domyślam. Jeszcze zanim moje ciało zaczęło umierać, zaczęłam myśleć o nowym świecie, w którym mogłybyście się bawić. Las, zwierzęta… zawsze lubiłam niedźwiedzie. Lubię również te nieco bardziej egzotyczne zwierzęta – kangury, tygrysy… Nie, nie zwracajcie na mnie uwagi, po prostu głośno myślę. I proszę – nie chcę być nieuprzejma, ale wróćcie do portalu. Wiem, ze chcielibyście zadać mi więcej pytań, ale wróćcie do prawdziwego świata. Mogę kontrolować portale między tymi światami, ale mogę czynić to tylko przez krótki czas. Może będziemy w stanie się spotkać tu raz jeszcze... jeśli moje ciało nie umrze do tego czasu, a wtedy wam więcej wytłumaczę ale teraz musicie już iść. Czuję, ze coś złego dzieje się z moim ciałem i musicie już iść.
 Z tymi słowami będącymi tak nieoczekiwanym zakończeniem dla całej tej historii, stara kobieta podniosła rękę. Zaczęła formować się mgła, tworząc nowy portal podobny do tego, przez jaki tu wkroczyli do tego dziwnego nowego Pozaświata. Nie chciały jeszcze weń wkraczać, nieco rozczarowane zakończeniem opowieści pani Heleny tak niespodziewanie, ale musiały, odpowiadając na hipnotyczny zew portalu. 
 A gdy to zrobiły, szybko zapomniały o rozczarowaniu i strachu. Cokolwiek by się nie działo z ciałem pani Heleny, musiały – po prostu musiały wejść do portalu, to była ta jedna myśl, która w nich dominowała. To wszystko co się w tym momencie liczyło. Musiały wrócić. Jak tłum dzieci zahipnotyzowanych przez szczurołapa z Hameln, z pustymi oczami i umysłami, przeszły przez portal.
 Rozdział VIII
 Choć nie zdawały sobie sprawy z tego jak wielkie szczęście miały zdoławszy powrócić, dobrze się stało, że dziewczynki z Pozaświata opuściły miejsce stworzone przez wyobraźnię pani Heleny, niezależnie od tego jak gorąco pragnęłyby tam pozostać by zadać ich twórczyni parę dodatkowych pytań. Helena Kondrat z chęcią odpowiedziałaby na wszystkie z nich, cierpliwie wyjaśniając wytworom swej wyobraźni wszystko czego tylko by sobie tylko życzyły – być może poza problemem losu, który je czekał.
 Zdawała sobie sprawę, że ich los już wkrótce miał się rozstrzygnąć i dlatego też pani Trojak i dziewczynki z Pozaświata musiały jak najszybciej opuścić miejsce stworzone potęgą jej wyobraźni jeśli nie chciały zostać tam uwięzione po wsze czasy. Ciało pani Heleny zaczęło bowiem umierać. Starsza pani zdawała sobie sprawę, że było z nim coś nie tak, świadoma swego pogarszającego się stanu, w taki sam sposób w jaki ludzie oddzieleni od rodziny wiedzą co dzieje się z ich bliskimi – z listów i telefonów – nie uczestnicząc samemu w wydarzeniach, lecz świadomi ich istnienia. Podczas niezliczonych lat spędzonych we śnie, pani Helena zdobyła sporą wiedzę na jego temat.
  Musiałą przyznać, że jakkolwiek fascynujący był Pozaświat, czuła potrzebę odmiany. Niedługo przed tym jak pogorszył się jej fizyczny stan, starsza pani wpadła na pomysł krainy zaludnionej przez mówiące inteligentne zwierzęta. Nie dzieci tym razem; nie małe dziewczynki, lecz zwierzątka.  Ostatnio nieśmiało, całkiem jakby zawstydzona, że „zdradza” swą fantazję, zaczęła wyobrażać sobie zupełnie nowy świat oparty na książce dla dzieci, którą czytała przed wypadkiem. Robiła to zaledwie od czasu do czasu, lecz przestała w związku z pogarszającym się stanem swego zdrowia, który zaczął się pogarszać, co pociągnęło za sobą zniszczenie Pozaświata. Przysięgła sobie, że jeśli jej stan zdrowia się poprawi,skoncentruje się na nadaniu Pozaświatowi tego kompletnie nowego kształtu. Mieszkańcy tej bajecznej krainy także mieli przybrać nowy kształt, przybierając inną formę, tak realną jak ich dawna forma, lecz tym razem zupełnie inną. Było tak, jakby stary pomysł wciąż był żywy, tylko zastąpiony przez inny jego aspekt.
 Tym razem jednak pani Kondrat nie mogła się skoncentrować na tym by świat z jej fantazji przybrał nowy kształt, nawet gdyby chciała. Z jej ciałem działo się coś złego – mogła to wyraźnie poczuć. Mogła wrócić do swego ciała gdy tylko tego zapragnęła, ale nawet gdy je opuszczała, pozostawiając je niczym pustą łupinę, mogła poczuć w ten tajemniczy sposób, którego nie mogłaby nikomu opisać, że oto działo się coś złego. W ten sam sposób starsza pani, która powitała dzieci, które stworzyła potęgą swej wyobraźni, wiedziała, że powinny one opuścić świat, który stworzyła.
  Atmosferę w domu pani Edyty po ich powrocie, co miało miejsce poprzedniego dnia, można było opisać tylko jako dziwną. Uczucie jakie owładnęło dziewczynki z Pozaświata było mieszaniną strachu i swoistego oczekiwania na coś co nieuchronnie się zbliżało. Niekiedy jest lepiej gdy oczekiwanie po prostu się kończy, niezależnie od tego jaki jest tego rezultat i tak właśnie pomyślałyby dzieci gdyby były w stanie jasno myśleć. To co wydarzyło się wkrótce po tym jak powróciwszy ze spotkania z panią Heleną, na powrót znalazły się w szpitalu, pozbawiło je jakichkolwiek sił..
  Teraz, w szpitalu zapanowało ogromne poruszenie w związku z panią Kondrat, z której ciałem zaczęło dziać się coś złego w chwili gdy tylko grupka dziewczynek z Pozaświata powróciła – pani Edycie wystarczył tylko jeden rzut oka na wyjące maszyny w szpitalnej sali by wybiec z sali; za chwilę powróciła z kilkoma innymi lekarzami, którzy nakazali dziewczynkom wyjść by mogli wykonywać swe tajemnicze procedury na nie reagującym ciele pani Heleny.
  Zanim zdążyły zapytać o to co dzieje się z panią Heleną (nawet nie musiały pytać by wiedzieć by to coś poważnego), dzieci nie protestowały przeciwko wypchnięciu ich z sali. Jedyną rzeczą jaką usłyszały, było padające z ust doktor Edyty niecierpliwe:”wracajcie do domu.”
 Tak więc zrobiły. Nie było dla nich miejsca w szpitalu gdzie trwałą walka o życie ich sędziwej twórczyni i nikt nie musiał im mówić, że ich nieobecność w szpitalu była najwłaściwszą teraz rzeczą – nie tylko nie przeszkadzały lekarzom, ale także ich przyjaciółka, doktor Trojak nie musiała wyjaśniać im kim są te tajemnicze dziewczynki i co tu właściwie robią. Lekarze z pewnością chcieliby wiedzieć kim one były i skąd się tam wzięły. Unikając więc zbędnych pytań, dziewczynki podążyły w kierunku domu doktor Trojak, próbując nie myśleć o słowach ich twórczyni o nowej formie jaka miały przybrać. Było ciepło, ale zaczynało właśnie padać, całkiem jakby sama natura opłakiwała śmierć pani Heleny.
 Ale wszystko to było wczoraj. Poprzedniego dnia, który wydawał się całkiem udany mimo pogarszającego się stanu zdrowia ich twórczyni. Teraz jednak dziewczynki z Pozaświata były chore. Bardziej chore niż na początku. Nie mogły nawet zebrać swoich myśli. Jedyną rzeczą jaką mogły robić było leżenie i stopniowe – powolne acz nieubłagane zapominanie o wszystkim czego doświadczyły w Pozaświecie. Wszystkie były chore; dotknięte chorobą, która nie była zwykłą chorobą ciała. Leżały bez opieki, jako że doktor Edyta wciąż była u pani Heleny; leżały same, stopniowo tracąc swe wspomnienia o Pozaświecie, obojętne na wszystko, czekając na powrót ich dorosłej przyjaciółki, która była jedna z nielicznych rzeczy, o których wciąż pamiętały. Wspomnienia o wszystkich tych cudownych przygodach jakich doświadczyły w Pozaświecie powoli znikały z ich umysłów, tak samo jak wspomnienia o zniszczeniu ich krainy, ich spotkaniu z Heleną Kondrat poprzedniego dnia i wszystkim innym.
 Nie było tak, że nie pamiętały nic, ale stawały się wciąż coraz bardziej obojętne na stale zmniejszający się zestaw wspomnień, który wciąż istniał w ich głowach. A i te stopniowo wyciekały z ich umysłów niczym woda z dziurawego naczynia. Jedno po drugim. Zaczynały stopniowo zapominać kim były; że kiedyś były małymi dziewczynkami z Pozaświata, pluskających się w ciepłych wodach Pozarzeki. Zaczynały nawet wierzyć, że były kimś innym. Nie dziećmi. Zwierzętami.
- Więc straciliśmy ją – cicho powiedziała pani Edyta. Odpowiedziała jej tylko cisza. Jej przyjaciele z domu opieki nie mieli wiele do powiedzenia na temat śmierci starszej kobiety, która była najsławniejszą pacjentką w Polsce. Przez ostatnich kilka dziesięcioleci opiekowali się nią z oddaniem, jakby byłą to ich własna babcia. Albo własna córka – niekiedy gdy myśleli o Helenie Kondrat, w ich myślach pojawiał się obraz malej dziewczynki o rumianych policzkach, zastępując obraz pomarszczonej starszej pani, którą tak dobrze znali – albo raczej, której ciało tak dobrze znali.
 Staruszka nigdy nie wybudziła się ze śpiączki, w którą zapadła po wypadku na łyżwach tak wiele lat temu, tak więc na zawsze pozostałą dzieckiem. Wiecznym dzieckiem śniącym swój wieczny sen.. A teraz sen ten się skończył. W końcu, po siedemdziesięciu dwóch latach. Próbowali jej pomóc, przedłużyć jej życie, ale nie było to możliwe.
 Teraz doktor Edyta Trojak stała przy łóżku zmarłej wespół z grupką innych lekarzy, trzęsąc się lekko. Nie tylko dlatego, że śmierć najsłynniejszej pacjentki Polski zrobiła na niej tak silne wrażenie. Przyczyna leku jaki czuła kobieta była zgoła inna i aby stwierdzić czy faktycznie istniał powód strachu, musiała udać się do domu.
 Helena Kondrat czuła się wolna jak ptak. Tak, uczucie tej niesamowitej wolności mieszało się z lekkim smutkiem, ze jej życie dobiegło końca, ale uczucie jakie ogarnęło ja w ostatnich jego chwilach gdy jej uwolniony od więzów materii duch unosił się obserwując wysiłki lekarzy, było przede wszystkim uczuciem absolutnej, niczym nie skrępowanej wolności. Uczucie to tylko urosło w niej gdy kobieta zauważyła znajomą błękitną mgiełkę, która uformowała się w kształt tunelu tym razem, nie drzwi. Nie potrzebowała nawet przyzywać tego portalu, było tak jakby ten znalazł ją sam. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na lekarzy, kobieta wkroczyła w tunel.
 Gdy przezeń dryfowała, do mieszaniny uczuć, których doświadczała, dołączyło nowe – świadomość wszystkiego związanego z Pozaświatem. Niespodziewanie kobieta wiedziała co stanie się z dziewczynkami, które powołała do życia mocą swojej wyobraźni.  Wiedziała już jaki kształt miała przybrać przemiana. Kobieta uśmiechnęła się lekko uśmiechem dobrodusznego bóstwa, który rozświetlił jej twarz. Twarz dziewczynki, nie kobiety; gdyby mogła teraz siebie zobaczyć, ujrzałaby sama siebie jako małą dziewczynkę, nie starszą niż ośmioletnią. Ciało staruszki już jej nie ograniczało. Nawet jednak gdyby mogła ujrzeć swą na nowo młodą twarz, nie myślałaby o tym w ogóle – teraz co innego zaprzątało jej myśli. Nowy Pozaświat i jego przemiana. Kobieta – dziewczynka zobaczyła teraz światełko na końcu tunelu. Uśmiechnęła się znowu i wkroczyła w nie.
  Dziewczynki z Pozaświata wiedziały, że zbliża się ich koniec – ze zwodnicza powolnością, lecz nieuchronnie. Mogły poczuć to z każdym oddechem jaki brały. Nie sprawiało im to bólu, lecz z każdą upływającą chwilą ich wspomnienia znikały, zastępowane w ich mózgach przez inny zestaw wspomnień zabierających ich do innego świata – odmiennego niż ten, w którym się teraz znajdowały, lecz także odmiennego niż ten, który opuściły i którego teraz prawie nie pamiętały. Zmieniały się. Czuły się dziwnie. Czuły się nie dziewczynkami, lecz zwierzątkami.
  • Jakie masz puszyste futro, Sydonio – powiedziała Kasjana uśmiechając się lekkim sennym uśmiechem, wyciągnąwszy dłoń w stronę przyjaciółki, czując pod palcami nie gładką skórę, lecz futerko, które widziała w wyobraźni. Gdyby ktoś je widział w tym momencie, nie zobaczyłby nic innego niż grupkę małych dziewczynek, ale to co zmieniało ich widzenie świata było siłą wystarczająco potężną by sprawić, że widziały rzeczy, których nie było. - Piękne futro, takie błyszczące i jaki ma ładny odcień – całkiem jak miód.
 Sydonia uśmiechnęła się. - Twoje też jest piękne – powiedziała cicho . - A twoje uszy tez są piękne i długie.
 Druzjanna leżała apatycznie z głową na podołku Dariny. Dotykała delikatnie swoich pleców, wyczuwając pod palcami potężne skrzydła pokryte piórami. Było jej tak dobrze i błogo, zupełnie nie miała ochoty zmieniać pozycji. Podołek jej przyjaciółki nie był teraz zwykłym podołkiem; głowa malej spoczywała teraz w swego rodzaju puszystej skórzanej torbie, która bardzo pasowała do Dariny. Obok dziewczynek siedziała Iryda, której buzię pokrywał teraz delikatny brązowy meszek, jak ten, który pokrywał twarz Dariny, która jednak teraz w swej nowej formie była znacznie bardziej podobna do swej przyjaciółki, całkiem jakby były matką i dzieckiem.
 Wyglądały teraz tak odmiennie. Kasylda z bardzo różową skórą i dużymi uszami w niczym nie przypominała dziewczynki, którą była, ale z pewnością była to ona, bez dwóch zdań. Amadea w swym pomarańczowym futerku w czarne pasy. Kasjana, na której twarzy zastygł dziwny wyraz smutku – dziewczynka wydawała się teraz chodzącym ucieleśnieniem ponurości.
 Zmiana była teraz niemal kompletna. Nie pozostał im już czas na tym świecie, ale... cóż, może inny świat coś dla nich skrywał i potrzebowały tylko weń wkroczyć by to odnaleźć? Leżały apatycznie, popatrując po sobie, lecz niezdolne przypomnieć sobie kim były. Nawet słowo Pozaświat nie było w stanie wydobyć z nich żadnych wspomnień.
 Doktor Trojak szybko zmierzała w kierunku domu, niepewna co tam zastanie. Najważniejsza dla niej rzeczą było pójście do domu i sprawdzenie co dzieje się z dziećmi. Czy żyły? A może energia dotąd ożywiająca ich tak realnie wyglądające ciała, opuściła je w momencie śmierci pani Heleny pozostawiając tylko puste łupiny? Żałowała, że nie powiedziała im jak używać telefonu. Mogła zadzwonić do nich by zapytać jak się czują... nawet gdyby teraz do nich zadzwoniła, któraś z dziewczynek niechybnie podniosłaby słuchawkę, zaintrygowana wydobywającymi się z telefonu dziwnymi dźwiękami, usłyszałaby jej głos i spróbowała odpowiedzieć.
 Ostatecznie jednak zdecydowała, ze najlepszym wyjście będzie niezwłoczne udanie się do domu i sprawdzenie jak przedstawia się sytuacja. Jej stopy niosły ją szybko do jej małego domku blisko szpitala. Była zadowolona, że udało jej się znaleźć przekonująca wymówkę by nie zostać w szpitalu i porozmawiać ze współpracownikami o śmierci pani Heleny. I o Kamili Kozłowskiej. Młoda kobieta przebudziła się z dziwnego stanu snu – nie snu. Ale doktor Trojak nie była specjalnie zainteresowana losem młodej pracownicy szpitala i wyszła. Teraz kierowała się w stronę domu, z każdym krokiem coraz mniej pewna co tam zastanie.
  • Nie jesteśmy tam gdzie powinnyśmy być – powiedziała Kasylda, rozglądając się.
  • Masz rację, świnko – odpowiedziała jej bliźniaczka tym nowym zdumiewająco ponurym głosem, tak nie pasującym do niej gdy wciąż jeszcze była sobą. Ona także sprawiała wrażenie jakby stan jej zdrowia nieco się poprawił.
  • Nie jestem świnką – odpowiedziała jej siostra. - Nie jestem świnką tylko prosiaczkiem.
  • Nie mówcie mi tylko, że tu powinnyśmy być! - wykrzyknęła Amadea swym nowym, dziwnie energicznym głosem, przerywając przyjaciółkom. Ona też wydawała się być w pełni świadoma tego co tu się działo..
 Wbijała wzrok w coś po drugiej stronie pokoju co pojawiło się tak niespodziewanie o co zdawało się je łagodnie hipnotyzować, przekonując je, że powinny tylko podejść bliżej, a wszystkie ich problemy zostaną rozwiązane.
 - Jeśli się ze mną nie zgodzicie, wybryknę was! Wybryknę was do... do tej rzeczy, która tam jest! Z tymi słowami dziewczynka podeszła do ściany mgły by lepiej się jej przyjrzeć. A jej towarzyszki podążyły za nią by bliżej przyjrzeć się tej tajemniczej, połyskującej mgiełce. Wyglądała tak kusząco... całkiem jakby dziewczęta mogły usłyszeć jej słodki głos namawiający je by doń wkroczyły, wsączający się w ich uszy. Tak jak w ich poprzednim życiu, którego już teraz nie pamiętały, dziewczynki z Pozaświata wkroczyły we mgłę.
 Doktor Trojak otworzyła drzwi. Gdyby powróciła pół minuty temu, byłaby świadkiem zmiany, która miała miejsce w dzieciach. Które już nie mogły być nazywane dziećmi. Ostatnią rzeczą, która zobaczyła lekarka, było tygrysie futerko Amadei wkraczającej do portalu, a ostatnim dźwiękiem – odgłos sowich skrzydeł Druzjanny ciągnących się po podłodze. Nigdy nie zdała sobie sprawy co naprawdę zobaczyła. Wiedziała jedynie, że jej małe przyjaciółki był;y teraz stracone dla świata po śmierci pani Kondrat. Czekała na ich powrót przez cały dzień, dziewczynki – zwierzątka z Pozaświata nigdy już jednak nie powróciły.
 Nie spała zbyt dobrze tej nocy, niespokojnie przewracając się w łóżku i wspominając swe przygody z dziewczynkami z Pozaświata.. Następnego dnia poszła do kwiaciarni i kupiła bukiet róż. Białych ponieważ biel symbolizowała niewinność. Niewinność dziecięcych dusz. Dusz małych mieszkanek Pozaświata. I oczywiście Helenki, wiecznego dziecka. Prawdopodobnie nigdy już nie zamierzała ich zobaczyć, więc te kwiaty były wszystkim co mogła im ofiarować.
 Kupiła także dwie duże torby ziemi do kwiatów. Późnym wieczorem kobieta poszła na najbliższy cmentarz i tam pod osłoną ciemności za pomocą ziemi usypała niewielką górkę i złożyła na niej kwiaty. W księżycowym blasku pagórek wyglądał zupełnie jak symboliczny grób, którym w istocie był. Może osoby, które miały go zobaczyć następnego dnia, pomyślą, ze był on zrobiony przez ekscentryczną starszą panią, która pogrzebała tu swojego pupila.
 Pani Trojak spoglądała na kwiaty przez kilka minut i z westchnieniem odeszła. Małe mieszkanki Pozaświata miały być pamiętane tylko przez nią i wiekową przyjaciółkę zmarłej pani Heleny. Lekarka westchnęła raz jeszcze i wróciła do domu, idąc do łóżka wcześniej niż zwykle, ale naprawdę tego potrzebowała. Wkrótce zasnęła. Kilka minut później księżyc oświetlił jej uśpioną twarz, na której malował się spokój. Kąciki jej ust drgały lekko, formując delikatny uśmiech, jakby śpiąca śniła o czymś przyjemnym. Gdyby ktoś z nią był w tej chwili i mógł odczytać jej myśli, zobaczyłby wyraźne obrazy z jej snu – snu o małej dziewczynce bawiącej się wesoło z przyjaciółmi w krainie zwanej Pozaświat.
 Nikt jednak na nią w tej chwili nie patrzył. Ani jej koledzy ze szpitala ani jej małe przyjaciółki (gdyby mogły ją teraz pamiętać) ani nawet pani Helena. Dziewczynki z Pozaświata miały lepsze rzeczy do roboty. Jak na przykład obserwowanie z cichą fascynacją zmian, jakie miały miejsce w magicznej krainie niegdyś znanej przez jego małe mieszkanki jako Pozaświat.
Kiedyś -ale kiedy to było? Nikt nie pamiętał; w każdym razie nie one - były dziewczynkami  ze słonecznego Pozaświata; lojalnymi przyjaciółkami spędzającymi całe dnie pluskając się w ciepłych wodach Pozarzeki  i wędrując po Pozalesie w poszukiwaniu nowej wielkiej przygody. Dni te jednak należały już do przeszłości. Kraina, którą zwykły zamieszkiwać była wciąż słonecznym miejscem, w którym można było mieć wiele przygód, ale coś się teraz wyraźnie zmieniło.
 Grupka przyjaciółek powołanych do istnienie przez bujną wyobraźnię pewnej starszej pani, nie przejmowała się tym jednak. Wciąż mogły się bawić i tylko to się liczyło dla dzieci odzianych w zwierzęce skóry, które bawiły się w lesie jakby nigdy nie znały innej rzeczywistości niż beztroska zabawa. Zwierzęce skóry? Nie; to były ich prawdziwe skóry, prawdziwe formy. Królik, kłapouchy osiołek, miś i wiele innych. Ale fakt tej zadziwiającej transformacji nic dla nich nie znaczył. Co naprawdę się dla nich liczyło to zabawa jakiej mogli się oddawać w lesie wyczarowanym przez bujną wyobraźnię pani Heleny. Wspaniała zabawa; nikt do tego nie mógł mieć wątpliwości. Najlepsza zabawa w najlepszym miejscu pod słońcem. W Stumilowym Lesie.
 
 
 
Redakcja poleca: Calineczka - bajka dla dzieci
Twoje dziecko lubi, gdy ktoś mu czyta bajki, ale zdarzają się momenty kiedy nie masz czasu mu poczytać? My nagraliśmy bajkę, którą możesz włączyć dziecku nasz film, w którym czytana jest Calineczka Andersena.
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy