GRY
 
 

Macierzyństwo, które nakręca do działania – czytaj post autorki bloga Mobloguje.pl

Otaczający mnie świat rysował macierzyństwo w kształcie więzienia lub klatki, w kształcie męczarni i tortury – pisze Monika Dawidowicz, autorka bloga Mobloguje.pl. Czytaj felieton blogerki o macierzyństwie, które nakręca do działania.

Monika Dawidowicz blogerka
fot. mat. prasowe
Pamiętam, że gdy byłam w ciąży, zewsząd słyszałam rady, abym nacieszyła się czasem bez dziecka, bo potem tego czasu nie będzie. Kiedy z wielkim brzuchem wybrałam się na kurs szycia – instruktorka z politowaniem poklepała mnie po ramieniu i powiedziała, że gdy pojawi się już dziecko to na pewno sobie nie poszyję, więc lepiej teraz poświęcić na to możliwie najwięcej czasu. Gdy będąc w zaawansowanej ciąży stałam w kolejce po bilety do kina, ludzie przepuszczali mnie mówiąc, żebym korzystała z kultury póki mogę, bo po porodzie wyjścia się skończą. Koleżanka z firmy podśmiewała się, że po zakończeniu urlopu macierzyńskiego będę przychodziła do pracy, żeby na 8 godzin odpocząć od dziecka. Otaczający mnie świat rysował macierzyństwo w kształcie więzienia lub klatki, w kształcie męczarni i tortury.

Pierwsze tygodnie od porodu minęły szybko, jak gdyby ktoś nacisnął przycisk przewijania do przodu. Ujęcie po ujęciu mój syn kończył tydzień, miesiąc, pół roku. A moje życie, choć zmieniło się nie do poznania, wcale nie stało się uboższe. Wręcz przeciwnie, nowe wrażenia i doświadczenia okazały się być motorem napędowych do kolejnych wyzwań i aktywności.

Przede wszystkim dziecko stanowiło (i stanowi do tej pory) moją największą inspirację do blogowania. Każda nowa rzecz, której uczyłam się o macierzyństwie, stanowiła świetny materiał na tekst na bloga. Wymieniała się swoimi odczuciami z innymi mamami zyskując w ten sposób grono nowych koleżanek i przyjaciółek – niektórych tylko zdalnych, internetowych, innych tak na serio – bo spotkałyśmy się (często razem z dzieciakami).

Wychodząc na spacery z wózkiem zaczęłam odkrywać nowe miejsca w mieście, za każdym razem wędrowałam w nowy zakątek osiedla, poznawałam nowe ulice, parki, podziwiałam architekturę.

Ciągnący się w nieskończoność czas wieczornych karmień zapełniałam czytając książki – zdarzało mi się połykać całe tomy w jeden wieczór, co było absolutnie niewykonalne zanim zostałam mamą – gdy późne godziny poświęcałam na spotkania ze znajomymi, imprezy czy kończenie na ostatnią chwilę projektów do pracy.

Co do znajomych – wbrew temu, czym straszyły mnie mamy na forach internetowych – nie odwrócili się. Nie przestali dzwonić, odwiedzać, zapraszać na wspólne wyjścia. Gratis dostałam nowe grono znajomych – właściwie z każdą spotkaną matką miałam wspólny mianownik, zawsze było o czym rozmawiać i poczułam się jakbym należała do jakiegoś wielkiego kręgu kobiet, które wydały na świat dzieci. Otworzyłam się na nie i znalazłam z nimi porozumienie mimo dzielących nas różnic. Podejrzewam, że gdybym nie miała dziecka, nigdy nie stałabym się tak „przystępnym” i otwartym człowiekiem.

Zawsze lubiłam fotografować i całą tą pasje przelewałam na swoje dziecko. Łapałam w kadry codzienne chwile, pokazywałam je na blogu i na facebooku. W pewnym momencie zaczęli odzywać się znajomi i znajomi znajomych z zapytaniami o możliwość wykonania sesji ich dziecku. W krótkim czasie pocztą pantoflową rozeszła się wieść o moich fotograficznych usługach i w ten sposób rozkręciłam swój mały fotograficzny biznes. Siedząc za biurkiem w dotychczasowej pracy pewnie nawet przez głowę nie przeszłoby mi aby zajmować się swoim hobby na poważnie, zarobkowo. A tu proszę, łapiąc na zdjęciach ukochaną istotę – odkryłam w sobie artystyczne powołanie.

Za nic w świecie nie chciałam dać się zamknąć w klatce, dlatego ciągle szukałam okazji, by wyrwać się z domu – z dzieckiem lub bez. Moje miasto pozytywnie zaskoczyło mnie pod kątem miejsc przyjaznych matkom oraz organizacją wydarzeń przeznaczonych dla mam z dziećmi. Warsztaty, szkolenia, kluby dla mam... a większość z nich zupełnie bezpłatna, w zasięgu ręki. Szkoda, że dla bezdzietnych kobiet nie ma takich ciekawych opcji!

Kiedy w moim życiu pojawiło się dziecko – jednocześnie zwolniłam i przyspieszyłam tempo. Przestałam chodzić z zegarkiem w ręku, przestałam żyć od deadline'u do deadline'u, ale za to zaczęłam efektywnie wykorzystywać swój czas na rzeczy, których zawsze chciałam spróbować. Na śniadania w klimatycznych knajpkach w centrum miasta, na nadrabianie książkowych zaległości, na uczenie się czegoś nowego. Dziecko nigdy nie przeszkodziło mi w żadnej z tych rzeczy. Owszem, nie raz miałam chwilę zwątpienia, nie raz musiałam prosić kogoś o pomoc, nie raz w ostatniej chwili musiałam rezygnować ze swoich planów bo mały ząbkował czy płakał zakatarzony, ale tak czy inaczej ostatni rok wzbogacił mnie jako człowieka. Odkryłam tak wiele nowych umiejętności, poznałam tak wielu wspaniałych nowych ludzi, znalazłam genialne miejsca, w których moja mała rodzina świetnie się czuje. Zmieniłam stare przyzwyczajenia na nowe i czuję się... wolna. Zupełnie inaczej, niż wróżyły ostrzeżenia „mądrzejszych” ode mnie przed porodem.

Myślę, że to od nas samych zależy jak wygląda nasze życie. Dziecko nie musi oznaczać końca świata, końca nas, ale musimy chcieć pozostać sobą, chcieć więcej. Życzę każdej mamie i przyszłej mamie, aby tak jak ja, w macierzyństwie odnalazła siebie i swoją ścieżkę.


Więcej wpisów Moniki znajdziesz na Mobloguje.pl – polecamy!

Czytaj także wywiad z Moniką Dawidowicz o początkach blogowania i ewolucji bloga.

Czekamy na komentarze: czy Twoje macierzyństwo też nakręca Cię do działania? Jak zmieniło się Twoje życie po dziecku?
Redakcja poleca: 10 najczęściej popełnianych błędów wychowawczych
Starasz się być świetnym rodzicem, a twój maluch nadal jest niegrzeczny? Czasem warto spojrzeć na siebie, by odkryć, gdzie leży problem...
Doładuj
Przeładuj