Smutna dziewczynka
fot. Adobe Stock, Pav-Pro Photography

„Mam 5-letnie dziecko ze zdrady. Moja kochanka zmarła, a żona każe mi oddać córeczkę do sierocińca. Ta kobieta nie ma serca”

„Wcale nie dziwiłem się mojej ślubnej, że nie chce przyjąć pod swój dach żywego dowodu zdrady męża. Ale przecież nie mogłem zostawić córki na pastwę losu. Miała tylko 5 lat! Małe dziecko nie jest winne moich błędów. Jestem ojcem i muszę być za nią odpowiedzialny”
Smutna dziewczynka
fot. Adobe Stock, Pav-Pro Photography
Matyldo! – chwyciłem żonę za rękę. – Nie mogę tak po prostu zostawić jej samej sobie. Musisz to zrozumieć! To jest moja córka! Krew z mojej krwi.
 
– Wiem to aż za dobrze – wyrwała mi rękę i zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem. – Chociaż chyba wolałabym o tym nie wiedzieć.
 
– Przecież prędzej czy później i tak stanęlibyśmy przed tym problemem. A że stało się to wcześniej, niż sądziłem… Co mam niby zrobić?
 
– Żyje przecież babcia tej Izy…
 
– Która ma ponad siedemdziesiąt lat, jest bardzo chora, i nie ma jak się nią zaopiekować, bo większość czasu spędza w sanatoriach! – westchnąłem ciężko. – Poza tym, wiesz ile emerytury dostają starsi ludzie?
 
– Ja tam słyszałam, że ona akurat ma pieniądze. Może wynająć kogoś do opieki nad wnuczką – Matylda wzruszyła ramionami. – Poza tym są jeszcze domy dziecka. Państwo zapewnia bardzo dobre warunki i…
 
– Ty chyba nie mówisz serio? – spojrzałem na nią przerażony.
 
– To chyba ty nie mówisz serio! – warknęła. – Żądasz ode mnie, żebym przyjęła pod swój dach żywy dowód twojej niewierności i musiała na niego dzień w dzień patrzeć?! I to jak długo? Przecież leczenie tej twojej… Matki Izy… Może trwać latami. I ja mam to znosić?! Nigdy w życiu! – wyszła, trzaskając drzwiami.
 
Usiadłem bezradny w fotelu. Nie miałem pojęcia, co mam zrobić. Moje małżeństwo wisiało na włosku.

 

Strasznie kochałem moją żonę, ale niestety, kilka lat po ślubie okazało się, że nie może mieć dzieci. Matylda w związku z tym przeszła bardzo poważny kryzys psychiczny, miała nawet myśli samobójcze, musiała się leczyć u specjalistów. W końcu jednak wyszła z dołka. Zaczęliśmy myśleć o adopcji, ale tu przeszkodą okazało się jej leczenie psychiatryczne.

Takie osoby niemal z definicji są pozbawiane szans na adopcję. Nawet, jeśli ich kryzys był związany z niemożnością posiadania dzieci. Matylda ponownie popadła w depresję. Tym razem wprawdzie nie tak poważną jak poprzednio, ale jednak życie z nią nie należało do łatwych. Wtedy właśnie poznałem Beatę, która była kompletnym przeciwieństwem mojej żony. Niczym się nie przejmowała, podchodziła do życia bardzo lekko. Znajomość z nią była odtrutką na ciągłe chandry mojej ślubnej. Z czasem miałem wrażenie, że przy Matyldzie trzyma mnie już właściwie tylko litość. I kiedy okazało się, że Beata jest w ciąży zaproponowałem jej, że się rozwiodę.
 

Reakcja Beaty kompletnie mnie zaskoczyła. Powiedziała, że jak chcę, to się mogę rozwodzić, ale ona nie ma zamiaru za mnie wychodzić. Dziecko chce wychować sama, żeby się jej nikt do tego nie wtrącał. Finansowo da sobie radę, bo jej rodzice są dosyć zamożnymi ludźmi. Nie muszę więc nawet płacić alimentów.
 

Myślałem, że ta jej decyzja wynika z wrodzonej beztroski, i że kiedyś ją zmieni. Ale ona nawet w papierach w szpitalu podała, że ojciec jest nieznany.

Cóż, przeliczyłem się…

Matylda podejrzewała, że mam romans. Nic jednak nie mówiła, dusiła to w sobie, co jeszcze gorzej wpływało na jej stan. W końcu nie wytrzymała i wykrzyczała mi to oskarżenie. Wyśmiałem ją i powiedziałem, że jest nienormalna, i że ma jakąś manię prześladowczą.
 

Gdy dowiedziałem się o dziecku, chciałem sam się przyznać. Ale kiedy Beata mnie odrzuciła, pomyślałem, że może lepiej nic nie mówić. Dopiero później, gdy zobaczyłem małą Izę, uznałem, że Matylda musi się o niej dowiedzieć. I bez względu na to, co mówi Beata, nie dam się tak po prostu wyrzucić z życia tego dziecka. A moja żona powinna zdawać sobie z tego sprawę.
 

Wiedziałem, co ryzykuję. Matylda tak naprawdę dopiero wychodziła na prostą. Gdy dowiedziałem się, że Beata mnie nie chce, starałem się naprawić swoje małżeństwo. Przynosiło to nawet efekty. Wyznając prawdę, mogłem zniweczyć cały swój wysiłek, ale uważałem, że nie ma sensu budować czegoś nowego na kłamstwie.
 

Matylda wysłuchała mnie w miarę spokojnie. A potem powiedziała:
 

– Wiesz co, naprawdę wolałabym, żebyś mi tego nie powiedział.
 

– Chciałabyś, żebym kłamał?
 

– Tak – patrzyła mi prosto w oczy.
 

Moje wyznanie znów zachwiało naszym małżeństwem. Ale, o dziwo, nie na długo. Matylda miała zaburzone poczucie własnej wartości i dość szybko sobie wytłumaczyła, że to przez nią miałem romans, mimo że brałem całą winę na siebie.
 

Przez kilka lat było między nami naprawdę dobrze. Wyjaśniliśmy sobie wszystko i doszliśmy do wniosku, że widocznie dzieci w naszym związku nie są potrzebne, i dlatego ich w nim nie ma. Zaczęliśmy realizować własne pasje, często wspólne. To nas naprawdę do siebie zbliżyło. Matylda nie protestowała nawet, kiedy czasami widywałem Izę…
 

A ja wciąż to robiłem, choć nie do końca formalnie. Po prostu przychodziłem na plac zabaw, a Beata lub jej mama nie protestowały, gdy się z nią bawiłem. Kiedyś jednak moja córka zapytała.
 

– A kim ty jesteś?
 

– No… twoim tatą – odparłem szczerze zdumiony takim pytaniem.
 

– Nieprawda! Ja nie mam taty! – zawołała, i uciekła w stronę babci.
 

Wtedy postanowiłem, że muszę zrobić wszystko, by formalnie zostać ojcem Izy. Beata na początku mnie zwodziła. Kilka razy się zgadzała, za jakiś czas się rozmyślała. Zacząłem już nawet badać temat, jak mógłbym wystąpić o uznanie ojcostwa bez jej zgody czy pomocy.
 

Nagle jednak matka Izy zmieniła front i dążyła do jak najszybszego uznania córki za moje dziecko. Pozwalała mi się częściej z nią widywać, a nawet czasem nią zajmować. Tłumaczyła, że musi  pomagać swojej chorej matce, która ciężko zniosła śmierć męża. A jednak to coś innego kazało jej się spieszyć…
 

Tymczasem Matylda nie najlepiej zniosła ten nagły wzrost mojej ojcowskiej aktywności. Przedtem znikałem z domu na kilka godzin raz na miesiąc. Teraz byłem z Izą co drugi dzień. Znów zaczęło się między nami psuć. Martwiło mnie to, ale przecież byłem córce potrzebny.
 

Wkrótce wyszło na jaw, jak bardzo. Beata w końcu przyznała się, że nie tyle musi pomagać matce, co sama zmaga się z rakiem. I wkrótce zaczyna chemioterapię. Lekarze jednak nie dają jej dużych szans.
 

Teraz najważniejsze było, by ktoś zajął się naszą pięcioletnią już Izą. W grę nie wchodziła opieka na dochodzonego. Najlepiej, gdyby mała przeprowadziła się do mnie i Matyldy. O tym jednak moja uparta żona nawet nie chciała słyszeć. Ewentualnie mogłem przeprowadzić się do mieszkania Beaty i zamieszkać z córką. Wiedziałem jednak, że to może oznaczać definitywny koniec mojego małżeństwa z Matyldą. A tego przecież nie chciałem. Nie miałem jednak wyjścia. Ktoś musiał zająć się moją córką.
 

Po dwóch tygodniach wróciłem do domu. Na chwilę, żeby coś zabrać. Znalazłem żonę w kompletnej rozsypce. Siedziała na podłodze w kuchni i płakała. Obok niej stała lampka wina, przy której leżał blister z jakimiś lekarstwami. Bez względu na to, czym były, nie powinna popijać ich alkoholem.
 

– Już wróciłeś? – zapytała na mój widok, a w jej głosie nie było radości ani nadziei, lecz chłodna obojętność.
 

– Tylko na chwilę. Za kilka dni przyjadę po rzeczy.
 

– Wyprowadzasz się na stałe?
 

– Nie mam wyjścia, przecież wiesz.
 

– Czyli to prawda. Wciąż ją kochasz… – w jej głosie nadal nie było śladu emocji i pomyślałem, że pewnie lekarstwo obok kieliszka to jakieś leki uspokajające. – Chcesz być z nią, nie ze mną. A ona dzięki tej chorobie zrozumiała, że warto mieć cię przy sobie, jakby coś się stało…
 

– Już się stało. Umarła dziś rano w szpitalu. Nie przeżyła terapii.
 

Spojrzała na mnie tak, jakby widziała mnie pierwszy raz w życiu. Ale nie odezwała się nawet słowem i spokojnie patrzyła, jak pakuję kilka swoich drobiazgów. Nie zatrzymała mnie też, gdy wychodziłem.
 

Za to następnego dnia zapukała do drzwi mieszkania Beaty. Zdziwiłem się jej wizytą, ale wpuściłem do środka. Iza jeszcze spała.
 

– Mała wie? – zapytała Matylda.
 

– Tak, powiedziałem jej dzisiaj. Strasznie to przeżyła. Choć chyba nie do końca rozumie, co się stało…
 

– Ma pięć lat. Już na pewno dużo rozumie. Choć dla niej byłoby lepiej, gdyby nie rozumiała. Wtedy nie dręczyłyby jej koszmary, nie wylałaby morza łez. Na szczęście masz doświadczenie w zajmowaniu się osobami, które dopada smutek…
 

– Po co to wszystko mówisz?
 

– Sama nie wiem – westchnęła. – Ostatnio miałam ciężkie dni.
 

– Przepraszam cię. Ale ja naprawdę nie miałem wyjścia. Nie mogłem zostawić Izy obcym ludziom w chwili, gdy jej matka walczyła o życie.
 

– Wiem. Wstyd mi… Myślisz, że moglibyście się przeprowadzić do nas?
 

– Jeszcze za wcześnie – pokręciłem głową. – Ona dopiero co straciła matkę. Ciebie właściwie nie zna. Mogłaby się poczuć dziwnie, widząc nagle obcą kobietę u boku swojego ojca. Ale jeśli będziesz tak samo myśleć za kilka miesięcy, to wtedy możemy wrócić do tej rozmowy.
 

Matylda pół roku później złożyła pozew o rozwód. Nie mam do niej pretensji. Rozumiem ją. Ja sam przecież stanąłem przed bardzo trudnym wyborem. I naprawdę niełatwo było mi go dokonać. Ale bardziej byłem potrzebny małej bezradnej dziewczynce niż mojej dorosłej, choć bardzo wrażliwej żonie. Bo dziecko na pewno sobie samo nie poradzi. A Matylda? Myślę, że ma jeszcze taką szansę.

Mateusz, 35 lat

Czytaj także:

 

Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy