Przyszłe matki na sali
fot. Adobe Stock, pressmaster

„Martę poznałam na porodówce. To ona była kochanką, z którą mąż mojej przyjaciółki miał dziecko"

„Myślałam o tym, czy moje domysły są prawdziwe, czy może coś sobie ubzdurałam. Lecz jeśli nie... Boże, biedna Asia. Niestety miałam rację. Na pierwszym piętrze, przy parapecie ujrzałam Martę wiszącą na ramieniu męża mojej przyjaciółki”.
Przyszłe matki na sali
fot. Adobe Stock, pressmaster
Rok temu przed świętami, gdy minął planowany termin mojego porodu, a synek najwyraźniej nie miał zamiaru opuścić mojego ciepłego brzucha, musiałam zgłosić się do szpitala. Spakowałam niezbędnik ciężarnej i mąż zawiózł mnie na miejsce.

Szybko urodzić i wyjść do domu – taki był plan

Niestety, nie miałam na to żadnego wpływu i mój pobyt na oddziale przedłużał się. Na szczęście trafiłam do trzyosobowego pokoju z miłym towarzystwem. Szczególnie przypadła mi do gustu Marta, dziewczyna mniej więcej w moim wieku.

Szybko znalazłyśmy wspólny język. Bardzo polubiłam moją współlokatorkę. Zbliżyłyśmy się do siebie jeszcze bardziej, gdy okazało się, że obydwie spodziewamy się chłopców. Żartowałyśmy, że może zostaną kolegami, skoro my tak dobrze się dogadujemy.

Mijały dni, a my między obchodami, badaniami i wizytami odwiedzających mnie bliskich rozmawiałyśmy, jakbyśmy znały się od dawna. Choć trochę dziwił mnie fakt, że nikt do niej nie przychodzi, jedynie dzwoni.

Codziennie, gdy odzywała się jej komórka, łapała za telefon i szybko wychodziła na korytarz. Wracała dziwnie zamyślona i nieobecna. Początkowo było mi głupio pytać dlaczego – nie chciałam jej w żaden sposób urazić. Jak zwierzyła mi się później, miała tylko matkę, która nie akceptowała ojca dziecka i dlatego jej nie odwiedzała.
 

„To chore – pomyślałam wtedy. – Jak tak można? Przecież Marta niebawem urodzi jej wnuka…”. Współczułam jej, ale niestety życie różnie się układa. Nie znałam jej rodzinnej historii i nie miałam pojęcia, jakie relacje łączą ją z matką, więc nie chciałam się do tego mieszać. Wkrótce jednak Marta sama zaczęła się przede mną otwierać.
 
– Wiesz, u nas na wsi nie ma przyszłości. Jeśli ktoś się nie wyrwie, zostaje na gospodarstwie – mówiła moja współlokatorka wieczorem, gdy popijałyśmy herbatę. – Ja tego nie chciałam i dlatego, jak poznałam Zbyszka, myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Przystojny, niezależny finansowo, opiekuńczy... O takim facecie marzyłam od dawna. A potem on przyznał się, że ma żonę i dziecko – westchnęła na koniec, czym kompletnie zbiła mnie z tropu.
 
– I to ci nie przeszkadzało? – spytałam po chwili, gdy już odzyskałam zdolność mowy.
 
– Oczywiście było mi przykro… Nie chciałam być „tą drugą” – odparła. – Ale pomyślałam, że się rozwiedzie, chociaż na początku wcale nie chciałam rozbijać jego rodziny. Tylko, widzisz, kiedy mi powiedział o żonie i córeczce… sama już byłam
w ciąży. Zbyszek pomógł mi znaleźć pracę i wynająć małe mieszkanie w Radomiu. Wiedziałam, że matka mnie już nie wpuści do domu... – mówiła ze smutkiem.
 
–  Jak to cię nie wpuści?! – aż krzyknęłam z oburzenia, bo w głowie mi się nie mieściło, że tak można potraktować własną córkę.
 
– Na wsi mieć nieślubne dziecko to hańba i wstyd. I jeszcze z żonatym mężczyzną… – westchnęła, po czym rozpłakała się. 
 
Zanim zdążyłam zareagować, przeprosiła mnie i wyszła z pokoju, bo właśnie pojawiła się położna zmierzyć nam temperaturę.

Było mi jej żal...

Dziewczyna ze wsi, bez partnera, perspektyw  i w dodatku bez rodziny... Próbowałam sobie wyobrazić, jak może się czuć, ale nie potrafiłam. Sama miałam cudownego męża, rodziców, przyjaciół. Codziennie ktoś mnie odwiedzał.

Współczułam jej zwłaszcza wtedy, gdy przychodził do mnie Jacek, a Marta siedziała sama. Ten cały Zbyszek też by mógł choć raz się pojawić. W końcu to jego dziecko! „Boże, jak ona to maleństwo wychowa? Przecież potrzebna jej pomoc” – myślałam.

– Wiesz, wyjechał w delegację, prowadzi firmę i jest zapracowany – tłumaczyła go.

„No tak… i ma rodzinę – dodawałam w duchu.  – Faceci to świnie! Działają na dwa fronty i jakoś im to nie wadzi, że krzywdzą kobietę i dzieci, które płodzą. Jeszcze do tego najczęściej uchodzi im to na sucho”.

Nie śmiałam pytać, jak będzie wyglądała ich przyszłość – w końcu byłoby dobrze, żeby dziecko miało ojca, ale widać rola „tej drugiej” na razie Marcie odpowiadała. Sama następnego wieczoru wyznała:

– To nie jest takie proste, dlatego to ukrywamy. Zbyszek nic mi nie obiecuje, po prostu jest przy mnie i chce tego dziecka…
 
No właśnie widać! Obiecanki cacanki, a potem kobieta zostaje całkiem sama… 
 
– A co z jego pierwszym dzieckiem, żoną? – spytałam, bo zżerała mnie ciekawość.
 
– Nic nie wiedzą…
 
No tak. Facet umiał się ustawić, zostawił sobie „otwartą furtkę”, póki żona o wszystkim się nie dowie i go nie zostawi…
 
Następnego dnia po porannym obchodzie lekarz stwierdził, że jeśli do piątku nie zacznę rodzić, zrobi mi cesarskie cięcie. Zaczęłam się bać, chciałam urodzić siłami natury. Marta się nie bała. Wiedziała, że jutro mają jej robić cesarkę, bo w jej wypadku nie było warunków do porodu naturalnego.
 
Godzinę później zeszłam na dół do sklepu po coś do picia. Chciałam też się trochę przejść po terenie szpitala. Miałam nadzieję, że może spacery pomogą mi urodzić. 
 
Zadzwoniła moja komórka, lecz zanim ją odebrałam, wypadły mi wszystkie drobne, które trzymałam w ręku. Gdy je zebrałam, z trudem wróciłam do pionu, przytrzymując się otwartych drzwi poczekalni.
 
W tym samym momencie stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna. Rozejrzał się niepewnie po czym wszedł do środka. Na początku nie poznałam go, bo miał na głowie czapkę. Dziwnie się zachowywał, był jakiś przestraszony. Nerwowym ruchem wyjął z kieszeni telefon i ruszył w drugą stronę.
 
– Zbyszek?! – spytałam zdumiona.
 
Odwrócił się i spojrzał na mnie z taką miną, jakby to nie o niego chodziło, choć na korytarzu byliśmy tylko my dwoje.
 
– Karola?! – sapnął, jakby zobaczył ducha. – Cześć, jak… jak się czujesz? – ledwo wykrztusił i dostał takich rumieńców, jakby spotkał mnie po raz pierwszy w życiu.
 
– Dobrze, czekam… – dotknęłam ręką brzucha. – A ty? Co tutaj robisz?
 
– A wiesz… no… yyy – zaczął się motać. – Mam tu coś do załatwienia – mąż mojej przyjaciółki był wyraźnie zmieszany.

Dopiero w tym momencie połączyłam ze sobą fakty

Zbyszek, mąż Asi. Zbyszek, facet Marty... Nagle wszystko zrozumiałam i on chyba zauważył to w moich oczach, bo natychmiast uciekł spojrzeniem i spłonił się jeszcze bardziej, o ile to możliwe.

Z opresji wyratował go mój mąż, który ponownie próbował się do mnie dodzwonić. Musiałam więc przerwać rozmowę ze Zbyszkiem. Rzuciłam szybko:

– Przepraszam, muszę odebrać. Do zobaczenia, jak u nas już będzie po wszystkim. Zadzwonię do Asi, kiedy tylko wyjdę do domu. Trzymaj się – i odwróciłam się.
 

Odebrałam telefon i przez kilka minut słuchałam tego, co mąż miał mi do powiedzenia, ale tak naprawdę nic nie słyszałam. Myślałam o tym, czy moje domysły są prawdziwe, czy może coś sobie ubzdurałam. Lecz jeśli nie... Boże, biedna Asia!
 
Gdy skończyłam „pogawędkę” z mężem, ruszyłam w stronę schodów. Już na półpiętrze usłyszałam fragment rozmowy. Od razu poznałam ściszony głos Zbyszka:
 
– Zrozum, nie mogę tu przychodzić…
 
– Dlaczego? Przecież nikt cię tu nie zna... 
 
Na pierwszym piętrze, przy parapecie ujrzałam Martę wiszącą na ramieniu męża mojej przyjaciółki.

Jednak miałam rację...

Nagle poczułam silny skurcz w dole brzucha i zakręciło mi się w głowie. Musiałam się złapać poręczy, bo inaczej z pewnością bym upadła. Zaczynałam rodzić, ale zamiast myśleć o dziecku, ja wciąż pytałam się w duchu: „Jak można być takim draniem?! Jak można zdradzać ukochaną żonę?!”. Chyba zemdlałam, bo obudziłam się już na łóżku, ale w innej sali, a przy mnie stał mąż.
 
– Kotku, nic się nie stało – powiedział cicho. – Zaraz dadzą ci znieczulenie i zrobią cesarskie cięcie. Nie można dłużej czekać. 
 
Rzeczywiście, chwilę później przyszedł anestezjolog i zabrał mnie do sali operacyjnej, a po godzinie byłam już szczęśliwą mamą. Gdy znieczulenie przestało działać, a ja powoli zaczęłam zbierać myśli, znów dotarło do mnie, że ten wspaniały Zbyszek z opowieści mojej współlokatorki jest mężem mojej przyjaciółki i ojcem jej ślicznej córeczki. Wciąż byłam w szoku. 
 
Poczułam, jak wzbiera we mnie złość na tego drania, na Martę, a przede wszystkim na siebie, że choć przez chwilę współczułam tej dziewczynie. Było mi jej żal, choć wiedziałam, że związała się z żonatym facetem. Teraz, kiedy odkryłam, kim jest jego żona, z całą ostrością dotarła do mnie nikczemność postępowania Marty. 
 
„Co ja mam teraz zrobić? Tak po prostu powiedzieć Aśce? Nie, nie mogę jej tego zrobić, za bardzo go kocha… – biłam się 
z myślami. – Ale przecież ona mi nie wybaczy, jak się dowie, że wiedziałam i nic… ”. 
 
Nigdy więcej nie spotkałam ani Marty, która zaraz potem trafiła na porodówkę, ani Zbyszka. Nie tylko dlatego, że nie chciałam go więcej widzieć, ale także ze względu na fakt, że Aśka złożyła pozew o rozwód.
 
Podobno sam się przyznał żonie do zdrady. Pewnie ze strachu, że ja zrobię to przed nim… Tego nie wiem na pewno, ale wiem, że Radom jest małym miastem i prędzej czy później prawda i tak wyszłaby na jaw.

Karolina, 27 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy