martyna wojciechowska, słynne mamy
fot. ONS

Martyna Wojciechowska - jestem szczęśliwą mamą

Zdobywczyni Korony Ziemi, dziennikarka, podróżniczka. Prywatnie – mama trzyletniej Marysi. Pomaga dzieciakom chorym na raka.
martyna wojciechowska, słynne mamy
fot. ONS
Martyna Wojciechowska prowadzi programy telewizyjne, pisze książki, jest naczelną trzech magazynów, stale podróżuje. Wulkan energii. Nie widać po niej, że sama miała problemy ze zdrowiem: astmę, niewydolność żylną. Niewiele osób wie, że na szczycie Mount Everestu stanęła w półtora roku po wypadku samochodowym, w którym złamała kręgosłup, a wyprawę odradzali jej lekarze. Wychowuje córeczkę. Mówi o sobie, że żyje na sto procent i w pełni angażuje się we wszystko, co robi. Ostatnio w budowę nowej kliniki dla dzieci chorych na raka „Przylądek Nadziei” we Wrocławiu.

Jak udaje się Pani łączyć pracę zawodową, pasje podróżnicze i wychowanie dziecka? Marysia utrudniła realizowanie pasji, czy wręcz przeciwnie: daje siłę, by je realizować?
Mam świadomość tego, że wielu osobom nie podoba się sposób, w jaki łączę wychowanie Marysi z moją pasją podróżowania, ale tak naprawdę osobą, która z bólem serca przeżywa każdą rozłąkę, jestem ja. Marysia to najwspanialsze dziecko na świecie. Wiem, że każda matka tak mówi o swoim, ale mam poczucie, że córeczka już teraz jest bardzo ciekawską osóbką, ma otwartą głowę i dużą wiedzę o świecie. Nigdy nie odbierałam pojawienia się jej na świecie jako przeszkodę w pracy zawodowej. Wręcz przeciwnie, jestem najszczęśliwszą i najbardziej spełnioną mamą na świecie. Wszystko, co teraz robię, robię dla Marysi.

Urodzenie córeczki zmieniło coś w Pani życiu?
Oczywiście! Nadało życiu nowych barw i sensu. Cieszę się jednak też, że urodzenie córeczki nie zmieniło wszystkiego. Śmieję się, że jest ona najmłodszą zdobywczynią Elbrusa (najwyższego szczytu Kaukazu i Europy): dzień przed wyprawą dowiedziałam się, że jestem w ciąży! Gdy wchodziłam na szczyt, córeczka miała „minus siedem miesięcy”. Mam nadzieję, że kiedyś wejdziemy na tę górę razem! Mam zamiar nadal realizować swoje pasje, być osobą szczęśliwą i spełnioną. Chciałabym, żeby moje dziecko podążało tą samą drogą i wiedziało, że ja oddaję się mojej największej pasji, jaką jest podróżowanie. Staram się robić to maksymalnie bezkolizyjnie, narzucam sobie limity wyjazdów. Są jednak też osoby, które codziennie pracują w korporacjach, a widzą się z dzieckiem tylko wieczorami. Gdyby zsumować te dni, energię i czas, kiedy jestem z córeczką, to nie wiem, czy tak źle wypadam. Chyba jednak nie.

Jaka jest córeczka? Charakter odziedziczyła po mamie?
Myślę, że kilka cech rzeczywiście odziedziczyła po mnie. Jest bardzo samodzielna, ciekawa świata i ludzi. Od niedawna chodzi do przedszkola i – chociaż byłam cała w stresie, jak to będzie – zaaklimatyzowała się w sekundę. Naprawdę bardzo mi tym zaimponowała! Teraz, gdy odprowadzam ją rano do przedszkola, Marysia mówi: „Mamo, idź już”. Serce mi rośnie, że jest już taka samodzielna.

Jak razem lubicie spędzać czas?
Bardzo chętnie zabieram Marysię na mniejsze i większe wycieczki. Najczęściej po Polsce, bo Mania ma ustalony tryb dnia, którego raczej nie chcę zaburzać. Zawsze jednak, kiedy wyjeżdżamy, świetnie się bawimy. Często odwiedzamy Szczyrk i Jurę Krakowsko-Częstochowską, bo mam tam wielu przyjaciół. W wakacje chętnie jeździmy nad polskie morze. Kiedy tylko mogę, pokazuję jej „kawałek świata”. Niekoniecznie dlatego, że chcę, żeby została podróżniczką, ale dlatego, że każde nowe doświadczenie, szczególnie w jej wieku, zaprocentuje w przyszłości.

Chciałaby Pani, by córeczka miała Pani charakter i pasje? Marzy Pani, by została...

Nigdy nie narzucę jej określonej drogi. Natomiast już teraz staram się pokazywać jej jak najwięcej świata, by w przyszłości mogła wybrać styl życia, który jej najbardziej odpowiada. Wiem, że gdyby mnie zamknięto w klatce – udusiłabym się. Najważniejsze, żeby Marysia robiła to, co da jej spełnienie i pozwoli czuć się szczęśliwą.

Marysia jest chorowitkiem?
Nie, na szczęście choruje bardzo rzadko. Zawsze jednak staram się leczyć ją naturalnymi metodami. Kilkakrotnie lekarze zapisywali jej antybiotyki, jednak ja za każdym razem stanowczo odmawiałam. Mania ma silny organizm, który jak dotąd, za pomocą ziół i naturalnych specyfików, zawsze radził sobie z infekcjami. Oczy- wiście, jeśli będzie taka konieczność, podam jej antybiotyk, na razie jednak wolę chronić ją przed chemią.

Zwykle w takie akcje, jak budowa kliniki dla chorych malców, angażują się osoby, które mają chore dziecko. A Pani? Skąd pomysł, by pomagać malcom chorym na raka?
Myślę, że budowa ,,Przylądka Nadziei” to naprawdę coś wielkiego. Dzieci chore na raka i ich rodzice bardzo potrzebują nadziei. Możemy im pomóc. Często zapominamy, ile mamy szczęścia, mogąc cieszyć się zdrowym i silnym dziekiem. Budowa nowej siedziby szpitala onkologicznego, który obecnie jest w opłakanym stanie, to bardzo trudne zadanie. Ale ja traktuję to jako wyzwanie, któremu trzeba sprostać; cel, jaki trzeba osiągnąć. Na wzniesienie od podstaw i wyposażenie kilkukondygnacyjnego, nowoczesnego budynku potrzeba naprawdę dużo pieniędzy, dlatego razem z fundacją „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową” oraz całą ekipą „Przylądka Nadziei” zwracamy się z prośbą do każdego, komu nie jest obojętny los dzieci chorych na raka. Wystarczy wysłać sms o treści NADZIEJA na numer 72165. Będzie to cegiełka, która pomoże zbudować jedną z najnowocześniejszych dziecięcych klinik onkologicznych. Będę apelowała o pomoc do samego końca, czyli aż do momentu uroczystego przecięcia wstęgi przed gmachem ,,Przylądka Nadziei”. I wierzę, że to się nam uda.

Redakcja poleca: Martyna Wojciechowska dla córki staje po stronie natury!
Znana dziennikarka, podróżniczka i pisarka oraz mama 9-letniej Marysi jest również ambasadorką programu „Po stronie natury". I nie ukrywa, że robi to dla dziecka.
Oceń artykuł

Ocena 6 na 6 głosy

Zobacz także

Popularne tematy