Rodzice wywierali na dziecku presję w szkole
fot. Adobe Stock

„Marysia wygrywała wszystkie konkursy, ale ona musiała to robić. Powiedziała, że mama wpadłaby w szał, gdyby nie wygrała”

Ona nawet nie chciała wygrywać. Ona musiała to robić. Tego oczekiwali od niej rodzice. Inaczej okazaliby jej swoje rozczarowanie, może nawet odrzucenie.
Rodzice wywierali na dziecku presję w szkole
fot. Adobe Stock
Pamiętam tamten dzień sprzed lat, gdy odbierałam córeczkę z przedszkola po pierwszym dniu. Hania bardzo podekscytowana opowiadała mi o koleżance, która dołączyła do ich grupy. Nowa dziewczynka miała na imię Marysia i córeczka była nią zachwycona.

– Dała mi spinkę z wisienkami – pochwaliła się, dotykając ozdoby na ciemnych włoskach. – Obiecałam, że jutro jej przyniosę gumkę z motylkiem. Mogę, prawda?

Cieszyłam się z nowej przyjaźni córki, bo do tamtej pory była raczej typem samotniczki…

Kilka dni później spotkałam w szatni mamę Marysi. Przedstawiła się jako Marlena i zaproponowała, żebyśmy poszły z dziewczynkami na chwilę na plac zabaw na osiedlu. Godzinę później miałam wrażenie, że znamy się od dawna. Z placu zabaw poszłyśmy do Marleny do domu, wypiłyśmy po koktajlu z jarmużem, który sama zmiksowała, nasze córki dostały po sporym kawałku ciasta marchewkowego, a potem zajęły się jakąś grą logiczną.

W domu opowiedziałam wszystko Sylwkowi.

– Fajna ta Marysia – relacjonowałam. – Ma cały pokój gier, układanek, książeczek. Bardzo rozwinięta jak na swój wiek; Hania przy niej to jakby była dwa lata młodsza. Ale to dobrze, przy takiej koleżance się szybciej rozwinie.

Przez cały rok Hania i Marysia były nierozłączne, zwłaszcza że obie w czwartki chodziły na judo dla maluchów w domu kultury. Naturalnie zaczęłyśmy z Marleną wymieniać się przy odbieraniu dziewczynek i odprowadzaniu na zajęcia. Kiedy poszły do zerówki, było zupełnie oczywiste, że będą dalej trzymać się razem.

Kontynuowały naukę judo, ponadto Marlena znalazła zajęcia angielskiego prowadzone nowatorską metodą i zapisałyśmy tam dziewczynki.

Marysia łapała wszystko w lot jak jakiś geniusz

Okazało się, że miałam dużo racji: Marysia rozwijała się szybciej, była bardzo bystrym dzieckiem i dzięki temu nasza Hania dużo zyskiwała. Nie żebym nie czuła pewnego żalu, kiedy widziałam, jak córka Marleny w kilka minut rozwiązuje łamigłówkę, nad którą Hania spędziła bez efektu ponad godzinę, ale tłumaczyłam sobie, że przecież dzieci rozwijają się w różnym tempie.

– W szkole to się wszystko na pewno wyrówna – przekonywałam Sylwka, a może i samą siebie.
No, nie wiem. Może ta Marysia jest po prostu inteligentniejsza od Hani – mąż nigdy nie należał do delikatnych. – Spotkałem tę Marlenę. Jest informatyczką, jej mąż jest sędzią. A my? Oj, nie patrz tak, wiesz, że doceniam twoją pracę w biurze paszportowym, sam też się nie wstydzę, że pracuję w spedycji… Ale może to naprawdę kwestia inteligencji wrodzonej? Wiesz, ja raczej nie byłbym na tyle bystry, żeby skończyć prawo i zostać sędzią.

Nie chciałam, żeby to on miał rację. Gdzieś w środku żywiłam przekonanie, że dzieci powinny być sobie równe, mieć taki sam start. Ale musiałam uczciwie przyznać, że fantazje fantazjami, a dzieci rodzą się z różnym potencjałem. Na przykład Hania miała talent do rysowania, szło jej to o niebo lepiej niż jej rówieśnikom, nawet Marysi. Inna dziewczynka z jej klasy była urodzoną aktorką – podczas występu dzieciaków na Dzień Matki nie mogłam uwierzyć, że sześciolatka potrafi tak recytować wiersze!

Najwyraźniej więc rzeczywiście Marysia była nieco inteligentniejsza od innych, w tym Hani, i nic w tym wstydliwego.

Dziewczynki jednak zupełnie nie zajmowały się takimi rzeczami

Były dziećmi, uwielbiały bawić się „kolorowego berka”, cokolwiek to znaczyło, rzucać się kulkami z plasteliny albo wkładać moje sukienki i odgrywać role disneyowskich księżniczek. W trzeciej klasie podstawówki Marlena zmieniła pracę na zmianową i poprosiła mnie, żebym dwa razy w tygodniu przygarniała Marysię po szkole.

Zgodziłam się z ochotą, bo bardzo lubiłam małą, a do tego gdy dziewczynki razem odrabiały lekcje, nie musiałam stać nad Hanią i denerwować się, że nie rozumie banalnego działania z matematyki, albo po raz setny pisze „który” przez „U”. Marysia była niczym najlepsza korepetytorka!

W czwartej klasie wiele się zmieniło. Uczniom doszło sporo nowych przedmiotów, zmienili się nauczyciele, przestała obowiązywać taryfa ulgowa dla maluchów. Zaczęło się też ocenianie na poważnie. Marysia wciąż do nas przychodziła, lecz poza szkolnymi lekcjami miała do odrobienia też inne zadania. Chodziła na angielski, na zajęcia z robotyki dla dzieci, do tego codziennie musiała rozwiązać trzy zadania z dodatkowej książki do matematyki, ponieważ przygotowywała się do szkolnej olimpiady.

Ona startuje też w olimpiadzie z polskiego i konkursie z przyrody – poinformowała mnie Hania. – I już wygrała konkurs na rodzinną historię.
– A dlaczego ty w nim nie brałaś udziału? – zainteresowałam się. – Tata ma mnóstwo fajnych historii do opowiedzenia. Dziadek, jak był młody, to pracował w cyrku. Mogłabyś wygrać!
Nigdy bym nie wygrała konkursu, w którym wystartuje Marysia – stwierdziła moja córka z całkowitą pewnością. – Mamo, ona ZAWSZE wygrywa WSZYSTKO!

Faktycznie. Wygrała dwa ogólnopolskie konkursy matematyczne, zajęła drugie miejsce w olimpiadzie z polskiego, zgarnęła nawet nagrodę za konkurs fotograficzny. Ten dzieciak był naprawdę genialny.

Podziwiałam Marysię, ale też było mi jej żal

Na szczęście Marysia nie uważała konkursów plastycznych za godne jej czasu i wysiłku, co pozwoliło Hani dostać się do finału dużego konkursu na plakat proekologiczny. Dostała wyróżnienie i byliśmy z niej bardzo dumni.

– Pójdziemy w piątek po szkole świętować, co ty na to? – zaproponowałam córce. – Kupimy coś fajnego i zjemy, co tylko będziesz chciała w cukierni!

Jakiś czas później była u nas Marysia i jakoś tak mimochodem zapytałam, jak ona i jej rodzice fetują jej zwycięstwa w olimpiadach i konkursach.

– Nijak – zrobiła zdziwioną minę. – Tata mówi, że nie uczę się dla nagród, tylko dla siebie. A mama byłaby wściekła, gdybym NIE wygrała…

W tamtej chwili zrozumiałam, że Hania nie ma czego zazdrościć przyjaciółce

Marysia była we wszystkim najlepsza, ale nie miała z tego satysfakcji. Dla niej ciężka, codzienna praca, nauka do późna, rezygnacja z rozrywek była czymś naturalnym. Ona nawet nie chciała wygrywać. Ona musiała to robić. Tego oczekiwali od niej rodzice. Inaczej okazaliby jej swoje rozczarowanie, może nawet odrzucenie.

Stało się to jeszcze bardziej widoczne w szóstej klasie, kiedy dzieciaki uczyły się do egzaminu na koniec szkoły podstawowej. Od wyników zależało, czy dostaną się do dobrego gimnazjum, więc większość brała korepetycje. Nasza Hania także. Wyraźnie miała problemy z rozumieniem matematyki i fizyki, a my z Sylwkiem nie umieliśmy jej tłumaczyć na spokojnie.

Łapała też gorsze oceny z polskiego, opornie szło jej pisanie dłuższych wypracowań. Z angielskim w ogóle był koszmar, bo żadne z nas nie mówi lepiej niż na poziomie podstawowym w tym języku, a uczniowie klas szóstych mieli już dość zaawansowaną gramatykę. To właśnie w szóstej klasie Marysia praktycznie przestała do nas przychodzić.

– Od razu po lekcjach ma wracać do domu – wyjaśniła Hania, która po szkole lubiła jeszcze posiedzieć na ławce z innymi koleżankami albo iść z którąś z nich po psa i z nim pospacerować. – Mama Marysi nie pozwala jej się bawić ani oglądać telewizji do czasu egzaminów. Rany, mamo, jak dobrze, że ty nie masz takiej obsesji!

Wiedziałam jednak, że Marysia i Hania nadal blisko się przyjaźnią

W klasie siedziały razem, dzieliły się sekretami, plotkowały. Widywać się mogły jednak tylko, kiedy zdarzał się jakiś projekt wykonywany w parach. Tylko to, zdaniem Marleny, usprawiedliwiało spotykanie się po szkole. Marysi nie wolno było marnować czasu. Egzaminy Marysia zdała na sto procent. Hania… cieszyliśmy się z jej wyniku, chociaż marzyliśmy o lepszym.

Dziewczynki poszły do różnych gimnazjów. Marysię rodzice zapisali do niepublicznej, prestiżowej szkoły przodującej w rankingach. Hania była w osiedlowym gimnazjum razem z połową swojej starej klasy. Miały ze sobą wciąż kontakt, pisały na jakimś komunikatorze internetowym. W styczniu wyprawiałam Hani czternaste urodziny. Zaprosiła część swojej obecnej i część dawnej klasy. Oczywiście swoją przyjaciółkę też.

Marysia nie przyjdzie – oznajmiła w dniu, w którym rozsyłała zaproszenia do koleżanek. – Jej mama powiedziała, że nie ma czasu na głupoty. Ma się uczyć do międzynarodowego konkursu z angielskiego.

To mnie zabolało. Zadzwoniłam do Marleny, żeby przekonać ją, iż kilka godzin zabawy z przyjaciółkami na pewno jej córce nie zaszkodzi. Żeby ją jakoś „zmiękczyć”, zaprosiłam ją na kawę. Ona jednak uprzejmie, acz stanowczo, odrzuciła moje zaproszenie. Była wobec mnie chłodna i jakaś taka formalna.

– Hej, Marlena, o co chodzi? – nie wytrzymałam tego sztywnego tonu. – Przecież Marysia przyjaźni się z Hanią od piątego roku życia! Chętnie zobaczymy ją na urodzinach. Dlaczego jesteś przeciwko?

I wtedy Marlena powiedziała TE rzeczy. Wciąż zimno uprzejmym tonem wyjaśniła mi, że Marysia jest w klasie z wybitnie uzdolnionymi dziećmi i nie będzie więcej zadawać się z „trójkowymi uczniami” jak moja córka. Teraz jej dziecko było gwiazdą! Nowa szkoła obiecywała jej stypendium za wyniki w nauce, typowała ją do prestiżowych konkursów. Nie było mowy o tym, by Marysia traciła czas na głupie zabawy z dziećmi z podrzędnego gimnazjum.

Jeśli chciała coś w życiu osiągnąć, musiała być ponad to.

– Przykro mi, Weronika, jednak mam wrażenie, że ta rozmowa była konieczna. Nie miałam zamiaru w żaden sposób cię urazić. Oczywiście szanuję ciebie i twoją rodzinę, a Hania to miła dziewczynka i życzę jej jak najlepiej, ale po prostu muszę dbać o sieć kontaktów mojej córki. Mamy wytypowane liceum, ona musi pracować każdego dnia, jeśli chce się tam dostać. To samo ze studiami w Londynie. Tak więc życzymy Hani wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i bardzo cię proszę, nie zapraszajcie więcej Marysi. Musiałam odbyć z nią bardzo trudną rozmowę, żeby jej wytłumaczyć, dlaczego nie może iść na to przyjęcie. Proszę, nie stawiaj mnie więcej w takiej sytuacji. A teraz życzę ci miłego wieczoru…Aha, wolałabym, żeby Hania więcej do niej nie pisała, proszę, wytłumacz jej to jakoś. Niech to się stanie naturalnie, chciałabym uniknąć kasowania jej kontaktu w telefonie Marysi.

Marysia zerwała kontakty ze swoimi rodzicami?

Długo nie mogłam się potem otrząsnąć. Prawdę mówiąc, płakałam. Sylwek zauważył moje czerwone oczy i streściłam mu wywód Marleny.

– To kretynka! – orzekł zirytowany. – Czy ona wie, że robi krzywdę swojemu dziecku? I naszemu przy okazji? „Sieć kontaktów” w przypadku czternastolatki?! Czy ci ludzie poszaleli?

Nigdy nie powiedziałam Hani, że ma ograniczyć kontakty z Marysią. Uważałam, że to byłoby złe dla obu dziewczynek. Zostawiłam to Marlenie. Ja wspierałam każdą przyjaźń mojej córki, nawet jeśli jej znajomi nie zawsze mi się podobali. Nie spotkałam Marleny ani Marysi przez kilka kolejnych lat.

Hania poszła do technikum poligraficznego do klasy, gdzie uczy się głównie grafiki komputerowej. To był tylko jej wybór, tak samo jak ona sama zdecyduje, co będzie robić po maturze. Od matki dawnej koleżanki Hani dowiedziałam się, że Marysia uczy się w liceum dwujęzycznym, z wykładowym językiem angielskim. Widać plan jej matki o studiach w Londynie wciąż działał… O tym, że Marysia jednak nie wyjechała studiować do Anglii, dowiedziałam się od Hani.

– Wiesz co, mamo? – zapytała mnie w wakacje przed klasą maturalną. – Marysia się odezwała. Zdała maturę i wyprowadziła się z domu. Mieszka z chłopakiem i pracuje jako lektorka w szkole angielskiego. Zerwała kontakty z rodzicami…
– O rany! Naprawdę? – Byłam w szoku. – Przecież rodzice chcieli ją wysłać do Londynu na studia!
No tak, tylko że akurat ona nie chciała studiować w Londynie – skwitowała Hania. – Powiedziała to rodzicom w ostatnim dniu matury, a potem wyprowadziła się do tego Bartka. Jadę do nich jutro. Jak myślisz, co im kupić na nowe mieszkanie?

Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Jak taka inteligentna kobieta jak Marlena i jej równie bystry mąż sędzia mogli nie przewidzieć takiego obrotu spraw? Jednocześnie odczułam ogromny szacunek dla Marysi, która przeciwstawiła się planowaniu jej życia i wybrała własną drogę. Hani doradziłam, żeby podarowała przyjaciółce jeden ze swoich obrazów, które malowała w wolnym czasie.

– Bardzo jej się spodobał – powiedziała po powrocie z tej wizyty. – Wiesz co, mamo? Mam wrażenie, że Marysia pierwszy raz w życiu jest naprawdę szczęśliwa. Ma na wszystko czas, jeżdżą sobie z Bartkiem po Polsce, wreszcie przeczytała „Zmierzch” i ogląda seriale, na co jej rodzice nigdy nie pozwalali. I wiesz co jeszcze? Kocham cię! Dzięki, że nie byłaś taka jak jej mama! Bo ja się nie muszę wyprowadzać, żeby robić to, co lubię!

Przytuliłam ją mocno. Dobrze wiedzieć, że i ja wygrałam jakiś życiowy konkurs. Na dobrą matkę. A może po prostu na… normalną? Bo jednak w tym całym wychowaniu najważniejsze jest szczęście dziecka.

Weronika, lat 45

Czytaj także:
Redakcja poleca: Znany dziennikarz: Te dzieci w przyszłości odkryją nowe leki. A my skorzystamy! [WIDEO]
Twoje dziecko choruje częściej niż inne? Skoro tak, to nie tylko je lecz, ale też spróbuj zainteresować nauką. Wśród noblistów i odkrywców wielu było takich, którzy chorowali jako dzieci - mówi Wojciech Mikołuszko, dziennikarz i popularyzator nauki.
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy