Dziewczynka na lotnisku
fot. Adobe Stock, Tatiana Murr

„Jestem samotnym ojcem, bo moja była wolała kasę od swojego dziecka. Po 7 latach wróciła i wywiozła córkę do Australii”

„Moja była partnerka powiedziała, że chce zabrać naszą córkę na zagraniczne wakacje. Jaki ja byłem głupi, że uwierzyłem tej podstępnej kobiecie. Miały polecieć do Londynu, ale tam ślad po nich się urwał. Wydałem wszystkie oszczędności, żeby odzyskać dziecko”.
Dziewczynka na lotnisku
fot. Adobe Stock, Tatiana Murr
Kiedy przez długie samotne miesiące wspominałem moment, gdy po raz ostatni widziałem Natalię, to aż chciało mi się płakać. Wciąż miałem  przed oczyma jej obraz, jak przechodzi przez bramki na lotnisku, niosąc swojego ulubionego misia i ciągnąc różową walizeczkę na kółkach, którą jej kupiłem specjalne z okazji tej podróży. Chciałem, aby miała na wakacjach coś, co by jej codziennie przypominało dom i tatę.
 
Bałem się puszczać córkę w tę podróż. Z różnych względów. W końcu po raz pierwszy miała lecieć samolotem, a to przecież nawet dla dorosłego jest dużym przeżyciem, a cóż dopiero dla siedmiolatki. A poza tym, no cóż... W tę podróż zabierała ją mama, która przez ostatnie lata nie bardzo się interesowała Natalią.
 
Kiedy poznałem Monikę, wiedziałem doskonale, że jest z niej imprezowa dziewczyna. Cóż z tego jednak, skoro się zakochałem? Sądziłem naiwnie, że moja miłość zmieni wszystko i faktycznie na jakiś czas zmieniła. Monika, zamiast latać po dyskotekach, siedziała wieczorami ze mną w domu, gdzie z kubkami kakao w dłoniach oglądaliśmy seriale komediowe.
 
Gdy okazało się, że moja ukochana jest w ciąży, byłem najszczęśliwszym facetem na świecie. Oprócz tego, że cieszyłem się z dziecka, to jeszcze byłem dumny, że wbrew temu, co wieszczyli nasi znajomi, jednak udało mi się okiełznać ten żywioł, jakim była moja dziewczyna. Natychmiast poprosiłem ją o rękę, ale chociaż Monika przyjęła oświadczyny, to nie chciała zgodzić się na rychły ślub!
 
– Nie teraz, kiedy jestem taka gruba! – głaskała się po ciągle jeszcze szczupłym brzuszku. 
 
Ale rozumiałem ją, w końcu każda kobieta chce być najpiękniejsza w tym jedynym, tak ważnym, dniu. Poród nastąpił w terminie i bez komplikacji. Oszalałem na punkcie córeczki. Gdybym mógł, tobym Natalkę karmił piersią, w przeciwieństwie do Moniki, która o tym nawet nie chciała słyszeć!
 
– Zniszczę sobie biust! – zaparła się, tłumacząc, że teraz są takie dobre sztuczne mleka dla niemowląt, że małej na pewno niczego nie zabraknie.
 
„A matczynego ciepła?” – pomyślałem.
 
Nie mogę jednak powiedzieć, aby Monika początkowo była złą matką. Nawet jeśli wychodzenie z małą na spacer oznaczało dla niej rewię mody. Musiała mieć najlepszy zagraniczny wózek, modny kocyk i wystrzałowe ciuszki. Ale mnie to nie przeszkadzało, bo jeśli chodzi o potrzeby mojej córeczki, byłem w stanie pracować jak wół, byle tylko je zaspokoić.
Problem zaczął się wtedy, kiedy Natalia zaczęła chodzić. Ona rwała się do biegania, a Monika zaganiała ją do wózka. Dlaczego? Bo nie nadążała za małą w swoich butach na wysokich obcasach!
 
Kupiłem jej nawet modne balerinki, ale nie było mowy o tym, aby je włożyła.
 
– Jak ja w tym wyglądam? Mam nogi krótkie jak kaczka! – złościła się, więc odpuściłem.
 
Skupiłem się na tym, żeby namówić moją ukochaną na ślub. Chciałem przecież mieć normalną rodzinę! Jednak to, co dla mnie miało pierwszorzędne znaczenie, najwyraźniej dla Moniki wcale nie było takie ważne. Zwlekała z podjęciem decyzji, kręciła, aż wreszcie pewnego dnia usłyszałem, że... jest za młoda, aby wiązać się na zawsze.
 
– A nasze dziecko? Przecież ono już nas związało? – wydukałem oniemiały.
 
Mojej ukochanej jednak jakoś ten argument nie przekonywał. Mało tego, pewnego dnia po powrocie z pracy znalazłem w kuchni kartkę, że Natalia jest u sąsiadki, a ona, Monika, wyjeżdża i mam jej nie szukać. „Będzie wam lepiej beze mnie” – napisała moja ukochana.
 
Za nic nie mogłem pogodzić się z jej odejściem. Szalałem! Co najgorsze, nie mogłem znaleźć żadnego zrozumienia u znajomych, bo oni uważali, że „widziały gały, co brały”, i Monika nigdy nie wyglądała im na wzorową matkę, tylko ja byłem nią zaślepiony. Racja, byłem i nadal uważałem, że gdybym tylko miał szansę z nią porozmawiać, tobym na pewno ją przekonał, żeby do nas wróciła. Przecież każdy zrozumie, że dwuletnie dziecko niczego bardziej nie potrzebuje niż matczynego ciepła! Niestety, Monika przepadła jak kamień w wodę i nawet jej rodzina nie wiedziała, gdzie jest. A może kłamali?
 
Faktem było to, że zostałem samotnym ojcem i jakoś musiałem sobie z tym wszystkim poradzić... Nie było to łatwe. Samotna matka to jest bowiem coś zupełnie zwyczajnego, zjawisko normalne w naszym społeczeństwie. Ale samotny ojciec?
Kłopoty spotykały mnie niemal na każdym kroku. Zaczęły się już, kiedy próbowałem zapisać małą do żłobka. Dyrektorka za nic nie chciała zrozumieć, że powinienem mieć pierwszeństwo! Usłyszałem nawet, że skoro żona mnie porzuciła, to przecież mogę znaleźć sobie inną. Jakby to była moja wina, że jestem samotny, bo okazałem się nieudacznikiem i fajtłapą.
 
Powoli wszystko jednak się poukładało i jakoś radziliśmy sobie tylko we dwoje z moją córeczką. Bolało mnie tylko, gdy Natalka pytała, gdzie jest jej mama... Wiem, że ludzie w takim momencie zmyślają różne historie, opowiadając na przykład, że rodzic nie żyje. Ja starałem się być szczery i zawsze powtarzałem córeczce, że jej mama odeszła, bo musiała sobie przemyśleć kilka spraw.
 
– Ty także czasami lubisz być sama, prawda? – pytałem córkę, która kiwała głową. – A to przecież nie znaczy, że mnie w tym momencie nie kochasz, tak? – przekonywałem ją cierpliwie.
 
Miałem nadzieję, że dzięki temu Natalia rosła bez poczucia porzucenia. Najgorzej było, gdy Natalka pytała:
 
– A kiedy wróci?
 
Nie potrafiłem córce odpowiedzieć. Sam miałem nadzieję, że kiedyś w końcu Monika zrozumie, że jesteśmy jej bliskimi i na nią stale czekamy, i pojawi się znowu w naszym życiu.

Do głowy mi wtedy nie przyszło, że... będę przeklinał ten dzień!

Te wakacje miały być dla mojej córeczki przełomowym momentem. Natalka musiała pożegnać się z ukochanym przedszkolem i przejść do podstawówki. Nowa szkoła, nowi koledzy i nauczyciele, nowe wymagania, to wszystko dla każdego dziecka jest bardzo stresujące. A do tego wszystkiego nagle w życiu Natalii pojawiła się znowu mama.
 
– Witaj, Jacku – powiedziała tak zwyczajnie, jakbyśmy się widzieli ostatnio wczoraj. – A to jest pewnie moja Natalia – kucnęła przed małą, która odruchowo schowała się za mną. – No, nie przywitasz się z mamą?
 
Pojawienie się Moniki było szokiem nie tylko dla małej, ale i dla mnie. A jeszcze bardziej zdumiało mnie to, z jakim zdecydowaniem Monika wkroczyła w nasze życie. Nagle wszędzie jej było pełno, jakby w ciągu kilku tygodni chciała nadrobić te wszystkie lata, kiedy jej przy nas nie było! Chociaż od razu wyczułem, że nie wróciła do mnie, tylko do Natalki...
Przyjeżdżała do córki, kupowała jej zabawki, aż nagle stwierdziła, że chce małą zabrać na wakacje. I to za granicę!
 
– Czy Natalia ma paszport? – zapytała mnie któregoś dnia.
 
– Ma! – odparłem zaskoczony zgodnie z prawdą.
 
Jakże potem żałowałem, że nie skłamałem! Mogłem przecież powiedzieć, że Natalia nie ma paszportu i trzeba go jej wyrobić, a to potrwa... Zresztą, być może niepotrzebnie sobie wyrzucam takie rzeczy, przecież nie podejrzewałem nawet, że Monika może mieć zupełnie inne intencje niż tylko zabranie dziecka na wakacje. Bo powiedziała nam, że jedzie do koleżanki do Wielkiej Brytanii i chce zabrać ze sobą córeczkę.
 
– Chciałabym ją lepiej poznać i się z nią zaprzyjaźnić – zaznaczyła. 
 
Rozumiałem to, choć w moim sercu gościł niepokój, jak z tą sytuacją poradzi sobie Natalia. Tak długo przecież nie widziała matki...
 
– Przecież to jej dziecko! Nie zrobi mu krzywdy! – mówili moi kumple. 
 
W końcu uwierzyłem, że w Monice obudził się instynkt macierzyński. Wprawdzie późno, bo późno, ale dobrze, że w ogóle...
Kiedy żegnałem się z Natalką na lotnisku, a Monika odniosła się wtedy do mnie bardzo ciepło, całując mnie w oba policzki, pomyślałem nawet (o ja naiwny i głupi!), że może kiedy obie wrócą z tych wakacji, to wszystko się jakoś ułoży i będziemy z Monią znowu razem...?
 
Dałem mojej córeczce telefon z roamingniem, abym mógł do niej dzwonić i ona do mnie także. A od Moniki dostałem adres, pod którym miały mieszkać w Londynie. Wszystko to było jednak jednym wielkim kłamstwem! Wcale nie miała w tym mieście żadnej przyjaciółki. Londyn to było tylko lotnisko przesiadkowe w drodze mojej byłej ukochanej do... Australii!
 
W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłbym, że Monika porwie mi dziecko. No bo i po co? Dlaczego? Przecież do tej pory wcale nie interesowała się córeczką, a teraz nagle taka radykalna zmiana i nie może bez niej żyć? Do tego stopnia, że jest w stanie ją zabrać podstępem ode mnie, jej ojca, który się dotąd nią czule opiekował? W głowie mi się to wszystko nie mieściło, ale...

Prawdy dowiedziałem się kilka miesięcy później. 

Najpierw zacząłem się niepokoić, bo telefon mojej córeczki milczał i automat odpowiadał mi ciągle, że abonent jest niedostępny. Nie mogłem się dodzwonić do Natalki i ona nie dzwoniła do mnie. Ostatni kontakt miałem z nią z lotniska w Londynie, kiedy powiedziała mi, że szczęśliwie wylądowały z mamą. Zacząłem bombardować telefonami operatora, z pytaniem, co się dzieje, ale powiedziano mi na infolinii, że nie mogą mi pomóc, skoro telefon jest najwyraźniej wyłączony.
 
Miałem jednak w ręku ten cholerny adres do koleżanki Moniki w Londynie. Wrzuciłem go więc w Google, aby sprawdzić, gdzie to jest i może znaleźć tam jakiś telefon lub zadzwonić na najbliższy posterunek policji. Niech tam podejdą i sprawdzą, co się dzieje z moją córeczką. Za chwilę jednak kląłem jak szewc, myśląc sobie, jak mogłem tak dać się nabrać! Ten adres to była jakaś zapyziała fabryczka na przedmieściach i z pewnością nikt tam nie mieszkał. Ale skąd to mogłem wiedzieć? Ufałem przecież Monice.
 
Moje dziecko zniknęło bez śladu. Zawiadomiłem polską policję o jego uprowadzeniu, ale...
 
– Wyjechała z matką? To o co właściwie chodzi? Jakie uprowadzenie? – dziwili się funkcjonariusze. 
 
Na nic się zdały moje zapewnienia, że dziewczynka prawie nie zna matki, bo ta się z nią nie kontaktowała przez ostatnie pięć lat.
 
– Matka to matka. Ma wszelkie prawa do dziecka – skwitował policjant. – Jeśli była między państwem taka sytuacja, że pana partnerka odeszła, to dlaczego nie powiadomił pan o tym sądu rodzinnego i nie ograniczył jej praw rodzicielskich, albo nawet jej ich nie pozbawił? – zapytał mnie prawnik, do którego się zgłosiłem po poradę. – W tej chwili to pan już nic nie zrobi oprócz tego, że może pan założyć w sądzie byłej partnerce sprawę o utrudnianie panu widzeń z córką.
 
– Założyć sprawę? – powtórzyłem. – Przecież ona nawet nie przyjdzie na rozprawę, bo nie wiem, na jaki adres sąd ma przesłać jej wezwanie. To jakiś absurd!
 
– Ano absurd – zgodził się ze mną prawnik. – Ale jeśli jednak pan ją kiedyś odnajdzie, to będzie pan miał wyrok w ręku.
 
Kiedyś... – to stwierdzenie mnie dobiło. Nie miałem pojęcia, co robić. Byłem kłębkiem nerwów. Szczególnie cierpiałem na widok małych dziewczynek na ulicy. Tak bardzo przypominały mi moją Natalkę! Ponieważ policja nic nie mogła zdziałać, a rodzina Moniki upierała się, że nie mają pojęcia, gdzie ona jest, nie pozostało mi nic innego, jak wynajęcie detektywa.
Ten jednak nic nie znalazł.
 
– Jeśli poleciały do Londynu, to stamtąd mogły się udać w każdy zakątek świata! – usłyszałem to, co i tak sam już wiedziałem. – Mogły wylecieć jeszcze tego samego dnia, albo kolejnego. Tu kłopot miałby Interpol, a cóż dopiero ja.
Byłem wdzięczny temu facetowi, że przynajmniej przyznał się do swojej bezsilności i nie zdarł ze mnie pieniędzy. Dał mi także jedną bardzo ważną wskazówkę.
 
– Mówi pan, że córka dostała od pana telefon? No, to trzeba mieć nadzieję, że kiedyś ktoś go jednak włączy, a wtedy będzie go można namierzyć.
 
Telefon! – uczepiłem się tej myśli jak tonący brzytwy! Nie zrezygnowałem więc z tego numeru i regularnie opłacałem abonament.
 
Mijały miesiące okupione przeze mnie załamaniem nerwowym. Strasznie schudłem i sam nie wiem, jak udawało mi się funkcjonować w tej całej koszmarnej sytuacji. Zaglądanie w internecie na konto telefonu stało się moją obsesją, ale... jednak mi się opłaciło! Ktoś bowiem w końcu go włączył. Tylko na moment, ale udało się ustalić, że sygnał wyszedł w Sydney w Australii!
 
Kiedy się o tym dowiedziałem, nie wierzyłem własnym uszom. Sydney! Przecież to na końcu świata. Co robi tam Monika i po co zabrała ze sobą naszą córeczkę? Od razu znowu zgłosiłem się do tego detektywa, u którego byłem wcześniej.
 
– Jak sprawa sądowa? – zapytał mnie, bo wiedział, że za namową prawnika istotnie wszcząłem postępowanie o prawo do widzeń z córeczką.
 
– W toku – odparłem zgodnie z prawdą, bo przecież w naszych sądach nic nie dzieje się szybko.
 
– Nie zna pan adresu dziewczynki, nie ma wyroku sądowego, więc nic nam nie da szukanie przez australijską policję ani ambasadę, które się nie zaangażują w sprawę. Spróbujemy inaczej...
 
Detektyw miał nadzieję, że skoro Monika zamieszkała w Australii, to może zarejestrowała na siebie telefon. Sprawdziliśmy więc australijskie „białe strony”, czyli elektroniczną wersję książki telefonicznej, ale nie udało się tam odszukać mojej byłej partnerki. Nie było jej nazwiska także w ogólnodostępnym spisie wyborców, co oznaczało, że nie dostała jeszcze obywatelstwa tamtego kraju. Pozostało mi wstawienie bezpłatnego ogłoszenia w internecie, na jednej z australijskich stron z ogłoszeniami, gdzie zamieściłem zdjęcie mojej córeczki oraz Moniki z pytaniem, czy ktoś je widział, czy je może zna...
 
I czekałem. A to czekanie mnie powoli zabijało. Wysłałem także SMS pod ten numer, który dałem kiedyś Natalii z zapewnieniem, że jestem gotów przyjechać do Sydney i przeczesać miasto ulica po ulicy w poszukiwaniu mojego dziecka, więc lepiej będzie, jeśli Monika się do mnie odezwie. Miałem nadzieję, że jeśli kiedyś jeszcze włączy ten telefon, to dostanie moją wiadomość.
 
Mijały tygodnie, na moje ogłoszenie w internecie nikt na razie nie odpowiedział, a ja nadal czekałem na telefon od Natalii. Przyporządkowałem temu numerowi specjalną piosenkę, którą tak lubiła moja córeczka. Zresztą często ją sobie puszczałem w domu. Tak często, że kiedy nagle zabrzmiała, to w pierwszej chwili sądziłem, że słyszę ją z magnetofonu lub radia! Ale nie!

To dzwoniła moja komórka!

Odebrałem ją w amoku, mając nadzieję, że usłyszę moją córeczkę. Ale to odezwała się jej matka.
 
– Jacku... spróbuj mnie zrozumieć – zaczęła i tylko nadludzką siłą woli powstrzymałem się od stwierdzenia, że nie nie mam zamiaru tego zrobić! – Zabrałam Natalię, bo chciałam tutaj rozpocząć nowe życie – zaczęła Monika swoją łzawą historyjkę. 
Okazało się, że poznała na czacie faceta, w którym się zakochała.
 
– On zaprosił mnie do Australii, razem z dzieckiem – powiedziała.
 
– Z dzieckiem! A skąd o nim wiedział? – byłem w szoku.
 
– Opowiedziałam mu o Natalii, bo chciałam być wiarygodna. Nie szukałam nowej przygody, tylko faceta na całe życie. Uznałam więc, że jak powiem, że mam dziecko, to dostanę tylko poważne oferty.
 
– Jak mogłaś? – wysyczałem tylko. 
 
Oczywiście, Monika nie byłaby sobą, gdyby się szybko nie znudziła jakimś facetem! Już po kilku miesiącach poznała innego, a ten z kolei nie był zachwycony, że ma córkę. Natalka zaczęła więc jej przeszkadzać. To stąd to jedno włączenie telefonu, już wtedy Monika zastanawiała się, czy do mnie zadzwonić.
 
– Przylecę po dziecko najszybciej, jak się da! – zadecydowałem.
 
Poszły na to wszystkie moje oszczędności, ale nie dbałem o pieniądze! 
 
A kiedy tylko wróciłem z córką do Polski, założyłem Monice sprawę o pozbawienie jej władzy rodzicielskiej. Mam nadzieję, że sąd wyda właściwy wyrok, a wtedy ta głupia kobieta już nigdy więcej nie zrobi krzywdy własnemu dziecku.

Jacek, 34 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy