Mąż kazał dziecku iść na pogrzeb dziadka
fot. Adobe Stock, soupstock

„Mąż kazał dziecku całować... zmarłego dziadka. Teraz syn ma traumę i koszmary senne”

Mały budzi się w nocy i krzyczy, że odwiedził go dziadek, że był biały, zimny i straszny. Jestem wściekła na męża - to jego wina!
Mąż kazał dziecku iść na pogrzeb dziadka
fot. Adobe Stock, soupstock
Ledwie otuliłam się kołdrą i zamknęłam oczy, w pokoju mojego sześcioletniego synka rozległ się płacz.

– Mamooo, znowu przyszedł do mnie dziadek. Był taki biały, straszny, boję się! – usłyszałam.

Zerwałam się z łóżka jak oparzona.

– Zostań. Popłacze chwilę i się uspokoi. Przecież jest już duży. Poradzi sobie. Nie możesz wiecznie go uspokajać – złapał mnie za rękę mąż.
– Ani myślę cię słuchać! To twoja wina, że Jasiek tak się zachowuje – wyrwałam rękę z uścisku.
– Chyba żartujesz! To ty zrobiłaś aferę. Gdyby nie twoje wrzaski, mały nie miałby dziś żadnych problemów. Wszyscy tak twierdzą… – prychnął.
Aż zatrzęsłam się ze złości.
– Mam gdzieś, co mówią wszyscy. To nie ja kazałam dziecku całować zmarłego dziadka, tylko ty! – krzyknęłam i zanim zdążył jeszcze coś powiedzieć, poszłam do Jasia.

Synek siedział na tapczanie skulony i przerażony

– Już dobrze – przytuliłam go.

Trzymałam go w ramionach, dopóki nie zasnął. Uważałam, że jestem mu to winna. Za to, że uległam namowom rodziny i zabrałam go na pogrzeb dziadka. Ojciec Piotrka był cudownym człowiekiem. Ciepłym, czułym, opiekuńczym. Kochał Jasia nad życie. Zwykle to babcie szaleją na punkcie wnuków, spełniają każdą ich zachciankę.

W naszej rodzinie było inaczej. Teściowa była surowa i wymagająca. Tymczasem teść – chodząca dobroć i łagodność. Poświęcał Jaśkowi każdą wolną chwilę. Zabierał go do zoo, do kina, na plac zabaw. Synek wprost go uwielbiał. Nieraz powtarzał, że ma najlepszego dziadka na świecie.

Rok temu teść zachorował. Rak jelita. Dzielnie walczył, ale choroba w końcu go pokonała. Zmarł miesiąc temu. Przez ostatnie tygodnie było z nim tak źle, że nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Tylko leżał i majaczył po morfinie. Wtedy zdecydowaliśmy z Piotrem, że synek nie będzie go już odwiedzał. Chcieliśmy, żeby zapamiętał go takim, jakim był: uśmiechniętym, kochanym dziadziusiem.

Uważałam, że Jaś jest za mały na takie doświadczenia

Od razu po śmierci teścia zebrała się u nas najbliższa rodzina. Teściowa, siostra Piotra z mężem, ciocia Helenka i jeszcze kilka osób. Przyszli ustalić szczegóły pogrzebu.

Jasio oczywiście pójdzie pożegnać dziadka – odezwała się w pewnym momencie teściowa.
– Ja wiem… To nie jest chyba najlepszy pomysł – odparłam.

Doskonale pamiętałam, jak zmarła moja ukochana babcia. Wiadomość o jej śmierci tak mną wstrząsnęła, że dostałam histerii. Nikt nie był w stanie mnie uspokoić. Mama zawiozła mnie w końcu do lekarza. Dostałam jakiś zastrzyk, ale i tak ciągle płakałam. Moim rodzicom nawet do głowy nie przyszło, żeby zabierać mnie na pogrzeb. A miałam wtedy prawie osiem lat. Tymczasem Jasiek był o dwa lata młodszy.

– Ale dlaczego? – w jej głosie wyczułam zawód.
– Boję się, że widok trumny, ubranych na czarno, płaczących osób będzie dla niego zbyt dużym wstrząsem. Już wiadomość o tym, że więcej nie zobaczy dziadka była dla niego olbrzymim przeżyciem. Dlatego najlepiej będzie, jak na czas pogrzebu zawiozę go do kolegi. Jego mama chętnie się nim zaopiekuje. Już nawet z nią rozmawiałam – odparłam.

– Zupełnie niepotrzebnie. Jasiek pójdzie z nami na pogrzeb mojego ojca. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej – wtrącił się nagle mąż.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Jesteś pewien? Może jednak jeszcze porozmawiamy na ten temat… – zaproponowałam.
Nie mamy o czym rozmawiać. Jaś musi wiedzieć, że śmierć jest czymś naturalnym. I że zmarłym należy okazywać szacunek – trwał przy swoim.
– Oczywiście, masz rację. Tylko, czy on nie jest jeszcze za mały na takie nauki? – nie odpuszczałam.
– A kiedy, twoim zdaniem, będzie dostatecznie duży? Jak skończy osiemnaście lat? – zdenerwował się.
– No nie, ale…
– Żadne ale! Jasiek bardzo kochał dziadka. Dlatego powinien się z nim pożegnać – uciął.

Próbowałam jeszcze protestować, ale reszta rodziny stanęła po stronie Piotra

Usłyszałam, że jestem nadopiekuńcza, że chcę chronić dziecko przed wszystkim, co smutne i bolesne, że wiele dzieci było na pogrzebach i nic złego im się nie stało. Tak na mnie napadli, że w końcu uległam. I do dziś tego żałuję. W dniu pogrzebu poszliśmy wszyscy do przykościelnej kaplicy. To właśnie tam miała się rozpocząć uroczystość pożegnalna. Weszłam do środka i… oniemiałam. Trumna była otwarta! Żałobnicy podchodzili do niej, oglądali zmarłego, całowali go.

Ciarki przeszły mi po plecach.
– Co to jest? – wyszeptałam do męża.
– W naszej rodzinie w ten sposób żegna się tych, którzy od nas odeszli – odparł Piotr.
– Chyba nie zamierzasz pokazywać Jasiowi nieżyjącego dziadka? – przestraszyłam się.
– Oczywiście, że zamierzam – odpowiedział.

I zanim się obejrzałam, zaprowadził synka do trumny. I nie tylko pokazał mu dziadka, ale jeszcze w dodatku kazał mu go pocałować w policzek. Specjalnie wziął go na ręce, żeby mały mógł dosięgnąć. Nogi się pode mną ugięły. Nawet nie byłam w stanie sobie wyobrazić, jakim traumatycznym przeżyciem musiało to być dla synka.

Przecież jego ukochany dziadek nigdy nie leżał nieruchomo, nie był zimny jak lód.
– Zwariowałeś? Co ty najlepszego zrobiłeś? – napadłam na męża, gdy już usiadł z synkiem w ławce.
– O co ci chodzi? – zdumiał się.
– Jeszcze pytasz? Przez ciebie nasze dziecko nie będzie mogło usnąć – prawie krzyczałam.
– Nie przesadzaj. Zrobił to, co wszyscy – wzruszył ramionami.
– O Boże, własnym uszom nie wierzę. Jak możesz być tak nieczuły? – podniosłam głos. Mąż rozejrzał się niespokojnie.
– Możemy porozmawiać o tym później? To nie czas i miejsce na takie afery. Ludzie się na nas dziwnie patrzą – wysyczał.

Zamilkłam, bo dostrzegłam, że wszyscy żałobnicy rzeczywiście nam się przyglądali z oburzeniem, ale obiecałam sobie, że jak już będzie po wszystkim, to urządzę mężowi totalną awanturę.

W tamtym momencie nie obchodziło mnie, że stracił ojca, że jest w żałobie

Myślałam tylko o tym, że nie uprzedził mnie o dziwnym zwyczaju rodzinnym, że postawił mnie przed faktem dokonanym, zdecydował za mnie. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie trzyma mojej strony Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Gdy wróciliśmy do domu, położyłam Jasia spać, a potem wykrzyczałam mężowi w twarz, co myślę o jego zachowaniu.

Że gdybym wiedziała o tej otwartej trumnie, to nigdy nie pozwoliłabym Jasiowi pójść na pogrzeb, że naraził dziecko na olbrzymi stres, że przez niego synek będzie miał koszmary nocne i takie tam różne. Właśnie zamierzałam mu powiedzieć jeszcze, że jest bez wyobraźni i bez serca, gdy drzwi do pokoju synka się otworzyły. W progu stanął Jasiek.

– Co się stało? Dlaczego nie śpisz? – zdziwiłam się.
– Nie wiem… Coś mnie obudziło… Czy dziadek będzie mnie straszył? Dlatego że go pocałowałem?
– Nie, oczywiście, że nie… Dziadek cię bardzo kochał. I będzie nad tobą czuwał z nieba – przytuliłam go.
– To dlaczego krzyczysz na tatę? Czy coś złego zrobił? – wysunął mi się z ramion.
– Nie krzyczę. Po prostu głośno sobie rozmawiamy. Prawda?– spojrzałam znacząco na męża.
– Tak, tak, nie martw się. Wszystko jest w porządku. Już będziemy cicho – odparł z uśmiechem Piotr.

Miałam nadzieję, że ta odpowiedź uspokoi synka, że szybko zapomni o pogrzebie i o tym, co powiedziałam jego ojcu w gniewie. Niestety…

Od tamtej pory dzieje się to, co przewidziałam: Jasiek ma kłopoty ze snem

Budzi się w nocy i krzyczy, że odwiedził go dziadek, że był biały, zimny i straszny. Czasem zdarza się to nawet kilka razy w ciągu nocy. Biegnę do niego wtedy, żeby go uspokoić. Tulę, przekonuję, że nic złego się nie dzieje.

Synek uspokaja się, usypia i jeszcze tej samej albo następnej nocy znowu budzi się z krzykiem. Najgorsze jest to, że wszyscy twierdzą, że to moja wina. Nie męża, tylko moja. Nawet moja mama. Pojechałam do niej któregoś dnia i opowiedziałam jej o koszmarach Jasia i związanych z tym dyskusjach z Piotrem. Miałam nadzieję, że stanie po mojej stronie. A ona co?

– Twój mąż ma rację. Niepotrzebnie tak gwałtownie zareagowałaś, zrobiłaś z igły widły. Gdybyś przeszła nad tym ostatnim pożegnalnym pocałunkiem do porządku dziennego, Jasio nie widziałby w tym niczego złego. A tak sama go wystraszyłaś – stwierdziła.

A niech sobie gada i myśli, co chce. Inni też. Ja i tak wiem swoje. Do dziś uważam, że moja wina polega na tym, że w ogóle zgodziłam się zabrać synka na pogrzeb. Gdyby nie to, sypiałby spokojnie… 

Dagmara, lat 34

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy