Kobieta, która odkryła zdradę męża
fot. Adobe Stock, motortion

„Mąż podmienił badania, żebym uwierzyła, że ma nieślubną córkę. To była jego kochanka, przyłapałam ich w naszej sypialni”

„Trzeba być skończonym draniem, żeby wymyślić taką intrygę. A ja głupia byłam z niego dumna, że tak dba o swoją córkę. Gdybym miała czujnego anioła stróża, nie weszłabym do tego domu. W naszej sypialni, w moim małżeńskim łóżku leżał mój mąż. Obok jego >>córka<<”.
Kobieta, która odkryła zdradę męża
fot. Adobe Stock, motortion
Była bardzo ładna. Miała niebieskie, wesołe oczy, kręcone blond włosy i mały, zadarty łobuzersko nos. Z żalem pomyślałam, że nasza córka pewnie nie wyrośnie na taką piękność. Nieco przaśną urodę Amelka odziedziczyła po tatusiu. Kobieta na zdjęciu musiała wdać się w swoją matkę.
 
Gdy Paweł powiedział mi o Idze, pomyślałam, że to jakiś żart. Po piętnastu latach małżeństwa wiedziałam o swoim mężu prawie wszystko. Jak mogłam przeoczyć fakt, że ma nieślubną córkę?
 

Widziałam dokument potwierdzający ojcostwo!

– Sam o tym nie miałem pojęcia. Oczywiście wiedziałem, że Agata, dziewczyna, z którą chodziłem na studiach, była w ciąży, myśleliśmy nawet o ślubie, ale po kilku tygodniach poroniła. Tak mi przynajmniej powiedziała. Dlaczego miałem jej nie wierzyć? – Paweł zamilkł, jakby czekał, co odpowiem. Ale ja tylko wzruszyłam ramionami, więc opowiadał dalej: – Zaraz potem wyjechała z miasta i więcej się nie widzieliśmy. Dwa miesiące temu zadzwoniła do mnie do pracy. Numer podobno znalazła w internecie, nie było to trudne, sama wiesz…

Paweł był szefem działu dużej firmy. Wystarczyło wpisać w wyszukiwarkę jego imię i nazwisko, by wyświetliła się wizytówka ze zdjęciem. 
 
– Wyznała mi, że wtedy nie poroniła, powiedziała tak, bo czuła, że jej nie kocham i nie chciała, żebym się z nią ożenił tylko dlatego, że jest w ciąży. Wolała zostać sama, niż zniszczyć życie nas obojga. 
 
– Dość pokręcona logika – wtrąciłam nie bez ironii.
 
– Wróciła do rodziców – mieszkali w małym miasteczku gdzieś pod wschodnią granicą. Tam urodziła córkę, której dała na imię Iga, i jakoś sobie żyły w miarę spokojnie i stabilnie, bo Agata pracowała w szkole. Teraz sytuacja się skomplikowała, bo tę pracę straciła, a nasza córka…
 
– Tak ci powiedziała? – zdziwiłam się, a w myślach dodałam: „Co za tupet!”.
 
– Dokładnie tak: nasza córka! Ona nie ma tam żadnych perspektyw. Skończyła szkołę średnią i już drugi rok nie może znaleźć pracy. Poprosiła, żebym jej pomógł.
 
Znów spojrzałam na leżące na stole zdjęcie. Dziewczyna była nie tylko ładna, ale też sprawiała wrażenie uczciwej. Ale kto ją tam wie…
 
– A jeśli ona cię wkręca? – przeniosłam wzrok ze zdjęcia na męża i z powrotem. – Przecież Iga wcale nie musi być twoją córką. 
 
– Nie musi, ale jest – zapewnił Paweł z przekonaniem. – Nie mówiłem ci o tym wcześniej, bo najpierw chciałem się upewnić, zrobić odpowiednie badania. 
 
– I? – zmarszczyłam brwi.
 
– Nie ma żadnych wątpliwości. 
 
Podał mi dokument, z którego wynikało, że „pobrany materiał genetyczny jest zgodny, co potwierdza ojcostwo w stopniu graniczącym z pewnością”. A więc mój mąż miał nie jedną, a dwie córki! Problemem było, co z tym faktem teraz zrobić?
 
– Co postanowiłeś? – spytałam drżącym głosem, wiedząc, że niełatwo mi będzie zaakceptować dziwaczną sytuację, w jakiej nagle znalazła się nasza rodzina. 
 
Bo przecież to wszystko dotyczyło nie tylko Pawła, ale także Amelki, która w jednej chwili przestała być jedynaczką. W jej życiu miała pojawić się przyrodnia siostra, o istnieniu której nie miała dotąd pojęcia. Pojawienie się Igi także mój świat wywracało do góry nogami. Zwłaszcza jeśli Paweł zdecydowałby się jej pomóc…
 
– Chciałbym jej pomóc – odparł, jakby czytając w moich myślach. – Mogłaby zatrzymać się u nas na jakiś czas, mamy duży dom. Znajdę jej jakąś pracę, może u mnie w firmie. A jak już stanie na nogi, wynajmie sobie nieduże mieszkanko i będzie mogła zacząć samodzielne życie. W końcu jestem jej coś winien za te wszystkie lata…

Dobrze, Iga może u nas mieszkać, ale... 

To ostatnie zdanie brzmiało trochę jak szantaż. „Zaoszczędziliśmy na alimentach, więc teraz musimy się trochę postarać” – usłyszałam między wierszami. Wiedziałam, że w tej sytuacji żaden protest nie ma sensu. Jedyne, co mogłam zrobić, to postawić warunki.
 
– Iga będzie mieszkała w „tramwaju” – tak nazywaliśmy pokój na poddaszu, tak wąziutki, że kojarzył się z tramwajowym wagonem. – Ma dbać o porządek, od czasu do czasu odkurzyć dom czy umyć okna. Dobrze by było, żeby czasem odbierała Amelkę ze szkoły, pomagała jej w lekcjach, odprowadzała na balet czy plastykę…
 
Trzy miesiące później stałam w oknie i wypatrywałam Igi, która wyszła tylko do apteki i przepadła. Chorej na zapalenie ucha Amelce znowu wzrosła gorączka, a ja nie miałam leków, którymi mogłabym ją obniżyć. Byłam coraz bardziej poirytowana. Odgrywana przez Igę rola niewinnego dziewczęcia okazała się jednym wielkim oszustwem. Szybko wyszło na jaw, że córka Pawła to rozpuszczona egoistka, która nie potrafi docenić pomocy, jaką od nas otrzymała. Dom traktowała jak hotel, do którego wracała tylko po to, żeby się przespać i wykąpać. Wyegzekwowanie od niej jakiejkolwiek pomocy wymagało większego wysiłku niż samo posprzątanie łazienki czy kuchni. Dlatego, tak jak wcześniej, wszystko było na mojej głowie.

Paweł pracował od rana do wieczora. Iga wychodziła razem z nim, choć nie pracowali razem (Paweł załatwił jej staż w filii swojej firmy), to odwoził ją do pracy. „Nie zna jeszcze za dobrze miasta, a ja jadę w tym samym kierunku, więc co to za problem” – tłumaczył, gdy narzekałam, że chyba przesadza z ojcowską troską. Ja, jadąc do pracy, musiałam odwieźć Amelkę do szkoły i w drodze powrotnej ją odebrać. Igi już nawet o to nie prosiłam, od kiedy spóźniła się i mała do piątej czekała na nią w świetlicy.

Najlepiej dogadywała się z moim mężem!

To właśnie jej stosunek do siostry najbardziej mnie niepokoił. Amelce bardzo zależało, żeby zaprzyjaźnić się z Igą, starała się jak mogła, zdobyć jej względy, ale wciąż napotykała mur obojętności. 
 
– Pobawisz się ze mną? – prosiła przymilnie, ile razy spotykała siostrę w kuchni czy przemykającą do „tramwaju”. 
 
– Nie mam czasu – nieodmiennie odpowiadała Iga.
 
W weekendy próbowałam organizować jakieś wycieczki, zabawy, rodzinne atrakcje, które zbliżyłyby siostry do siebie, ale zwykle nic z nich nie wychodziło. Albo po godzinie czy dwóch okazywało się, że Iga ma coś pilnego do zrobienia, albo była obecna tylko ciałem, a myślami i duchem już nie. 
 
W stosunku do mnie starała się być miła, ale wyraźnie dbała o to, aby dystans między nami był dostatecznie duży. Pomimo że wielokrotnie przypominałam, aby mówiła mi po imieniu, zwykle słyszałam „Pani Olu…”. I dałabym sobie odciąć rękę, że nie były to przejęzyczenia, ona specjalnie podkreślała, że nie jesteśmy sobie dostatecznie bliskie, aby miała chęć przełamać tę barierę obcości.
 
Wydawało się, że najlepiej Iga dogaduje się z Pawłem. Z jednej strony to rozumiałam – w końcu był jej ojcem. Matka podobno nigdy nie powiedziała o nim złego słowa, wychowując Igę w poczuciu, że tata jest wspaniały, a rozdzielił ich tylko zły los. Poza tym mój mąż naprawdę się starał zbudować dobre relacje z córką. Począwszy od wspomnianego już odwożenia do pracy, po czułe gesty, których jej nie szczędził. Paweł nie należy do mężczyzn, którym łatwo przychodzi okazywanie uczuć, dlatego wiedziałam, jak wiele musi go kosztować każde pogłaskanie córki po głowie czy otoczenie ramieniem. Byłam z niego dumna, ale równocześnie w głębi duszy trochę zazdrosna. Dla mnie nie miał tyle czułości, przeciwnie, miałam wrażenie, że od kiedy Iga u nas zamieszkała, odsunął mnie na dalszy plan. Prawie przestaliśmy ze sobą sypiać. 
 
– Jeszcze Iga usłyszy… – zbywał mnie, kiedy próbowałam inicjować zbliżenia. 
 
Rezygnowałam zawstydzona, bo, przyznaję, wcześniej nieraz używałam podobnego argumentu: „Daj spokój, Mela może nas usłyszeć…” 

Coś było nie tak, ale nie wiedziałam co...

Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu. Odebrałam, nie patrząc na wyświetlacz.
 
– Pani Olu, przepraszam, ale nie dam rady z tymi lekami – głos Igi był przytłumiony, jakby dobiegał z bardzo daleka. – Jestem w szpitalu…
 
– Coś się stało? – zaniepokoiłam się. 
 
– Iga! Halo? Halo…
 
Połączenie zostało przerwane. 
 
Do niepokoju o chorą córkę doszedł teraz niepokój o Igę. Co się mogło stać? Miała wypadek? Wykręciłam numer do Pawła, ale nie odbierał. W panice, nie wiedząc do kogo się zwrócić po pomoc, zadzwoniłam do jego sekretarki, Małgosi. Znałam ją i wiedziałam, że jest nie tylko lojalna w stosunku do szefa, ale też bardzo życzliwa. Ubłagałam ją, żeby wsiadła w taksówkę i przywiozła mi lekarstwo dla Meli. 
 
Pół godziny później Małgosia zadzwoniła do drzwi domu. Odebrałam od niej torbę z logo apteki i, rzucając „zaraz wrócę”, zniknęłam w pokoju córki. Podałam jej lekarstwo, zmieniłam okład, zachęciłam, by wypiła trochę soku. Mała szlochała, bo bolało ją ucho, trochę trwało, zanim udało mi się ją uspokoić. W tym czasie usłyszałam trzask otwieranych i zamykanych drzwi. Sądziłam, że wrócił Paweł, ale kiedy zeszłam na dół, ze zdziwieniem stwierdziłam, że to była Iga. Stała w przedpokoju i rozmawiała z Małgosią. Wyglądało, jakby się znały.
 
– Dobrze, że jesteś – zwróciłam się do niej. – Co się stało? Martwiłam się.
 
– Mały wypadek. Ale już wszystko w porządku – zbyła mnie.
 
– Dzięki Bogu – westchnęłam, a potem uśmiechnęłam się z wdzięcznością do Małgosi. 
 
– Bardzo ci dziękuję za pomoc. 
 
– Zawsze do usług – ukłoniła się teatralnie.
 
– Nie wiedziałam, że się znacie – zagadałam. – Paweł was ze sobą poznał?
 
Małgosia spojrzała na Igę, potem na mnie, potem znów na Igę. Nabrała powietrza, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła. Iga otworzyła przed nią szeroko drzwi i rzuciła nieznoszącym sprzeciwu tonem:
 
– Chyba musisz już iść, prawda?
 
Małgosia wyszła, jednak zanim to zrobiła, zawahała się. Trwało to zaledwie moment, ale szóstym zmysłem zdążyłam zarejestrować ten gest niepewności. Może gdybym nie była wtedy tak bardzo skupiona na chorej córce, dałoby mi to do myślenia. A tak kolejne dwa miesiące żyłam w błogiej nieświadomości…
 
W czerwcu pojechałam z Melą na kilka dni do dziadków. Rodzice Pawła nie mieli pojęcia o istnieniu Igi, kategorycznie zabronił im o niej wspominać. Teść był po zawale i wiadomość o nieślubnej wnuczce mogłaby mu zaszkodzić. Ale trudno wymagać dyskrecji od dziesięcioletniej dziewczynki. Mela szybko się wygadała, że dziewczyna, która z nami mieszka to nie – zgodnie z oficjalną wersją – moja kuzynka ze wsi, tylko „jej nowa siostra”. Teściowie byli wstrząśnięci. W pierwszym odruchu chcieli natychmiast zadzwonić do syna i się z nim rozmówić. Jakoś udało mi się załagodzić napiętą sytuację. Zaproponowałam, żeby przespali się z nowiną, a nazajutrz, w sobotę, wszyscy razem pojedziemy do nas, aby dokonać prezentacji. 

A to ci dopiero niespodzianka!

Chciałam uprzedzić Pawła, że przyjeżdżamy, mój mąż nie przepadał za niespodziankami, nawet tymi miłymi. A tym razem czekały go aż dwie – miałam wrócić do domu przed czasem, w dodatku z jego rodzicami. Najpierw nie odbierał telefonu, a potem, kiedy oddzwonił, było dobrze po dziesiątej. Wyrwał mnie ze snu i nie miałam ochoty ani siły tłumaczyć, co i jak. Powiedziałam tylko, że zadzwonię rano. Ale rano telefon mojego męża milczał, pewnie się rozładował. Mogłam zadzwonić do Igi, ale jakoś nie zdołałam się przemóc. Tak więc chcąc, nie chcąc, musiałam zrobić mu niespodziankę. 
 
Gdybym miała czujnego anioła stróża, nie weszłabym do tego domu. Klucz złamałby mi się w drzwiach albo klamka zostałaby w mojej ręce. A już na pewno zatrzymałby Amelkę i jej dziadków. Ale mój anioł stróż chyba zaspał, a może przeciwnie, siedział w kącie i miał świetny ubaw, widząc moją zdumioną minę i malujące się w oczach przerażenie. 
W naszej sypialni, w moim małżeńskim łóżku leżał mój mąż. Obok jego córka. Tę scenę odtwarzałam potem wielokrotnie i pewnie nie pozbędę się jej z pamięci do końca życia. Robię krok w stronę łóżka, obok mnie Amelka trzymająca w ręce zrobiony na powitanie rysunek dla taty, gdzieś z tyłu rodzice Pawła kłócący się o to, dokąd mają pojechać na wakacje.

Na poduszce rozrzucone długie blond włosy. Kobiece i męskie nogi splecione na jednej kołdrze. Pytanie: „Ola?! Co ty tu robisz?!”. A potem krzyk teściowej, cucenie teścia, który zasłabł, pogotowie, szpital… Amelkę zabrali rodzice jej koleżanki z klasy. Poprosiłam ich o to, wiedząc, że mama Julki jest psychologiem dziecięcym i nikt lepiej niż ona nie zajmie się teraz moją córką. Teściowa została z teściem w szpitalu. A mnie czekała najtrudniejsza rozmowa w życiu. 
 
Nie potrafiłam jej zacząć. Bałam się, że jak tylko wykrztuszę z siebie choć słowo, natychmiast zaleje mnie fala złości tak wielka, że sama się w niej utopię. Dlatego milczałam, zaciskając usta i pięści, i co chwilę upominałam się, że mam głęboko oddychać, aby nie zemdleć… ani nie zabić drania. „Oddychaj, oddychaj, oddychaj…”.
 
– To nie jest tak, jak myślisz – zaczął Paweł.
 
– Nie jest? – spojrzałam na niego, ale natychmiast odwróciłam głowę. 
 
Nie byłam w stanie znieść widoku człowieka, z którym przeżyłam wiele lat, a który okazał się potworem. Trzeba być potworem, żeby sypiać z własną córką, nawet jeśli się jej nie wychowywało!
 
– Nie. 
 
– Może mam omamy? – podniosłam głos. – Może z nią nie spałeś? Może to wszystko mi się przywidziało? – poczułam, że się duszę. „Oddychaj, oddychaj…”
 
– Spałem z Igą, ale ona nie jest moją córką. 
 
Minęła dłuższa chwila, zanim dotarło do mnie, co usłyszałam. 
 
– Co powiedziałeś?
 
– Iga nie jest moją córką…
 
– A czyją? – spytałam bez sensu, bo przecież to nie miało znaczenia.
 
Paweł nie odpowiedział. Próbowałam się zmusić, żeby na niego spojrzeć, może wyczytałabym w twarzy, gestach jakieś wyjaśnienie, ale nie mogłam. 
 
– Przecież widziałam wynik badania – wykrztusiłam cicho.
 
– To było badanie Amelki. Chciałem, żebyś uwierzyła, że jestem ojcem Igi. Przecież inaczej nie pozwoliłabyś jej tu zamieszkać.

Nigdy w życiu nikt mnie tak nie upokorzył!

Poczułam mdłości, ale nie poddałam się im, pozwalając, żeby wystrzeliła ze mnie lawa wściekłości.
 
– Coś ty powiedział?! Wykorzystałeś naszą córkę, żeby sprowadzić sobie do domu kochanicę! Jesteś chory! Nienormalny! – wrzeszczałam jak opętana, rzucając w niego tym, co mi wpadło w ręce.
 
Nie byłam w stanie nad tym zapanować. Dopiero pogotowie, wezwane tym razem przez sąsiadów, podało mi lekarstwo, dzięki któremu odpłynęłam w niebyt. Intrygę uknutą przez mojego męża przypłaciłam depresją. Leczyłam ją wiele miesięcy, na szczęście z dobrym skutkiem. W tym trudnym okresie bardzo pomagali mi teściowie. Na jakiś czas nawet u nich zamieszkałyśmy z Amelką. Kiedy wreszcie stanęłam na nogi i zrozumiałam, że moje życie wcale się nie skończyło, a jedynie zwolniło na ostrym wirażu, wniosłam sprawę o rozwód z winy Pawła. Miałam świadków, m.in. Małgosię, że mąż poznał Igę w pracy, gdzie była sekretarką jego zastępcy. Zaczęli romansować, a gdy sprawa wyszła na jaw – podobno trąbiła o tym cała firma – Iga przeniosła się do filii. Kiedy w sądzie padło pytanie, kto wpadł na pomysł wspólnego zamieszkania, Paweł odparł, że nie pamięta, ale chyba Iga, której po zmianie pracy wymówiono wynajmowaną kawalerkę. 

Ona twierdziła, że to Paweł.
 
– Wcześniej widywaliśmy się codziennie. Teraz nie było kiedy, nie było gdzie – zeznawała. – Ciągle dzwonił, skarżył się, że nie może beze mnie żyć, że tęsknota go zabija… W końcu wpadł na sprytny pomysł, jak rozwiązać ten problem. 
 
Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, czy ta kobieta w ogóle ma serce. Nawet zakładając, że ona też straciła dla Pawła głowę, powinna mieć jakieś wątpliwości. Mieszkanie pod jednym dachem z żoną i dzieckiem swojego kochanka to jednak nie to samo co zdejmowanie majtek w firmowej pakamerze. 

Bezczelność mojego eksmęża nie zna granic!

Rozwód dostałam bez problemu, podobnie jak wysokie alimenty i na Melę, i na siebie. Sprzedaliśmy z Pawłem dom i podzieliliśmy się majątkiem. Za swoją część kupiłam dla siebie i dla córki spore mieszkanie. Paweł wyjechał z Igą za granicę, ale podobno szybko się rozstali. Z Amelką kontaktuje się przez internet. Ostatnio napisał, że myśli o powrocie do Polski. „Spytaj mamy, czy mógłbym się u was zatrzymać na jakiś czas” – poprosił. 
 
Kiedy córka pokazała mi ten email, w pierwszej chwili pomyślałam: „Jak można być takim idiotą?”. A potem zaczęłam się śmiać. Śmiałam się tak długo, że pewnie w końcu umarłabym z tego śmiechu, gdyby nie Amelka.
 
– Oddychaj, mamo, oddychaj – przypomniała mi, głaszcząc mnie z czułością po ręce.

Aleksandra, 43 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy