Kobieta, krtóra martwi się o córkę
fot. Adobe Stock, Martinan

„Dla męża i córki odeszłam z pracy, a ten drań zostawił nas dla kochanki. Przez niego zostałyśmy bez grosza przy duszy”

„Obwiniałam męża i cały świat za swoje niepowodzenia. Rozumiem, że ze mną nie chciał mieć nic wspólnego. Ale jak mógł zapomnieć o Oli? Przez niego zrezygnowałam z pracy, a teraz co? Zostałam bez grosza przy duszy”.
Kobieta, krtóra martwi się o córkę
fot. Adobe Stock, Martinan
Nie każdy mężczyzna nadaje się do małżeństwa. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Nie każdy mężczyzna nadaje się na ojca. O tym przekonało się moje dziecko. Mariusz, mój były już mąż, zostawił mnie i naszą pięcioletnią córeczkę. Okej, rozumiem, że ze mną nie chciał mieć nic wspólnego. Ale jak mógł zapomnieć o Oli? Nie potrafiłam tego ani pojąć, ani wybaczyć.
 
Odejście Mariusza wiązało się ze znacznym pogorszeniem naszej sytuacji życiowej. Zostałyśmy praktycznie bez grosza, nie licząc marnych alimentów, których i tak musiałam się domagać przez komornika. Próbowałam znaleźć pracę, która nie kolidowałaby z opieką nad Olą, ale nie było to łatwe. Pozostawienie pięciolatki samej w domu do późnego wieczora nie wchodziło w grę. Sporadycznie pomagali mi rodzice, bo teściowie też zapomnieli o istnieniu synowej i wnuczki.
 
Z zazdrością patrzyłam na sąsiadkę Izę, która jako samotna matka dwójki pociech jakoś nie narzekała na problemy finansowe. Zawsze uśmiechnięta, zadowolona, ładnie ubrana, a ostatnio kupiła nawet używany samochód. Stary, bo stary, ale jeździł. Jakim cudem? Przecież z tego, co wiedziałam, jej nikt nie pomagał. Dorabiała sobie jako dama do towarzystwa czy co? Przychodziły mi takie myśli do głowy, bo byłam zazdrosna i zła, że jej się udaje, a mnie nie. Byłam rozgoryczona tym, że Mariusz nas zostawił i wściekła na samą siebie, że uległam jego namowom i po narodzinach Oli zrezygnowałam z pracy.
 
– Zostań w domu z dzieckiem, tak będzie najlepiej dla wszystkich – przekonywał.
 
Akurat! Głupia ja. Gdybym nie zrezygnowała, mogłabym po macierzyńskim wrócić do pracy, może udałoby mi się coś odłożyć… Ech, szkoda gadać! Miałam nadzieję, że gdy mała podrośnie i stanie się bardziej samodzielna, w końcu znajdę jakieś zajęcie. No ale do tego czasu musiałyśmy za coś żyć. Tylko za co?
 
Gdy znowu spotkałam na placu zabaw sąsiadkę z dziećmi, z zawiścią patrzyłam na ich śliczne ubrania, ładne zabawki.
 
– Piękna pogoda – zagadnęła, gdy nasze pociechy wspinały się po drabinkach.
 
– Yhy.
 
– Może wyskoczmy razem na gorącą czekoladę? Tu niedaleko jest fajna kawiarnia. Dają tam… – zachwalała lokal i serwowany w nim pyszności, jakby co najmniej była jego właścicielką.
 
Rozdrażniło mnie to. Za cenę pysznej czekolady mogłabym kupić jedzenie na cały dzień. Skrzywiłam się.
 
– Wiem – sąsiadka zauważyła moją minę, ale błędnie ją zinterpretowała – to niezdrowe, ale czasami można dzieciom pozwolić.

Głupia czy udaje?

– Nie mam kasy – oświeciłam ją. – Sama wychowuję Olę i nie stać mnie…
 
Pięknie wyregulowane brwi sąsiadki, podjechały do połowy czoła, a ja zawołałam córkę i wróciłyśmy do domu. Wieczorem, kiedy Ola już spała, a ja siedziałam w kuchni, szykując obiad na jutro i użalając się nad swoim losem, rozległ się dzwonek do drzwi. Kogo diabli niosą? Poszłam niechętnie otworzyć.
 
– Dobry wieczór. Mogę na chwilę? – w progu stała sąsiadka. – Chciałam pogadać, tak po sąsiedzku… – dodała.
 
Pogadać? Też sobie porę znalazła. I niby o czym miałybyśmy rozmawiać? Kusiło mnie, by zatrzasnąć jej drzwi przed nosem, ale ciekawość zwyciężyła.
 
– Proszę – odsunęłam się z przejścia. Iza weszła do środka.
 
– Może to, co powiem, wyda ci się śmieszne… – zaczęła.
 
No, no, co za tempo, nawet nie zauważyłam, jak przeszłyśmy na ty, pomyślałam.
 
– Pieniądze naprawdę mogą spadać z nieba. Wystarczy tylko tego chcieć…
 
Wariatka. Wpuściłam do mieszkania wariatkę! – skwitowałam w myślach.
 
– Wiem, jak to brzmi – uśmiechnęła się. – Wyjaśnię ci, o co mi chodzi, dobrze?
 
Okazało się, że prowadzi szkolenia z tego, jak uzdrowić swoje finanse, i pomogła już wielu kobietom. Gadała i gadała, a im dłużej jej słuchałam, tym bardziej miałam ochotę wyrzucić ją za drzwi. Bredziła o jakimś otwieraniu się na przyjmowanie. O zmianie myślenia na temat pieniędzy. Co niby miałam zmieniać? Kasy brakowało przez mojego byłego. Gdyby nie odszedł, a ja nie zrezygnowałabym z pracy, gdyby moi rodzice mi pomagali, gdyby teściowie nas nie olali…
 
Wyrzuciłam to z siebie ze złością, w której pobrzmiewały płaczliwe tony.
 
– Dlaczego uzależniasz swoją sytuację od byłego męża i rodziny? – zapytała Iza.
 
– Ja uzależniam? – zjeżyłam się. – Ja tylko mówię, że gdyby ten drań się na nas nie wypiął… – zaczęłam cedzić przez zęby, bezwiednie zaciskając pięści.
 
– Stop, hola – Iza uniosła ręce. – Nie zapędzaj się w negatywne emocje. Widzę, że sprawa nagli, więc mam dla ciebie propozycję. Rozpisałam kolejny swój kurs i chcę, żebyś go przetestowała.
 
– Pracy potrzebuję, a nie kursów, na które i tak nie mam pieniędzy – warknęłam.
 
– A czy ja mówię coś o płaceniu? – Iza uśmiechnęła się. – Zrób kurs, poprowadzę cię krok po kroku, a na koniec opiszesz, jak zmieniły się twoje finanse. – Co ci szkodzi spróbować? – zachęcała.
 
Przemknęło mi przez myśl, że jak się nie zgodzę, to wariatka nie wyjdzie ode mnie.
 
– Niech ci będzie – zgodziłam się.
 
– Świetnie, to idę po materiały i od jutra zaczynasz naukę – i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, popędziła do siebie.
Nauka? W co ja się wpakowałam?

Iza przyniosła mi plik kartek i zeszyt ćwiczeń

– Na początek popracujemy nad twoimi przekonaniami, a potem zajmiemy się otwieraniem na dobrobyt. Codziennie wpadnę i sprawdzę, czy zrobiłaś ćwiczenia.
 
Za jakiej planety by nie była, nie myliła się. W mojej sytuacji naprawdę niewiele miałam do stracenia, a tonący brzytwy się chwyta. Nie wiedzieć kiedy zaraziła mnie swoim entuzjazmem i zaczęłam na poważnie rozważać jej propozycję.
 
– A ile by potrwał ten kurs?
 
– Jakieś pół roku. Przewidziałam go na sześć miesięcy, ale jak dobrze ci pójdzie, może uwiniesz się prędzej. Zobacz, tu są poszczególne moduły…
 
Nie wiem, może też oszalałam? Iza obudziła we mnie nadzieję i choć wciąż byłam sceptyczna, wzięłam udział w kursie.
Początkowo nic się nie działo. No, może poza tym, że czułam się dziwnie, a gdy odrabiałam kolejne ćwiczenie, emocje szalały. Iza pomagała mi zrozumieć moje odczucia, tłumacząc, co i jak. Jednak pieniędzy mi od tego nie przybywało. Potem zauważyłam, że już nie myślę o byłym mężu i jego kochance z taką złością, już nie zamartwiam się brakiem forsy ani nie mam żalu do teściów, że o nas zapomnieli. Może było im zwyczajnie głupio, że ich syn zachował się jak palant? Wróciłam do marzeń i odświeżyłam swoje wiadomości na temat szycia. Pierwsza uszyta przeze mnie lalka bardzo się spodobała mojej Oli.
 
– Mamuś, jaka śliczna! – zachwycała się.
 
Zabrała lalkę do przedszkola, żeby pokazać koleżankom, a ja pierwszy raz od dawna poczułam się szczęśliwa. Jakiś czas później dostałam przelew od komornika i to na sporą jak dla mnie sumę. Ucieszyłam się jak na gwiazdkę z nieba. Dokupiłam więcej materiałów, nici, drobiazgów do ozdabiania, bo lalka spodobała się także koleżankom Oli i córka poprosiła mnie o uszycie jeszcze kilku.

Przestałam narzekać, wzięłam się w garść 

Dwie mamy jej koleżanek postanowiły mi zapłacić przynajmniej za materiały.
 
– Idzie ci coraz lepiej – pochwaliła mnie Iza. – Widzisz już pierwsze zmiany?
 
Gdyby ktoś mi powiedział parę miesięcy temu, że zmiana nastawienia może przynieść takie efekty – nie uwierzyłabym. Ale czary działy się na moich oczach! Ni z gruszki, ni z pietruszki odezwali się teściowie. Nie dość, że dali mi kasę „na potrzeby Oleńki”, to jeszcze teściowa zamówiła u mnie lalkę dla sąsiadki, bo ta gdzieś usłyszała, że szyję takie cuda i chciała zrobić prezent siostrzenicy. Rodzice zaczęli mi więcej pomagać w opiece nad Olą, bym miała czas na szycie. Oprócz lalek zaczęłam projektować też zwierzątka, skrzaty, owoce i warzywa. Pomysły same się wymyślały, a zadowolonych klientek przybywało.
 
– Pomyśl o działalności – podpowiedziała Iza, która cały czas mi kibicowała i wspierała w kursie, który dzielnie kontynuowałam, chociaż czasami padałam na nos i kusiło mnie, by zrobić sobie wagary.
 
Gdy po pięciu miesiącach ukończyłam kurs, mogłam z czystym sumieniem powiedzieć, że warto było. Nie kryłam wobec Izy wdzięczności, ona zaś była ze mnie bardzo dumna i nazywała prymuską.
 
– Jesteś moją najlepszą kursantką. Tylko pamiętaj, nic nie jest dane na zawsze. Pracuj nad sobą i nie załamuj się, gdy przyjdą gorsze chwile, bo przyjdą. Cudów nie ma.
 
A ja sobie myślę, że jednak są. Tyle że sami je tworzymy. Minęły dwa lata, mam własną firmę, zatrudniłam pracownicę. I kto by pomyślał. 

Barbara, 35 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy