Biologiczni rodzice mnie porzucili
fot. Adobe Stock, Prostock-studio

„Moi biologiczni rodzice oddali mnie do adopcji. Nie chcieli rezygnować z luksusowego życia”

Aż w końcu pomyślałem, że przecież mam rodzinę. Tę prawdziwą, choć formalnie przybraną. I to ona powinna być dla mnie najważniejsza. Bo ona nawet wtedy, gdy miała mało pieniędzy, potrafiła się zintegrować i wspierać wzajemnie.
Biologiczni rodzice mnie porzucili
fot. Adobe Stock, Prostock-studio

Właściwie od zawsze wiedziałem, że jestem dzieckiem adoptowanym. Miałem dwóch braci, choć z żadnym z nich nie byłem spokrewniony. Moi przybrani rodzice mieli tylko jedno biologiczne dziecko. Pozostałą dwójkę, Karola i mnie, adoptowali.

Było to możliwe dzięki temu, że cieszyli się nieposzlakowaną opinią i uchodzili za ludzi zamożnych jeszcze w czasach PRL-u. Prowadzili niewielką wytwórnię plastikowych zabawek. Jednak po nastaniu nowego ustroju radzili sobie coraz gorzej, aż w połowie lat 90. zbankrutowali.

Nastały dla naszej rodziny ciężkie czasy

Ale tylko w sensie finansowym. Choć z dnia na dzień staliśmy się dość biedni, to w żaden sposób nie popsuło to naszych stosunków. Nasi przybrani rodzice dali nam tyle ciepła, że nic więcej nie było potrzebne nam do szczęścia.

Nigdy też nie przyszło im do głowy, żeby w związku z nastaniem „ciężkich czasów” i tym, że już nie mogli zapewnić wszystkiego swoim pociechom, zacząć faworyzować Janka, swojego biologicznego syna. Ba, nawet mieliśmy wrażenie z Karolem, że czasem starają się nam dać więcej i to my dbaliśmy, żeby nasz starszy brat nie był pokrzywdzony. A my byliśmy szczęśliwi, że mamy prawdziwą rodzinę.

I choć właściwie zawsze wiedzieliśmy, że jesteśmy adoptowani, to nigdy w dzieciństwie nie czuliśmy szczególnej potrzeby, żeby poznać nasze biologiczne rodziny. sytuacja stopniowo zmieniła się, gdy zaczęliśmy dorastać.

Karol wpadł wtedy w jakieś nieciekawe towarzystwo, parę razy wrócił do domu pijany. Miał kłopoty w szkole i groziło mu wyrzucenie z niej przed maturą. Nasi rodzice bardzo się wtedy o niego niepokoili i dużo rozmawiali o tym, jak mu pomóc.

Któregoś wieczoru podsłuchałem przypadkiem ich rozmowę

– Wiesz, przestaję wierzyć, że jesteśmy mu w stanie pomóc – martwił się tata.

– Ależ co ty mówisz?! – oburzyła się mama. – Nie możemy się poddawać. To nasz obowiązek jako rodziców.

– Wiem… ale obawiam się, że z naturą nie wygramy.

– Jaką naturą?

– Kochanie, przecież wiesz, kim byli rodzice Karola. Wiesz również, że jego matka w ciąży piła… Takie rzeczy zawsze zostawiają ślad w człowieku. Widać nie można całkowicie oderwać się od korzeni – skonstatował zrezygnowany.

Rodzice jeszcze trochę kłócili się o Karola, ale już ich nie słuchałem. Wtedy tak naprawdę po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać nad tym, kim są moi rodzice.

Jedyna pamiątka, jaka mi po nich pozostała, to blizna na brzuchu w okolicy pępka. Podobno to była pozostałość po oparzeniu, którego doznałem, zanim trafiłem do mojego nowego domu. Kiedyś jeden z naszych kolegów w szkole, który wiedział o tym, że jesteśmy adoptowani, powiedział, że na pewno jesteśmy z patologii. Bo jego rodzice mówią, że „wszystkie dzieci adoptowane są z patologii, bo tylko patologia pozbywa się swoich dzieci”.

Mało się z tym kolegą nie pobiliśmy, a już najbardziej chciał mu dołożyć Janek. Na szczęście nas rozdzielili inni chłopcy.

Potem zapytaliśmy o tę „patologię” mamę

Tylko się roześmiała. Powiedziała, że powinniśmy współczuć temu koledze, że ma tak głupich rodziców. Bo ludzie oddają swoje dzieci przede wszystkim dlatego, że są biedni. Albo nie mają oparcia w rodzinie. Albo są zbyt młodzi i nie czują się na siłach wychowywać swoich dzieci.

Uwierzyliśmy wtedy mamie, ale rozmowa rodziców, którą podsłuchałem, wydawała się świadczyć o czymś innym. Czyżby zatem Karol był z „patologii”? A jeśli on, to czy ja również? Nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Wiedziałem jednak, że powinniśmy pomóc rodzicom.

Karolowi oczywiście nie mogłem się przyznać do podsłuchanej rozmowy, powiedziałem o niej Jankowi. On, jako najstarszy z nas, miał u „średniego” brata posłuch. Ale Karol był w takim wieku, że nie słuchał nikogo, bo nasze interwencje na niewiele się zdały.

Matury nie zrobił. Poszedł do pracy i wyprowadził się z domu. Rodzice bardzo to przeżyli i uważali za swoją wychowawczą porażkę. Ja sam ciężko to zniosłem. Brałem to osobiście do siebie i zastanawiałem się, czy mój los także został zdeterminowany? Czy też któregoś dnia stanę się kopią biologicznych rodziców, którzy, być może, nie byli święci i mieli sporo grzeszków na sumieniu?

Te pytania nie dawały mi spokoju i powodowały sporo zamętu w mojej głowie. Może dlatego akceptowałem wybór moich rodziców, którzy chcieli, żebym został prawnikiem. Podświadomie czułem, że pchają mnie w inną stronę niż ta, z której przyszedłem.

A ja myślałem, że to właściwy kierunek

Bo miejsce, z którego przyszedłem na pewno nie jest miłe i przyjemne. Studiowałem bez wielkiego zapału, ale jakoś zaliczałem kolejne lata. Przyzwyczaiłem się do myśli, że będę nudnym prawnikiem i dlatego postanowiłem sobie znaleźć jakieś ciekawe hobby, w którym mógłbym się realizować.

Zawsze miałem trochę manualnych i plastycznych zdolności. Pomyślałem więc, że mogę spróbować swoich sił w robieniu biżuterii. Trochę się jednak wstydziłem swojego zainteresowania. Z tego powodu na kursy jubilerskie zapisałem się w tajemnicy przed innymi. A po skończeniu podstawowego szkolenia postanowiłem wstąpić do trzyletniej szkoły dla jubilerów.

W międzyczasie, gdy kończyłem studia prawnicze, Karol się opamiętał i wrócił na łono naszej rodziny. Zanim to jednak się stało, stoczył się na samo dno. Był alkoholikiem i już wydawało się, że nie ma dla niego ratunku, gdy poznał pewną dziewczynę.

Zakochał się, przestał pić, miał zostać ojcem

Zaczął znów bywać u naszych rodziców, zrobił nawet maturę. Planował ślub i wszystko wskazywało na to, że pokonał swój los, oderwał się od korzeni, które ciągnęły go w dół. Pomyślałem, że jego ślub to świetna okazja, żebym ujawnił się ze swoją jubilerską pasją. Zaproponowałem zrobienie obrączek.

Karol się ucieszył z prezentu, ale braci generalnie rozśmieszyło to moje ukrywanie się i żartowali sobie ze mnie. Tylko rodzice uśmiechali się półgębkiem i tajemniczo na siebie patrzyli. Dlaczego tak było, miałem się wkrótce przekonać…

W szkole jubilerskiej poznałem Gabrysię, która, choć starsza ode mnie o dwa lata, studiowała ze mną na roku. Znała się osobiście ze wszystkimi wykładowcami, bo byli to koledzy po fachu jej rodziców. Ona sama, zanim zdecydowała się kontynuować rodzinne tradycje, skończyła malarstwo na akademii sztuk pięknych. Od początku bardzo się polubiliśmy i świetnie nam się rozmawiało.

Niektórzy nawet myśleli, że jesteśmy parą

I czasem nawet chyba sami dziwiliśmy się, dlaczego nie ma między nami nawet śladu erotycznego napięcia. Ponieważ moja mama zamartwiała się, że wciąż nie mam żadnej dziewczyny, dla świętego spokoju poprosiłem Gabrysię, żeby towarzyszyła mi podczas jednego z rodzinnych obiadów (mieszkałem już wtedy osobno).

Obiecałem jej, że to będzie jednorazowa sprawa, a potem będę tylko czasem mamie wspominał o niej. Ale w trakcie wizyty moi rodzice bardzo się Gabrysią zainteresowali i wypytywali ją szczegółowo o wiele spraw. Ich pytania były tak dziwaczne, że wszyscy obecni przy stole patrzyli na nich ze zdumieniem.

W końcu mama wstała i wyszła z tatą do pokoju obok

Potem usłyszeliśmy ich kłótnię, a po jakimś kwadransie tata wrócił do nas i poprosił, abyśmy obydwoje poszli za nim. Po chwili znaleźliśmy się z Gabrysią w drugim pokoju, w którym moja mama popłakiwała.

– Mamo, co się stało? – zapytałem.

– Ty… ty… ty i Gabrysia… w żadnym wypadku nie możecie być razem…, bo… – urwała na chwilę, głos się jej łamał. – Nie mogę, ty im powiedz – spojrzała na tatę, a ten ciężko westchnął i wyrzucił z siebie:

Wy jesteście najprawdopodobniej rodzeństwem.

– Ale to… niemożliwe… Ja nie miałam nigdy młodszego brata – powiedziała zdumiona Gabrysia.

– Ja w ogóle nie mam rodzeństwa…

– Możesz Franka nie pamiętać. My go adoptowaliśmy, jak miał niecały rok, czyli ty nie miałaś trzech lat…

– Ale moi rodzice są bardzo zamożnymi ludźmi. Zawsze wszystko mieliśmy, dokładnie to pamiętam… Po co mieliby oddawać Franka do adopcji?

– Tego dokładnie nie wiemy…– odezwała się w końcu moja mama. – Takich informacji nie podają ośrodki adopcyjne… Jedyne, czego się dowiedzieliśmy, to to, że rodzice Franka są bardzo zamożną parą jubilerów, która ma już starszą o dwa lata córkę… Zupełnie przypadkiem usłyszeliśmy, że ta córka ma na imię tak jak ty, Gabrysiu…

Milczeliśmy oboje zszokowani. Chyba żadne z nas nie miało pojęcia, co zrobić z tą wiedzą. Jedyne, co była w stanie w końcu powiedzieć Gabrysia, to:

– Ja… ja chcę się już pożegnać… Franek, odprowadzisz mnie?

Wyszliśmy w absolutnym milczeniu

Po drodze do jej mieszkania nie zamieniliśmy ze sobą również nawet słowa. Dopiero pod drzwiami zapytała:

– Myślisz, że to wszystko prawda?

– Nie wiem… A może najprościej, jeśli zapytasz rodziców...

– Przecież ci mówiłam, że z mamą nie rozmawiam już od ponad dziesięciu lat. Od chwili, jak się przeprowadziłam do taty, cztery lata po ich rozwodzie… Zawsze się zresztą z nią słabo dogadywałam, miałam wrażenie, że mnie nie lubi. Ona chyba w ogóle nie lubiła dzieci i nie zdziwiłabym się, jakby cię oddała do adopcji.

– Zostaje twój tata. Jego możesz zapytać.

– Niby tak… Ale z kolei w jego przypadku trudno mi jest sobie wyobrazić, że mógłby to zrobić… Nie chcę go obrazić takimi przypuszczeniami.

– To może przeprowadzimy mały eksperyment? – zaproponowałem. tydzień później odwiedziliśmy tatę Gabrysi.

Uprzedziła, że przyjdzie z „kimś w rodzaju chłopaka”

Dlatego tak mnie na początku traktował i pytał mnie o różne rzeczy. A ja opowiadałem mu, jak zostałem adoptowany, jak zawsze pociągało mnie jubilerstwo i nawet się zastanawiam, czy nie mam takich przodków.

Im więcej mówiłem, tym bardziej on poważniał i robił się milczący. Dla obojga nas robiło się jasne, że podejrzenia moich rodziców są prawdziwe. Gabrysia w końcu wyraziła to wprost.

– Tato, powiedz jak to naprawdę z Frankiem było. Ty to przecież wiesz, prawda?

– Wiem, nie wiem – jubiler odganiał się ręką jak od natrętnej muchy. – To było tak dawno…

Franek jest twoim synem. Przecież go nie zapomniałeś.

– Nie… Ale po co roztrząsać stare dzieje. Stało się i już. Czasu nie cofniemy… A teraz… Jeślibym mógł coś dla ciebie zrobić… – spojrzał na mnie.

– Jeśli chce pan coś naprawdę dla mnie zrobić, to proszę opowiedzieć, jak to było – oświadczyłem chłodno.

Sam byłem trochę zdziwiony, że poznając mojego biologicznego ojca, nie odczuwam nic, jakby był kompletnie dla mnie obcą osobą.

– To proste… a zarazem skomplikowane. Ja bardzo chciałem mieć drugie dziecko. A moja żona niekoniecznie, bo uważała, że skomplikuje to nam życie… Nawet gdy zaszła w ciążę, chciała ją usunąć. Nie pozwoliłem jej na to. Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny i tak zostałem wychowany. Żona była wściekła i chyba myślała cały czas o skrobance – mówił ciężko.

Siedzieliśmy z Gabrysią w milczeniu.

– Gdy zrozumiała, że jest już na to za późno, popadła w depresję, która jeszcze bardziej pogłębiła się po porodzie. Na początku tak naprawdę zajmowała się tobą babcia. Dopiero po kilku miesiącach wasza matka wyszła z tej depresji. Ale uważała, że wciąż jej przeszkadzasz, nie zajmowała się tobą, a czasem miałem nawet wrażenie, że gdy cię zaniedbywała, to jakby liczyła na to, że coś się stanie i nie przeżyjesz…

– O Boże – westchnęła Gabrysia, ale mnie ta informacja nie poruszyła.

– Nie wiń jej, córciu… Ona po prostu jakby nie była sobą. Lekarze powiedzieli, że to się może źle skończyć i że najlepiej byłoby Franka na dłuższy czas usunąć jej z oczu. Myślałem, żeby oddać cię do babki, ale wasza matka jej nienawidziła. Dlatego jedynym wyjściem wydawała się adopcja… – tłumaczył ojciec Gabrysi.

Robiło mi się słabo. Co to za ludzie...

– Wiem… synu, wydaje ci się to okrutne, ale ja ratowałem resztki swojej rodziny. Myślałem, że chociaż w trójkę uda nam się to na nowo poskładać. I przez jakiś czas wyglądało na to, że się uda… Ale po kilku latach moja żona doszła do wniosku, że i Gabrysia w zasadzie też jej przeszkadza w wygodnym życiu… – przerwał i spojrzał na córkę.

W oczach Gabrysi malowały się łzy.

– To było powodem rozpadu mojego małżeństwa. Chciałem, żeby córka była przy mnie, ale moja była żona na złość mi postanowiła ją zatrzymać. Dlatego Gabrysia mogła się do mnie przeprowadzić dopiero po uzyskaniu pełnoletniości.

Mój biologiczny ojciec teraz też miał łzy w oczach

Gabrysia przytuliła się do niego, a on pogłaskał ją po głowie. Ja w tej chwili też bardzo potrzebowałem przytulenia, ale ten człowiek był dla mnie zupełnie obcy. Moja siostra to chyba wyczuła, bo chwyciła mnie za rękę. Odpowiedziałem jej uściskiem.

Kilka dni później opowiedziałem tę historię moim przybranym rodzicom. Przygnębiła ich chyba bardziej niż mnie. Doskonale ich rozumiałem. Oni mieli pewnie wrażenie, że tracą syna, który zyskuje zupełnie nową rodzinę. Dlatego zapewniłem ich o swojej miłości i o tym, że na zawsze pozostaną moimi prawdziwymi rodzicami. Nie do końca mi chyba uwierzyli… I mieli pewnie trochę racji.

Bo rzeczywiście zacząłem dążyć do tego, żeby jakoś zżyć się z moją biologiczną rodziną. Szczególnie mocno zaprzyjaźniłem się z siostrą, bo jednak trudno mi było do końca wybaczyć ojcu, że uległ presji matki i oddał mnie do adopcji.

Dwa miesiące później, na ławce obok mojego domu zobaczyłem starszą panią, która na mój widok podniosła się, spojrzała na mnie półprzytomnie przekrwionymi oczyma i powiedziała:

– Synku… to naprawdę ty? Szukałam cię tyle czasu, ale nie mogłam znaleźć… Franeczku…– chciała mnie chwycić za rękę, ale ja odsunąłem się i powiedziałem zimno:

– Znam inną wersję tej historii…

– Oni ci ją opowiedzieli? Wiem, że się z nimi widujesz, sąsiadka do mnie zadzwoniła i powiedziała, że się znalazłeś. Ale nie wierz im, oni chcą ze mnie zrobić wariatkę. A ja nie… O Boże, to wszystko przez nich! On nie chciał cię, musiałam go okłamać, że biorę pigułki. Jak się urodziłeś, nie widział cię kilka miesięcy… Miałam nadzieję, że się do ciebie przyzwyczai. Ale ciebie strasznie nie lubiła Gabrysia – trajkotała jak nakręcona.

Faktycznie zachowywała się jak niezrównoważona.

– Była o ciebie zazdrosna. Raz nawet oblała cię wrzątkiem, pewnie masz cały czas bliznę na brzuchu… – odruchowo złapałem się ręką w okolicy pępka. – Lekarze mówili, że ci to nie zniknie… A on kochał tylko ją, ciebie nie chciał. Mówił, że jedno dziecko nam wystarczy, inaczej nie będziemy mieli czasu na normalne życie. Zmusił mnie, żebym cię oddała… – kontynuowała kobieta.

Boże, w co ja się wplątałem? Nie chciałem tego dalej słuchać, ale ona mówiła dalej.

– Zgodziłam się, bo miałam nadzieję, że uratuję swoje małżeństwo… I ciebie… Przed Gabrysią, żeby cię nie oblewała wrzątkiem albo nie zrobiła nawet czegoś gorszego… Teraz żałuję… Bardzo, żałuję… Dlaczego idziesz? Poczekaj! Wysłuchaj mnie! – krzyczała.

Ale ja już jej nie słuchałem

Miałem zresztą wrażenie, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę i mało do mnie w ogóle docierało. Kompletnie nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Mógłbym zapytać mojego biologicznego ojca, jak było, ale miałbym tylko jego słowo przeciw słowu tej kobiety, która podobno była moją matką…

Przez kilka kolejnych tygodni unikałem jak mogłem Gabrysi. Jej też nie mogłem o nic spytać. Wzięłaby stronę ojca. A ja, chociaż czułem do niej kiedyś sympatię, to przecież zawsze uważałem ją za samolubną. Dawniej myślałem, że to efekt wychowania bez rodzeństwa.

Teraz zastanawiałem się, czy po prostu taka nie jest. Czy nie ma tego w genach? Oczywiście, jeśli nawet to przez nią ojciec chciał się mnie pozbyć, to nie mogłem winić trzylatki za mój los. Ale jednak nie potrafiłem czuć dawnej sympatii. miotałem się w tym wszystkim przez jakiś czas.

Aż w końcu pomyślałem, że przecież mam rodzinę

Tę prawdziwą, choć formalnie przybraną. I to ona powinna być dla mnie najważniejsza. Bo ona nawet wtedy, gdy miała mało pieniędzy, potrafiła się zintegrować i wspierać wzajemnie. Zaś moja biologiczna rodzina nie potrafiła dla mnie nawet choć trochę zrezygnować z luksusowego życia.

Dlatego postanowiłem, że nie będę miał z nimi nic wspólnego. Rzuciłem jubilerkę i postanowiłem być tylko prawnikiem. Zerwałem z nimi kontakty, a oni ich nie szukali. Pewnie znów uznali, że mógłbym im skomplikować życie. 

Franek, lat 29
 

Czytaj także:

Redakcja poleca: Nie taka zwykła woda – jak Oliwka z AZS odzyskała radość życia dzięki pobytowi w Avène [WIDEO REPORTAŻ]
Nieprzespane noce, rozdrapane rany na całym ciele, bandaże chroniące przed zakażeniami... Oto codzienność dziecka chorego na atopowe zapalenie skóry. Oliwka, bohaterka tego reportażu, miała mnóstwo szczęścia – wygrała konkurs, w którym nagrodą był 3-tygodniowy pobyt w Uzdrowisku Avène. Zobacz, jakie efekty przyniosła jej kuracja Wodą termalną.
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy