Chłopiec, który okrada rodziców
fot. Adobe Stock, Jan H. Andersen

„Mój 10-letni syn wykradał mi pieniądze z portfela i zamiast się przyznać, uciekł z domu. Nie potrafię ponownie mu zaufać”

„Zastanawiam się nad zaprowadzeniem syna do psychologa, bo wydaje mi się, że ani ja, ani mąż, nie potrafimy sobie z nim dać rady. Chciałabym mu wierzyć, ale nie mogę. Boję się, że syn nie zrozumiał lekcji, jaką mu daliśmy i nadal kradnie. Czy to chore?”.
Chłopiec, który okrada rodziców
fot. Adobe Stock, Jan H. Andersen
Początkowo nie zauważyłam, że znikają mi drobne pieniądze. Nie były to duże kwoty, toteż dematerializacja pięciozłotówki nie włączała w mojej głowie alarmu. Zaczęłam za to myśleć, że mam początki sklerozy… Wydawało mi się, że pamiętałam, jak sprzedawczyni w osiedlowym sklepie wydała mi resztę bilonem. Było go sporo. Pięcio- i dwuzłotówki wpadły brzęczącym strumieniem do portmonetki, znacząco zwiększając ciężar i tak już nielekkiej torebki, w której nosiłam rzeczy przydatne i całkiem zbędne.
 
Kiedy następnego dnia sięgnęłam w sklepie po drobne, portmonetka była zadziwiająco lekka. W przegródce na bilon znalazłam dwie osierocone dwuzłotówki, nie było nawet garści dwudziestogroszówek, które zbierałam dla syna przyjaciółki. Chłopak montował z nich ogniwo elektryczne, które miało być pracą semestralną z fizyki…
 
– Zaglądałeś do mojej torebki? Trzeba było poprosić o drobne, a nie zabierać wszystko, jak leci – napadłam na stojącego przy kuchni Romana. 
 
Mieszał w garnku coś, co zaczynało wydzielać woń spalenizny.
 
– Co to jest? – zajrzałam do środka.
 
– Potrawa jednogarnkowa z parówek i warzyw. Ale chyba przywarła do dna, nie mogę jej odskrobać.
 
– To zdejmij garnek z ognia, bo puścisz kuchnię z dymem. Słyszałeś, co mówiłam? Po co ci było ćwierć kilograma moich dwudziestogroszówek?
 
– Aż tyle ich miałaś? – Roman wreszcie zainteresował się tym, co mówię.
 
– Dużo ich było, zbierałam dla syna Reny, ale nie to najważniejsze. Zabrałeś mi wszystkie drobne, prawie trzydzieści złotych bilonem, i nie wspomniałeś o tym ani jednym słowem.
 
– Nie dotykałem twojej portmonetki – zaprzeczył z oburzeniem mąż.
 
– No to co się stało z pieniędzmi?
 
– Bo ja wiem? Może ktoś ci ukradł? – podsunął, rozdzielając sprawiedliwie swoją uwagę między moje słowa i przypaloną potrawę.
 
– To możliwe – zamyśliłam się, odtwarzając w pamięci trasę, jaką przebyłam z torebką na ramieniu. – Nie, to jednak niemożliwe…
 
Przecież zniknął tylko bilon, a sto złotych zostało, złodziej przede wszystkim połakomiłby się na banknot lub zabrał całą portmonetkę.
 
– No to wydałaś te pieniądze i zapomniałaś – orzekł Roman.
 
– Głowę dałabym sobie uciąć, że tak nie było – powiedziałam, ale czułam że lęgnie się we mnie zwątpienie; czy mam tak dobrą pamięć jak kiedyś?

Podsłuchał naszą rozmowę i zwiał z domu. Mały tchórz!

Sprawa bilonu została odłożona jako niewyjaśniona, ale nie zapomniana. Stałam się czujniejsza i dlatego zauważyłam, że giną drobne kwoty. Nie tylko z mojej portmonetki, ale i kieszeni spodni Romana. Od kiedy wyprałam trzy stówki zachomikowane przez męża na czarną godzinę, starannie sprawdzałam kieszenie i zawsze w nich coś znajdowałam. Od pewnego czasu nie było w nich drobnych, jakby ktoś zaglądał do nich przede mną. Oprócz mnie i Romana mógł być to tylko nasz dziesięcioletni syn, Patryk.
 
– Spytaj, niech ci sam powie – doradził mąż, gdy omówiłam z nim problem.
 
– Mam spytać syna, czy przeszukuje moją torebkę i twoje spodnie? – spytałam cierpkim tonem.
 
– Nie wprost, zrób to ogródkami, inaczej Patryk nigdy się nie przyzna.
 
– Nie wiadomo, czy ma do czego. Nasz syn nie jest złodziejem.
 
– Nie broń go. Podbiera nam pieniądze, to oczywiste. Wiesz, jak to się nazywa? Kradzież. Za bardzo go rozpieściłaś i w konsekwencji chłopak nie wie, co jest dobre, a co złe.
 
– Ja go źle wychowałam? A ty nic w tym czasie nie robiłeś?
 
Od słowa do słowa, strasznie się pokłóciliśmy. Oboje byliśmy zdenerwowani i pełni poczucia winy, że coś poszło nie tak. Dręczyło nas pytanie, które baliśmy się wypowiedzieć głośno: czy Patryk kradnie tylko w domu? Jak tylko trochę ochłonęliśmy, zgodziliśmy się, że trzeba odbyć z synem poważną rozmowę. Kto jak nie my, ma mu uświadomić, że zabieranie czegokolwiek bez pytania jest nieetyczne, a w dodatku karalne? Niestety, Patryk uciekł z domu, zanim zdążyliśmy wcielić nasz pedagogiczny zamysł w życie.
 
– Podsłuchał, o czym rozmawialiśmy wieczorem i wolał zwiać, niż ponieść konsekwencje – denerwował się mąż.
 
– Już późno, a jego ciągle nie ma  – chodziłam po pokoju jak tygrysica zamknięta w zbyt ciasnej klatce.
 
– Dzwoniłaś do kolegów Patryka?
 
– Nie do wszystkich, dwa numery nie odpowiedziały – z nową nadzieją rzuciłam się do telefonu i wtedy komórka zaczęła wibrować.
 
– Dzień dobry, Jankowski przy telefonie, jestem tatą Mateusza – usłyszałam. – Chciałem zaproponować, że odwiozę Patryka, skoro państwo, jak mniemam, jesteście zbyt zajęci…
 
– Mój syn jest u pana? – krzyknęłam.
 
– Przyjechali z Mateuszem zaraz po szkole. Dopilnowałem, żeby odrobili lekcje, potem trochę się bawili, ale teraz jest już późno i wolałbym…
 
– Zaraz przyjedziemy po Patryka! – zapewniłam, wybiegając z domu za mężem, wciąż z telefonem przy uchu. – Proszę go zatrzymać, gdyby chciał wyjść – poprosiłam, bo przyszło mi do głowy, że syn może się nam wymknąć.
 
– Patryk chyba nie uciekł z domu? – spytał czujnie ojciec Mateusza.

Rozłączyłam się, nie odpowiadając

Po co robić plotki wśród szkolnych kolegów Patryka i ich rodziców? Wracaliśmy do domu we trójkę w milczeniu, świadomi, że czeka nas rozmowa z synem. W końcu Patryk nie wytrzymał napięcia.
 
– Macie mnie za złodzieja, tak? Wszystko słyszałem – krzyknął łamiącym się głosem.
 
– Ależ nie. Chcielibyśmy tylko dowiedzieć się… – zaczęłam pojednawczo.
 
– Zaczekaj – przerwał mi Roman stanowczo. – Podbierałeś nam pieniądze? – zwrócił się do syna. – Tak czy nie?
 
Patryk długo milczał, siąkając nosem.
 
– A więc tak. Miałeś odwagę kraść, ale zabrakło ci jej, kiedy trzeba się przyznać – ciągnął Roman.
 
– Do czego? – odezwał się nagle Patryk krnąbrnym głosem. – Nie jestem złodziejem, nie obrażaj mnie, tato.
 
– Trzymaj mnie, Majka, bo wyjdę z siebie – wycedził Roman, patrząc na mnie zmrużonymi oczami.
 
– Dlaczego uważasz, że to, co zrobiłeś, nie jest kradzieżą? – spytałam Patryka w miarę spokojnie.
 
– Bo przecież w domu wszystko jest wspólne, nie? – synek wzruszył niegrzecznie ramionami. – Jedzenie w lodówce, szampon i mydło w łazience, nawet pasta do zębów. Jedna dla wszystkich, każdy bierze, ile potrzebuje. Pieniądze zarabiacie na dom, sam słyszałem. Więc są wspólne.
 
– Nie udawaj głupka – syknął mąż, ale umilkł, gdy wbiłam mu palce w ramię.
 
Patryk dość logicznie wytłumaczył, dlaczego uważał, że może swobodnie brać pieniądze. Miał już dziesięć lat, czyżby wciąż nie rozumiał, jaka jest różnica między pastą do zębów i drobniakami? Trudno mi było w to uwierzyć. Jeszcze coś mnie niepokoiło. Patryk nigdy nie brał pieniędzy otwarcie, krył się, i to bardzo skutecznie. Późno się zorientowałam, że giną pieniądze, zabierał ich tylko trochę, żebym się nie domyśliła. Robił to bardzo sprytnie, nie ruszając banknotów o większym nominale.
 
– Wydatki trzeba uzgadniać, jakby każde z nas brało z portfela tyle, na ile ma ochotę, już w połowie miesiąca zabrakłoby pieniędzy – tłumaczył tymczasem Roman.
 
– I tak dasz mi, jak poproszę, to jaka różnica – wzruszył ramionami Patryk.
 
– Taka, że to ja zarabiam i decyduję, na co przeznaczam pieniądze – huknął wyprowadzony z równowagi Roman.
 
Znów wbiłam mu palce w ramię.
 
– Mama też decyduje – zrozumiał sygnał po swojemu.
 
– Dobra, będę pytał – Patryk poddał się podejrzanie łatwo. 
 
Chciałam wierzyć, że cała sprawa była jedynie nieporozumieniem, spowodowanym niedojrzałością synka. Zwiększyliśmy kieszonkowe Patryka, żeby go nie korciło, i wydawało się, że wszystko wróciło do normy. 

Może przesadzam. Renata mogła zgubić te pieniądze 

Ostatnio jednak wydarzyło się coś, o czym nie mogę przestać myśleć.
 
– Nie widziałaś gdzieś stówki? – Rena przeszukała już torebkę i teraz zaglądała pod biurko. – Pójdę do bufetu, pewnie wypadła, jak płaciłam za obiad.
 
Koleżanka wyszła, a ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że nie znajdzie banknotu. Wczoraj Rena przyszła do mnie na plotki, zostawiła torebkę w przedpokoju, w którym kręcił się Patryk. Czyżby…? Złapałam się za głowę. Nigdy wcześniej nie przypuszczałabym, że będę podejrzewać syna o kradzież, ale po ostatnich wyczynach Patryka nie mogłam pozbyć się wrażenia, że powinnam brać tę możliwość pod uwagę. Tydzień później zobaczyłam w pokoju Patryka dwie małe kolumny do przenoszenia dźwięku z komputera.
 
– Fajne, nie? Odkupiłem okazyjnie, od kumpla – pochwalił się syn; akurat wszedł i zastał mnie pogrążoną w zadumie nad sprzętem.
 
– Skąd miałeś pieniądze? – spytałam słabym głosem.
 
– Zaoszczędziłem z kieszonkowego – odparł Patryk, patrząc mi w oczy uczciwym wzrokiem.
 
Chciałabym mu wierzyć, ale nie mogę. Boję się, że syn nie zrozumiał lekcji, jaką mu daliśmy, i nadal kradnie. Muszę go obserwować… Czy to chore? 
 
Maja, 36 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy