Były mąż to alimenciarz
fot. Adobe Stock, penyushkin

„Mój były mąż przepisał cały majątek na nową żonę, udaje choroby. Wszystko po to, by nie płacić na dziecko”

– Bardzo mi przykro, że nie mogę na razie łożyć na Asię. Jak już zapewne wiesz, jestem na utrzymaniu żony. Ale ona ma dobre serce, więc od czasu do czasu wspomoże naszą córkę. Kupi nowe ubrania, da kieszonkowe. To naprawdę złota kobieta – kpił.
Były mąż to alimenciarz
fot. Adobe Stock, penyushkin
Myślałam, że na mojego byłego męża nie ma mocnych. W żaden sposób nie mogłam go bowiem zmusić do płacenia alimentów na naszą córkę. Uważał się za sprytniejszego ode mnie. Ale się przeliczył!

Jestem sama z dzieckiem

Pracuję w supermarkecie i zarabiam bardzo niewiele. W zasadzie wszystko wydaję na 11-letnią córkę. Asia nie jest rozpuszczona, ale wiadomo, im dziecko starsze, tym potrzeby ma większe. Od wydatków puchnie głowa. Staram się mądrze gospodarować pieniędzmi, jak tylko mogę dorabiać gdzieś na boku, ale na niewiele to wszystko się zdaje.

Wpadłam w jakąś spiralę długów. Nie śpię po nocach, martwię się, czy z tego wyjdę. A ojciec Asi? Nic go to nie obchodzi, choć twierdzi, że bardzo kocha córkę. Osiem lat mieszkaliśmy razem, tworzyliśmy rodzinę. Czułam się szczęśliwa. Adam założył niewielką firmę remontowo-budowlaną. Pracował zawsze bardzo solidnie, więc zleceń mu nie brakowało. Żyliśmy dostatnio.

Ale cztery lata temu wszystko się zawaliło.

Adam zakochał się w księgowej, która prowadziła mu rachunkowość

Próbowałam ratować nasze małżeństwo. Mówiłam, że wybaczę mu zdradę, błagałam, by został, że przecież mamy dziecko. Straszyłam, że nie dam mu rozwodu. Nic do niego nie docierało.

– Nie kocham cię, ale nigdy nie przestanę kochać naszej córki. Zadbam o to, by niczego jej nie brakowało – zapewnił, odchodząc.

Na początku rzeczywiście regularnie przysyłał pieniądze. Na sprawie rozwodowej bez słowa sprzeciwu zgodził się na 1500 złotych alimentów. Aż sędzia był zdziwiony, bo normalnie ojcowe wszelkimi sposobami starają się zaniżyć stawkę. Wtedy myślałam, że naprawdę zamierza dotrzymać słowa, że jest odpowiedzialnym ojcem.

Ale dziś wiem, że to była tylko gra. Chciał jak najszybciej uzyskać rozwód i ożenić się z tą księgową. Dlatego godził się na wszystko… Niedługo po naszym rozwodzie pieniądze właściwie przestały przychodzić. Owszem Adam spotykał się z Asią, kupował jej prezenty, czasem dał jej 100 czy 200 złotych. Ale na tym jego wkład w utrzymanie córki się kończył.

Dzwoniłam, pytałam, dlaczego nie płaci

Kręcił, mówił, że nie ma zleceń, że musi inwestować w firmę, że za tydzień, dwa wszystko wyrówna. Zwodziła mnie tak pół roku. Kiedy któregoś dnia Asia oświadczyła, że tatuś wyjeżdża z nową żoną na wakacje na Majorkę nie wytrzymałam.

– Albo natychmiast oddasz cały dług albo idę do komornika – wykrzyczałam mu przez telefon.
– A idź sobie, idź, droga wolna! I tak niczego nie zwojujesz – prychnął.
– Jak komornik siądzie ci na konto, to inaczej zaśpiewasz – zdenerwowałam się.
– A niech siada! Proszę bardzo! Nawet numer możesz mu podać, żeby miał ułatwione zadanie – roześmiał się.

Był bardzo pewny siebie. Jakby wiedział, że niczego nie uzyskam. Nie rozumiałam, skąd takie przekonanie. Nasi wspólni znajomi mówili, że interesy idą mu świetnie, że nawet dwóch nowych pracowników zatrudnił. Dlaczego więc śmiał mi się w twarz?

Tak jak go uprzedzałam, poszłam do komornika

Złożyłam wszystkie potrzebne papiery, napisałam wniosek o egzekucję alimentów. Miałam nadzieję, że sprawa jest prosta i pieniądze raz dwa pojawią się na moim koncie. Nic z tego. Żadnych wpływów ani wiadomości od komornika nie było. Kiedy po dwóch miesiącach wpadłam z awanturą do jego biura tylko rozłożył ręce.

– Nie mam z czego ściągnąć alimentów. Pani były mąż nie pracuje, nie ma żadnych dochodów ani majątku – odparł.

Aż przysiadłam z wrażenia.

– Co pan opowiada! A firma, samochody? To nic? – naskoczyłam na niego.
– Cały majątek zapisał na żonę. A potem zrobili rozdzielność majątkową. Pieniądze z firmy są więc nie do ruszenia – wzruszył ramionami.
Ale to przecież oszustwo, chamski wykręt – zdenerwowałam się.
– I pani to wie, i ja. Ale według prawa pani były mąż jest goły i wesoły. I dopóki nie zacznie gdzieś pracować, nie mam czego u niego szukać. Niech pani się stara o pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego – odparł, wręczając mi zaświadczenie o bezskuteczności egzekucji.

Przepłakałam całą noc

Nie potrafiłam pogodzić się z tą sytuacją. Wiedziałam, że na pieniądze z funduszu nie mam co liczyć. Byłam za bogata – mój dochód przekraczał dopuszczalne 725 złotych na osobę. Swoją drogą zastanawiam się, kto ustala te limity. Kazałabym mu utrzymać dziecko i siebie za te pieniądze… I płacić rachunki…

Nad ranem otarłam łzy i zadzwoniłam do byłego męża. Poprosiłam o spotkanie. O dziwo, zgodził się bardzo chętnie. Miałam nadzieję, że się opamiętał i obieca, że będzie płacił na córkę. Nic z tego! Przyszedł, żeby się ze mnie pośmiać.

– Bardzo mi przykro, że nie mogę na razie łożyć na Asię. Jak już zapewne wiesz, jestem na utrzymaniu żony. Ale ona ma dobre serce, więc od czasu do czasu wspomoże naszą córkę. Kupi nowe ubrania, da kieszonkowe. To naprawdę złota kobieta – kpił.
– Dlaczego to robisz? Przecież krzywdzisz nasze dziecko – próbowałam przemówić mu do rozumu. Tylko wzruszył ramionami.
– Asia dostanie wszystko, czego potrzebuje. Ale ty grosza nie zobaczysz! Nie będę dawał pieniędzy na twoje zachcianki – wysyczał.

Nie zamierzałam się poddawać.

Prawo powinno być przecież po mojej stronie

Poszłam do urzędu gminy. Zażądałam wszczęcia egzekucji administracyjnej i skierowania mojego byłego męża na roboty publiczne. Odsyłano mnie z pokoju do pokoju, jakbym przeszkadzała w pracy. Wreszcie ktoś łaskawie przyjął mój wniosek. Myślicie, że coś uzyskałam?

Po trzech miesiącach dostałam odpowiedź, że tatuś Asi jest chory i nie może pracować fizycznie. Przedstawił na to odpowiednie zaświadczenia lekarskie… Oczywiście poleciałam do nich z awanturą. Tak jak u komornika krzyczałam, że to oszustwo, zwykły wykręt.

– Nie mamy prawa podważać opinii lekarza. A w ogóle to mamy pilniejsze sprawy niż bieganie za pani mężem – odparł urzędnik, a potem wskazał mi drzwi.

Z bezsilności chciało mi się wyć…

Co z tego, że prawo było po mojej stronie, skoro nie mogłam go wyegzekwować Czułam, że jeśli nie wydarzy się jakiś cud, wpadnę w kłopoty.

Kilka miesięcy temu natknęłam się na ulicy na Martynę, przyjaciółkę ze szkoły. Nie widziałyśmy się sto lat… Wyglądała świetnie. Zadbana, uśmiechnięta. Zaciągnęła mnie na kawę i zaczęła opowiadać o swojej rodzinie. Jakiego to ma wspaniałego męża, zdolne dzieci.

Zrobiło mi się potwornie smutno. Rozpłakałam się. Spojrzała na mnie przestraszona.

– Justyna, co ci jest? – złapała mnie za rękę.
– A nic… Cieszę się, że u ciebie wszystko tak świetnie się układa. Bo u mnie, szkoda gadać… – wyszeptałam przez łzy.

A potem wyrzuciłam z siebie wszystko, co leżało mi na sercu. Gdy skończyłam była aż czerwona ze złości.

– Na co ty w ogóle czekasz? Idź do sądu i zażądaj alimentów od rodziców byłego męża! Masz do tego prawo, bo żyjesz w biedzie! Skoro wychowali synka na takiego cwaniaczka, niech teraz płacą! – krzyknęła.

W pierwszej chwili nie chciałam nawet o tym słyszeć. Do sądu? Po co? Jeden wyrok już miałam i co mi to dało. Nic!

– Daj spokój, tylko niepotrzebnie stracę czas. Zresztą nie mam nawet kasy na adwokata – westchnęłam zrezygnowana.

Ale Martyna się nie poddawała.

– Teściowie pracują na etacie? To świetnie, alimenty będzie można ściągnąć z pensji. Przecież nie zrezygnują z pracy, żeby uchylić się od płacenia. A o pomoc prawną się nie martw. Mój kuzyn jest adwokatem. Moja w tym głowa, by ci pomógł. No to jak, mam cię umówić na spotkanie? – chwyciła za telefon.
– Poczekaj, muszę się nad tym zastanowić – powstrzymałam ją.

Schowała telefon do torebki.

– Byle nie za długo. Nie możesz godzić się na taką niesprawiedliwość. Pomyśl o sobie, no i o dziecku! Twoje zmartwienia, stresy, na pewno odbiją się na Asi – przekonywała.

Nieprzypadkowo poprosiłam o czas do namysłu.

Żal mi było teściów

W gruncie rzeczy nie byli złymi ludźmi, ciężko pracowali. No i bardzo kochali Asię. Nie chciałam ich krzywdzić. Na dodatek teść miał niedawno stan przedzawałowy, podejrzewałam, że sprawa w sądzie nie przysłuży się jego sercu. Jednak z drugiej strony…

Nieraz prosiłam ich, żeby porozmawiali z synem, zmusili go do płacenia alimentów. Za każdym razem odpowiadali, że nie chcą się wtrącać, że Adam jest dorosły i nie mają na niego wpływu. Potem wciskali mi do ręki 200 złotych i szybciutko zmieniali temat.

Skoro oni nie chcieli mi pomóc, to dlaczego ja miałam się nad nimi litować biłam się z myślami przez tydzień. Wreszcie się zdecydowałam. Umówiłam się z kuzynem Martyny. Tak jak obiecała, nie chciał ode mnie pieniędzy. Przejrzał wszystkie dokumenty, wziął ode mnie pełnomocnictwo, napisał pozew i następnego dnia złożył go w sądzie.

– Teraz musimy czekać na termin pierwszej rozprawy. A potem wszystko powinno potoczyć się gładko – powiedział.

Czekałam prawie pół roku. I wreszcie przyszło. Kiedy je otwierałam, serce biło mi jak oszalałe. Pomyślałam, że teściowie dostali pewnie podobne. No i pozew. Czułam, że nie przejdą nad tym obojętnie. I że będę musiała im to jakoś wytłumaczyć. Tylko co miałam powiedzieć? Zjawili się u mnie jeszcze tego samego wieczoru.

Teść był aż purpurowy ze złości

– Co to jest? Czy zrobiliśmy ci coś złego? Dlaczego chcesz nas ciągać po sądach? – krzyczał w progu, machając mi przed nosem pozwem.
– Ja możesz? Przecież wiesz, że ojciec ma chore serce… Do grobu chcesz go wpędzić – lamentowała teściowa.

Poczekałam, aż się trochę uspokoją i zaprowadziłam ich do pokoju.

– Napijecie się melisy? – zapytałam.

Spojrzeli na mnie zaskoczeni. Pewnie nie takiej reakcji się spodziewali.

– Zrób podwójną – odparła teściowa.

Poszłam do kuchni i zaparzyłam cały dzbanek. Gdy wracałam z nim do pokoju, wiedziałam już co mam powiedzieć.

– Wiem, że jesteście na mnie wściekli. Ale czy wam się to podoba, czy nie, musicie mnie wysłuchać. A potem myślcie sobie o mnie, co chcecie – nalałam melisę do kubków.

Usiadłam i zaczęłam mówić. Opowiedziałam o wszystkim, co spotkało mnie ze strony ich syna. O tym, że nie płaci na córkę, że specjalnie przepisał majątek na żonę, by komornik nie mógł ściągnąć alimentów, że kpi sobie ze mnie w żywe oczy. Że przez to mam długi…

– Nie miałam innego wyjścia. Może teraz Adam się opamięta, odda mi zaległe alimenty i zacznie płacić regularnie? Jest jeszcze czas, zawsze mogę wycofać pozew… Ale muszę mieć pewność, że będzie się wywiązywał ze swoich obowiązków. Jeśli nie, spotkamy się w sądzie – zakończyłam.

Tamtego wieczoru teściowie nie dali mi odpowiedzi

Gdy skończyłam, burknęli coś tylko, że nie zdawali sobie sprawy z tego, że mam aż takie kłopoty i sobie poszli. Dopiero wczoraj zadzwonił teść.

– Adam w ciągu dwóch tygodni spłaci wszystkie długi. I odtąd będzie płacił na Asię regularnie, do dziesiątego każdego miesiąca, tak jak jest w wyroku sądowym. Zadowolona jesteś? – zapytał.
Oczywiście, byle tylko na obietnicach się nie skończyło – odparłam.
– Nie skończy. Osobiście tego dopilnuję – mruknął.

Teraz czekam na pieniądze. Gdy wpłyną, odetchnę. Pospłacam długi, kupię Asi podręczniki i plecak do szkoły… A potem wycofam sprawę. Nie chcę ciągać teściów po sądach. Ale jeśli mój były zacznie coś kombinować, nie zawaham się tego zrobić. 

Justyna, lat 35

Czytaj także:
Redakcja poleca: Co sądzisz o ojcach niepłacących alimentów? [SONDA ULICZNA]
O to, co sądzisz o ojcach niepłacących alimentów na swoje dzieci zapytaliśmy przechodniów. Zobacz co mieli do powiedzenia - to nie były miłe słowa!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy