Chłopiec, który jest ofiarą szkolnych łobuzów
fot. Adobe Stock, pololia

„Mój syn był ofiarą szkolnych bandziorów. Zabierali mu jedzenie, bili i grozili, że jeśli komuś powie, to zabiją jego matkę”

„Aż się we mnie gotowało ze złości. Moje dziecko jest ofiarą klasowych łobuzów, którzy okradają go z jedzenia?! Maciek jest nieśmiałym, wrażliwym dzieckiem. Wiedziałam, że nie potrafi poradzić sobie ze starszymi kolegami, ale liczyłam chociaz na wsparcie dyrekcji. Jak można być tak bezdusznym”.
Chłopiec, który jest ofiarą szkolnych łobuzów
fot. Adobe Stock, pololia
Wszyscy mi mówili, że czwarta klasa to zupełnie inna bajka niż nauczanie początkowe. Maciek będzie miał kilkanaście przedmiotów i nauczycieli, a każdy z belfrów będzie przekonany, że jego przedmiot jest najważniejszy. Codziennie będzie wracał z toną pracy domowej, a ja będę musiała brać homeopatyczne tabletki na uspokojenie, bo podobno są najlepsze.

Skończą się piątki i szóstki za ładny rysunek, a zaczną sypać jedynki z niezapowiedzianych kartkówek. Ci, którzy to przerabiali ze swoimi dziećmi, radzili, żebym nastroiła się psychicznie, zarezerwowała mnóstwo czasu na tłumaczenie potęg i ułamków oraz przywykła, że dziecko o jedenastej wieczorem przypomina sobie o zadaniu z techniki do wykonania.
 
– Za moich czasów zajęcia techniczne polegały głównie na szydełkowaniu albo robieniu kanapek, którymi potem częstowało się panią dyrektor – westchnęłam, kiedy Maciuś oznajmił, że musi przeczytać z techniki piętnaście stron w podręczniku, zrobić sześć zadań i przygotować się do testu. – Dobrze, że przynajmniej na plastyce sobie tylko zwyczajnie rysujecie i odpoczywacie – dodałam.
 
– O, właśnie! – syn złapał się za głowę, a na jego twarzy wymalowało się przerażenie. – Zapomniałem, że mam narysować cebulę ze światłocieniami! Mamo, gdzie mój podręcznik?! Tam jest napisane, co to jest światłocień! Muszę to zrobić, bo dostanę jedynkę!

Prace domowe to wcale nie największy problem

Uznałam, że przynajmniej jeśli chodzi o cebulę ze światłocieniem, to nie muszę dziecku niczego tłumaczyć i poszłam sprawdzić, czy wszystko zjadł w szkole.
 
– Smakowały ci kanapki z łososiem? – zawołałam, widząc puste pudełko.
 
– Tak! – odkrzyknął Maciek z pokoju. – Bardzo dobre! A możesz mi dawać więcej jedzenia?
 
Ucieszyłam się, że moje dziecko tak chętnie je i następnego dnia spakowałam mu cztery kanapki oraz sporo winogron. Dlatego zaskoczył mnie, gdy po przyjściu ze szkoły dosłownie rzucił się na lodówkę i zaczął wyjadać jogurt. Potem chwycił kromkę suchego chleba.
 
– Jesteś głodny? – spytałam zdumiona. 
 
– Przecież dałam ci i kanapki na drugie śniadanie, i na podwieczorek, żebyś w świetlicy nie siedział głodny. Zjadłeś je?
 
– Tak, łosoś był pyszny – syn odpowiedział szybko, uciekając wzrokiem.
 
– Zaraz, jak to łosoś? – zdziwiłam się. – Przecież ja ci dałam kanapki z kiełbasą i jedną z serem.
 
– Nooo tak…, rzeczywiście… były pyszne…
 
– A batonik zbożowy? – postanowiłam drążyć, ogarnięta złym przeczuciem.
 
– Też dobry…
 
– Nie był zbożowy… – westchnęłam. 
 
– Maciek, czy ty wyrzucasz śniadanie, które ci daję, do kosza? Bo przecież widzę, że wcale go nie jesz.
 
Pamiętałam, że sama tak czasem robiłam w podstawówce, bo mama bardzo krzyczała, kiedy nie zjadłam wszystkiego. 
 
– Nie, nie wyrzucam! – widać było, że moje podejrzenie go uraziło.
 
– No to co się dzieje?
 
Nagle twarz Maćka się wykrzywiła, i choć przez chwilę jeszcze bardzo starał się powstrzymywać napływające do oczu łzy, po chwili wybuchnął płaczem.
 
– Bo Krzysiek i Rafał mi wszystko zabierają… – wyszlochał, rozcierając łzy po buzi. – Jeszcze przed pierwszą lekcją, wyjmują mi pudełko z plecaka, potem wybierają to, co chcą, a resztę wysypują do kosza… Ten batonik… mamo, ja tak strasznie chciałem go zjeść!
 
Aż się we mnie gotowało ze złości. Moje dziecko jest ofiarą klasowych łobuzów, którzy okradają go z jedzenia?!

– … a jak raz miałem tylko kanapki z dżemem i im nie posmakowały, to Krzysiek powiedział: „twoja mama to debilka” – syn zupełnie się już rozkleił.
 
Wzięłam go na kolana i uspokajałam, próbując opowiedzieć o zasadach asertywności. Szybko wyszło na jaw, że Maciek próbował przeciwstawić się kolegom, ale ci zaczęli go przezywać, a potem zabrali mu plecak i wrzucili do łazienki dla dziewcząt.
 
Postanowiłam zgłosić tę sprawę wychowawczyni. Poszłam do niej nazajutrz, przed pierwszą lekcją. 
 
– Tak, wiem, że Maciej ma problemy w grupie – stwierdziła. – Ostatnio dziewczynki skarżyły się, że je podglądał w toalecie. Może z nim pani porozmawia?
 
– Nie podglądał! – krzyknęłam wstrząśnięta. – Krzysiek i Rafał schowali mu tam plecak!
 
Popatrzyła na mnie, jakby chciała powiedzieć: „To tylko Maciek tak twierdzi, ja słyszałam co innego”. 
 
Miałam poczucie klęski i upokorzenia. Próbowałam powiedzieć, że mój syn jest prześladowany przez kolegów, a wyszłam ścigana potępiającym spojrzeniem wychowawczyni, która uważała, że wychowałam podglądacza. Wiedziała, że źle się dzieje, a mój syn po prostu się boi!
 
Poczułam się bezradna. Moje dziecko, najmłodsze i najmniejsze w klasie padło ofiarą starszych kolegów, a wychowawczyni wyraźnie wolała udawać, że nie ma żadnego problemu. Z dzieciństwa pamiętałam, że komu raz przypadła rola kozła ofiarnego w grupie, ten praktycznie do końca szkoły nie miał szans na normalne w niej funkcjonowanie. Jeśli teraz Maćkowi zabierają śniadanie, to co będą mu robić za rok, dwa?
 
– Muszę reagować, póki nie jest za późno – powiedziałam do mojej mamy. 
 
– Może pójdę do pani pedagog?
 
– Daj spokój, wychowawczyni się dowie, że robisz swąd wokół sprawy i będzie się odgrywać na dziecku – przestrzegła mama, zbyt dobrze pamiętająca realia w podstawówkach z lat sześćdziesiątych, a potem osiemdziesiątych. – Już lepiej przenieś go do innej szkoły.
 
– Ucieczka to nie jest wyjście – odparowałam.

Uznałam, że muszę nauczyć syna asertywnych zachowań

– Po prostu powiedz, że nie mogą zabierać twoich rzeczy – pouczyłam go jeszcze w szatni. – Najlepiej głośno i stanowczo.
Tego dnia dostałam telefon ze szkoły. Nie, nie dzwonili z sekretariatu. To Maciek zadzwonił do mnie z telefonu, użyczonego mu przez koleżankę.
 
– Mamo, tylko się nie denerwuj… – zaczął i ciśnienie mi skoczyło powyżej wszelkich norm. – Bo ja spadłem ze schodów i mi krew leci z nosa i ząb mi się rusza… Odbierzesz mnie dzisiaj wcześniej?
 
„Spadł ze schodów??!! Co to miało być? Takie wymówki mogą stosować dorośli żyjący w związkach z brutalnymi partnerami, ale dziecko w czwartej klasie?! Nie dość, że go pobili, to jeszcze zastraszyli i kazali ich kryć?!” – krzyczał głos w mojej głowie.
Maciek czekał na mnie w świetlicy. Siedział sam przy stoliku i patrzył na plamę rozlanej wody, którą rozmazywał końcówką długopisu. Inne dzieci bawiły się i śmiały w grupkach. Widząc, jak go izolują, serce mi się ścisnęło.
 
– Maciuś? – podeszłam do synka i nim mnie zauważył i roztarł wodę po blacie, zdążyłam przeczytać końcówkę słowa: „enawidzę”.
 
– Mamo! – rozpromienił się na mój widok. – Nic mi nie jest! – zapewnił szybko, chociaż rozcięta warga i spuchnięty nos stały w sprzeczności z tym twierdzeniem.
 
Od razu zwróciłam się do wychowawczyni świetlicy z pytaniem, co zaszło między moim synem a innymi chłopcami.
 
– Jak to: ktoś go uderzył? – zdziwiła się. – Powiedział, że spadł ze schodów. Inne dzieci to potwierdziły.
 
Opadły mi ręce. Przez moment dopuszczałam myśl, że się mylę, ale w domu obejrzałam ręce, nogi i tułów syna. Gdyby naprawdę spadł ze schodów, miałby przecież choć jednego siniaka poza twarzą, prawda? Maciek jednak nie chciał powiedzieć prawdy. Unikał mojego spojrzenia, kiedy go o to pytałam, aż w końcu zdenerwowany zamknął się w swoim pokoju na całe popołudnie. Rano stwierdził, że bardzo boli go gardło, ale gdy w nie zajrzałam, wyglądało na zdrowe.
 
– Nie chcesz iść do szkoły, prawda? – usiadłam przy nim na łóżku. – Boisz się Krzyśka i Rafała?
 
– Nie! Oni mi nic nie robią! – pokręcił gwałtownie głową.
 
– Synku… – pogłaskałam go po plecach. – Wiem, że koledzy źle się wobec ciebie zachowują i chcę coś z tym zrobić. Musisz mi powiedzieć, co się dzieje.
 
– Nie mogę… – wyszeptał tak cicho, że ledwie go usłyszałam.
 
– Możesz, kochanie. Mnie możesz powiedzieć wszystko.
 
– Nie, bo ktoś ci coś zrobi! Napadnie cię albo zabije!
 
Maciek zakrył usta dłonią i wytrzeszczył na mnie przerażone oczy. Miałam wrażenie, że występuję w jakimś kryminalnym serialu albo programie telewizyjnym, że to się nie może dziać naprawdę! Mój syn sprzeciwił się klasowym łobuzom, został pobity, a następnie zastraszony, że jeśli piśnie komuś słówko, jego mamę ktoś napadnie i zrobi jej coś bardzo złego.
 
– Mamo, ale nie powiesz, że ci powiedziałem? – Maciek naprawdę się bał.

Miarka się przebrała! Nie zostawię tak tej sprawy

Musiałam ochłonąć. Nie mogłam działać pod wpływem emocji. Oczywiście nie wierzyłam, że czwartoklasiści mogą na mnie napuścić bandytów, ale sprawa wymagała interwencji. Musiałam także pokazać synowi, jaka jest właściwa postawa, kiedy ktoś nas zastrasza. 
 
– Załatwię to tak, że ci dwaj więcej cię nie tkną – oświadczyłam. – Gdyby byli dorośli, to za to, co zrobili, mogliby pójść do więzienia. Nie wolno poddawać się przemocy, zawsze trzeba się bronić lub prosić o ochronę właściwe osoby.
 
– Zadzwonisz na policję? – zdumiał się Maciek.
 
– Nie, choć miałabym ochotę – odpowiedziałam spokojnie. – A teraz, skarbie, ubieraj się. Musimy wyjść do szkoły. I tak się spóźnisz na pierwszą lekcję.
 
Kiedy Maciek pobiegł do sali, skierowałam się do gabinetu dyrektorki. Tym razem nie zamierzałam nikomu pozwolić odwracać wzroku od tego, co się dzieje w tej szkole. Bardzo opanowanym głosem zrelacjonowałam jej wydarzenia od początku roku, a potem stanowczo poprosiłam o spotkanie czterostronne w jej gabinecie.
 
– Proszę wezwać rodziców tych chłopców. Chcę z nimi omówić tę sytuację w obecności pani i wychowawczyni klasy – poprosiłam.
 
Widziałam, że to było jej nie na rękę. Ona także próbowała mnie przekonać, że sprawa nie jest aż tak poważna. Ja jednak nie ustąpiłam. Wciąż się uprzejmie uśmiechałam, kiedy oświadczałam, że jeśli nie spełni mojej prośby i nie doczekam się reakcji szkoły na przemoc, zgłoszę sprawę do kuratorium. To poskutkowało.
 
Rodzice Krzyśka i Rafała byli bardzo zaskoczeni. Albo tylko takich udawali. Na początku usiłowali mnie zbić z tropu, pytając, czy wiem na pewno, że mój syn nie zmyśla. Tak, wiedziałam to na pewno i nie pozwoliłam im udawać, że nie ma problemu. Zadziwiające, jak ludzie potrafią spuścić z tonu, kiedy nie okazuje się przed nimi strachu, wstydu czy choćby skrępowania. Ja uważałam, że to oni powinni się wstydzić.
 
– Jak w szkole? – zapytałam syna następnego dnia po spotkaniu. – Chłopcy ci nie dokuczali?
 
– Nie, nawet do mnie nie podeszli przez cały dzień – Maciek był zdziwiony, ale i zadowolony.
 
Monitorowałam sytuację codziennie. Syna nigdy więcej nie zaczepiano, najwidoczniej rodzice odebrali rozmowę u dyrektorki jako coś w rodzaju nagany. Może uznali, że więcej nie chcą takiego wstydu i porozmawiali ze swoimi łobuzami. Na zebraniach matki Krzyśka i Rafała unikały mojego wzroku. Po pierwszym semestrze Rafał przeniósł się do innej szkoły.
Cieszę się, że narobiłam szumu wokół tego problemu. To było jedyne rozsądne wyjście. Jestem zdania, że pomogłam także tym chłopcom. Bo przemocy zawsze trzeba się przeciwstawiać. Inaczej z klasowych łobuzów wyrosną osiedlowi chuligani, a z tych przestępcy napadający i terroryzujący słabszych. Warto o tym pamiętać, kiedy mamy szansę zareagować.

Marzena 36 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy