Dziecko przy oknie
fot. Adobe Stock, rohappy

„Mój syn uratował niemowlę, które wypadło z okna. Przez ten bohaterski czyn ludzie nie dają mu spokoju”

„Gdyby poszedł inną drogą, chłopiec nie przeżyłby tego upadku. To, że jeden z nich wbiegł na klatkę schodową, a drugi został pod oknem, świadczyło o ich niewiarygodnej trzeźwości umysłu i rozsądku. Nie wiem, ilu ludzi na ich miejscu potrafiłoby tak się zachować”.
Dziecko przy oknie
fot. Adobe Stock, rohappy
Mamo, nie uwierzysz, co się stało! – Jarek wpadł do domu zdyszany i zszokowany. Przez chwilę myślałam, że zdarzył się jakiś wypadek, ale jego entuzjazm szybko wywiał mi te czarne myśli z głowy.
 
– Co się stało? – zapytałam, od razu odrywając się od swojej pracy. 
 
– Złapałem dziecko, które wypadło z okna! – powiedział mój syn.
 
Spojrzałam na niego ze zdumieniem. Przez chwilę myślałam, że robi sobie ze mnie żarty, ale najwyraźniej nie. Mówił poważnie. Kazałam mu natychmiast usiąść i wszystko opowiedzieć. Jarek posłusznie usiadł, wziął łyka wody i zaczął opowiadać. 
 
Wracali z Marcinem, jego kolegą z liceum, z treningu piłki nożnej. Mieli iść tą samą drogą, co zwykle, ale Marcin chciał jeszcze wstąpić do sklepu po coś do picia, więc wyjątkowo skręcili w inną uliczkę. Kiedy tylko w nią weszli, zauważyli, że na drugim piętrze budynku z okna wygląda mały chłopiec. Jarek powiedział, że od razu coś go tknęło, bo nie widział za nim nikogo dorosłego, więc stanął i zaczął się przyglądać, czy ktoś pilnuje malca. Po chwili chłopiec wdrapał się na parapet i usiadł z nóżkami po zewnętrznej stronie.
 
– Stój! – mój syn wrzasnął do niego na cały głos. – Wracaj do domu. Gdzie jest twoja mama? 
 
Dziecko było jednak za małe, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Wyglądało, jakby miało niespełna dwa lata. Rozglądało się ciekawie dookoła i kompletnie nie zdawało sobie sprawy z grożącego mu niebezpieczeństwa.
 
– Leć do góry! Ja tu zostanę! – krzyknął Jarek do Marcina, a on od razu wbiegł do klatki schodowej, żeby odnaleźć właściwe drzwi, zapukać do domu, gdzie mieszka dziecko i ostrzec jego opiekunów. 
 
Jarek zastanawiał się przez chwilę, czy wezwać straż pożarną, ale w tym momencie chłopiec zachwiał się … i wypadł z okna. To była sekunda! Syn wyciągnął przed siebie ręce i z całych sił skupił się, żeby złapać malucha. Dziecko dosłownie runęło w jego ramiona, a on nawet nie drgnął. Po prostu złapał chłopca i wtulił w siebie z całych sił. Mały zaczął się drzeć wniebogłosy i w tym momencie z okna wyjrzał jego przerażony ojciec. 
 
– Maciuś! Mój Boże! Co się stało? Trzymasz go?! Złapałeś go? Nic mu nie jest?! – krzyczał przez okno, po czym szybko zniknął. 
 
Okazało się, że jak szalony zbiegał już na dół, Marcin nie zdążył nawet dobiec na jego piętro, żeby powiadomić go, co się dzieje. 

Dziennikarka chciała z nim porozmawiać

Jarek dopiero w tamtej chwili poczuł, jak zaczynają mu drżeć ręce i nogi. Poziom adrenaliny zaczął spadać. Tata dziecka wybiegł na zewnątrz, przejął od Jarka płaczące dziecko i zaczął przyglądać mu się z niedowierzaniem, dotykając jego rączki i nóżki. Mały wtulił się w tatę i powoli uspokajał.
 
– Złapałeś go, stary? – krzyknął z niedowierzaniem Marcin, który wybiegł tuż za tatą malca, a Jarek sam nie wierząc w to, co się stało, kiwnął tylko potakująco głową. 
 
Ojciec dziecka cały czas trzymał chłopca w ramionach i nie przestawał go przytulać. W końcu zaczął cicho płakać.
 
– Uratowałeś życie mojemu synowi! – powiedział drżącym głosem.
 
Słuchałam opowieści Jarka z niedowierzaniem. To brzmiało jak jakiś scenariusz filmu akcji, a nie jak prawdziwa historia. To, że akurat w tamtym momencie mój syn przechodził pod tym oknem, było cudem lub zrządzeniem losu! Jakby tego nie nazwać, Jarek zachował się wspaniale, był prawdziwym bohaterem. 
 
– I nic temu dziecku nie jest? – upewniłam się, gdy emocje opadły.
 
– Chyba nie. Jego tata zabrał go do lekarza – odpowiedział. 
 
– A ty, jesteś cały? Nie połamałeś rąk? Nie zerwałeś ścięgien?
 
Jarek zaprezentował ramiona gestem atlety i zaśmiał się, jakby to, co zrobił, nie było niczym więcej niż dobrą opowiastką dla przyjaciół. Tymczasem, gdyby poszedł inną drogą, chłopiec nie przeżyłby tego upadku. To, że jeden z nich wbiegł na klatkę schodową, a drugi został pod oknem, świadczyło o ich niewiarygodnej trzeźwości umysłu i rozsądku. Nie wiem, ilu ludzi na ich miejscu potrafiłoby tak się zachować. Cały dzień nie rozmawialiśmy w domu o niczym innym.

Późnym popołudniem stawili się u nas funkcjonariusze policji, którzy zostali powiadomieni przez pogotowie o wypadku. Przesłuchiwali Jarka przez godzinę, wciąż wypytując o szczegóły zdarzenia. Wyglądało na to, że ojciec chłopca, który miał opiekować się dzieckiem podczas nieobecności mamy, może mieć kłopoty za narażenie zdrowia i życia malca.
 
– To był wypadek. Naprawdę! – zapewniał gorliwie Jarek. 
 
Policjanci byli pod wyraźnym wrażeniem jego skromności i odwagi.
 
– Ma pani naprawdę wspaniałego syna – powiedzieli, wychodząc. 
 
Tuż po ich wyjściu zadzwonił telefon. Była to reporterka lokalnego dziennika, która już dowiedziała się o heroicznym wyczynie mojego syna. 
 
– To nic takiego – zapewniał przez telefon, ale ona wiedziała swoje. 
 
Poprosiła go o udzielenie wywiadu. Jarek początkowo odmówił, ale ona oświadczyła, że artykuł i tak się ukaże, więc dobrze byłoby, gdyby sam opowiedział swoją wersję zdarzeń. Zgodził się dość opornie. Nie przypuszczał, że tym, co zrobił, wywoła aż taką sensację. Chciał umówić się z nią następnego dnia po szkole, ale dziennikarka upierała się, że musi z nim porozmawiać jeszcze dziś, bo artykuł ma być w jutrzejszej gazecie. 
 
Pojawiła się u nas wkrótce i syn po raz kolejny, krok po kroku, opowiedział o tym, co się stało, wciąż podkreślając, że był to zwykły przypadek. Następnego dnia, z samego rana, starsza córka, Majka, pobiegła po gazetę. Zdjęcie Jarka było na pierwszej stronie z podpisem: „Bohater!”. 
 
– Młody, ale masz fejm! – powiedziała wesoło Majka, gdy przeczytała cały artykuł o swoim bracie. 
 
– Co takiego? – roześmiałam się.
 
– No jak to co? Jest sławny! – wyjaśniła córka, a ja i mąż nie kryliśmy dumy z naszego syna.

Byliśmy dumni z naszego dziecka

Bałam się trochę, żeby Jarkowi od tej sławy nie przewróciło się w głowie. Wiedziałam, że nigdy nie interesowała go szkolna popularność, więc liczyłam na to, że i ta prasowa zanadto go nie wciągnie. Jarek jednak nawet nie chciał przeczytać artykułu. Ja oczywiście wzięłam jedną gazetę do pracy, żeby pochwalić się koleżankom i szefowi, jakiego mam dzielnego syna. Okazało się, że nie było to konieczne, bo wszyscy już wiedzieli. Zdążyłam przekroczyć próg biura, gdy koleżanki i koledzy rzucili się w moim kierunku z gratulacjami. 
 
Prawie to samo Jarek i Majka opowiadali po szkole. Syn nie mógł przejść korytarzem, bo wszyscy wciąż wypytywali go o szczegóły. Nawet Marcin relacjonował to, jak Jarek uchwycił dzieciaka, mimo że tego nie widział. Telefon syna dzwonił niemal bez przerwy, a na Facebooku wszyscy udostępniali artykuł o dzielnym nastolatku. Na każdej lekcji odbierał gratulacje i pochwały od nauczycieli, a dyrektor wezwał go do gabinetu, żeby osobiście uścisnąć mu dłoń i przekazać wyrazy uznania.
 
Wrócił do domu wykończony i nie chciał już nawet za bardzo rozmawiać. Majka przeciwnie! Była zachwycona i pełna entuzjazmu, to ona zdała mi relacje ze wszystkiego, co działo się w szkole. Jarek zasnął, chyba musiał odzyskać energię. Nie przywykł do takiego zainteresowania, zwykle nie wyróżniał się szczególnie w klasie i chyba lubił swoją anonimowość. Był trochę nieśmiały, więc całe to zamieszanie widocznie go przytłoczyło. Następnego dnia znów wyświetlił się jakiś obcy numer w jego telefonie komórkowym.
 
– Nie gadam z nikim – powiedział i schował głowę pod poduszkę. 
 
Wzięłam telefon i odebrałam. 
 
– To z Kancelarii Prezydenta Miasta – powiedziałam do niego, a on się wyprostował i wytrzeszczył oczy. – No, bierz ten telefon.
 
– Halo? – powiedział onieśmielony. – Tak, przy telefonie. Tak, oczywiście, że może pani połączyć.
 
Spojrzał na mnie trochę wystraszony, ale ja kiwnęłam uspokajająco głową, choć sama bałabym się, gdybym miała rozmawiać z prezydentem miasta. 
 
– Dzień dobry, panie prezydencie. Tak… Tak… Bardzo dziękuję… Tak. Oczywiście. Będzie mi bardzo miło. Tak. Za tydzień? Tak… Mam czas. Oczywiście. Do widzenia.

Za swój czyn miał otrzymać nagrodę 

Stałam i próbowałam domyślić się, o czym rozmawiali, ale niestety niewiele zrozumiałam. Jarek się rozłączył i spojrzał na mnie oszołomiony.
 
– Chcą mi przyznać jakąś nagrodę prezydenta i medal – powiedział. 
 
– Mój Boże! Poważnie? 
 
– Niech to wszystko już się skończy – rzekł cichym głosem.
 
Położył się znów na łóżku i przykrył szczelnie poduchą, a ja pobiegłam do męża z najnowszym wieściami. To wszystko było jak sen! Nie mogłam uwierzyć, że działo się naprawdę. Żałowałam trochę, że Jarek jest jeszcze taki młody i nie potrafi docenić swoich pięciu minut, tylko traktuje to jak dopust boży. Gdyby był starszy i dojrzalszy, wiedziałby, jakie ogromne wyróżnienie go spotkało! 
 
Opowiedziałam wszystko mężowi, pokręcił głową z niedowierzaniem.
 
– Musimy mu kupić nowy garnitur! – oznajmiłam stanowczo. – Przecież Jarek nie pójdzie do urzędu miasta w samej koszuli – dodałam. 
 
Wiedziałam, że nie będzie zachwycony tym pomysłem, ale nie miał nic do gadania. Następnego dnia po szkole zaciągnęłam go do sklepu. 
 
– Mój syn musi mieć doskonale leżący garnitur. Odbiera nagrodę prezydenta miasta – powiedziałam z dumą, a Jarek wzniósł oczy do nieba. – Co tak na mnie patrzysz dziwnie? Przecież to prawda! Uratował dziecko, które wypadło z okna – zwróciłam się bezpośrednio do ekspedientki.
 
– Mamo! – jęknął cicho.
 
– To byłeś ty? – sklepowa wyraźnie się ożywiła. 
 
Naprawdę podekscytowana zaczęła biegać po całym sklepie i dobierać mu elementy stroju tak, żeby wyglądał jak należy. Spodnie, kamizelka, marynarka, krawat – wszystko musiało idealnie się prezentować. Słono zapłaciłam za ten cały mundurek, ale co tam! Wyglądał świetnie! Poza tym raz w życiu zdarza się taka sytuacja. Drugi dostanie dopiero na ślub! Jarek stwierdził, że dopłaciliśmy dziesięć procent tylko dlatego, że jest lokalnym celebrytą. Nie przejęłam się jednak jego kąśliwą uwagą.

Najważniejsze, że ma w czym iść. Marcina także zaproszono, więc w dniu uroczystości cała szkoła wiedziała już, co się dzieje. Chodziłam tak zestresowana, że nie byłam w stanie niczego przełknąć. Do ratusza przybyły całe tłumy nie tylko młodzieży, ale i dorosłych. Był też najmłodszy zainteresowany – malutki chłopiec, którego Jarek uratował oraz jego rodzice. Zobaczyłam go po raz pierwszy i nawet nie przypuszczałam, że jego widok tak mnie poruszy. Podziękowania jego rodziców były tak wzruszające, że patrzyłam na to wszystko, pękając z dumy, i nie mogąc powstrzymać napływających mi do oczu łez. Prezydent także wygłosił piękną przemowę.
 
– Karel Čapek powiedział kiedyś: „Żadnego bohaterstwa nie da się zaplanować – może się ono jedynie przytrafić”. Są ludzie, którzy w sytuacji krytycznej potrafią zmobilizować w sobie takie pokłady siły, że nic nie powstrzyma ich przed działaniem. Tacy zasługują na to, by o nich mówić i ich wyróżniać. Jesteśmy szczęśliwi i dumni, że prawdziwymi bohaterami okazali się dwaj młodzi mieszkańcy naszego miasta! – powiedział i wręczył chłopakom medale zasługi. 

Od dzieciństwa był szczery i uczciwy

Jarek podziękował i powiedział, że wcale nie czuje się bohaterem i uważa, że każdy na jego miejscu postąpiłby tak samo. A później dodał, że najważniejsze dla niego jest to, że chłopcu nic się nie stało. Pewnie większość osób na sali pomyślała, że mówi tak skromnie z czystej kurtuazji, jednak ja dobrze wiedziałam, że mój syn naprawdę tak sądzi. Miał po prostu dobre serce i mocny kręgosłup moralny. Od dzieciństwa był zawsze szczery i uczciwy, więc może właśnie te cechy sprawiły, że w chwili próby wiedział, jak się zachować. Po wręczeniu nagrody przemawiało kilku polityków, którzy za wszelką cenę próbowali zadbać o swój wizerunek przy tak korzystnej medialnie sytuacji. Szczerze mówiąc, to było naprawdę żenujące. Następnie zaproszono nas na uroczystą kolację, gdzie poza chłopcami i nami, rodzicami, byli sami politycy i przedstawiciele administracji. 
 
Gdy wróciliśmy, syn poszedł bez słowa do pokoju. Wiedziałam, że to wszystko go wykańcza. Jego telefon od kilku dni był wyciszony, zablokował też swoje konto na Facebooku. Ciężko mi było pojąć, dlaczego takie radosne chwile przyjmuje z takim wielkim oporem i trudem.
 
– Jareczku, kiedyś będziesz to wspominał z rozrzewnieniem i dumą. Nie zamykaj się tak. Za moment wszyscy zapomną i będą żyć dalej. Ciesz się swoją chwilą triumfu.
 
– Jakiego triumfu, mamo? Dziecko omal się nie zabiło. To nie żaden triumf. To prawdziwe szczęście, że nic mu nie jest. Może to jego anioł stróż zawrócił nas w inną uliczkę, a może to był czysty przypadek. Ale naprawdę nie chcę już o tym myśleć. Bo gdy to wspominam, to widzę tylko jedno. Gdybym był tam minutę później, to dziecko roztrzaskałoby się o chodnik. I żaden polityk nie miałby okazji dzisiaj przemawiać – powiedział mój syn i miał rację. 
 
Pocałowałam go i wyszłam z pokoju. Nie znam drugiego tak mądrego i wrażliwego dziecka jak on. Wieczorem zadzwonił mój telefon i pan po drugiej stronie powiedział, że jest z telewizji śniadaniowej i od trzech dni próbuje skontaktować się z bohaterem, który uratował dziecko. Grzecznie mu podziękowałam i powiedziałam, że niestety będą musieli zapełnić ramówkę innym tematem, bo mój bohaterski syn pragnie od tej chwili pozostać anonimowy.

Maria, 43 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy