byłam złą macochą
fot. Adobe Stock

„Może wyjdę na WREDNĄ macochę, ale mam to gdzieś. Ogarnij się albo wynocha!”

Odkąd pamiętam, mój synek miał jedno marzenie – brata. A właściwie „bjata”, jak go nazywał, rozciągając usta w szczerbatym uśmiechu. Gdy podrósł, sprecyzował, że najbardziej chciałby starszego brata. W końcu się go doczekał....
byłam złą macochą
fot. Adobe Stock
Kochałam synka nad życie; razem z mężem staraliśmy się, żeby miał wszystko, co najlepsze, i dorastał otoczony miłością. Posłaliśmy go do dobrego przedszkola, płaciliśmy za dodatkowe zajęcia – aikido, szachy i oczywiście na angielski, bo jak się bez niego obyć w dzisiejszym świecie. Latem zabieraliśmy Kubę na zagraniczne wakacje, żeby osłuchał się z językami, a zimą wyjeżdżaliśmy na narty. 

Szansa dla mnie, a czas na dziecko mam

Na czym jak na czym, ale na jego rozwoju i przyszłości nie chcieliśmy oszczędzać. Dlatego kiedy mały poszedł do przedszkola, wróciłam do pracy, a potem zapisałam się na kursy doszkalające, dzięki którym dostałam lepszą posadę. Co prawda spędzałam w domu jeszcze mniej czasu i musieliśmy zatrudnić opiekunkę, która zajmowała się Kubą po przedszkolu, ale wyszło mu to tylko na dobre – dziewczyna studiowała anglistykę i uczyła go w zabawie dodatkowych słówek i zwrotów. Gdy uznaliśmy z mężem, że stać nas na drugie dziecko, firma zaproponowała mi posadę kierowniczą. Wiązała się z pracą po godzinach, ale nie wahałam się ani chwili: przecież to dla mnie taka szansa, a na dziecko wciąż mam czas. 

Patrzyłam z dumą na mojego mądrego, grzecznego synka, ciesząc się, że niczego mu nie brakuje. Kiedy jednak w wieku 11 lat wypalił: „Dobra, niech będzie nawet siostra”, po raz pierwszy szczerze pomyślałam, że czas skończyć z tą pogonią za nie wiadomo czym i zająć się rodziną. I kiedy już byłam gotowa porzucić stanowisko, pieniądze, znosić ciążowe mdłości i ząbkowanie malucha, mój mąż oznajmił, że odchodzi.

Było nam dobrze, ale...

– Bo ty nigdy nie masz na nic czasu. Tylko kariera i kariera, nic poza nią się nie liczy – oskarżał mnie. Prawie padłam trupem, kiedy dowiedziałam się, że zakochał się w samotnej matce dwóch córek. Ich ojciec po wyjeździe za granicę przestał się interesować rodziną, żyły więc z dnia na dzień na bardzo skromnym poziomie. „Jak można coś takiego zrobić dzieciom?!” – powtarzałam. W tej sytuacji uznałam, że lepiej będzie, jeśli Kuba zostanie ze mną, a ojca będzie odwiedzał w weekendy. 

Zaczęliśmy nasze nowe życie. O dziwo – podobało mi się. Zostaliśmy z Kubą w przestronnym mieszkaniu, które urządziłam z dbałością o najmniejszy szczegół. Ponieważ wraz z małżeństwem rozpłynął się temat drugiego dziecka, powiedziałam w firmie, że mam dla niej więcej czasu i chętnie podejmę się nowych wyzwań. Pracowałam jak szalona, Kuba chodził na coraz więcej lekcji z języków (już nie tylko angielski, ale też hiszpański, bo co to w dzisiejszych czasach jeden), do szkoły zabierał zdrowe lunche (przygotowała je profesjonalna firma, trzeba przecież zadbać o zdrowe odżywianie), a mieszkanie sprzątała nam gosposia. I wciąż mnie było stać, żeby raz w miesiącu wyjechać z Kubą w jakieś ładne miejsce: poznawaliśmy najdalsze zakątki Polski, a czasem wyprawiali się nawet za granicę. 

Dwóch dodatkowych osobników

Na jednym z takich wyjazdów poznałam Wojtka. Elegancki, dowcipny, szarmancki, na stanowisku, jeden z tych mężczyzn, do których wzdychają kobiety. On z jakichś powodów zaczął jednak wzdychać do mnie. Na początku opierałam się, bojąc się, że Kuba może go nie zaakceptować, ale mój syn nastolatek sam z siebie oznajmił: – Mama, to fajny gość, a ty ciągle jesteś młoda. Może więc wreszcie spełnisz moje marzenie, o którym zawsze mówiłaś, że jest niespełnialne – uśmiechnął się i puścił oko.

Wojtek nigdy się nie ożenił. Ale był w krótkim szaleńczym związku, którego owocem był syn Olek. Chłopiec urodził się dwa tygodnie wcześniej niż Kuba.
– Wreszcie będę miał starszego brata – żartował syn. W ten sposób w naszym wygodnym, ułożonym życiu – i mieszkaniu – pojawiło się dwóch osobników. Bo w przeciwieństwie do mnie i mojego byłego męża, Wojtek ze swoją byłą dziewczyną umówili się, że to głównie on zajmie się Olkiem. Wywróciło to do góry nogami wszystko…

Jak tak można pobłażać dziecku?

Wiedziałam, że dorosłego faceta nie da się wychować i można go albo zaakceptować z porozrzucanymi skarpetkami, zachlapaną podłogą i kuchnią, która po gotowaniu wygląda jak pobojowisko, albo mu podziękować za dalsze wspólne życie. Ale młodego chłopaka? Jak można pozwolić, żeby dorastał i zachowywał się w ten sposób? Olek był całkowitym przeciwieństwem mojego Kuby. Chodził do publicznej szkoły, nigdy nie miał zajęć dodatkowych.

– A daj spokój – bagatelizował Wojtek, gdy próbowałam dociekać, czemu nie zapisze syna choćby na dodatkowy angielski. – Niech się cieszy dzieciństwem, jeszcze zdąży się w życiu napracować.
W ten sposób moje nadzieje, że chłopcy będą popołudniami rozmawiać po angielsku, szlifując ten język, prysły. Olek co prawda go znał, ale tylko ze szkoły, i jeszcze mój Kuba nabrałby od niego złego akcentu.

Regularnie sprawdzałam dzienniczek Olka i przepytywałam go o sprawdziany i prace domowe. Był tym zaskoczony, bo wcześniej żadne z rodziców tak bardzo się nimi nie interesowało. Nie trzeba było detektywa, żeby odkryć, że nawet w mało wymagającej szkole chłopiec radzi sobie średnio. Ku mojemu zdziwieniu, jego ojciec też się tym zbytnio nie przejmował.
– Olek znowu przyniósł trójkę z matematyki, może powinniśmy znaleźć dla niego korepetytora? – zaczęłam zatroskana.
Wojtek tylko wzruszył ramionami: – Nie jest najgorzej, mógł przecież dostać jedynkę.
Kiedy zauważył moją chmurną minę, próbował mnie udobruchać:
– Przecież to jeszcze dziecko, które nie wie, co chce w życiu robić. Nie musi być świetny we wszystkim, wystarczy, że będzie dobry w jednym, a reszta może być przeciętna. Zamiast syna ze świadectwem z czerwonym paskiem wolę mieć syna szczęśliwego.

Musiałam użyć podstępu

Niby racja. Ale sęk w tym, że Olek nie był dobry w niczym, a uszczęśliwiały go tylko smartfon i laptop. Siedział wpatrzony w nie całymi dniami. Miałam nadzieję, że będą razem z Kubą chodzić na jakieś treningi, zapisałam ich na koszykówkę, ale gdzie tam – mój pasierb najchętniej spędzałby czas na kanapie. Żeby wyciągnąć go na rodzinną przejażdżkę rowerem, musiałam użyć podstępu.
– Wiecie co? W niedzielę możemy nie gotować. W drodze powrotnej kupimy pizzę na wynos.

Na co dzień unikałam niezdrowego jedzenia, ale uznałam, że raz w miesiącu mogę pozwolić moim chłopcom na drobny grzeszek. Olek najchętniej grzeszyłby w ten sposób na okrągło. Hamburgery, czipsy, batoniki – to były jego ulubione dania; warzywa i owoce uważał za truciznę. Kiedy próbowałam rozmawiać z jego tatą o zmianie diety – młody sapał wchodząc na czwarte piętro! – on jak zwykle bagatelizował:
– Przecież dziewczyny się jeszcze za nim nie oglądają. Ma czas, żeby wyglądać i się stroić.

Akurat ciuchy Olka były najlepszych marek, bo ojciec nigdy na nim nie oszczędzał, ale chłopiec zupełnie o nie nie dbał. Spodnie miały obszarpane nogawki, swetry – dziury, a plam z tiszertów nie potrafiła sprać nawet nasza gosposia. Ubrania leżały wszędzie, najczęściej na podłodze, wrzucenie ich do pralki pomagało tylko na chwilę, bo – nawet jeśli zdjęłam je z suszarki sama i zaniosłam chłopcu pod nos – następnego dnia były niedbale wymieszane z tymi, które dopiero czekały na pranie.

Nie dam sprowadzić mojego syna na złą drogę!

Na początku starałam się być tolerancyjna; mówiłam sobie, że chłopca praktycznie wychował ojciec, a przecież wiadomo, jakie podejście mają mężczyźni do zdrowia, porządku i codzienności. Potem próbowałam tłumaczyć, ale jakbym waliła kulą w płot: Olek olewał naukę, zdrowe jedzenie i jakiekolwiek zainteresowania. Moja irytacja rosła nie tylko dlatego, że zrozumiałam, iż mój syn nie będzie miał fajnego starszego brata, ale że ten brat sprowadzi go jeszcze na złą drogę! I całe moje wysiłki włożone w wychowanie Kuby pójdą na marne.

Aż pewnego dnia wszystko pękło jak przekłuty balonik. Miałam wtedy wyjątkowo ciężką prezentację przed zarządem. Na szczęście poszła mi świetnie i wróciłam z delegacji wcześniej niż zapowiedziałam chłopakom. Według planu, który im przygotowałam przed wyjazdem i powiesiłam na lodówce, Kuba miał być właśnie na basenie, Wojtek powinien kończyć odrabiać lekcje z Olkiem, a potem mieli zjeść na kolację makaron razowy z warzywami, który zostawiłam w lodówce.

Mam dość, wynocha!

Już pod drzwiami podejrzewałam, że coś jest nie tak, bo z domu dobiegało radosne pokrzykiwanie. Gdy je otworzyłam, wyraźnie poczułam zapach – hm… – pieczonego sera? Potem było tylko gorzej: salon wyglądał jak pobojowisko, a moi trzej panowie siedzieli na kanapie, wcinając pizze z pudełek i przekrzykując się nad laptopem, w którym oglądali relację z jakichś zawodów.
Awanturę, jaką wtedy zrobiłam, musieli słyszeć wszyscy sąsiedzi, ale szczerze mówiąc, miałam to w nosie.

– Co ty sobie myślisz! – krzyczałam do partnera. – Nie potrafiłeś wychować swojego syna, a teraz jeszcze psujesz mojego! Co to w ogóle ma być, jakieś gry i niezdrowe jedzenie! Wiesz, ile pracowaliśmy, żeby doszedł do tego, kim jest?
Nie pozwoliłam dojść Wojtkowi do słowa, wściekła trzaskałam talerzami i szafkami, a kiedy trochę ochłonęłam, powiedziałam:
– To wszystko przez Olka, jest źle wychowany i ma zły wpływ na mojego syna. Ja nie potrafię dotrzeć ani do niego, ani do ciebie w jego sprawie. Więc jeśli dalej chcesz być ze mną, niech twój syn zamieszka ze swoją mamą.
Dziś jest mi wstyd, że wyrzuciłam nastolatka z domu, uznając, że wszystko jest jego winą, ale wtedy naprawdę tak myślałam.

Porządek wrócił, ale coś zniknęło

Dwa dni później Olek i jego rozrzucone ubrania zniknęły. Do naszego mieszkania wróciły porządek, cisza i zdrowe jedzenie. Niedługo potem zauważyłam jednak, że Kuba zrobił się markotny. Kiedy próbowałam wyciągnąć, czy coś go gryzie, tylko wzruszył ramionami i odburknął, jak nie on. Zaczaiłam się więc pod jego drzwiami i podsłuchałam, jak zwierza się komuś przez telefon, że tęskni za Olkiem i nudno mu bez niego w domu. Hm…..

Wojtek też był osowiały; owszem, pomagał w zakupach i woził Kubę na zajęcia, ale ucichł jego wieczny śmiech. Ożywił się dopiero przed weekendem, w który – zgodnie z umową – miał nas odwiedzić Olek. O dziwo, kiedy się pojawił też wydawał się… inny – grzeczniejszy i wyciszony. Machnęłam ręką i, żeby rozładować atmosferę, po kolacji wyjęłam z najgłębszego kąta szafki jego ulubione chipsy z zieloną cebulką.

Wyjątkowo niezdrowe i wyjątkowo pyszne – zachichotał Olek, po czym się ożywił i opowiedział, jak mu się mieszka z mamą, jej mężem i przyrodnim rodzeństwem. Otóż tam mają rozpisane nawet godziny, o których kładą się do łóżek (nastolatki!), a plan zajęć dodatkowych jest tak napięty, że dzieciaki właściwie się nie widują.

To tylko pogubiony dzieciak

– Wiesz, ciocia, z tobą to ja miałem taki luuuuz – zwrócił się do mnie pasierb z szelmowskim uśmiechem. Potem rzucił w Kubę czipsem, ten się uchylił, okruszki spadły na podłogę, a ja… Ja nie krzyknęłam, żeby się uspokoili. Mało tego – patrząc na roześmianych chłopców, pomyślałam, że wreszcie jest jakieś życie w tych ścianach.

Kiedy po obejrzeniu dwóch filmów kładliśmy się spać, przytuliłam się do Wojtka.
– Może byłam dla Olka za ostra. To ciągle dzieciak, trochę pogubiony, bo bez obojga rodziców. To nie jego wina – powiedziałam.
– Nie, to ja nie potrafiłem go wychować. Sytuacja mnie zwyczajnie przerosła, a do tego pozwalałem mu na wszystko, chcąc w ten sposób wynagrodzić brak matki. Dziś widzę, że przeholowałem – przyznał się mój partner, jak na prawdziwego mężczyznę przystało.

Nasi synowie rozmawiają co drugi dzień po angielsku

To była bardzo długa noc. Zasnęliśmy właściwie nad ranem, ale do tego czasu wiele sobie wyjaśniliśmy i ustaliliśmy że Olek – jeśli chce – może znowu zamieszkać z nami.
Pewnie, że chciał. Żebyście widzieli, jak się cieszył. Wyszło nam to wszystkim na zdrowie. Wojtek stał się uważniejszym rodzicem, Olek poprawił stopnie i zakochał się w geografii. A Kuba? Jest bardziej otwarty i częściej się śmieje. No i wprowadziliśmy w życie mój pomysł: nasi synowie co drugi dzień rozmawiają popołudniami po angielsku, ćwicząc w ten sposób język. Olek co prawda nie ma brytyjskiego akcentu, po którym można poznać dobrze wykształconych, ale mój syn zauważył:
– W USA i kilku innych krajach i tak go nie znają. Tam szybciej zrozumieją Olka niż mnie.

Roześmiałam się, przyznając mu rację. Dzięki nowym członkom naszej rodziny wyluzowałam, nie przejmuję się już drobiazgami i nie jestem ciągle spięta. Coraz częściej myślę, żeby poprosić o zmianę stanowiska i więcej czasu spędzać z chłopcami. Już się w życiu napracowałam i czas pobyć z rodziną, bo to ona jest najważniejsza. Moja – co prawda z przygodami – ale udała się świetnie.

Przeczytaj też:
Redakcja poleca: Zazdrość o rodzeństwo - film
Nie wiesz jak poradzić sobie z zazdrością starszego dziecka o młodsze? Zobacz co na ten temat mówi psycholog.
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy