Smutek bezpłodnej kobiety
fot. Adobe Stock

„Nie planowałam dzieci, ale kiedy dowiedziałam się, że nie mogę ich mieć, wpadłam w rozpacz"

Mąż powiedział, że moja bezpłodność jest nam na rękę, bo zaoszczędzimy na pigułkach. Moja matka, z kolei, że tragedią byłoby, gdyby to przytrafiło się kobiecie, która zawsze chciała mieć dzieci. Nie miałam żadnego wsparcia.
Smutek bezpłodnej kobiety
fot. Adobe Stock
Miałam dość. Musiałam choć przez chwilę odetchnąć od pracy przy sortowaniu tysięcy zdjęć z ostatniej wyprawy. Włączyłam telewizor, oczywiście kanał podróżniczy. Zawsze warto było podpatrzeć innego kamerzystę czy fotografa przy pracy. Akurat leciał program o Ameryce Południowej.

„O ile poziom życia w boliwijskich miastach jest względnie wysoki, to na terenach wiejskich ludność ma niejednokrotnie trudności z dostępem do opieki medycznej i edukacji. Uznaniem cieszy się tu model licznej rodziny, Boliwijki rodzą zazwyczaj więcej niż pięcioro dzieci. Niestety, nie tak rzadko zdarzają się powikłania podczas porodu czy połogu i wiele kobiet nie otrzymuje pomocy lekarza na czas.

Osieroconymi dziećmi zajmuje się zazwyczaj dalsza rodzina, ponieważ nie jest przyjęty model samotnego ojcostwa. Jeśli jednak, szczególnie na terenach uboższych, tragedia dotknie kilku kobiet w rodzinie, lub krewni nie mogą się zaopiekować dziećmi, sieroty trafiają do ośrodków misyjnych. Ale tylko jeśli mają szczęście. Wiele dzieci żyje na własny rachunek, utrzymując się z tego, co znajdzie, wyżebrze czy nieraz ukradnie, i sypiając w opuszczonych domach albo wprost na ulicy. Ich sytuacja jest tragiczna i wiele fundacji…”

Przełączyłam kanał

Nie mogłam słuchać o dramatach dzieci, zwłaszcza tych urodzonych na skutek nieplanowania rodziny, tylko dlatego, że w danej kulturze po prostu „ma się” liczne potomstwo. Ja sama nie chciałam mieć dzieci. Nie dlatego, że ich nie lubiłam. Przeciwnie! Kochałam dzieci, wspierałam organizacje zajmujące się pomocą tym najuboższym czy chorym, ale uważałam, że przy moim trybie życia nie mogłabym zapewnić mojemu dziecku tego, na co każdy maluch zasługuje.

– Po prostu jesteś egoistką i tyle – usłyszałam nieraz od mamy, siostry czy od koleżanek. – Pewnie, że każdy by chciał podróżować po świecie, bawić się i nie mieć żadnych zobowiązań! Ale prawdziwe życie to nie wieczna impreza, tylko poświęcenie dla innych. Szkoda, że tego nie rozumiesz.

Albo:
– Jasne, teraz sobie jeździsz, gdzie chcesz, imprezujesz, kiedy chcesz, i nikomu z niczego nie musisz się tłumaczyć. Ale poczekaj, aż się zestarzejesz! Nie będziesz już mogła podróżować, a znajomi będą mieć własne rodziny. Zostaniesz sama!

Nigdy nie wiedziałam, co im na to odpowiedzieć

Zapytać, czy one rodzą dzieci, bo boją się samotności za 50 lat? I czy uważają, że to jest fair? Czy można traktować dziecko jako inwestycję? Kogoś, kogo sprowadziło się na świat tylko po to, żeby za te kilkadziesiąt lat podał im przysłowiową szklankę wody?

Trochę inaczej reagowali mężczyźni. Wielu z nich też się boi zobowiązań i mało który deklaruje, że chce mieć dzieci przed 35. rokiem życia. Ale oni z kolei nie traktowali mnie poważnie, gdy mówiłam, że świadomie rezygnuję z macierzyństwa.

– Ta, jasne! – prychali, słysząc to. – Jesteś młoda, ale czekaj, aż ci zegar biologiczny zacznie tykać.

Albo:
Teraz nie chcesz, za dziesięć lat będziesz w panice łapać pierwszego lepszego, żeby tylko mieć dziecko.

Oczywiście takie teksty sprawiały, że skreślałam danego faceta z listy moich potencjalnych partnerów. Chciałam być z kimś, kto będzie rozumiał, że moja decyzja nie wynika z młodzieńczej głupoty, tylko z długich przemyśleń. Z kimś, kto będzie podzielał mój punkt widzenia, a nie czekał, aż go zmienię. Tyle że to nie było takie łatwe.

Mężczyźni, z którymi się wiązałam, niby pozornie godzili się na naszą wspólną bezdzietność, ale po jakimś czasie wychodziło na jaw, że jednak chcą kogoś uczyć grać w piłkę albo marzą, że będą idealnym tatusiem dla swojej córeczki. I wtedy następowały bolesne rozstania.

Na szczęście pewnego dnia pojawił się Darek

Pracował w mojej branży, był montażystą filmowym. No, prawie w mojej, bo ja robiłam w dokumencie, a on specjalizował się w filmach fabularnych. No i oczywiście on montował filmy, a moją domeną była fotografia. Ale mieliśmy masę wspólnych tematów, prowadziliśmy też podobny tryb życia – ciągle w rozjazdach, wiecznie skupieni na pracy, gotowi poświęcić wszystko dla efektu artystycznego.

– Dzieci? Nie widzę tego – powiedział na trzeciej randce, choć nie wiedział, co ja na ten temat myślę. – Nie nadaję się do rodzicielstwa. Przeszkadza ci to? Bo jeśli tak, to zrozumiem, ale chcę, żebyśmy mieli jasność…

Uśmiechnęłam się, bo właśnie uzyskaliśmy jasność. Zdecydowaliśmy się na życie bez uroków rodzicielstwa, świadomie i bez poczucia, że coś nas omija. Kiedy po dwóch latach braliśmy ślub, rodzina i znajomi uznali oczywiście, że zmieniliśmy zdanie.

No bo jak to? Po co brać ślub, skoro nie chce się mieć dzieci?

„Więc kiedy? Myślicie o tym? Nie? Ale dlaczego? Przecież jesteście już po trzydziestce, ile chcecie czekać?”.

Ale Darek i ja naprawdę nie zmieniliśmy zdania. On jeździł po świecie z ekipami filmowymi, ja fotografowałam przyrodę i zwierzęta tam, gdzie biura turystyczne nie wysyłają swoich klientów. Widywaliśmy się czasami przez jeden weekend w miesiącu i spędzaliśmy ten czas, oddając się namiętności, świadomi tego, że nasi przyjaciele właśnie nie dosypiają nocami, grzęzną w pieluchach i kłócą się o to, kto ma iść z dzieckiem na szczepienie.

Nas te problemy omijały, byliśmy tylko dla siebie, wciąż zakochani i głodni siebie. Miałam wrażenie, że rozbiłam bank – Darek rozumiał mnie jak nikt na świecie, pragnął i adorował. Czy gdybym urodziła mu dwoje czy troje dzieci, nadal by tak było? Coś mi mówiło, że niekoniecznie.

Którejś wiosny planowałam wyjazd do Afryki, bo dostałam zamówienie na kalendarz z dzikimi zwierzętami. Nakład niewielki, więc i wynagrodzenie takie sobie, ale wydawnictwo pokrywało koszty. Chcieli mieć oryginalne zdjęcia, a ja miałam im je zapewnić. Jak zwykle, przed daleką podróżą zrobiłam komplet badań.

Wszystko było jak zawsze, dopóki ginekolog nie odmówił mi wydania recepty na tabletki antykoncepcyjne, bo zaniepokoiły go moje wyniki.

– I jeszcze, poza próbami wątrobowymi, proszę zrobić USG macicy – dorzucił.

Skrzywiłam się, ale poszłam na to badanie

Kiedy do niego wróciłam, miał poważną minę.

– Czy kiedykolwiek podejmowała pani próby zajścia w ciążę? – zapytał, patrząc w ekran komputera z moim wynikiem.
– Nie. Mąż i ja nie planujemy dzieci. Od piętnastu lat biorę tabletki antykoncepcyjne.
– Hm, no tak… – jego wzrok nadal był poważny. – To dlatego nikt się nie zorientował wcześniej. Ma pani nieprawidłową budowę macicy, tak zwaną macicę dwurożną.
– Czy to poważne? – zaniepokoiłam się. – Mam się martwić?
– Tak, jeśli ma pani w planach zajście w ciążę – złożył ręce. – Bo taka budowa macicy jak u pani praktycznie to uniemożliwia. Ale wspomniała pani…

Przestałam go słuchać.

Więc byłam bezpłodna?

W mojej macicy nie mogło rozwinąć się dziecko? Nigdy?

– Nie, nie widzę szans, przykro mi – odpowiedział doktor na pytanie, które zadałam, sama nawet nie wiedząc kiedy.

Wyszłam stamtąd kompletnie oszołomiona. Tak, to prawda, nie chciałam mieć dzieci, ale co innego nie chcieć, a co innego nie móc. Nagle zdałam sobie sprawę, że moje „nie planuję” zawierało pewną niedopowiedzianą ewentualność: „ale może kiedyś zmienię zdanie”.

Poczułam, że gdzieś tam, głęboko we mnie tkwi niedopuszczone do głosu pragnienie możliwości zmiany decyzji. Bo dlaczego nie? Czy to, że przez całe życie nie chciałam, musi oznaczać, że nigdy nie zapragnę urodzić dziecka? I wtedy zwaliło się na mnie poczucie winy.

Tak – myślałam – sama na siebie ściągnęłam tę bezpłodność przez to, co mówiłam o dzieciach. Wszechświat, Bóg czy inna siła pokazała mi, żeby uważać z życzeniami, bo mogą się spełnić. Nie chciałaś mieć dzieci? Proszę bardzo! Już ci to nie grozi. Nigdy!”.

Przytłoczona poczuciem winy, ale też straty, bo przecież straciłam coś bardzo ważnego – możliwość zmiany zdania – usiadłam na ławce i się rozpłakałam. I nagle zdałam sobie sprawę jeszcze z czegoś.

Chociaż cierpiałam, nie mogłam nikomu się wyżalić

Wiedziałam, że mama, siostra i koleżanki powiedzą mi tylko jedno: no i o co chodzi? Przecież nigdy nie chciałaś mieć dzieci. Siedziałam tam i rozmyślałam o ludzkiej naturze. Jaka jest przewrotna… Bo czy nie jest tak, że zawsze pragniemy czegoś, co jest poza naszym zasięgiem?

Przez piętnaście lat wywoływałam u siebie bezpłodność pigułkami hormonalnymi, a teraz, kiedy już na pewno nie mogłam zajść w ciążę, płakałam, bo wydawało mi się, że coś straciłam? Co za bezsens!

– Co tam? Dzwoniłaś – Darek oddzwonił dopiero wieczorem, z drugiego końca Polski. – Coś się stało, kocie?

Opowiedziałam mu o diagnozie. Czułam, że łamie mi się głos. Nade wszystko pragnęłam, żeby mnie pocieszył, powiedział coś ciepłego, podzielił ze mną ból z powodu tej niespodziewanej straty.

– Rany, to super! – usłyszałam za to. – Oszczędzimy na twoich tabletkach. Ej, o co ci chodzi? Nie histeryzujesz czasem? To tak jak ja bym wpadł depresję, bo ktoś by mi powiedział, że nie mogę grać w reprezentacji Mongolii hokeja na trawie. No nie mogę, ale przecież nigdy nie chciałem, no nie? Nie rozumiem, dlaczego się nie cieszysz, w końcu ta twoja bezpłodność jest dla nas cholernie wygodna, nie?

Rozłączyłam się i zaniosłam jeszcze większym płaczem

Mężczyzna, z którym dzieliłam życie, kompletnie nie rozumiał, co przeżywam. Cieszyło go, że jestem wybrakowana. Nagle poczułam, że go za to nienawidzę. Za to jego wygodnictwo i radość, że na sto procent nigdy nie będzie musiał zajmować się naszym dzieckiem. Byłam tak rozbita emocjonalnie, że zadzwoniłam do mamy. I niestety tu też nie znalazłam pocieszenia.

– Dobrze, że to nie spotkało jakiejś kobiety, która chciała być mamą, to byłaby prawdziwa tragedia – powiedziała. – Przepraszam, muszę kończyć, idę z Kasią i Antosiem na przedstawienie kukiełkowe. No, trzymaj się tam, w Afryce. Pa!

I tyle, jeśli chodzi o jej wsparcie.

„Ale ja na to zasłużyłam” – pomyślałam. „Kiedy moja siostra rodziła Kasię i Antosia, ja fotografowałam hipopotamy w Delcie Okavango. Kiedy ona nie spała po nocach, karmiła bliźniaki piersią i czekała na pierwsze ząbki, ja rozbijałam się terenówką po libijskiej pustyni. Zawsze prowadziłam ciekawsze życie i na rodzinnych i towarzyskich spotkaniach opowiadałam o swoich przygodach, kiedy inne kobiety mogły pochwalić się tylko pierwszym kroczkiem czy zrobieniem siusiu na nocnik swoich dzieci. Może miały rację, może byłam wygodnicką egoistką? I jak teraz miałyby mi współczuć?”.

Próbowałam wziąć się w garść i wrócić do normalnego trybu życia

Darek przyjechał z planu i przywiózł mi prezenty. Ktoś kupił sporo moich zdjęć, jakaś gazeta nazwała mnie „jedną z najlepszych polskich fotografek”. Ale to mnie nie cieszyło. Nagle całe moje życie wydało mi się puste, pozbawione znaczenia. Afryka? Znowu? Byłam tam cztery razy. Nagroda za najlepsze zdjęcie przyrody? Miałam już trzy. Mąż szepczący w sypialni, że mnie uwielbia do szaleństwa?

Szkoda, że zamiast tego nie umiał zrozumieć, co przeżywam… W końcu odwołałam wyjazd do Afryki. Nie umiałam wykrzesać z siebie zaangażowania i ekscytacji, koniecznych do poszukiwania dobrych ujęć. Wiedziałam, że jeśli pojadę z takim depresyjnym nastawieniem, schrzanię tę robotę. Zostałam więc w Polsce, odrzucałam kolejne zlecenia i snułam się od ściany do ściany. Darek zaczął tracić do mnie cierpliwość.

Nie rozumiał, o co mi chodzi. Sam cieszył się, z „naturalnego zabezpieczenia”, jak nazywał moją bezpłodność. W końcu przeszedł do ataku i oskarżył mnie, że go oszukiwałam, bo tak naprawdę zawsze chciałam mieć dzieci.

– Nie, nie chciałam! – krzyknęłam. – Ale mogłam zacząć chcieć! A teraz nie mogę! Co innego, kiedy sama o tym decydowałam, a co innego, kiedy nie ma w tym mojej decyzji! Ja nie mogę mieć dzieci, czy chcę czy nie! Nie rozumiesz, co czuję?!

Nie rozumiał. Nazwał mnie histeryczką i wrzasnął, że nie po to się ze mną żenił, żeby teraz wysłuchiwać żalów nad tym, jak to nie będziemy rodzicami. On nadal tego nie chciał.

– Jeśli masz mi płakać przez resztę życia, że jednak chciałaś rodzić dzieci, to ja się z tego wypisuję – oznajmił.

To mnie zmusiło do ukrywania się ze swoim smutkiem

Tylko dlaczego czułam smutek? I dlaczego coraz częściej gapiłam się na niemowlęta w wózkach i małe dzieci? Dlaczego rozbeczałam się, kiedy moi siostrzeńcy wskoczyli mi na kolana i zaczęli się przytulać? Odpowiedź była prosta: bo jednak chciałam mieć kogoś, kim mogłabym się zaopiekować.

Kiedyś myślałam, że całe życie spędzę na podróżach i przygodach, ale napodróżowałam się już dość. Teraz chciałam dać komuś miłość i opiekę, opowiedzieć o świecie, który zwiedziłam, przekazać, co wiem o życiu… Nie, nadal nie myślałam, że dziecko to inwestycja na starość. Chciałam tylko móc okazywać komuś troskę i uczucie.

– Dostałem ofertę pracy w Stanach – rzucił któregoś dnia Darek. – Minimum na pół roku, może więcej. Chcesz jechać ze mną?

Wyobraziłam to sobie. Darek zajęty pracą, ja snująca się po wynajętym mieszkaniu. Bezwartościowa, nikomu niepotrzebna, z przegranym życiem… Zostałam w kraju. Poszłam do psychologa, który pomógł mi zrozumieć, co się ze mną dzieje. I zasugerował, żebym nie rezygnowała z chęci opiekowania się kimś i pomagania.

– Jest wiele opuszczonych dzieci, które nikogo nie mają – powiedział. – Może pomyśli pani o adopcji, a może tylko o pomocy w takich środowiskach?

I tak odszukałam fundację, o której kiedyś oglądałam program

Tę, która pomaga boliwijskim sierotom. Znalazłam też sponsora, który za autorskie zdjęcia jeziora Titicaca pokryje mi koszty wyjazdu. Wyjeżdżam za trzy tygodnie. Będę pracować jako fotografka, a w wolnym czasie pomagać w sierocińcu. Może uda mi się zostać tam dłużej, a może wrócę i będę współpracować z jakąś organizacją w Polsce, jeszcze nie wiem.

Wiem tylko, że od kiedy to zaplanowałam, czuję się lepiej. Moje życie znowu ma sens. Już nie dręczy mnie myśl, że zostałam ukarana za swój „egoizm”. Terapeuta kazał mi opisać tę historię, bym zrozumiała, czego naprawdę pragnę w życiu, i chyba się udało. Wiem, co to jest: życie dla innych, nie tylko dla siebie.

Miłość, ciepło i świadomość, że ktoś mnie potrzebuje. I do tego będę dążyć przez resztę swoich dni. 

Paulina, lat 35

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy