Mama, która ma dość swoich dzieci
fot. Adobe Stock, Strelciuc

„Moje dzieci doprowadzają mnie do szału i marzę, by się od nich uwolnić. Przez nie w domu czuję się jak w więzieniu...”

„Byłam potwornie zmęczona, obolała, spuchnięta i… nienawidziłam własnych dzieci! Tak, bywały takie momenty, że po prostu widziałam w nich tylko małe wampiry energetyczne, których życiowym celem jest zamęczenie mnie na śmierć. A potem czułam się winna...”.
Mama, która ma dość swoich dzieci
fot. Adobe Stock, Strelciuc
Mamo, zgadnij, czy myślę o mojej prawej, czy lewej nodze? – pięcioletnia Zuzia pomachała mi przed nosem chudymi kończynami w różowych rajstopach.
 
– O lewej – odpowiedziałam, próbując jakoś ukryć znużenie.

– A nie, bo o prawej! Nabrałaś się! Przyznaj, że się nabrałaś!
 
– Przyznaję, nabrałam się – ledwie powstrzymałam chęć zrzucenia jej z łóżka, gdzie położyłam się, żeby choć na chwilę odciążyć opuchnięte stopy. – Wydmuchałaś nos, Zuziu? Masz jakiś straszny katar.
 
– Zaraz wydmucham – byłam pewna, że znowu nie zarejestrowała mojej prośby. – Mamo, a co będziemy robić jutro? Coś fajnego? A pojutrze?
 
Odpowiedziałam jej cierpliwie, po czym po raz setny przypomniałam o wydmuchaniu nosa. W końcu musiałam stoczyć się z łóżka, przytrzymując się oparcia krzesła i sama pójść po chusteczkę. Kiedy wróciłam, krzywiąc się, bo właśnie dostałam kopniaka pod żebra od mojego nienarodzonego jeszcze maleństwa, Zuzia miała do mnie kolejne, niezwykle ważne pytanie:
 
– Mamo, a czemu kupiłaś serek waniliowy, a nie jabłkowy? Nie lubisz już jabłek? Przecież one są pyszne!

I tak przez cały dzień…

Podobno to wspaniale, że dziecko dużo mówi i zadaje mnóstwo pytań, ale moje biło wszelkie rekordy. Przynajmniej to starsze, bo młodsze, dwuletni Adaś jeszcze nie mówił, za to złościł się strasznie, kiedy się go nie rozumiało.
 
Wyciągał rączki, mówił coś po swojemu i jeśli mu się tego natychmiast nie dało, zaczynał głośno płakać. Mój Boże, czasem byłam tak przytłoczona macierzyństwem, że miałam ochotę po prostu wyjść, tak jak stałam, i uciec jak najdalej od moich dzieci. Najgorsze, że nie było jak uciec, bo przecież nie zostawię maluchów samych.
 
– Kiedy ma pani termin porodu? – sprzedawczyni uśmiechnęła się na widok mojego ogromnego brzucha.
 
– Za trzy tygodnie – westchnęłam, pakując zakupy do koszyka pod wózkiem. – Adaś, nie, nie wyjdziesz teraz. Siedź spokojnie! Nie, nie mogę cię wyjąć! – westchnęłam, bo synek zaczął płakać, chcąc wyjść z wózka.
 
– Mamo, a po co zaplotłaś mi warkoczyki? – Zuzia, nieczuła na jęki brata, pociągnęła mnie za rękaw.
 
– Adaś! – krzyknęłam, bo małemu jakimś cudem udało się wyplątać z szelek i zaczął powoli zsuwać się ze spacerówki. – Nie wolno, Adaś!
 
– Mamo, a wolisz niebieski kolor czy różowy? – paplała córka.
 
W tym momencie złapał mnie jakiś dziwny skurcz w dole brzucha, i aż pociemniało mi w oczach. Na moment przestałam łapać synka, opierając się ciężko o ścianę. Ten wykorzystał sekundę braku kontroli i uciekł z wózka. Brzuch nadal mnie bolał, Zuzia trajkotała coś nieprzerwanie, domagając się mojej nieustającej uwagi, a Adaś, zasmarkany i zapłakany, dreptał właśnie w kierunku wyjścia ze sklepu.

Nie chciałam wracać do moich pociech...

Dźwignęłam się z trudem, modląc się, żeby nie zemdleć i ciężko poczłapałam za synkiem. W drzwiach dogonił mnie głos sprzedawczyni:
 
– Dwadzieścia jeden, pięćdziesiąt. Płaci pani kartą czy gotówką?
 
Do domu doszłam, płacząc. Byłam potwornie zmęczona, obolała, spuchnięta i… nienawidziłam własnych dzieci! Tak, bywały takie momenty, że po prostu widziałam w nich tylko małe wampiry energetyczne, których życiowym celem jest zamęczenie mnie na śmierć. A potem czułam się winna, że tak o nich myślałam, płakałam, że jestem złą matką, która nie potrafi kochać swoich  maluchów i wpadałam w jeszcze większy dołek psychiczny…
 
– Nasza mama nigdy by tak o nas nie pomyślała – łkałam potem siostrze w słuchawkę. – Pamiętasz, jaka była cudownie cierpliwa? Chłopcy wiecznie coś broili, myśmy gadały jak najęte, wszyscy skarżyliśmy jedno na drugie, a tymczasem ona była zawsze taka pogodna, taka wyrozumiała…
 
Tu rozpłakałam się jeszcze bardziej, bo porównując się do mojej mamy, w moich oczach idealnej Matki Polki, czułam się jak macierzyńskie zero.
 
– A mama miała nas czworo… dobiła mnie z westchnieniem Alina, moja siostra. – Nie mam pojęcia, jak ona sobie dawała z nami radę.
 
– Ale dawała! – chlipnęłam. – A ja nie wyrabiam nawet z dwójką! A co będzie, kiedy urodzę trzecie?!
 
Faktycznie, nasza mama miała niewiarygodne pokłady cierpliwości. Nawet, kiedy któreś z nas było straszliwie niegrzeczne czy namolne, ona po prostu nuciła sobie pod nosem, a dla dzieci miała tylko pełen wyrozumiałości uśmiech. Czemu ja tak nie umiałam?!
 
W końcu zaczęłam rodzić i poszłam do szpitala na całe cztery dni. Staś urodził się zdrowy, ale i tak robiłam, co mogłam, żeby przedłużyć pobyt w szpitalu. Skarżyłam się na bóle brzucha, udawałam, że mi słabo. Dopiero czwartego dnia zorientowałam się, że to wszystko gra na czas… Bo w szpitalu mogłam leżeć i drzemać, kiedy akurat nie karmiłam Stasia i miałam… tylko jedno dziecko. A w domu czekały na mnie moje dwie pociechy… Pociechy, do których ja nie chciałam wracać!
 
– Jestem złą matką – kręciłam głową, ocierając łzy z policzków. – Ale naprawdę nie daję sobie rady…  A przecież kocham ich nad życie! Moja ukochana Zuzia, mój mały orzeszek, Adasiek… Tęsknię za nimi, ale równocześnie wiem, że nie dam rady z nimi i jeszcze noworodkiem… Oni są tacy wymagający…
 
Alina pocieszała mnie jak mogła. Zaoferowała pomoc w opiece, obiecała, że razem z moim mężem będzie dbała o mój komfort. Jakoś zdołałam jej uwierzyć i wróciłam do domu.
 
– Mamo, a dlaczego to chłopczyk, a nie dziewczynka? I czemu nie ma włosków? O, po co tak ściska piąstki? – już w pierwszej minucie od wejścia do domu z noworodkiem, Zuzia zarzuciła mnie milionem pytań. 
 
Tym razem po prostu je zignorowałam, dając znać mężowi, że chcę iść się położyć. Kiedy mi się to wreszcie udało i zaczęłam karmić Stasia, zaczął wdrapywać się na mnie Adaś. Nie rozumiał, że mama teraz zajmuje się nowym dzieckiem i usiłował wcisnąć się między mnie i maluszka.
 
– Adasiu, to twój braciszek… – zaczęłam łagodnie. – Teraz go karmię, za chwilę będziesz się mógł przytulić.
 
Adaś jednak, jak zawsze, kiedy coś szło nie po jego myśli, zaczął płakać, czy raczej przeraźliwie wyć. To sprawiło, że rozpłakał się też Staś, przy okazji zalewając się mlekiem. Patryk przybiegł wprawdzie na pomoc i zabrał Adasia, ale mleko już się wylało i to nie tylko w przenośni…
 
Czułam się zapędzona w kozi róg. Miałam trójkę małych dzieci, mojemu mężowi kończył się urlop, siostra też musiała pracować… Stałam więc przed perspektywą zostawania z nimi sama w domu na całe długie dnie.
 
– Kochanie, jeśli chcesz, to przyjadę – zadeklarowała mama swoim spokojnym, ciepłym głosem.
 
– Z Kanady? Bez sensu, poradzę sobie – zagryzłam wargi, by nie zacząć szlochać.
 
Mama i jej drugi mąż mieszkali od lat w Kanadzie, ale nie zbijali tam kokosów. Wiedziałam, że na bilet do Polski muszą oszczędzać przez wiele miesięcy. Krępowałam się więc tak po prostu zażądać, by mama przyleciała wyręczać mnie w moich obowiązkach. Poza tym nie chciałam się przyznać, że sobie nie radzę. 
 
Nie przed mamą, która przecież śpiewająco dawała sobie radę z czwórką swoich dzieci, i to bez żadnej pomocy. Dosłownie śpiewająco!
 
– To chyba byli „Beatlesi”, nie? 
 
– Alina przerwała na moment grę w Memory z Zuzią, by pogadać ze mną o naszym dzieciństwie. – Mama nuciła sobie pod nosem „Hey Jude”. Tak, teraz to sobie przypominam.
 
– Ciociu, zobacz, zrobiłam domek z kart! – Zuzi nie spodobało się, że ciotka nie poświęca jej stu procent uwagi. – Nie patrzyłaś i się rozsypał!

Musiałam wyglądać jak jakaś wariatka

Zrozumiałam aluzję. Siostra też miała już dość. Moje dzieci zamęczyłyby świętego. I przypomniało jej się nucenie mamy. To ciche, pogodne nucenie, kiedy któreś z nas, a najczęściej wszyscy naraz, dawaliśmy jej popalić.
 
Niestety Staś zaczął mieć kolki. Praktycznie przestałam sypiać. Nie, w nocy wstawał do niego Patryk, ja tylko musiałam małego nakarmić. Ale to z mojej strony wpychał się nocami do łóżka Adaś. A nie sypiał spokojnie. Co chwila dostawałam cios w czoło albo kopniaka w brzuch. Czasem Zuzia miała złe sny i wołała mnie ze swojego pokoju. Potem była pora karmienia. A w ciągu dnia nie miałam szansy nawet zrobić sobie herbaty, a co dopiero się zdrzemnąć.
 
I w końcu pękłam.
 
– Nie! – wrzasnęłam na Adasia, znowu wychodzącego z wózka.
 
Synek oczywiście nie posłuchał i zaczął trząść z całej siły podwójnym wózkiem, aż leżącemu w gondoli Stasiowi podskakiwała głowa.
 
– Przestań! – złapałam go za ramiona i usadziłam siłą. – Nie ma wyłażenia, przechodzimy przez ulicę! – czułam, że coś zaczyna dusić mnie w gardle, a żyły na moim czole się napinają.
 
– Mamo, ja chcę pchać wózeczek – Zuzia wybrała sobie idealny moment, by znowu czegoś zażądać.
 
– Zostaw! – odepchnęłam córkę. – I przestań tyle gadać! Nie mogę nawet zebrać myśli! Ciągle czegoś chcecie! Mam was wszystkich dosyć!
 
Jakaś część mnie obserwowała tę scenę z boku. Oto rozhisteryzowana kobieta wrzeszczy na swoje malutkie dzieci na środku ulicy. Przestraszona dziewczynka patrzy na nią zdezorientowana, dwuletni chłopczyk płacze, biedaczek, uwiązany w wózku, a obudzone niemowlę domaga się piersi.
 
– Przepraszam, może pani jakoś pomóc? – spytała jakaś starsza kobieta.
 
– Nie! Zostawcie mnie wszyscy w spokoju! Won! – ryknęłam na nią. 
 
Drżałam na całym ciele, przed oczami miałam czerwoną zasłonę, zaczęłam tracić kontrolę nad tym, co się dzieje. Poczułam, że Zuzia znowu mnie ciągnie i wyrwałam się tak, że aż upadła. Znowu zaczęłam krzyczeć.

Jak ona to robiła? Ja tak nie potrafię!

A potem odciągnięto mnie od dzieci. Ktoś wyjął z wózka ryczącego Adasia, ktoś zajął się zszokowaną Zuzią. Na szczęście nie wezwano na miejsce żadnych służb i jedyną osobą, która po nas przyjechała, był mój mąż.
– Potrzebujemy pomocy – oznajmił już w domu, wieczorem. – Mogę wziąć nadgodziny, ale musimy mieć opiekunkę. Ty jesteś już wykończona…
 
– Dam sobie radę – powiedziałam odruchowo. – Moja mama sobie dała.
 
Nie odpowiedział. Po prostu mnie przytulił i pozwolił spać nieprzerwanym snem przez trzy godziny. Następnego dnia został w domu, a mnie wysłał do kosmetyczki. Wstyd się przyznać, ale to było jak przepustka z więzienia. Dosłownie wyfrunęłam z domu, ale już pod salonem dopadło mnie poczucie winy. Co ze mnie za matka, jeśli tak chętnie uciekam od dzieci?! Czy ja nie potrafię ich kochać? Dlaczego brak mi cierpliwości?
 
Poczułam, że znowu się rozklejam i prawie bezwiednie zadzwoniłam do jedynej osoby, która mogła mnie wesprzeć. Do mojej mamy.
 
– Co się stało? – ona od razu wyczuła, że sytuacja jest niedobra.
 
– Jestem złą matką… – wypaliłam bez wstępów. – Uciekam od swoich dzieci, a kiedy z nimi jestem, czuję, że doprowadzają mnie do szału! Tracę cierpliwość, krzyczę, szarpię… Mamo, jak ty to robiłaś, że potrafiłaś tak nas kochać?
 
– Kochałam was normalnie – odparła lekko zaskoczona. – Tak samo jak ty kochasz Zuzię, Adasia i Staśka. Dzieci potrafią dać w kość, to co czujesz, czują miliony matek na świecie. Ja też tak miałam.
 
– Nieprawda! – chlipnęłam. – Ty byłaś wcieleniem cierpliwości i dobroci. Kiedy cię zamęczaliśmy, ty po prostu sobie nuciłaś, zamiast krzyczeć…
 
– Kochanie! – przerwała mi gwałtownie. – Wiesz, dlaczego nuciłam? Bo doprowadzaliście mnie do szału! Byliście bardzo żywiołową czwórką  i nieraz miałam ochotę was udusić.

– Ale jak to? – nagle przestałam chlipać. – Przecież nigdy nie krzyczałaś…
 
– Właśnie dlatego, że nuciłam – wyjaśniła. – To była taka samoobrona psychiczna. Kiedy czułam, że jestem bliska rozerwania was na strzępy, zaczynałam śpiewać, żeby odgonić te myśli. Wiesz, żeby się odciąć od rzeczywistości… To pomagało przetrwać najgorsze momenty, a potem zwykle zajmowaliście się czymś innym i dawaliście mi święty spokój…
 
I tak runął mit mojej mamy, modelowej Matki Polki. Zrozumiałam, że nie istnieją idealni rodzice, i że dzieci czasami doprowadzają nas na krawędź utraty cierpliwości. To normalne i nie ma czego sobie wyrzucać. Pojęłam też, że i dla mnie, i dla mojej rodziny będzie lepiej, jeśli przyjmę pomoc.
 
Patryk znalazł mi dziewczynę na trzy godziny dziennie. Niby mało, ale wystarczyło, bym po tej przerwie wracała do moich pociech z nowymi pokładami cierpliwości. Odniosłam jeszcze jedną korzyść – odkryłam w sobie talent wokalny. Naprawdę, czasem myślę, że nikt tak nie doszlifował repertuaru z musicalu „Metro”, jak ja. I jakimś cudem moje dzieci się nauczyły, że kiedy mama zaczyna śpiewać, lepiej przestać przeciągać strunę. Muzyka łagodzi obyczaje!

Agnieszka, 32 lata

Czytaj także​:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy