Jak wytłumaczyć dziecku śmierć
fot. Adobe Stock

„Odwracałam uwagę wnuczki, żeby nie przeżyła szoku. Nie chciałam, żeby dziecko zobaczyło śmierć na własne oczy"

„To był bardzo trudny test. Czułam, że Tosia jest za mała, by jej tłumaczyć istotę śmierci, by umiała się pogodzić z jej nieodwracalnością”.
Jak wytłumaczyć dziecku śmierć
fot. Adobe Stock
Są takie tematy, które prędzej czy później zainteresują dziecko. I wtedy trzeba mu wyjaśnić na przykład, co znaczy „umrzeć”. Kiedy synowi urodziło się pierwsze dziecko, nie było mowy, abym mogła wziąć wnuczkę do siebie, choć na parę godzin.

Przejęta macierzyństwem synowa niemalże nie wypuszczała małej z rąk. Milena nie pracowała i całą swoją energię wkładała w opiekę nad dzieckiem i domem. Gdy od wielkiego dzwonu udało mi się zabrać małą na spacer w wózku, zwykle nam towarzyszyła, jakby nie wierzyła, że potrafię należycie zaopiekować się dzieckiem. Jakbym nie wychowała syna! I to chyba całkiem nieźle, skoro za niego wyszła. No nic, nie zamierzałam się narzucać i tylko z zazdrością słuchałam opowieści koleżanek, które bawiły swoje wnuczęta codziennie.

Sytuacja zmieniła się, kiedy po paru latach na świat przyszło drugie moje wnuczę

Milena nadal nie pracowała zawodowo, ale przy dwójce dzieci miała tyle roboty, że na sen już czasu nie starczało. Tym razem mój akces zajęcia się przez parę godzin Antosią przyjęła z wdzięcznością. Początkowo przyjeżdżałam do nich do domu i tam bawiłam się z wnuczką, ale to nie zdawało egzaminu.

Tosia w domu była niegrzeczna. Rozdrażniona tym, że zajęta jej młodszym bratem mama nie zwraca na nią uwagi, robiła wszystko, aby znaleźć się w centrum zainteresowania.

Milenka nie zawsze potrafiła opanować zdenerwowanie, czemu trudno się dziwić, bo jak tu zachować olimpijski spokój w sytuacji, kiedy z trudem usypia się jedno dziecko, a drugie drze się wniebogłosy. Po kolejnej takiej akcji nie wytrzymałam i gdy wspólnie udało nam się spacyfikować Tosię, poprosiłam synową o chwilę rozmowy.

– Posłuchaj, Milenko… – zaczęłam.
– Tak, mamo? – westchnęła ciężko.
– Widzę, że jesteś bardzo zmęczona – podjęłam dyplomatycznie – a ja, chociaż naprawdę chcę, tutaj nie bardzo mogę ci pomóc. Sama widzisz, że Tośka momentalnie robi się zazdrosna, gdy zajmujesz się Krzysiem

– No wiem, wiem – przytaknęła – ale co mogę zrobić? Przecież muszę Krzysia przewinąć, nakarmić, przebrać, ponosić na rękach… Nie mogę się z Tośką bawić za każdym razem, gdy ma taki kaprys – buchnęła pretensją, jednak zaraz się zmitygowała. – Nie myślałam, że będą tego typu kłopoty – poskarżyła się. – Przecież Tosia bardzo cieszyła się na wieść o młodszym braciszku. Nie wiem, co robię nie tak…

– Ależ radzisz sobie wspaniale – pochwaliłam ją szczerze. – A zazdrość Tosi też jest całkiem naturalna. Owszem, cieszyła się, że będzie mieć brata, ale pewnie myślała, że to od razu będzie duży brat, taki, z którym da się bawić. W związku z tym chciałam z tobą porozmawiać… No bo może dla wszystkich byłoby lepiej, gdybym zabierała Tosię do siebie. Co myślisz? Ty miałabyś czas dla Krzysia i dla siebie, gdy mały zaśnie, a Tosia czułaby się u mnie ważnym gościem, któremu poświęcam całą swoją uwagę. Na razie brałabym ją na kilka godzin dwa razy w tygodniu. Co ty na to?

– Sama nie wiem… – Milena rozejrzała się dookoła, jakby gdzieś wśród mebli szukała rozwiązania tego dylematu. – Z jednej strony, byłoby wspaniale, z drugiej, boję się, że Tosia poczuje się odrzucona i u mamy będzie jeszcze bardziej nieznośna albo smutna.
– Też się trochę tego obawiam – przyznałam – ale jeśli nie sprawdzimy, to nie będziemy wiedzieć. Dwa razy w tygodniu spędza cały dzień u mnie

Mrugnęłam do niej wesoło, chcąc dodać jej otuchy.
– To co, spróbujemy? Najwyżej przywiozę ci ją wcześniej – dodałam, choć wolałabym uniknąć takiej sytuacji, bo oznaczałoby to, że jako babcia poniosłam porażkę.

Ustaliłyśmy, że pierwszy raz zabiorę Tosię za dwa dni

Milena do tego czasu miała ją pozytywnie usposobić do „wycieczki”, a ja przygotować się i wymyślić dla wnusi atrakcje. Nasze obawy okazały się na wyrost.

Pierwsza wizyta Tosi przebiegła wspaniale. Mała była zachwycona tym, że skupiam się wyłącznie na niej. Bawiłyśmy się w ogrodzie, potem rysowałyśmy i oglądałyśmy obrazki. Ponieważ już poprzedniego dnia przygotowałam wszystkie posiłki, całą uwagę mogłam poświęcić wnuczce. Kiedy odwoziłam ją z powrotem, byłam z siebie dumna, choć też nieludzko zmęczona, nawet nie tyle fizycznie, co psychicznie.

Nie przypuszczałam, że trzylatka może być aż tak aktywna. Buzia jej się nie zamykała, chwili nie usiedziała spokojnie, bez przerwy domaga się nowych rozrywek. Czułam jednak satysfakcję, kiedy referowała mamie, jak spędziła dzień i pytała, kiedy znowu będzie mogła pojechać do babci „na wakacje” – jak określiła czas spędzony u mnie.

Odtąd stało się zwyczajem, że Tośka przyjeżdżała do mnie dwa razy w tygodniu na cały dzień. Czasem sama po nią jechałam, czasem podwoził ją syn w drodze do pracy.

Tego dnia Tosia miała przyjechać właśnie z tatą

Czekając na nich, wyszłam do ogrodu, aby sprawdzić, czy mąż nie zostawił jakichś narzędzi, którymi mała mogłaby zrobić sobie krzywdę. Przyjrzałam się bacznie trawnikowi, ale niczego nie zauważyłam. Jedynie gdzieś pod żywopłotem mignął mi kot. Pewnie przelazł od któregoś z sąsiadów. Gdy usłyszałam warkot silnika dobiegający z podjazdu, pospieszyłam się przywitać. Przelotnie cmokając powietrze obok twarzy syna, porwałam wnuczkę w objęcia.

– Kocham cię, babciu – oznajmiła poważnie Tosia, obejmując mnie na powitanie. – To co będziemy dzisiaj robić? – zapytała rzeczowo.
– Ja też cię kocham – zapewniłam ją i ucałowałam pyzate policzki. – A co będziemy robić, to niespodzianka. Postawiłam ją na ziemi i nim zdążyłam się wyprostować, mała już co sił w nóżkach pobiegła w stronę ogrodu.
– Babciu, babciu, kotek… Kotek śpi…

Co za pech! Nie mógł sobie zdechnąć gdzie indziej? Spojrzałam w kierunku, skąd dobiegał jej głos i zmartwiałam. Kot, którego niedawno, jak mi się wydawało, widziałam przemykającego pod płotem, teraz leżał na trawniku. Raczej nie spał. Zaczynały już po nim chodzić muchy.

– Chodź tu do mnie, Tosieńko! – pędem ruszyłam w kierunku wnuczki. – Najpierw musimy pożegnać się z tatusiem, potem umyć raczki po podróży, a później zrobię ci kakao – zagadywałam ją, równocześnie odciągając od martwego kota.

Boże, w życiu bym nie pomyślała, że mój pierwszy trudny test w roli babci będzie dotyczył pozbycia się zwłok z trawnika! Ale czułam, że Tosia jest za mała, by jej tłumaczyć istotę śmierci, by umiała się pogodzić z jej nieodwracalnością.

Dorośli mają z tym problem, a co dopiero małe dziecko!

Bałam się, co będzie, kiedy zrozumie, że kotek już się nie obudzi. Jakie pytania padną w następnej kolejności? Czy będzie mieć koszmary? Czy zacznie się bać? Nie, ja też nie byłam na to gotowa. Nie pamiętam, jak wytłumaczyłam kiedyś kwestię śmierci synowi, tak jak zapomniałam, że swego czasu też musiał być ruchliwym trzylatkiem.

Cóż, na własnej skórze przekonywałam się, że role matki i babki to dwie różne sprawy. Wróciłyśmy na podjazd. Na szczęście syn jeszcze nie zdążył odjechać. Szepnęłam mu, że mamy problem i wzrokiem wskazałam na ogród. Szybko zrozumiał, w czym rzecz – pokiwał głową i odszepnął, że się tym zajmie.

Zabrałam wnuczkę do kuchni, licząc na to, że zaaferowana nową układanką, którą dla niej kupiłam, zapomni o nieszczęsnym kocie. A kątem oka zerkałam w okno, sprawdzając, jak radzi sobie mój syn. Odetchnęłam dopiero wtedy, kiedy odebrałam esemesa: „teren czysty”. Wyjrzałam przez okno. Kot zniknął. Poczułam taką ulgę, że aż przysiadłam.

Myśl, że Tosia mogłaby się natknąć na kocie truchło w moim ogrodzie, wydała mi się tak upiorna, że aż poczułam irracjonalny gniew na kocisko, które akurat tutaj postanowiło dokonać żywota. Wciąż zdenerwowana całym incydentem, starałam się jak najlepiej zająć wnuczką. Niestety, mimo moich starań nie zapomniała o kocie.

Kiedy skończyła układać puzzle, popatrzyła na mnie tym swoim poważnym spojrzeniem trzylatki i zapytała:

– Czy teraz możemy pójść obudzić kotka? Chciałabym się z nim pobawić.

Z duszą na ramieniu wyszłam z nią do ogrodu. Niby syn pisał, że teren czysty, ale jak pech to pech. Może trafi się dla odmiany jakiś martwy ptaszek albo kret? Na szczęście więcej zwłok w moim ogrodzie nie było.

– Kotek się obudził i sobie poszedł – poinformowałam Tosię sztucznie wesołym głosem. Nie wychwyciła fałszu.
– Szkoda. Może jeszcze wróci – odparła z nadzieją w głosie. Oby nie, pomyślałam. Niemniej pierwszy poważny kryzys w mojej karierze babci został zażegany. Oby na długo.

Maria, lat 54

Zobacz też:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy