Dziewczynka bita przez matkę
fot. Adobe Stock

„Ojciec bił mnie odkąd pamiętam. Całą złość trzymałam w sobie, aż coś we mnie pękło i... uderzyłam 4-letnią córkę" 

„Spojrzałam na nią przerażona i zrobiłam krok w tył. Przed oczami pojawił mi się obraz sprzed lat. To byłam ja sama, niewiele starsza od niej. Tak samo skulona, żeby ciosy nie trafiły w brzuch, tak samo zasłaniająca głowę przed razami i krzycząca: „Zostaw mnie!”".
Dziewczynka bita przez matkę
fot. Adobe Stock
Mała weszła w trudny wiek, jest coraz bardziej krnąbrna i uparta, często pyskuje. Na razie zawsze udawało mi się opanować…
 
Jak ona się darła! Biegała po pokoju, udając samolot czy jakiś inny bliżej niezidentyfikowany, za to bardzo hałaśliwy obiekt. Rozłożyła ręce na boki, dreptała małymi nogami i robiła głośne „bruum bruum”, a zaraz potem „ioooiooo”. Trzy razy spokojnie zwróciłam jej uwagę:
 
– Aniu, mamę boli głowa, przestań krzyczeć.
 
Lecz ona dalej swoje, jakby mnie nie słyszała. Jakbym nie miała nic do gadania we własnym domu. Ja, ciężko pracująca samotna matka, która nawet w ciąży musiała zasuwać w robocie, żeby mieć co do garnka włożyć!

Nikt mi nie pomógł

Ojciec Anki zwiał, jak tylko dowiedział się, że zostanie tatusiem. I do dziś ani myśli płacić na dzieciaka. Czasem niedoszła teściowa przesyła nam z łaski parę groszy, to wszystko. Gdyby nie moja siostra i matka, które biorą małą do siebie, kiedy jestem w pracy, chyba bym skończyła pod kościołem z wyciągniętą ręką.
 
Jestem zmęczona, nic mi się nie chce. Tylko położyć się, przymknąć oczy, wreszcie odpocząć. Ale nie, smarkula wrzeszczy i wrzeszczy… Cholera!
 
– Powiedziałam, że masz być cicho! – ryknęłam i wtedy na chwilę zamilkła.
 
Jakby coś we mnie eksplodowało. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Miała cztery lata i nigdy nie słyszała, żeby mama odezwała się do niej takim tonem, bo dotąd udawało mi się jakoś kontrolować. Powinna się przestraszyć… Niestety, najwyraźniej wdała się we mnie, bo w jej oczach pojawiła się złość.
 
– Będę robić, co chcę! – zapiszczała i posłała mi buntownicze spojrzenie.
 
Nie, nie była rozpieszczona. Nie miałam na to ani kasy, ani cierpliwości. Moja córka po prostu weszła właśnie w wiek, kiedy dzieci zaczynają pyskować. To była chwila próby, test. I ja ten test zawaliłam.
 
Cała moja głęboko skrywana frustracja uwolniła się nagle, w jednej chwili. Poczułam doskonale mi znane uczucie – niekontrolowany gniew, wprost rozsadzający mnie od środka. 
 
W ciągu sekundy znalazłam się przy Ani. Szarpnęłam ją mocno za rękę, błyskawicznie okręciłam wokół własnej osi i zaczęłam okładać po tyłku. 
 
Darła się jeszcze głośniej niż przedtem i płakała, a ja rzucałam wyzwiskami i kazałam jej błagać o wybaczenie. Nie potrafię opisać, co wtedy czułam. Chyba nic poza okropną złością. Furia to taki dziwny stan, kiedy wszystko wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. Wszyscy są źli i tylko czyhają, żeby zrobić z ciebie idiotkę. Obrażają cię, poniżają, nienawidzą. I dlatego muszą ponieść karę. Nawet jeśli mają tylko cztery lata…
 
Na początku Ania nie reagowała na moje wrzaski, ale po chwili zaczęła krzyczeć:
 
– Mama, przestań! Przepraszam! Zostaw mnie! 
 
Wiła się przy tym po podłodze jak ryba wyrzucona na brzeg i zakrywała rączkami głowę.

Przecież ona wygląda tak samo jak ja!

Wtedy coś mnie tknęło. Spojrzałam na nią przerażona i zrobiłam krok w tył. Przed oczami pojawił mi się obraz sprzed lat. To byłam ja sama, niewiele starsza od niej. Tak samo skulona, żeby ciosy nie trafiły w brzuch, tak samo zasłaniająca głowę przed razami i krzycząca: „Zostaw mnie!”. 
 
To właśnie wtedy zaczęła się moja przygoda ze złością. Usiadłam na brzegu kanapy, ukryłam twarz w dłoniach i zapłakałam gwałtownie.
 
Ojciec nie był złym człowiekiem. Kochałam go i chyba nadal go kocham, choć w życiu bym mu tego nie powiedziała, nawet gdyby żył. Zmarł 6 lat temu w szpitalu i choć przyszłam go odwiedzić tuż przed śmiercią, przez moje gardło nie przeszły żadne czułe słowa. Całe życie nie mogłam ich z siebie wydusić, dlaczego więc miałabym to zrobić akurat wtedy?
 
Nie potrafiłam go nawet przytulić. Ba! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz nazwałam go „tatą”… To słowo wydawało mi się za miłe, zbyt uczuciowe; nie pasowało do tego wszystkiego, co miałam w głowie. Do wielu brutalnych scen w mojej pamięci.
 
Bił mnie, odkąd pamiętam. Kiedy byłam mała, z oczywistych względów nie pamiętam, za co obrywałam. Pewnie za nieposłuszeństwo, może złamanie jakiegoś zakazu. Ot, normalka. Ale chyba przede wszystkim za pyskowanie. Oj, krnąbrny był ze mnie dzieciak. Potrafiłam nieźle dogadać! Chociaż zapewne na początku nie bardzo. Przecież od kogoś najpierw musiałam nauczyć się niecenzuralnych słów, prawda? Tak to sobie tłumaczę…

Tak czy siak, często mi się dostawało. Mama też dawała mi lanie, z tą różnicą, że przestała, kiedy trochę podrosłam. Jak na mój gust i tak za późno, bo ostatni raz mnie szturchnęła, kiedy miałam ze 14 lat. A dojrzewać zaczęłam w wieku 12. Psychicznie i fizycznie. Tak, pamiętam ten okres bardzo dobrze. 
 
Wtedy przestałam czuć się dzieckiem, byłam już pełnoprawną nastolatką. Osobą mniej lub bardziej świadomą różnych rzeczy, rozumiejącą je na swój własny sposób i wiedzącą na przykład, że istnieje coś takiego jak godność. Odkąd skończyłam 12 lat, uderzenia ręką czy paskiem od spodni przestały mi sprawiać tylko fizyczny ból. Wtedy poznałam także ten drugi, psychiczny… Szczerze mówiąc, był znacznie gorszy.

Był silniejszy i znał więcej przekleństw

Zazwyczaj chodziło o to samo – o za głośno puszczoną muzykę, brudną patelnię w zlewie, program w telewizji, który ojciec uznał za głupi i kazał wyłączyć. Do dziś nie wiem, co o tym myśleć, bo z jednej strony nie miał prawa mnie tknąć, a z drugiej zawsze było w tym trochę mojej winy. 
 
Bo to nie wyglądało tak prosto jak na reklamach społecznych typu „zupa za słona” czy filmach o patologiach, na których ojciec wraca pijany do domu i strzela w twarz żonę albo córkę za to, że istnieją. Nie. Przede wszystkim ojciec w ogóle nie pił (poza imprezami rodzinnymi) i nie alkohol stanowił tu problem. Problem stanowiła złość.
 
On miał jej w sobie mnóstwo. I ja także. Na przykład wracał z pracy w kiepskim nastroju, szedł do kuchni zrobić sobie kawę, a tam góra brudnych garów.
 
– Co to, k…, ma być! Taka leniwa jesteś, że ci się nawet naczyń nie chce pozmywać?! Rusz tyłek, a nie siedzisz i durne seriale oglądasz. Tylko głupiejesz od nich! – tak właśnie mówił zamiast „Dzień dobry”.
 
A ja się wściekałam. Bo, po pierwsze, nie ja te naczynia ubrudziłam, więc dlaczego mam je zmywać? Po drugie, jakim prawem zwraca się do mnie podniesionym tonem, używa słowa na „k”? Po trzecie, właśnie wróciłam ze szkoły, jestem zmęczona, mam ochotę pooglądać telewizję i nic mu do tego, co oglądam i czy od tego głupieję, czy mądrzeję. Więc mówiłam mu to wszystko również podniesionym tonem. 
 
Wtedy on odpowiadał jeszcze głośniej i z jeszcze większą ilością brzydkich słów. Nie pozostawałam mu dłużna, więc prędzej czy później kończyło się to biciem. 
 
A jak już zaczynał bić, to nie tak, że raz mnie trzepnął i koniec. Bił dotąd, aż ja przestawałam pyskować, a jemu trochę przechodziła złość. Cóż, miał tę przewagę, że był ode mnie większy, więc mógł się wyżywać. Mnie pozostawały poduszki i porcelanowe figurki. Ileż ich zbiłam, próbując wyładować swoją wściekłość!
 
Zanim się uspokoiłam, zazwyczaj trochę to trwało. Bo jak tak można?! Jak on śmie?! Przecież nic nie zrobiłam! Tylko powiedziałam, co myślę! To on zaczął! Miałam w sobie poczucie głębokiej niesprawiedliwości. Moja siostra na przykład nigdy nie obrywała. Bo i nigdy nie pyskowała. Jak usłyszała coś krzywdzącego czy złośliwego, kładła uszy po sobie i milczała. A ja uważałam, że mam prawo protestować! Czy jednak przez moje protesty zasługiwałam na to, żeby tak mnie traktować?

Zazwyczaj zostawały tylko małe siniaki

Był czas, kiedy ojciec stracił pracę i długo nie mógł jej znaleźć. Wtedy często chodził wściekły i rzucał złośliwe uwagi na prawo i lewo. Doskonale wiedziałam, czego i kiedy się spodziewać. Na przykład, że jeśli wróci z zakupów i zastanie mnie przed telewizorem, nie obędzie się bez słów, które mnie zdenerwują, i awantura gotowa. Dlatego gdy słyszałam szczęk klucza w zamku, natychmiast wyłączałam telewizor i uciekałam do swojego pokoju.
 
Raz byłam akurat w trakcie jedzenia obiadu, kiedy zaczął otwierać drzwi. Poderwałam się w nagłej panice jak spłoszone zwierzę, chwyciłam talerz i chciałam pobiec do siebie. Niestety, po drodze zaczepiłam nogą o dywan i jak długa runęłam na ziemię. A obiad ze mną. Ojciec zastał mnie oraz jedzenie rozwalone na wykładzinie i natychmiast zaczął się drzeć. No i nie udało mi się uniknąć awantury, wyzwisk i bicia… Potem, rycząc w poduszkę, pomyślałam sobie, że to nie jest normalne, żeby uciekać gdzie pieprz rośnie, bo tatuś wrócił do domu.
 
Mama często mnie broniła, ale potem zawsze powtarzała:
 
– Tata źle postępuje, ale ty też nie jesteś święta. Przykazanie mówi: „Czcij ojca i matkę swoją”.
 
– A czy dzieci nie mają prawa do szacunku? – pytałam wtedy.
 
Kiedyś, gdy była w pracy, ojciec rozwalił mi nos. Jeśli to ma jakieś znaczenie, miałam już wtedy ponad dwadzieścia lat. Właściwie to było tylko małe rozcięcie, ale było, bo uderzył mnie dosyć niefortunnie. 
 
Zazwyczaj, kiedy bił, zostawały mi najwyżej siniaki, a często nawet nie, ale wtedy poleciała mi krew. Spłynęła po policzku z obu stron i zaschła. Specjalnie nie zmyłam jej przez dwie godziny. Czekałam, aż mama wróci, żeby pokazać jej moją twarz i spytać: „Jak mam okazywać szacunek komuś, kto robi takie rzeczy?”. 
 
Kiedy mnie zobaczyła, rozpłakała się. A potem długo rozmawiała z ojcem w kuchni. Chyba chciała go namówić, żeby mnie przeprosił. Nie zrobił tego. Ja też nigdy go nie przeprosiłam.
 
Dzisiaj, patrząc w lustro, widzę malutką bliznę na nosie. Jest praktycznie niedostrzegalna, jeśli się nie wie, że istnieje. Ale ja wiem. To tylko dowód istnienia czegoś dużo gorszego i już zupełnie niewidocznego. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Blizny na mojej duszy i charakterze

To ojciec zaszczepił we mnie złość, która towarzyszy mi przez całe życie. W szkole zdarzało mi się nie wytrzymać i uderzyć tę czy inną koleżankę. Facetów też walnęłam zdrowo kilka razy na imprezach. Zresztą jeden nawet mi oddał… Zdzisiek, tata Ani, odszedł, bo byłam kłótliwa. Tak przynajmniej twierdził, chociaż moim zdaniem przestraszył się odpowiedzialności. Ale kto wie, może po prostu nie chciał mieć dziecka z kłótliwą babą. 
 
Fakt, łatwo mnie zdenerwować. Nie wiem, jak to się dzieje, jednak gdy coś idzie nie po mojej myśli, od razu odzywa się we mnie dawne poczucie niesprawiedliwości. Nie umiem tego kontrolować, choć próbowałam. Tak więc ojciec zrobił ze mnie kopię samego siebie.
 
Pisząc te słowa, ryczę jak bóbr. Owszem, zostałam okrutnie skrzywdzona w dzieciństwie, lecz wcale nie dlatego płaczę. Gdyby życie było biało-czarne, a ludzie tylko dobrzy lub źli, nie miałabym problemu. Pozostałby mi prosty wybór między miłością a nienawiścią. Ale to wszystko jest bardziej skomplikowane, a ja od lat tkwię w rozdarciu. 
 
Opisałam pokrótce, jak to wszystko wyglądało i co czułam, jednak to tylko jedna strona życia. Była też inna, dobra. Pamiętam bajki na dobranoc, które ojciec mi czytał, gdy byłam mała, wspólne lepienie bałwana i zjeżdżanie na sankach, zabawy 
z psem czy naukę jazdy na rowerze na parkowych alejkach. 
 
Pamiętam, że dawał mi kasę na drobne przyjemności, kiedy mama nie patrzyła, pomagał w nauce historii i tłumaczył rzeczy, których nie rozumiałam. Duża część mojego światopoglądu to jego zasługa. A jednocześnie wina… Kochałam go i nie mogłam znieść tego, jak się czasem zachowuje. Cierpiałam.
 
I przysięgałam sobie tysiące razy, że kiedy już będę miała własne dziecko, nigdy go nie uderzę.

Płakałam razem z nią, bo pękało mi serce

A jednak zrobiłam to… Nie powstrzymałam się! Po czterech latach od narodzin mojej córki – pękłam. Przegrałam z własną naturą… A wszystko przez jedną jej krnąbrną odpowiedź. Co będzie dalej? Przecież Ania rośnie i z każdym rokiem będzie stawała się coraz bardziej niezależna! 
 
Jeszcze nieraz usłyszę od niej coś, co mi się nie spodoba. Mylą się ludzie, którzy myślą, że jak dzieciak dostanie w tyłek, to się nauczy i będzie grzeczny. Ja nie byłam i moja córka też nie będzie, jeśli zafunduję jej to samo co ojciec mnie. 
Tylko czy zafunduję?
 
Podeszłam do Ani i przytuliłam ją. Na początku nie zareagowała, jakby bała się mnie dotknąć, ale po chwili zarzuciła mi rączki na szyję i ukryła twarz w moich ramionach.  Odetchnęłam z ulgą. Widocznie jeden raz to za mało, żeby dziecko przestało ci ufać. Długo jeszcze siedziałyśmy na podłodze i płakałyśmy. Ona dlatego, że bolała ją pupa, a ja dlatego, że pękało mi serce.
 
Ewa, 34 lata

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy