Porwane dziecko
fot. Adobe Stock

„Ojciec porwał dziecko z przedszkola. Nie wiedział, że syn  jest chory i w każdej chwili może umrzeć”

– Poważnie chory? – Poważnie. To rzadkie schorzenie. Jeśli w ciągu trzech dni nie dostanie leku, może umrzeć albo zapaść w śpiączkę… – ukryła twarz w dłoniach.
Porwane dziecko
fot. Adobe Stock
Sprawa nie była trudna, ale tu liczył się czas. Każdy dzień zwłoki mógł bezbronne dziecko kosztować życie...

– Powiesz mi, gdzie on jest – cedziłem przez zęby. – Powiesz mi, bo to w twoim najlepiej pojętym interesie!

Facet naprzeciwko mnie wydął pogardliwie usta.

– Nawet gdybym wiedział, gówno bym ci powiedział! Spier...j, psie!

No cóż, to był ten moment, w którym musiałem porzucić wrodzoną uprzejmość i niesłychaną delikatność, jakie mnie cechują od wczesnego dzieciństwa. Uderzyłem bez ostrzeżenia, bez zamachu, za to bardzo precyzyjnie – kolbą pistoletu tuż nad nasadą nosa. Tak, jak mnie uczono.

Krnąbrny dresiarz powinien zwalić się na ziemię jak długi, ale to był prawdziwy twardziel, więc tylko usiadł. Korzystając z tego, że jego paskudna gęba znalazła się na wysokości sprzyjającej kolejnemu uderzeniu, nie żałowałem sobie. Oberwał kolanem. Wedle zasad „sztuki” powinienem trzasnąć go prosto w nos albo w zęby, ale wtedy trudno byłoby się z nim porozumieć, a ja potrzebowałem informacji.

Od tego zależało życie. W dodatku życie bezbronnego dziecka

A zatem zamiast trzasnąć go mocno w kły, skręciłem nogę tak, żeby dostał w kość jarzmową tuż pod oczodołem. Natychmiast pożałowałem, bo łeb miał chyba bardziej skamieniały niż mózg. Zabolało mnie w kolanie tak, że przez chwilę zastanawiałem się, czy nie pękła mi rzepka. Ale opanowałem syknięcie, zachowywałem się, jakby nic się nie stało.

– Będę cię tłukł, aż powiesz wszystko, co wiesz, gnoju – powiedziałem spokojnie.
– Nic ci nie powiem – warknął.

Wiedziałem, że będzie trudno. I wiedziałem też, że nie mogę przesadzić. Bezkarne bicie przestępcy przez policjanta albo detektywa jest możliwe tylko w filmach. W realnym życiu wygląda to inaczej. A ja już zdrowo przesadziłem…

Z drugiej strony, musiałem od niego wydobyć informacje. Chyba że naprawdę nic nie wiedział… Lecz to wydawało mi się niemożliwe. Nielogiczne wręcz.

Kobieta, która zjawiła się w moim biurze poprzedniego dnia po południu, wydawała się całkiem opanowana. Ale kiedy zaczęła przedstawiać sprawę, z jej oczu popłynęły łzy. Nie dziwiłem się. I tak była twarda, że nie rozpłakała się na samym wstępie. Sprawa była formalnie nieskomplikowana, ale z całą pewnością trudna i poruszająca serce.

– Porwał go – powiedziała ze spazmatycznym westchnieniem. – Porwał go i nie wiem, gdzie zabrał… gdzie wywiózł… To zemsta…

Były mąż klientki dwa tygodnie wcześniej wyszedł z więzienia

Siedział za oszustwa i udział w grupie przestępczej. Przyjemniaczek, jednym słowem. Jak taka elegancka kobieta mogła związać się z kimś takim? Ale to nie moja sprawa, zresztą nie takie rzeczy już widziałem. Kobiety bywają naiwne i zupełnie zaślepione, kiedy się zakochają, i tak tu zapewne było.

– Zemsta? – podchwyciłem. – Ma powody, żeby się mścić?

Kiwnęła głową, wytarła oczy i nos chusteczką, a potem spojrzała mi prosto w oczy.

– Zeznawałam w sądzie na jego niekorzyść – oznajmiła. – Wiem, mogłam odmówić zeznań jako małżonka, ale to wszystko wyglądało tak, jakbym brała udział w jego machinacjach… A ja musiałam się bronić. Siebie i Pawełka. Chłopiec nie powinien zostawać bez matki. On już wtedy, na sali sądowej krzyknął, że jak tylko wyjdzie, nie pozwoli, żeby taka suka wychowywała jego dziecko. Dostał za to jakiś dodatkowy areszt, ale co to ma za znaczenie… Tak… I wypuścili kolesia za dobre sprawowanie. Po trzech latach. Nawet połowy wyroku nie odsiedział. To się nazywa czyszczenie przeładowanych więzień.
– Ile lat ma synek?
– Niecałe cztery… Zabrał go z przedszkola. Wie pan, przedstawił się jako ojciec, nazwisko w dowodzie się zgadzało, więc wychowawczyni go oddała.
– Choć nie powinna – uzupełniłem. – Będzie miała kłopoty. A pani nie ostrzegła, żeby nie wydawać małego ojcu?
– Nie przyszło mi to do głowy. Przecież nawet nie wiedziałam, że już wyszedł… Tak prędko… A Pawełek go znał. Byłam z nim kilka razy na widzeniu. Wiem, to błąd, ale myślałam, że Wiktor nie będzie się mścił, jeśli pozna swoje dziecko.
– Zawiadomiła pani policję? – zapytałem.
– Oczywiście. Ale chcę, żeby Pawełek znalazł się jak najszybciej. Znajomy mi pana polecił. Mówił, że potrafi pan wydobyć człowieka spod ziemi. Tak, na reputację trzeba sobie zapracować...

Rzecz jasna ten komplement to była przesada, ale nie powiem, żeby mi nie sprawił przyjemności. Ale mój chwilowy błogostan przerwała kolejna informacja.

– Trzeba się bardzo śpieszyć. Widzi pan, Pawełek jest chory.
– Poważnie chory?
– Poważnie. To rzadkie schorzenie. Jeśli w ciągu trzech dni nie dostanie leku, może umrzeć albo zapaść w śpiączkę… – ukryła twarz w dłoniach.

Najpierw skontaktowałem się z policją

Dochodzenie prowadził młody aspirant, niezbyt chętny do współpracy. Pomógł dopiero telefon od mojego dawnego kumpla z wydziału, który siedział teraz na umiarkowanie wysokim stołku w komendzie wojewódzkiej. Czasem zastanawiam się, jak pracują detektywi, którzy nigdy nie służyli w policji i nie mają podobnych znajomości i możliwości wywierania nacisku na stróżów prawa.

Nie wiem, może po prostu nie biorą się za takie sprawy, muszą się z nich wycofywać lub kombinują jakoś inaczej. Zresztą, gdyby nie to, że chodziło o chorego chłopca, pewnie też bym nie prosił o pomoc.

Ślad po nim zaginął – rzekł ponuro aspirant. – Jakby się zapadł pod ziemię. Nie będę panu opowiadał bajek: nie mam pojęcia, jak go odnaleźć. To spryciarz, nawet jeśli używa komórki, to tylko na kartę, nie znamy jego numeru, a poza tym nie możemy stwierdzić, żeby do kogoś w ogóle dzwonił. Do żony na pewno nie.
– Cholera, odezwie się do niej pewnie wtedy, kiedy już będzie za późno… Klientka mówiła, że ten mały musi koniecznie dostać lek w ciągu trzech dni, każda minuta zwłoki może być śmiertelnym zagrożeniem. A jeżeli go wywiózł nie wiadomo dokąd… Policjant rozłożył ręce.
– Rozmawialiście z tymi, z którymi siedział? – upewniłem się. – Pod celą mógł się pochwalić, co zamierza.
– Za kogo pan mnie ma – prychnął aspirant. – Od tego zaczęliśmy. Ale żaden nam nic nie powiedział. Od kryminalistów niełatwo coś wyciągnąć.

Myślałem przez chwilę. Musiał istnieć jakiś punkt zaczepienia

– A po wyjściu z więzienia, kto się z nim kontaktował?

Aspirant spojrzał na mnie jak na wariata.

– Panie, a kto to wie? Przecież nie obserwujemy wszystkich, którzy wychodzą!

„A przydałoby się...” – pomyślałem, zachowałem to jednak dla siebie. Nie zamierzałem drażnić policjanta. Wstałem z westchnieniem i wyciągnąłem dłoń na pożegnanie.

– Zaraz – powiedział policjant w zamyśleniu. – Dzień wcześniej wyszedł jeden z jego kumpli spod celi, taka stara recydywa, zdaje się, że kiedyś należeli do tego samego gangu. Klawisze mówili, że ci dwaj się bardzo przyjaźnili. Jego też przesłuchaliśmy, gość regularnie zgłasza się do kuratora, więc mogliśmy go bez trudu namierzyć. Ale też nic nie powiedział. Tylko… na mój gliniarski nos, koleś coś ukrywa. Zna pan to uczucie.
– Znam – odparłem. – Tylko nie możecie nic od niego wyciągnąć konwencjonalnymi środkami...

Odpowiedział mi kiwnięciem głową.

Tak właśnie trafiłem na tego dresa

A właściwie nie trafiłem, tylko wystawiła mi go policja. Aspirant doskonale wiedział, że zastosuję alternatywne sposoby przesłuchania. Tyle że i one nie dawały jak na razie rezultatu.

– Dobra, gnojku – powiedziałem, patrząc, jak pięknie puchnie twarz recydywisty. – Twoja sprawa. Obaj wiemy, że masz informacje, gdzie się podziewa twój przyjaciel z pierdla. Obaj wiemy też, że maczałeś paluchy w tym porwaniu, bo przedszkolanka zeznała, że on wsiadł z chłopcem do samochodu i ten samochód od razu ruszył, widziała kogoś za kierownicą.

Łysol wzruszył ramionami i mruknął coś w stylu „goń się”, tylko dobierając mniej przyzwoite słowa.

– Byłem u niej godzinę temu – ciągnąłem. – Poznała cię na zdjęciu. Wiesz, policjanci mają niezłych fotografów w aresztach, a twoich zdjęć jest cała kolekcja.
– To czego przedtem nic nie powiedziała psom? – prychnął.

Tak, to była najsłabsza część tego blefu. Ale natychmiast zaimprowizowałem:

– Bo tak już jest ze świadkami. Przypominają sobie różne rzeczy dopiero po jakimś czasie. I uważaj, nawet jeśli nie była pewna, że to ty, postarałem się ją w tym utwierdzić – uśmiechnąłem się paskudnie. – Jak znam życie, zezna pod przysięgą, że cię widziała.
– Skur…

Nie spodziewałem się innej odpowiedzi, nie rozzłościłem się, ale też nie miałem czasu na karesy. Znów go trzasnąłem, tym razem dla równowagi z drugiej strony tego, co stanowczo na wyrost nazywał twarzą.

– Posłuchaj, pacanie – syknąłem. – Jak chcesz odpowiadać za śmierć tego dziecka, twoja sprawa. Ale ja zamierzam chłopaka znaleźć, zanim będzie za późno! Zanim umrze, baranie!
– Co ty pieprzysz? – wyglądał na naprawdę zdziwionego. – Witek nie zamierza go zabić, odbiło ci? To przecież jego szczeniak!

Chwyciłem go pod brodę, boleśnie wbijając palce w migdałki.

– Czyli jednak coś wiesz! Wysypałeś się przed momentem, jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś!
– Nic nie wiem, on tylko gadał coś pod celą, że gówniarza zabierze na tydzień albo dwa, a potem odda mamuśce. Żeby się trochę pomartwiła. Należy jej się…
– Ty idioto! Ten chłopiec jest poważnie chory! Jeśli nie dostanie leku, może umrzeć, rozumiesz?! Jest coraz mniej czasu!
– Kłamiesz – wycedził. – Kłamiesz, żeby to ze mnie wyciągnąć!
– Nie kłamię. Mam nawet przy sobie dawkę tego leku. Matka mi dała na wypadek, gdybym do niego dotarł. – Sięgnąłem do kieszeni, wyjąłem zintegrowany pakiet razem ze strzykawką.
– Myślisz, że noszę coś takiego dla własnej przyjemności?
– Witek nic nie mówił… Psy też…
Bo ten debil nic nie wie! – Teraz już wrzeszczałem. – Matka mu nie powiedziała, bo po co? A dlaczego gliny cię o tym nie powiadomiły, nie mam pojęcia. I nic mnie to nie obchodzi.

Patrzyłem na twarz drecha i widziałem, że walczy ze sobą

Wtedy pomyślałem, że od pewnego momentu prowadziłem rozmowę nie tak, jak trzeba. Może pod tą odpychającą powierzchownością krył się jednak człowiek… Chociaż, gdyby nie dostał wycisku, z pewnością by się nawet nad niczym nie zastanawiał, miałby mnie za zwyczajnego frajera. Takie już są te wszystkie mięśnioloty z półświatka.

– Gadaj wreszcie – popędziłem go. – Chłopak naprawdę może umrzeć!

Spojrzał na mnie zimnym wzrokiem.

„No tak, nic z tego” – pomyślałem. „Kumpla nie sypnie...”.

– Dobra, łapsie – rzekł wreszcie ku mojemu zdziwieniu. – Ale jak się okaże, że mnie wystawiłeś, znajdę cię i zatłukę.
– Jasne, jasne – powiedziałem niecierpliwie. – A ja się nie będę bronił. Mów!

To była jak dotąd jedyna sprawa w mojej karierze detektywa, kiedy nie miałem kontaktu ani ze sprawcą, ani z ofiarą. Nie widziałem bowiem chłopca i nie uczestniczyłem w ujęciu porywacza. Zadzwoniłem po prostu do aspiranta i przekazałem mu namiary podane przez przesłuchiwanego drecha. Klientka zjawiła się dwa dni później.

– Dziękuję panu – powiedziała już w progu. – Gdyby nie pan… Ten idiota, mój były mąż, zabiłby Pawełka. Niechcący, z głupoty, ale by zabił…

Okazało się, że chłopiec na skutek przeżytego stresu dostał niespodziewanego ataku choroby. Podane poprzednio leki przestały działać, jakby przerażenie sprawiło, że wyparowały. A porywacz myślał, że synek udaje chorego, bo chce wrócić do mamy. Może facet był na tyle sprytny, żeby dokonywać oszustw, ale emocjonalnie okazał się zwyczajnym warzywem.

Zresztą, co trzeba mieć w głowie, żeby w ten sposób mścić się na kimkolwiek!

– Przyniosłam należność. – Kobieta sięgnęła do torebki. – Zapracował pan uczciwie.

„Żebyś wiedziała, droga pani, jak mocno zapracowałem!”.

– Policjant mówił, że tylko dzięki panu można było wydobyć prawdę z tego zbira.
– Tak? – uśmiechnąłem się krzywo. – A nie wspomniał przypadkiem, że ten zbir zdążył już oskarżyć mnie o pobicie?

Wytrzeszczyła na mnie oczy.

– Jak to? Przecież brał udział w tym porwaniu! A gdyby nie pan…
– Tak to jest – przerwałem jej. – Żeby wydobyć zeznanie, nieźle go poturbowałem. A to przestępstwo. A za przestępstwo zazwyczaj staje się przed sądem.
Nawet jeśli chodzi o życie dziecka? – Jej oczy jeszcze mocniej się rozszerzyły. – Przecież bez tego…

Wzruszyłem ramionami i machnąłem ręką.

– Takie jest prawo. Nie wolno stosować przemocy fizycznej w dochodzeniu. Nie powinienem tego robić.
– I co teraz będzie? – spytała z przestrachem. – Straci pan pracę?
– Nie będzie tak źle. Poradzę sobie.
– Na pewno? Gdybym mogła pomóc…
– Dam radę – przerwałem jej.

Nie wspomniałem już, że całe honorarium, jakie od niej dostałem, pójdzie na zadośćuczynienie dla drecha. Tylko pod tym warunkiem zgodził się wycofać oskarżenie. Cóż, i tak bywa. Tym razem dzika satysfakcja z załatwienia sprawy nie szła w parze z satysfakcją finansową. Ale chyba warto było.

Marek, 46 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Rozmowa z nieznajomym może kosztować życie! - film
Ponad połowa rodziców nie rozmawia ze swoimi dziećmi o zagrożeniach współczesnego świata. Często też uważamy, że kontrola rodzicielska w komputerze wystarczy, by obronić malca przed obcymi. A co z tymi, których spotka na placu zabaw czy w centrum handlowym?
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy