fot. Jacek Pióro

Rodzina na zastępstwo

Przez dom Tomasza Szymanka w ciągu ostatnich 10 lat przewinęło się 37 dzieci. Każde z podobną historią: przemoc w domu, alkohol rodziców, bieda.
Sylwia Niemczyk
fot. Jacek Pióro
– Myśl, żeby założyć pogotowie opiekuńcze, zalęgła się w mojej głowie w 2005 r. Miałem już czterdziestkę na karku i poczucie, że powinienem robić w życiu coś więcej. Moja żona czuła podobnie – opowiada Tomasz Szymanek. – Przestało nam wystarczać wysyłanie charytatywnych SMS-ów czy udział w WOŚP. Zbiegiem okoliczności akurat wtedy rozpoczęła się akcja: „Daj im przyszłość – Warszawskie Rodzinne Domy Dziecka”. Wciąż natykaliśmy się na artykuły o niej! Pisane jakby dla nas.

Dzieci z bagażem

Nie było bicia się z myślami ani strachu, że sobie nie poradzą. Ich biologiczna córka miała już 12 lat, czuli się doświadczonymi rodzicami. Spełniali wszystkie warunki prawne. Po trzymiesięcznym szkoleniu mogli zaczynać. Zdecydowali, że to pan Tomasz zostanie całodobowym opiekunem głównym, jego żona do dziś ma status opiekuna pomocniczego. Pierwszymi dziećmi, które otrzymali pod opiekę, były trzy siostry w wieku 11, 9 i 6 lat.
– Zostaliśmy od razu rzuceni na głęboką wodę – wspomina pan Tomasz. – Ludzie nie zdają sobie sprawy, z jakim bagażem doświadczeń przychodzą do nas dzieci.
Bagażem najstarszej z dziewczynek były zaburzenia psychiczne i najpewniej przebyłe molestowanie seksualne.
– Od początku byłem pewien, że naszej jedenastolatce potrzebny był lekarz psychiatra, ale nie mogłem z nią do niego pójść, bo nie byłem jej opiekunem prawnym. Po kilku tygodniach pobytu u nas dziewczynka podjęła próbę samobójczą. Na szczęście zdążyłem ją uratować, ale dopiero wtedy dotarło do mnie, na co się porwaliśmy – mówi.
Redakcja poleca: Mama rekordzistka: Danuta Ulidowicz jest najdłużej pracującą mamą SOS Wiosek Dziecięcych [WIDEO]
W tej historii jest wszystko, co najpiękniejsze w macierzyństwie: miłość, cierpliwość, wyrozumiałość i oddanie. Pani Danuta przez 34 lata tworzyła dom dla 19 dzieci, nie posiadających rodziny. To o niej powstał film "Mistrzyni świata". Zobacz relację z jego prapremiery - to historia z wielokrotnym happy endem.

Zadanie: zbudować zaufanie

Rodzina zastępcza o charakterze pogotowia opiekuńczego (właśnie taką prowadzi małżeństwo Szymanków) powinna opiekować się dzieckiem nie dłużej niż 4 miesiące, do czasu unormowania się jego sytuacji. W praktyce dzieci mieszkają w pogotowiach średnio przez pół roku, potem trafiają do adopcji, domów dziecka albo wracają do swojego dawnego domu.

Opiekunowie zastępczy mają obowiązek nie tylko zajmować się dziećmi, ale w miarę możliwości dbać też o ich kontakt z biologicznymi rodzicami.
– Raz dostaliśmy braci: pięciolatka, dwulatka i półroczne niemowlę. Byli u nas bardzo długo, bo aż 2 lata, ale za to wrócili do swoich rodziców, co zawsze jest sukcesem całego systemu – opowiada pan Tomasz.
Do tego sukcesu pewnie jednak by nie doszło, gdyby nie to, że przez te 2 lata razem z żoną co niedziela organizował spotkania chłopców z rodzicami.
– Udało nam się ich przekonać, że jesteśmy po tej samej stronie. Zmieniali się na naszych oczach: ojciec chłopaków znalazł pracę, oboje coraz częściej przyjeżdżali trzeźwi – mówi pan Tomasz.

Zbudowanie dobrej współpracy z rodzicami to jedno. Drugie, nieraz trudniejsze, to zdobycie zaufania dzieci:
– Kiedyś trafiła do nas pięciolatka po interwencji policyjnej. Przez pierwsze dni w ogóle się do nas nie odzywała, a ja się nie narzucałem. Po kilku dniach, gdy już się trochę ze mną oswoiła, dała się namówić na rysowanie i rysując, zaczęła mówić, że to wszystko przez nią, bo tamtego wieczoru, gdy przyszli policjanci, to nie schowała się przed nimi gdzieś w domu. Gdyby to zrobiła, to by jej nie zabrali. Słuchałem i potakiwałem: „Racja, następnym razem się chowaj”. Dziwne? Dla mnie nie. Ta mała musiała zobaczyć, że ten obcy człowiek, do którego ją przywieźli, rozumie jej ból i żal.

Zwykle im mniejsze dzieci, tym łatwiej się otwierają przed nowym opiekunem. Ze starszymi, jak przyznaje mój rozmówca, trzeba nieraz czekać bardzo długo:
– Pamiętam jedną dziewczynkę, która miała ogromny problem z okazywaniem emocji. Na zasadzie: „Mam stanąć tutaj? Dobrze. Mam stanąć tam? Też dobrze”. Dopiero po roku pobytu u nas po raz pierwszy się rozpłakała, już nawet nie pamiętam: ze złości czy ze smutku. Dla mnie tamten dzień był świętem.

Rodzina zastępcza to szkoła emocji

Przyczyny przeniesienia dzieci z domów rodzinnych do zastępczych to najczęściej: wódka, przemoc i choroby psychiczne rodziców, a co za tym idzie, bieda i przestępczość. Dzieci są często nie tylko chore (plagą jest FAS, czyli alkoholowy zespół płodowy), lecz także straszliwie zaniedbane. Co prawda nawet dwulatki umieją się same ubrać i zatroszczyć o jedzenie, ale z drugiej strony nawet siedmioletnie dzieci mają problem z myciem zębów, wycieraniem pupy, czesaniem. I z zabawą. Kilkulatki ustawiają klocki jeden obok drugiego, bo nie wiedzą, że można postawić je na sobie. Takie dzieci, zdaniem pana Tomasza, potrzebują nie tylko opieki, lecz także pomocy, której zasady wcale nie są oczywiste:
– Opiekując się skrzywdzonym dzieckiem, łatwo wpaść w pułapkę myślenia: „Przeżyłeś traumę, więc teraz ja ci to wszystko wynagrodzę”. Jeżeli będziemy dziecku współczuć za bardzo, to będzie nas to paraliżować. Nie będziemy w stanie dziecku niczego odmówić ani zabronić, a przecież to też są elementy prawidłowej opieki nad dzieckiem.

Emocje to ciężki temat dla opiekunów zastępczych. Nauka panowania nad nimi może zająć nawet kilka lat:
– Z doświadczenia wiemy, że nie możemy pozwalać, aby dzieci mówiły do nas: „mamo” i „tato”, choć one często bardzo tego chcą. Nie powinny się zbytnio do nas przywiązywać, bo z nami nie zostaną – mówi pan Tomasz.
On sam także musiał wypracować w sobie emocjonalny dystans: nie za duży i nie za mały:
– Niektóre dzieci się zobaczy i od razu się czuje: ale słodziak. Z drugiej strony niektóre są tak trudne do lubienia, że choć chciałbym, to nie mam zdrowia. A do jednych i do drugich trzeba podejść tak samo.

Marzenie: stworzyć dzieło

W oczach opinii społecznej rodzice zastępczy to spryciarze, którzy załapali się na łatwe życie. Nic bardziej mylnego. Prowadzenie pogotowia opiekuńczego to praca 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku:
– Wstaję o 5.30, piję kawę, szykuję dzieciom śniadania, potem budzę je, ubieramy się, myjemy i o 7.00 siadamy do stołu. Potem te, co idą do przedszkola, to do przedszkola; te, co na terapię, to na terapię, a najmłodsze zostają ze mną w domu – mówi pan Tomasz. – W tej chwili razem z żoną opiekujemy się szóstką dzieci, w tym niemowlęciem i dwulatką. Czasem wypada nam spotkanie z rodziną biologiczną, czasem musimy pojechać do sądu czy do psychologa, i tak mija nam pół dnia. W międzyczasie gotujemy obiad, po obiedzie mamy zajęcia z dziećmi, potem pranie, prasowanie, sprzątanie: tego nigdy nie brakuje.

Jego zwykły dzień pracy trwa 14 i pół godziny: od poniedziałku do niedzieli. Dla porównania, pełny etat nauczyciela przewiduje 18 godzin pracy z dziećmi tygodniowo. Ciągle życie na tak wysokich obrotach jest dla zwykłego człowieka trudne do wyobrażenia, ale pan Tomasz tłumaczy, że wystarczy po pierwsze: wejść w pewien rytm, a po drugie: nauczyć się skutecznie odpoczywać.
– Przez ostatnie lata przeszliśmy z żoną kilka szkoleń relaksacji i to nam bardzo pomogło. Nauka efektywnego odpoczynku była nam bardzo potrzebna, bo chociaż w naszych kontraktach mamy zapisany urlop, to w praktyce korzystanie z niego jest niemożliwe ze względu na psychikę dzieci. Musielibyśmy na czas urlopu oddać je do innej rodziny zastępczej albo pomocowej, a każda zmiana środowiska to dla nich stres.

Odpoczywa więc wieczorami, przy rysowaniu czy malowaniu obrazów.
– Wtedy udaje mi się całkowicie oderwać myśli od problemów. Do tego podczas malowania mam wreszcie okazję pobyć na spokojnie z naszą własną córką. Od kiedy mamy w domu maluchy, to „rodzinne godziny” zaczynają się dopiero wieczorem, ale za to trwają czasem i do 2.00 nad ranem – mówi.

Dodaje od razu, że zmęczenie i brak czasu dla siebie to niewielka cena za to, co robi. Każdy przecież marzy o tym, by jego praca miała głębszy sens. Jemu się udało taką pracę znaleźć.
– Czy jestem spełnionym człowiekiem? Może nie do końca. Mam jeszcze jedno wielkie życiowe marzenie, żeby kiedyś namalować coś wspaniałego, najlepiej na miarę „Sądu Ostatecznego” Boscha. Poza tym wszystko, co chciałem, to osiągnąłem. Tylko tego wielkiego dzieła mi brakuje.
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy