GRY
 
 

Prawdziwe historie: cud nocy poślubnej, czyli historia Pana Kłopotka

Los się na nas uwziął. Kilka razy byłam bliska utraty dziecka i życia, ale poddałam się. Walczyłam. Na Pan Kłopotek żyje i ma się świetnie. Przeczytaj historię Emanueli.

inkubator, wcześniak, noworodek, dziecko
fot. © Fanfo - Fotolia.com
Mając dziewiętnaście lat urodziłam pierwszego synka przez cesarskie cięcie. Półtora roku później wzięłam ślub. Jeszcze przed ślubem postanowiliśmy mieć drugie dziecko. W dniu ślubu odstawiłam antykoncepcję, a cztery tygodnie później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Z moich obliczeń wynika, że do zapłodnienia doszło w noc poślubną. 

Ciąża spod znaku szpitala

W trakcie badań okazało się, że pęcherzyk jest pusty - nie bije w nim serduszko. Ta wiadomość przygnębiła mnie, na szczęście kilka tygodni później badanie bHCG potwierdziły rozwijającą się ciążę. 
Ile dni spędziłam w szpitalu? Wiele... Pierwszy pobyt w szpitalu w trzecim miesiącu z powodu krwawienia. Leżałam na patologii ciąży kilka dni. Drugi pobyt w piątym miesiącu z powodu przedwczesnych skurczy. Wyszłam po tygodniu z torbą pełną leków i zaleceniem, by się oszczędzać. Z tym ostatnim było najtrudniej - w domu miałam prawie dwuletnie dziecko. Na szczęście pomógł mi mąż. 
Trzeci pobyt w szpitalu z powodu grypy jelitowej. Wyszłam po pięciu dniach. Czwarty pobyt (w siódmym miesiącu ciąży) z powodu przedwczesnych skurczy. Wyszłam po dwóch tygodniach. I kolejną listą leków, które miały pomóc w utrzymaniu ciąży. Piąty pobyt w ósmym miesiącu. Kolejne skurcze. Gdy po kilku dniach odłączyli kroplówkę z lekiem zaczął się poród. Na badaniu USG okazało się, że rozchodzi mi się blizna po cesarce. Natychmiast zabrali mnie na porodówkę. Gdyby poczekali trochę dłużej, pękłaby moja macica. 
Redakcja poleca: Czy to prawda, że inkubator psuje wcześniakom wzrok? [WIDEO]
Niektórzy rodzice słyszą czasem opinię, że długie przebywanie w inkubatorze może źle wpływać na wzrok u wcześniaków. Sprawdzamy, ile prawdy kryje się w tym stwierdzeniu.

Razem, ale osobno

Gdy wyciągnęli z mojego brzucha synka, nie słyszałam jego płaczu. Odezwał się dopiero po dłuższej chwili. Pokazali mi go tylko na chwile, zdążyłam musnąć go ustami po twarzyczce. Gdy mnie zszywali, słyszałam jak płakał na korytarzu. Czułam, że coś jest nie tak. Czułam ból... ale nie fizyczny. Boli, gdy leżysz na sali z innymi matkami, które mają przy sobie swoje dzieci, a ty nawet nie możesz zobaczyć swojego malca. Wyłam do poduszki, wylałam tony łez. 
Mój mały synuś był na końcu drugiego oddziału, a ja leżałam unieruchomiona przez znieczulenie. Nikt nie chciał powiedzieć mi, co się dzieje. Mąż nie zdążył na poród. Gdy przyjechał do szpitala, najpierw poszedł do synka, a dopiero potem do mnie. Widziałam, że płakał, mimo to pocieszał mnie, że mały jest silny i na pewno da sobie radę. 
Gdy tylko znieczulenie minęło, na drugi dzień, postanowiłam zobaczyć małego. Zasłabłam na korytarzu i upadłam, ale podniosłam się i szłam dalej. Pomogła mi salowa. 
Gdy doszłam do sali dla noworodków, zobaczyłam w inkubatorze malutką istotkę, mieszczącą się na dwóch dłoniach. Pod respiratorem, kroplówką... Wokół jego ciałka kilka kabelków od sprzętu monitorującego jego funkcje życiowe. Tłoczące tlen do jego maleńkich płucek. Nie mogłam się ruszyć. 
W pewnej chwili pielęgniarka przez przypadek odłączyła respirator. Mały zaczął się dusić. Oczy napuchły z wysiłki, powieki były czerwone, nabrzmiałe. Krzyczałam, aby ktoś mu pomógł. Słyszał mnie cały oddział. Przybiegła lekarka, podłączyła go. Ale tego zdarzenia nie zapomnę do końca życia. Przecież mogłam go stracić. 
Od tego wydarzenia pilnowałam go przez cały czas - siedziałam w dzień i w nocy. Blizna pooperacyjna bardzo mnie bolała, ale nie odstępowałam go na krok. Nikt nie mógł nas odwiedzać, by nie zwiększać ryzyka infekcji. Mąż zjawiał się tylko na chwilę. 

Na przekór losowi...

Tydzień po porodzie starszy synek miał urodziny. Mogłam wyjść do domu na kilka godzin, jednak postanowiłam zostać w szpitalu. Mój nowonarodzony synek bardziej mnie potrzebował. Wyszliśmy po ponad dwóch tygodniach.
Dlaczego los tak się na nas uparł? Rzuca nam kłody pod nogi. Najpierw podejrzenie o pusty pęcherzyk, potem kilka pobytów w szpitalu, poród, w którym o mało nie straciłam życia, ta akcja w szpitalu... Na przekór losowi dajemy radę. 
Mimo że nadal borykamy się z problemami zdrowotnymi, nasz Pan Kłopotek ma się bardzo dobrze! Bo jest to nasz mały cud poczęty w noc poślubną. 
 
Praca nadesłana przez Emanuelę Stefanowicz, mamę Piotrusia i Łukaszka, na konkurs na prawdziwą historię ciążowo-porodową (edycja listopadowa). 
 
Doładuj
Przeładuj

Popularne tematy

To Cię zainteresuje

Narzędzia dla mam

Więcej

Jak leczyć się w ciąży

Przygotowania do porodu