GRY

Prawdziwe historie: jak czekaliśmy na naszą córkę

Poród to czas czekania. Czasem bardzo długiego czekania na dziecko. Jeśli chcesz wiedzieć, jak to wygląda z perspektywy przyszłego taty, przeczytaj historię Jarosława.
Noworodek
fot. archiwum prywatne Jarosława i Ewy Kinów/ przesłane na konkurs
Zaczęło się 5 min po północy 16 maja 2014 r. Dokładnie tak jak przewidział lekarz po pierwszym badaniu – trafił idealnie z terminem porodu. Ledwie zasnąłem, gdy nagle żona obudziła mnie, mówiąc: "Misiu, to chyba już". W półśnie zapytałem: "A co odeszły ci wody?". Po czym żona stwierdziła: "Chyba tak!". Odpowiedziałem: "No to chyba jedziemy".

Czekanie w domu

Poszedłem wypić kawę, a żona poszła pod prysznic. Później dopakowała do torby kilka potrzebnych rzeczy. Trwało to w sumie około trzydziestu minut. Cierpliwie na nią czekałem. Gdy wreszcie była gotowa, zaniosłem bagaże do auta. Pogoda była straszna – lało jak z cebra, a do szpitala było jakieś 40 minut drogi (żona ubzdurała sobie, że akurat ten najdalej położony jest najlepszy, choć po drodze jest 15 innych szpitali!).  
Gdy żona, była już w samochodzie, ruszyłem. Mieszkamy przy wąskiej jednokierunkowej ulicy, musiałem jechać tyłem. Miałem ograniczoną widoczność, a stojąca przy ulicy latarnia nie chciała się przesunąć... Przetarłem ją lusterkiem (jej nic się nie stało, stoi do dziś, natomiast na lusterku są delikatne zadrapania).
Redakcja poleca: Poród z partnerem – film
Każda kobieta obawia się porodu. Czy warto przeżyć to wydarzenie razem z partnerem? Odpowiada nasz psycholog Adriana Klos.

Czekanie na izbie przyjęć

Jadąc do szpitala, liczyliśmy, co ile są skurcze, a że droga była długa, zaczęliśmy od 8 minut, a skończyliśmy na 3 minutach. Myśleliśmy, że to już blisko. Jednak po wejściu do szpitala zaczęła się procedura rejestracji. Żona poszła na badania, a ja czekałem. Kazano mi się przebrać, więc się przebrałem. I czekałem. Co jakiś czas widziałem za szybą przelatującą żonę. I czekałem. Czekałem, czekałem, czekałem. Tak minęła mi godzina.
Bałem się, że żona urodziła, a mnie przy tym nie było. Nagle wyszła na korytarz i powiedziała: "Misiu, bierz torbę, idziemy tam do pokoju". Jak tragarz z ruskiego bazaru, wziąłem torbę żony, która była tak ciężka, jakby mieściło się w niej 15 worków cementu i z 10 cegieł.

Czekanie w pokoju porodowym

Weszliśmy do pokoju, w którym znajdowały się łóżko i fotel. Od razu zrozumiałem, że łóżko to chyba nie dla mnie, więc skorzystałem z fotela. Do pełni satysfakcji brakowało mi już tylko pilota i telewizora. Żona leżała, ja próbowałem się zdrzemnąć, lecz jakoś nie szło. Emocje brały górę. Co jakiś czas przychodziła pielęgniarka i zabierała ją na badania. Oczywiście za każdym raz myślałem, że to już.
Gdy żona wracała, kładła się i przez zaciśnięte zęby mówiła: "Jeszcze nie". A więc czekaliśmy.
W między czasie urodziły dwie kobiety, które przyszły po nas. Żona cierpiała. Było to widać po jej twarzy. Żeby ulżyć jej w bólu i wspomóc naturę, pielęgniarka poradziła, by żona poćwiczyła na piłce. Przez moment myślałem, że będzie się toczyć na brzuchu, a dziecko pod wpływem nacisku zacznie wychodzić. Niestety myliłem się. Znowu czekaliśmy.

Czekanie na porodówce

O 12.00 w południe wzięli nas na porodówkę. Rozpoczął się długo oczekiwany moment. Żona parła, ja razem z nią. Jej ból, cierpienie były przerażające. W pewnej chwili pojawiła się główka dziecka – żona prosiła, aby nie patrzył. Powiedziałem: "Spokojnie jestem na trzecim roku chirurgii...", odpowiedziała z przekąsem: "Na jakiej specjalizacji?". "No dobra, skończyłem filologię polską" – poddałem się ze śmiechem. Humor poprawił się nam obojgu.
Wreszcie pojawiła się cała nasza córeczka. Gdy położna położyła ją na piersiach mojej żony, łzy zakręciły mi się w oczach. Piękne, różowe stworzonko wyszło na świat po 14 godzinach bólu i cierpienia mojej żony. Co nie zmienia faktu, że była to jedna z najpiękniejszych chwil w naszym życiu. Trzymając w ręku nożyczki przeciąłem pępowinę. W tym momencie poczułem się dumny z mojej żony, że dała mi tą satysfakcję i mogłem wspólnie z nią sprowadzić naszą Wiktorię na ten świat. I za to jej z całego serca dziękuję.

Nadesłane przez Jarosława na konkurs "Prawdziwe historie ciążowo-porodowe" (edycja lutowa).

Ocena (24 ocen)

3.2
Doładuj
Przeładuj

Popularne tematy

To Cię zainteresuje

Narzędzia dla mam

Więcej

Internetowa szkoła rodzenia

Przygotowania do porodu