fot. Fotolia.pl

Prawdziwe historie: Moja córka mamę ogląda w telewizji

Praca była całym moim życiem. Nic innego się nie liczyło – ani rodzina, ani miłość. Dopiero moja dziesięcioletnia córka uświadomiła mi, jak wysoką cenę za to zapłaciłam. Poznaj historię 39-letniej Jagody, dziennikarki.
fot. Fotolia.pl
Pamiętam nasz pierwszy telewizor. Miałam trzy, może cztery latka i siedziałam na dywanie, jak zaczarowana wpatrując się w magiczne, czarno-białe obrazki. Czasem oglądałam sama, czasem na kolanach taty, wciąż zauroczona nowymi historiami, które w czarodziejski sposób trafiały wprost do naszego salonu. Później, jakoś pod koniec podstawówki powtarzałam wszystkim, że kiedyś sama będę pracować w telewizji. Rodzice uśmiechali się pod nosem i mówili, że zostanę prawniczką, tak jak oni. Moi rówieśnicy pukali się w czoła, a za moimi plecami gadali, że zadzieram nosa. Ale ja wiedziałam swoje i robiłam wszystko, żeby spełnić marzenia.

Sięgałam odważnie po swoje marzenia

Kiedy moje nastoletnie przyjaciółki uganiały się za chłopakami, ja zakuwałam angielskie słówka lub biegłam na lekcje pianina. Gdy na studiach inni spędzali weekendy na zabawie, ja załatwiłam sobie staż w lokalnej telewizji. Oczywiście zaczynałam od samego dna, byłam dziewczyną na posyłki – sekretarką, sprzątaczką i telefonistką w jednym. Ale po pewnym czasie udało mi się podsunąć ówczesnemu dyrektorowi programowemu kilka pomysłów na program i w ten sposób dostałam awans.
Zaczęłam wyszukiwać informacje do wiadomości, a później sama je poprowadziłam. Praca wciągnęła mnie bez reszty – studia ledwo udało mi się skończyć i to z miernym wynikiem, ale nikogo to nie interesowało. Liczył się fakt, że byłam ambitna i medialna, jak mawiał mój przełożony. Parłam do przodu jak burza. Tuż po dwudziestych siódmych urodzinach dostałam kolejny awans i podwyżkę, zaraz po trzydziestce – szef zaproponował mi własny program.
– Poprowadzisz coś w rodzaju wywiadów na żywo. Kobiety – politycy od kuchni. Będziecie się spotykać na luzie, rozmawiać, gotować na oczach widzów, a w międzyczasie omawiać najistotniejsze problemy polityczne, trochę plotkować o życiu prywatnym twoich gości, tak to widzę – oznajmił mi dyrektor programowy i zapytał, czy się zgadzam.
– Żartujesz? To fantastyczne – zapaliłam się do jego pomysłu, wiedząc, że świetnie dam sobie radę.

Zobacz także: Sprawdź, jaką jesteś mamą.
Redakcja poleca: Jak dziecko uczy się i rozwija przez zmysły? [WEBINAR 1.]
Za nami pierwszy z 6 bezpłatnych webinarów dla rodziców, organizowanych w ramach akcji „Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem” i prowadzonych przez Dorotę Zawadzką. Ekspertka opowiadała o tym, jak działają zmysły malucha, a ich prawidłowy rozwój wpływa na życie również w przyszłości.

Dla kariery byłam gotowa zrobić wszystko. Na żądanie schudłam i zmieniłam fryzurę

Jako kobieta, świetnie będę się czuła w roli gospodyni kulinarnego show. Byłam ambitna, więc w małym palcu miałam większość zagadnień społeczno-politycznych, a moja chęć pięcia się wyżej po szczeblach telewizyjnej kariery tylko podsycała mój entuzjazm. Przygotowania do programu ruszyły pełną parą. Kazano mi schudnąć trzy kilo, więc się głodziłam. Kazano być dyspozycyjną, więc byłam na każde skinienie zarządu. Kazano rozjaśnić włosy – rozjaśniłam. Robiłam to wszystko, bo myślałam, że dzięki telewizji dojdę gdzieś tam, gdzie nawet nie śniłam się znaleźć, że będę kimś. A ja naprawdę chciałam być sławna. Liczył się też prestiż, duże pieniądze i ciekawa praca, ale najbardziej lubiłam, gdy obcy ludzie zaczepiali mnie na ulicy i pytali, czy przypadkiem nie pracuję w telewizji.


Karola poznałam w trakcie kręcenia programu.

Robiłam wywiad z jedną z pań posłanek, gotując razem z tą biedaczką leczo. Przed emisją (a lecieliśmy na żywo w niedzielne przedpołudnie), wyznała mi, że w kuchni ledwo sobie radzi, a na udział w moim programie namówiła ją córka. Panicznie bała się jakiejś wtopy. Fakt, ledwo radziła sobie z kuchennym nożem – zauważyłam i starałam się zgrabnie odwracać uwagę od jej wpadek. Po nagraniu padałam z nóg, bo jak do tej pory, był to chyba mój najtrudniejszy wywiad.
– Świetnie to wygląda. Mogę spróbować, czy dolałyście tam farby, żeby nabrało lepszej kolorystyki? – wysoki, nieco piegowaty szatyn stanął przy mnie, kiedy wypinałam mikrofon z bluzki. – Może pomóc? – zapytał, przy okazji zapuszczając żurawia za mój dekolt.
– Nie, dzięki. Świetnie sobie radzę – odwarknęłam.

Nie byłam zainteresowana znajomością z nim, poza tym padałam na twarz ze zmęczenia i nie miałam ochoty nawet na rozmowę. Całą noc nie spałam, bo przygotowywałam się do programu, dopiero nad ranem, po zażyciu dwóch tabletek nasennych, zdołałam się na chwilę zdrzemnąć. No i teraz pękała mi głowa. Szatyn nie dał się jednak tak łatwo spławić.
– To co z tym leczem? Umieram z głodu. Polecasz, czy nie? – dociekał, zaglądając do garnka.
– Jak na moje oko, to pani poseł wsypała zbyt dużo soli, ale skoro chcesz zaryzykować – wzruszyłam ramionami, po czym wyszłam ze studia.

Miałam go za idiotę a on zaprosił mnie na ślub kuzynki...
Następnego dnia wpadliśmy na siebie na parkingu. Ja usiłowałam wcisnąć moje cinquecento pomiędzy dostawczą furgonetkę, a jakiegoś rzęcha, on stał oparty o wóz transmisyjny
i palił papierosa, przy okazji bezczelnie gapiąc się na moje manewry. Kiedy wysiadłam, podszedł i zapytał, czy nie poszłabym z nim na wesele kuzynki.
– Wiesz, jakie będą mieć miny, kiedy pojawię się tam z tobą? – nawijał i wlókł się za mną aż do wind.
– Słuchaj, czy to jakiś zakład, czy żart?! – syknęłam w końcu, posyłając mu pełne jadu spojrzenie. – Skąd ci przyszło do głowy, że mam ochotę gdziekolwiek z tobą chodzić?
Przez chwilę wyglądał na zdezorientowanego, później… wybuchnął gromkim śmiechem.
– Zbyt sympatyczna to ty nie jesteś, ale to nic. Lubię zołzy – mrugnął do mnie, otwierając mi drzwi windy.
„Boże, co to za jakiś nachalny idiota” – pomyślałam wtedy, a niecały rok później… byłam już jego żoną.

Szybki ślub a potem awantury o pustą lodówkę

Tyle, że nasze małżeństwo chyba od początku było pomyłką. Karol pochodził z tradycyjnej, konserwatywnej rodziny. Jego mama latami zajmowała się domem, nie pracowała, a ojciec pilnował finansów. Nic dziwnego, że po pewnym czasie mój mąż zaczął oczekiwać, że rzucę telewizję, urodzę dzieci i będę wypatrywać przez świeżo umyte okno jego powrotów z pracy. Cóż – takiej opcji nie było.
Mnie wychowano inaczej.
– Licz w życiu tylko na siebie – mawiała moja mama. – Nie daj sobie wmówić, że jako kobieta nie możesz wysoko zajść.
– Rób w życiu to, o czym marzysz – dodawał tata.
Słowem dorosłam w przekonaniu, że praca jest najważniejsza, tymczasem mój mąż oczekiwał czegoś zupełnie innego.
Początkowo była między nami namiętność – po kłótniach zawsze godziliśmy się w sypialni, ale na dłuższą metę to przestało wystarczać. Zaczęły się ciche dni albo dla kontrastu – coraz częstsze i coraz głośniejsze awantury.
– Nie widzisz, jak ten dom wygląda?! Mogłabyś chociaż ogarnąć kuchnię! – wrzeszczał Karol, kiedy ja siedziałam zamknięta w pokoju i myślałam nad scenariuszem kolejnego programu.
Awanturowaliśmy się o pustą lodówkę, o to, kto zostanie w domu, żeby otworzyć drzwi hydraulikowi i o to, kto odkurzy salon. Stać nas było na olbrzymi apartament, ale prawie w ogóle tam nie bywaliśmy. Nasz dom był jedynie pozbawioną ciepła sypialnią i to pod warunkiem, że akurat spałam w domu. Bo coraz częściej pracowałam do późna i zdarzało mi się zostawać na noc w studiu…

Zaczynałam myśleć o rozwodzie, gdy okazało się, że jestem w ciąży

Słowo „rozwód” padło jakieś półtora roku po moim ślubie z Karolem. Wtedy też zorientowałam się, że jestem w ciąży.
– To musiało się stać tamtej nocy, kiedy wróciliśmy z bankietu – powiedziałam grobowym tonem.
Nie miałam w planach dziecka, nigdy nie widziałam siebie w roli matki, a tutaj taka wpadka, w dodatku z facetem, do którego już chyba kompletnie nic nie czułam. O ile, kiedykolwiek był mi bliski…
– Jasne, że tamtej nocy – potwierdził mąż. – Sypiasz ze mną tak rzadko, że przynajmniej tego możemy być pewni – dodał kąśliwym tonem.
Już chciałam mu coś odpowiedzieć, ale nie miałam nawet siły się kłócić. Zresztą wtedy myślałam jedynie o tym, że ciąża zrujnuje mi figurę, a może nawet zakończy karierę. „Bo niby co miałabym poprowadzić z wielkim brzuchem w kadrze? Domowe przedszkole?” – skrzywiłam się, wychodząc z pokoju.

Czytaj także: Czy ktoś krzywdzi nasze dziecko?


Córkę pokochałam, ale nadal byłam oddana pracy, czego mąż nie mógł znieść

Karolina (zarówno imię, jak i urodę dostała po tatusiu) urodziła się zdrowa i w terminie. Zakochałam się w mojej córeczce od pierwszego wejrzenia. Nie mogłam się nadziwić, że macierzyństwo to takie cudowne uczucie. Czułam, że dla tej kwilącej kruszynki, zrobiłabym wszystko. Karol też bardzo pokochał córkę. Był dobrym ojcem, ale my dalej się nie zgadzaliśmy. On oczekiwał, że teraz już na pewno rzucę telewizję, ja wróciłam do pracy trzy miesiące po porodzie, dziękując Bogu, że nie zerwali ze mną kontraktu, a jedynie na jakiś czas zawiesili program. Mała rosła, a my z mężem dalej się kłóciliśmy. W końcu zapadła decyzja o rozstaniu. Nie miałam siły ani chęci walczyć o to małżeństwo, Karol chyba też dał za wygraną. Nasz rozwód orzeczono jakieś półtora miesiąca przed pierwszymi urodzinami Karoliny i od tej pory chowałam ją sama z pomocą mojej mamy i niani Agaty.

Za karierę przyszło mi szybko zapłacić

W pracy znowu dostałam możliwość awansu, co dało mi zarówno jeszcze większe pieniądze i sławę, jak i większą ilość nieprzespanych nocy, stresu i łez. Tuż po trzecich urodzinach córki zdałam sobie sprawę, że zasypiam już tylko dzięki tabletkom nasennym, a później, w ciągu dnia nakręcam się tymi pobudzającymi. Piję tony energetyzujących napojów, jem jakieś śmieci, o ile w ogóle mam czas, żeby coś przekąsić i palę do trzech paczek papierosów dziennie.
A przy tym czuję się coraz gorzej, jestem wybuchowa, konfliktowa i agresywna…
Kariera tak, córciu, ale nie tym kosztem – mówiła moja mama, nie kryjąc zaniepokojenia.
– Mamo, przecież nie da się tak po prostu zwolnić tempa. Jeśli chcę iść do przodu i nie stracić posady, muszę dawać z siebie wszystko. Poza tym nie młodnieję, a młodsze dziewczyny tylko patrzą, żeby podprowadzić mi program – upierałam się.
– Mówię tylko, co myślę. Kiepsko wyglądasz – mama nie dawała za wygraną, ale zbyłam ją machnięciem ręki.
– Jestem po prostu zmęczona – mruknęłam, chwytając za teczkę z dokumentacją. – Muszę lecieć, właściwie już powinnam być w studio – dodałam.
– A Karolinka? Pomyślałaś o niej? Całe dnie spędza ze mną, albo z nianią – matka nie zamierzała ustępować.
– Z tego, co pamiętam, ty też nie przesiadywałaś ze mną w domu, tylko pędziłaś do swojej kancelarii – powiedziałam urażonym tonem.
– Dlatego chciałabym, żebyś ty nie popełniła tego samego błędu – powiedziała cicho mama, ale byłam już na schodach.

Nie uważałam się za złą matkę, byłam po prostu zapracowaną mamą

Wkurzyło mnie to jej gadanie. Nie miałam siły na staczanie domowych walk. Zdenerwowana otwierałam drzwi do garażu. „Znalazła się matka stulecia!” – myślałam z niechęcią. „Teraz siedzi na emeryturze i nagle zaczęła inaczej patrzeć na świat, ale jeszcze kilka lat temu potrafiła godzinami rozmawiać z ojcem o paragrafach, rozprawach, apelacjach”. Chwilę później skupiłam myśli na zbliżającym się nagraniu i domowe sprawy zupełnie wyleciały mi z głowy.
W każdym razie nie uważałam się za złą matkę, byłam zwyczajnie zajęta, ale czy to źle? Przecież mojej córce nie dzieje się krzywda, wręcz przeciwnie – wychowam ją na wartościową, pewną siebie kobietę, tak jak moi rodzice wychowali mnie. Fakt, w głębi serca miałam za złe mamie, że była bardziej prawniczką niż matką, ale byłam też wdzięczna rodzicom za takie podejście. Dzięki nim byłam wykształcona, pewna siebie i ambitna.

Zobacz także: Powrót mamy do pracy.


Mijały dni, miesiące, lata a ja wciąż poświęcałam najwięcej czasu pracy

Kolejne miesiące mijały mi w zawrotnym tempie i nawet nie zauważyłam, kiedy zmieniły się w upływające lata. Karolina poszła do przedszkola, później do zerówki. Skończyła z wyróżnieniem pierwszą klasę, przystąpiła do pierwszej komunii.  Byłam z niej dumna, ale jednocześnie wciąż zbyt zajęta, żeby poświęcać jej więcej czasu. Zarówno mama, jak i niania zwracały mi uwagę, że dziewczynka mnie potrzebuje, ale ja tylko się na to denerwowałam. Przecież się nie rozdwoję! Poza tym nie wierzyłam, że mała aż tak tęskni za moją obecnością. Zasypywałam ją prezentami, organizowałam czas. Zapisałam ją na balet, basen, angielski, woziłam do znajomych, żeby bawiła się z ich dziećmi i starałam się, żeby nawet przez chwilę się nie nudziła. Chciałam, żeby od małego czuła, że z życia należy czerpać pełnymi garściami.
Któregoś dnia, tuż po dziesiątych urodzinach Karoliny, zadzwonił mój były mąż. Powiedział, że chciałby mi coś pokazać. W jego tonie słychać było chłód – od dawna nie potrafiliśmy normalnie ze sobą rozmawiać. Owszem, dla dobra córki od czasu do czasu spotykaliśmy się, żeby pogadać o małej, ale sam jego widok doprowadzał mnie do szału. Przypuszczam, że działało to również w drugą stronę. Karol wybrał na miejsce spotkania kawiarnię w samym centrum miasta. Wchodząc do środka, odruchowo poprawiłam włosy. Kilka osób posłało mi zaciekawione spojrzenia, a siedzący w głębi sali Karol wstał, żeby podsunąć mi krzesło.
– Mów, o co chodzi, bo nie mam dużo czasu – powiedziałam chłodno, darując sobie wstępy.
– Sama przeczytaj. Znalazłem to w plecaku naszej córki – powiedział i podał mi jakiś zeszyt.
– Ma problemy w szkole? Nic mi o tym nie wiadomo – mruknęłam.
– Nie. Nie ma problemów. Po prostu napisała wypracowanie pod tytułem „Moja mama”.

Lęk ściskał mi gardło... nie sądziłam, że moja córka tak mnie postrzega

Poczułam, jak lęk ściska mi gardło. Tak, śmiertelnie się przeraziłam na myśl o tym, co mogła o mnie napisać dziesięcioletnia córka, której poświęcałam jedynie minimum mojego cennego czasu. Otworzyłam zeszyt. „Bardzo kocham moją mamę – pisała Karolina. – Mama jest piękna i mądra, mieszka ze mną w ślicznym domu i kupuje mi prezenty, a kiedy chcę, mogę ją sobie pooglądać w telewizji. Mogę też nagrać sobie program, tatuś nauczył mnie, jak to się robi, ale nie chcę. Wolę mieć mamę na żywo, ale ona chyba tego nie lubi. Zawsze, kiedy jest w domu, krzyczy na babcię, śpi albo jest zmęczona. Czasem myślę, że może ona mnie nie lubi, chociaż tata uważa, że każda mama kocha swoje dzieci. Więc wierzę, że mama mnie kocha, tak jak ja ją. Kocham też babcię i nianię Agatę. Z nianią chodzę do parku, wybieram nowe ubranka, jem śniadania i się bawię. Niania ma świetne pomysły – lepimy razem pierogi, zbieramy kasztany, szyjemy ubranka dla lalek. Niania nauczyła mnie literek i nowych piosenek, zabiera mnie do swoich wnuków, kupuje czekoladki. Niania mnie tuli, kiedy stłukę kolano i usypia, kiedy mama późno wraca. Mama zawsze późno wraca i nie lubię, kiedy jej włosy pachną papierosami. Nie lubię też…
– Nie mogę tego dalej czytać – odłożyłam zeszyt i zasłoniłam twarz dłońmi.
– Prawda boli? – zakpił Karol.

Zdałam sobie sprawę, że nie znam mojej córki, że między nami jest mur

Zerwałam się z krzesła i wybiegłam z kawiarni, prawie potrącając niosącego nasze zamówienie kelnera. Wsiadłam do samochodu, spojrzałam w lusterko i przeraziłam się własnego odbicia. Pod grubą warstwą profesjonalnie nałożonego makijażu widać było zmęczenie, zgorzknienie, wypalenie.
Chwyciłam za telefon i odwołałam nagranie programu. Skłamałam, że czymś się strułam i wróciłam do domu. Weszłam do pokoju córki i usiadłam na jej łóżku. Poprosiłam, żeby ze mną porozmawiała, wyciągnęłam do niej ręce. Nie przytuliła się, nie podbiegła radośnie, nie rzuciła się w moje ramiona, jak robiła to z nianią i z babcią. Stała tylko z pełnym rezerwy uśmiechem, przestępując z nóżki na nóżkę. Nagle zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie znam mojej córki, że między nami jest mur.
W nocy nie zmrużyłam oka. Myślałam o moim życiu. O tym, jaką byłam egoistką i o tym, że skrzywdziłam tyle osób. Karola, moją córeczkę, siebie samą…
O świcie, paląc kolejnego papierosa, podjęłam decyzję – odchodzę z telewizji, póki nie jest za późno. Póki moja córka nie wyrośnie na ziejącą nienawiścią nastolatkę z problemami i póki ja sama się nie wykończę. „Bo ja też nie mam już chyba siły, wypaliłam się” – pomyślałam, zaciągając się dymem.

Straciłam w życiu tak wiele pięknych chwil, z życia córki. Postanowiłam to zmienić

Kiedy pierwsze promienie porannego słońca wpadały przez niezasłonięte rolety, płakałam. Po raz pierwszy od lat pozwoliłam sobie na szczerość ze samą sobą, po raz pierwszy przyznałam, że kariera zapędziła mnie w ślepy zaułek, że przegrałam w życiu tyle pięknych chwil. „Pierwsza komunia mojej córki, na którą ledwo zdążyłam, jadąc prosto ze studia… Urodziny mamy, o których zapomniałam, pochłonięta nowym pomysłem na program… Ślub kuzynki, na którym potwornie się upiłam tylko dlatego, że podobno spadała mi oglądalność” – wyliczałam w myślach.
Zgasiłam papierosa i zwlokłam się z łóżka. Poszłam do pokoju córki. Jeszcze spała. Pomyślałam, że właściwie nigdy nie zaglądałam tam rano, nie miałam czasu, ale od teraz wszystko się zmieni. Nie wiem jeszcze, co będę robić. Może otworzę własny biznes, albo napiszę w końcu tę książkę dla dzieci, która chodzi mi po głowie od dawna. Może zacznę pracę w jakimś wydawnictwie, albo przez kilka miesięcy posiedzę w domu...? Wiem jedno – nigdy więcej nie zaniedbam mojej córeczki. W końcu zrozumiałam, jak bardzo ją zawiodłam. Dobrze, że stało się to teraz, a nie za kolejnych kilka lat. Wtedy mogłoby być za późno...
Oceń artykuł

Ocena 6 na 2 głosy

Zobacz także

Popularne tematy