Chciała mi oddać swoje dziecko
fot. Adobe Stock

„Przyjaciółka chciała mi oddać swoje dziecko. Powiedziała, że nie jest gotowa na bycie matką”

„Podrzuci mi jedno albo dwoje, albo wszystkie, które w ogóle urodzi, bo może ich mieć na pęczki. Bolało mnie to, bo sama straciłam już kilka razy ciążę”.
Chciała mi oddać swoje dziecko
fot. Adobe Stock
Alina jest szalona. Czasem mam ochotę udusić ją gołymi rękami. A czasem…

- Jestem w ciąży – rzuciła szalik na oparcie krzesła i osunęła się ciężko na siedzisko. – Mam nadzieję, że nie jest ci przykro? – Nie… Wcale… Nie wiem – próbowałam przetrawić jakoś tę informację.
– A mnie tak. Mnie, ku..a, jest przykro, bo nie dość, że tego nie planowałam, to jeszcze… – wypuściła głośno powietrze i nie dokończywszy poprosiła przechodzącą kelnerkę o mocne, podwójne espresso, po czym od razu się zawahała.

Skinęłam głową na znak, że może pozwolić sobie na tę odrobinę przyjemności

W zasadzie nie powinna, na pewno piła już dzisiaj jedno, ale jakie to miało znaczenie? Choćby ćpała, paliła i nadużywała kawy na sto procent urodzi zdrowe, dorodne dziecko. Nawet nie poczuje ciąży, mimo że przypomina chucherko, które zwieje byle wietrzyk. Usiadła z powrotem na swoim miejscu i dopiero teraz odważyła się spojrzeć mi w oczy.

– Co teraz zrobisz? – zapytałam, starając się skierować rozmowę na nią.
Oddam ci je – rzuciła.
– Pytam poważnie.
– Ale ja nie żartuję. Podobno to jest piąty tydzień, jeśli do piątego miesiąca nic się nie zmieni, będzie rosło i takie tam, to oddam ci to dziecko. I obiecuję, że będę dobrze się prowadzić, żebyś mnie później nie przeklinała. No co tak patrzysz? Przecież chcesz mieć… Zawsze pragnęłaś… Jakie to ma znaczenie która z nas je urodzi? Wika, znamy się od dzieciństwa, wiemy o sobie wszystko, wbrew wszystkim durnym opiniom o związkach, to przy tobie czuję się, jakbyśmy były dwiema połówkami jabłka, a nie przy Adrianie. Zresztą… O tym później… Jeśli miałabym czegoś życzyć temu czemuś w moim brzuchu, to żeby miało taką matkę i takie życie, jakie pragniesz mu dać. Dla mnie sprawa jest jasna, więc się zastanów. Masz czas. Dużo czasu. Usuwać nie zamierzam. Zbyt dużo ludzi cierpi z powodu… Sorry – rzuciła się łapczywie na kawę, żeby ukryć przede mną zmieszanie.

Strach strachem, ale trzeba być odpowiedzialnym!

Planowali z Adrianem wyjechać do Australii, popracować, odłożyć trochę pieniędzy i otworzyć tam pub czy coś w tym stylu, a tu nagle zdarzyło im się dziecko. Rozumiałam jej strach i niechęć do maleństwa rozwijającego się w jej brzuchu, ale wiedziałam też, że to wszystko z czasem minie.

– Mylisz się – weszła mi w słowo. – Nie minie, bo nie zamierzam zostać samotną matką. Zdziwiona? No tak… Przecież od czterech lat stanowimy wzorową parę.

Nikt, kto ich znał, nie pokusiłby się o podobne stwierdzenie. Pewnie Adrian, podobnie jak Alina, wystraszył się odpowiedzialności i swoim zwyczajem palnął coś głupiego, ale to jeszcze przecież o niczym nie świadczyło.

– I znów, niestety, się mylisz – po kawie Alina swoim zwyczajem rzuciła się na przyniesione przez kelnerkę śniadanie.

„Zje, zanim zdążę doliczyć do sześćdziesięciu” – uśmiechnęłam się do siebie. Wśród znajomych krążyły dowcipy o jej łapczywości.

Rzucała się na jedzenie z równą zachłannością, jak na pracę, gotowanie czy seks (przynajmniej tak twierdzili jej byli).

„Po prostu nie znoszę celebrowania i gry wstępnej. Mierżą mnie teorie, że droga jest ważniejsza od celu. Rany Julek! Ludzie uwielbiają się zadręczać, analizować, rozkładać na czynniki pierwsze, planować, a w końcu zmęczeni i tak niczego nie robią. Życie polega na życiu, ot co! Taki cały jego sens” – odpowiadała, gdy ktoś dziwił się jej zachowaniu.

Wydawało się, że pod tym względem idealnie się dobrali z Adrianem, a jednak od początku iskrzyło między nimi.

„Mam wrażenie, że wracamy do siebie tylko dlatego, że nikt inny nie wytrzymuje tempa, w jakim żyjemy, ale to raczej smutne niż pocieszające, że nie udaje nam się zbudować niczego zarówno wspólnie, jak i osobno” – zauważyła, kiedy przed czterema miesiącami ponownie zamieszkali razem.

To wtedy właśnie wymyślili wyjazd do Australii

Miałam być czymś w rodzaju ostatniej deski ratunku dla ich związku.

„Albo nam się uda, albo nie” – wyznała mi Alina.
– Może dziecko was scali i nie będziecie musieli nigdzie wyjeżdżać? – zapytałam.
– Dwa miesiące temu po otrzymaniu wizy kupiliśmy bilety, sprzedaliśmy część rzeczy, żeby mieć za co żyć przez pierwszy miesiąc, dogadaliśmy wynajem mojego mieszkania, więc klamka zapadła – westchnęła, odsuwając pusty talerz. – A teraz trzeba to jakoś poukładać na nowo i to szybko, bo wylot za trzy tygodnie.
– Co?! – widelec wypadł mi z dłoni i upadł na podłogę. – Tylko się nie schylaj! Czytałam gdzieś, że nie wypada schylać się pod stół w restauracji, bo można wprawić w zakłopotanie współbiesiadników. Kelnerka zaraz przyniesie ci czysty – roześmiała się, jakby opowiedziała mi dobry żart.

Czy ona naprawdę nie rozumie, że w ten sposób się nie postępuje?! Posłuchałam jej, zresztą robiłam to przez całą następną godzinę, nie dowierzając w sens wypowiadanych przez nią słów. Podobno wszystko dobrze przemyślała – Adrian wyjeżdża, ona poleci z nim na miesiąc czy dwa, potem wróci do Polski, załatwi formalności, żebym po narodzinach mogła wziąć dziecko do siebie i wyjedzie z kraju. Do Adriana czy dokądkolwiek.

Zrozum, jestem za młoda na matkę. Mam dopiero 25 lat i mleko pod nosem. To znaczy dla mojej matki byłabym wystarczająco dorosła, ale znam siebie i nie zamierzam się oszukiwać tylko dlatego, że zaliczyłam wpadkę. Nie mam niczego oprócz mieszkania po babci, żadnego stałego zajęcia, ani pieniędzy, ani nawet odpowiedzialnego partnera, jak twój, więc będzie lepiej dla mnie, Karolinki i ciebie, jeśli zrobimy, jak mówię – dotknęła dłonią brzucha, więc domyśliłam się, że wybrała już płeć i imię.

Podchwyciła mój wzrok i dodała:

– Bliźnięta oddam ci z jeszcze większą przyjemnością. Wyobrażasz sobie Adriana w roli ojca?
– Jego nie, ale ciebie w roli mamy – tak, i będziesz w tym świetna, jak we wszystkim, czego się dotkniesz. Pomogę ci, nie zostaniesz sama, nawet jeśli Adrian nie sprosta wyzwaniu, lecz nie wezmę twojego dziecka. Nie obraź się, ale gadasz jak potłuczona. Domyślam się, że to z powodu szoku – zdenerwowałam się, bo jak można handlować czyimś życiem, a tym bardziej życiem własnego dziecka.

Owszem, wiedziałam, że Alina nie planowała ciąż w najbliższym czasie, a może i nigdy, a ja od lat bezskutecznie starałam się o potomstwo, ale jakie to miało w tej chwili znaczenie? Zdarzyło się i już, jej szybciej niż mnie, więc trzeba ponieść konsekwencje, choćby nie wiem, jakie wiodło się życie i snuło plany.

– Skoro go nie usuniesz… – poniosło mnie i ostatnie zdanie powiedziałam na tyle głośno, że zwróciłam na siebie uwagę kilku klientów kawiarenki.


Spiorunowani przeze mnie wzrokiem z powrotem zajęli się sobą.

– Coś ty! Jestem przeciwna wszelkim ingerencjom w ciało oprócz tych ratujących życie. Ręce precz od macicy! – odpowiedziała mi równie głośno.

Moja wściekłość działała na nią niczym płachta na byka. Czułam, że bawi się w najlepsze, widząc do jakiego stanu mnie doprowadziła. Gdyby nie chodziło o dziecko, mogłabym spokojnie słuchać jej paplaniny, ale w tym wypadku trudno było mi trzymać nerwy na wodzy. Nasze śniadanie skończyło się karczemną awanturą i groźbą zgłoszenia sprawy do prokuratury.

– Zamkną cię, w dzisiejszych czasach na pewno – syknęłam na odchodne.
– Za co? Za to, że uważam ciebie za lepszą matkę?

Nie kontaktowałam się z Aliną, ale wciąż była w moim sercu

Nie miałam siły na dalszą konwersację. Nie po tym, co przeszłam. Miesiąc temu znowu poroniłam. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ta wariatka, którą uważałam za swoją przyjaciółkę, zaszła w ciążę. Miałam więc ochotę rozszarpać ją na strzępy za jej durne pomysły i lekkość, z jaką pozbywała się najcenniejszego skarbu.

Nawet nie pocieszał mnie fakt, że to mnie wybrała na swoją następczynię. Wzburzona zrobiłam najgłupszą z możliwych rzeczy – zadzwoniłam do Adriana i powiedziałam mu, że nie zgadzam się na wychowywanie jego dziecka. Dopiero słysząc zdziwienie w jego głosie, zdałam sobie sprawę, że nie miał o niczym pojęcia.

– Niech to szlag! – rzuciłam komórką o ścianę mijanego budynku.

Rozprysła się na drobne kawałeczki, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Wreszcie mogłam dać upust swojemu żalowi po stracie i złości na los za wszystko, co mi się przytrafia. Za to, że bezmyślnie wyszłam za mąż, mając 23 lata i rozwiodłam się po roku, zostawiając niedojrzałego, wiecznie obrażonego chłopca dla mężczyzny starszego ode mnie o 12 lat.

Przy nim czułam się bezpieczna i szczęśliwa, i tym bardziej cierpiałam, że mogę poślubić go jedynie w urzędzie stanu cywilnego. Jemu chciałam rodzić dzieci i stworzyć dom, jakiego nie była w stanie dać mu żadna kobieta. I co?

Od pięciu lat bezskutecznie walczyłam o każdą zagnieżdżającą się w moim ciele komórkę. A ta o cztery lata młodsza ode mnie smarkula, idiotka, wiedziała, jak cierpię, a jednocześnie śmiała proponować mi coś takiego! Swoją decyzją jeszcze bardziej podkreślała moją nieprzydatność jako kobiety.

„Podrzuci mi jedno albo dwoje, albo wszystkie, które w ogóle urodzi, bo może ich mieć na pęczki!” – Nie byłam w stanie się uspokoić, więc wzięłam w pracy wolne na żądanie. Nawet nie wiedziałam, czy Alina próbowała się ze mną skontaktować, bo moja komórka nie nadawała się już do użytku. Po zakupie nowej też nie zadzwoniłam. Ani później…

Straciłam Alinę z oczu na kilka miesięcy

Oszukiwałabym jednak, gdybym powiedziała, że nie odliczałam dni do jej porodu. Gdy nadszedł dziewiąty miesiąc, zaczęłam nawet odczuwać coś na kształt bólów porodowych. Kręciło mi się w głowie, straciłam apetyt. Mąż zmusił mnie do wizyty u lekarza.

– Proszę zgłosić się do ginekologa – stwierdził nasz rodzinny specjalista, analizując wyniki badań.

Poszłam, nie zastanawiając się nawet, dlaczego kieruje mnie akurat tam. Lekarz zbadał mnie, wysłał na badania, po czym po dwóch dniach oznajmił nam, że jestem w ciąży.

Zbliża się pani do trzeciego miesiąca, to najdłuższa z pani ciąż. Proszę o siebie dbać, jest pani potrzebna dziecku – uśmiechnął się.

Popatrzyliśmy z mężem na siebie, ale żadne z nas nie ośmieliło się uśmiechnąć. Okazać choćby odrobinę radości, jakbyśmy bali się zapeszyć.

„Najdłuższa z moich ciąż” – w głowie wciąż miałam słowa lekarza. Odruchowo sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Aliny.

– Jestem w ciąży – powiedziałam, jakbyśmy w ogóle się nie pokłóciły.
A ja tydzień temu urodziłam Karolinę, ale nie oddam ci jej. Mowy nie ma! – roześmiała się Alina.
– Wiesz, że będziesz najlepszą matka na świecie? – mówiłam przez łzy.
– Już jestem! Tylko cholernie chce mi się spać, więc może wpadalibyście jej popilnować? Obiecałaś, że nie zostawisz mnie samej, choć w twoim stanie wybaczę ci wszystko – paplała, wyraźnie upojona swoim szczęściem.

Chcecie wiedzieć? Donosiłam tę ciążę i kolejną także. Jakimś cudem mam dwóch wspaniałych synów, a Alina właśnie została mamą po raz trzeci. Nie z Adrianem, ale to już inna historia…

Wiktoria, lat 34

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy