Dzieci, które straciły rodziców
fot. Adobe Stock, fizkes

„Rodzice zginęli, a siostra zastąpiła nam mamę. Poświęciła wykształcenie i miłość, żeby uchronić nas przed sierocińcem”

„Nie musiała tego robić. Nie mam pojęcia, skąd wzięła na to wszystko siłę. Moja druga mama, kiedy została moją mamą, sama była jeszcze dzieckiem, bo miała siedemnaście lat! Było nas troje: ja – dziewięciolatka, siedmioletni Jasio i ona – nasza najstarsza siostra, tuż przed maturą”.
Dzieci, które straciły rodziców
fot. Adobe Stock, fizkes
Moja druga mama, kiedy została moją mamą, sama była jeszcze dzieckiem, bo miała siedemnaście lat! Było nas troje: ja – dziewięciolatka, siedmioletni Jasio i ona – nasza najstarsza siostra, tuż przed maturą.
 
Rodzice pojechali na zakupy. To był piątek, pod wieczór… Jasio oglądał jakiś film, ja siedziałam przy komputerze, a Zosia wybierała się na randkę ze swoim chłopakiem. Właśnie suszyła włosy, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. To była policja. 
 
Rodzice zginęli na miejscu, w czołowym zderzeniu z dostawczym tirem. Zostaliśmy sami… Najbardziej rozpaczał Jasiek. Nikt go nie mógł uspokoić. Dopiero kiedy Zosia mu przysięgła, że nas nie zostawi i nie odda do domu dziecka, przestał płakać. 
 
– Na pewno? – zapytał. – Bo jak kłamiesz, to ja i tak stamtąd ucieknę!
 
– Słowo! – odpowiedziała. – Będziemy razem póki nie dorośniesz i nie pójdziesz na swoje. Czy ja cię kiedyś oszukałam?
 
Faktycznie. Zosia miała taką właściwość, że zawsze mówiła prawdę. Miała z tego powodu same kłopoty, nawet w szkole jej dokuczali, bo mówienie prawdy w każdej sytuacji, zwłaszcza szkolnej, nie zawsze się dobrze kończy. Ale ona była uparta jak muł! Nasz tata tak o niej mówił: wszystkich przekonasz, ale nie Zosię… Jak się uprze, nie ma na nią siły. Prawdziwy muł!
Oprócz uporu Zosia miała jeszcze dar przekonywania o swoich racjach. 
 
– Ona wszystkich przegada i wszystko załatwi – tak z kolei Zosię charakteryzowała nasza mama. – Nie ma sposobu, żeby ją przegadać!
 
Te cechy mojej najstarszej siostry bardzo się przydały, kiedy zaczęła walkę o to, żeby zostać naszą prawną opiekunką. Napisałam „walkę”, bo to była prawdziwa wojna z urzędami, ministerstwami, autorytetami psychologii i pedagogiki oraz  z takimi, co się na niczym nie znają, ale zawsze mają coś do powiedzenia.

Nie było jej łatwo, ale się nie poddawała!

Wydawało się, że Zosia nie ma szans! Była niepełnoletnia, nie miała stałych dochodów, mogła być w szoku po tragedii rodzinnej i stąd ta decyzja, mogła być z natury mało stabilna emocjonalnie, mogła nie dać rady, żałować, dokuczać nam, wreszcie uciec i zostawić bez opieki. Wszystko rozważano w trybie przypuszczającym i w trosce o nasz los, ale Zosia dotarła najwyżej, jak tylko było można i przekonała do swoich racji tych ludzi, od których zależała ostateczna opinia. Dostaliśmy dwoje kuratorów, warunkowy czas na sprawdzenie, jak sobie będziemy radzili, i dali nam spokój. Wtedy pierwszy raz po śmierci rodziców widziałam, jak Zosia płacze.
 
Drugi raz był wówczas, kiedy się dowiedziała, że dorastający Jasiek pali marihuanę… Ryczeli oboje, a on jej przysięgał, że nigdy więcej tego nie zrobi, i o ile wiem, słowa dotrzymał… Trzeci raz był… Ale o tym trzecim razie opowiem trochę później!
 
Na początku Zosia bardzo przesadzała z tą opieką! Trzęsła się nad nami, jakbyśmy mieli po pięć lat, pilnowała, nie pozwoliła nigdzie wychodzić, chwila spóźnienia, a zaraz dzwoniła z pretensjami. W końcu się zbuntowaliśmy i Jasiek powiedział, że jak ma być więzienie zamiast rodzinnego domu, to on jednak woli sierociniec!
 
Jednak powoli wszystko się jakoś wyprostowało i ułożyło; bardzo nam pomogła wychowawczyni Jaśka i nasza kuratorka. Często nas odwiedzały, tłumaczyły, łagodziły spory, bo między nami też nie wszystko było jak z lukru… Szok i rozpacz po odejściu rodziców zamieniały się w złość na cały świat. Nie było nam łatwo! Zdarzało się, że każde siedziało w swoim kącie i tylko czekało na awanturę. To znaczy, kłótnie prowokowaliśmy my, młodsi, bo Zosia się tylko broniła. 
 
Dopiero dzisiaj rozumiem, że musiało jej być dwa razy gorzej niż nam! Niestety, wszystko się odbiło na nauce. Maturę zdała, ale słabo i to dzięki pomocy swoich nauczycieli. Ze studiów zrezygnowała, poszła do pracy w jakimś call center, niby odkładając naukę na rok. To był błąd, bo po tym roku przyszedł następny i jeszcze jeden, aż wreszcie o szkole Zosi przestało się mówić, bo zbliżał się termin mojej matury, a na dodatek Jasiek dosyć burzliwie przechodził przez gimnazjum.
 
Zosia w międzyczasie skończyła kursy kosmetyczno-fryzjerskie, a ponieważ była bez wątpienia dobra w swoim zawodzie, nie miała kłopotów ze znalezieniem pracy. Została zatrudniona w dobrym salonie i zarabiała tam naprawdę przyzwoicie. Cały czas była z tym swoim chłopakiem, jeszcze z liceum… Jednak coś między nimi się psuło, nie grało tak, jak dawniej. On robił licencjat i myślał o magisterce, miał swoich znajomych – studentów i studentki – wyjeżdżał z nimi na obozy, praktyki i weekendy, natomiast Zosia zostawała w domu albo w pracy. Wyglądało na to, że źle się czuje w jego towarzystwie. Może miała kompleks braku wykształcenia, może chodziło o coś innego? 
 
Potem on skończył te swoje studia, znalazł pracę, awansował, robił karierę… Widywali się coraz rzadziej, aż wreszcie kiedyś obudził mnie płacz dobiegający z pokoju Zosi. To był właśnie ten trzeci raz… Bałam się wejść i zapytać, czemu tak rozpacza? Zrobił to Jasiek. Także się obudził i taki zaspany, wpółprzytomny podszedł do kanapy, na której leżała Zosia i zapytał wprost:
 
– Dać mu w mordę? Bo ryczysz przez tego dupka, prawda? Co ci zrobił? Mów siostra, załatwimy sprawę… Ma się w końcu kumpli!
 
Zosia natychmiast się uspokoiła. Oczy jej obeschły, usiadła jak zwykle wyprostowana i powiedziała:
 
– Ani się waż! Nie wtrącaj się, bo narozrabiasz i będzie jeszcze gorzej. 
 
Jednak po chwili wstała, przytuliła Jaśka i pocałowała go w policzek
 
– Mimo wszystko dobrze mieć brata! – uśmiechnęła się. – Tylko błagam cię, żadnych akcji bez mojej wiedzy. I naucz się na całe życie: nic na siłę, szczególnie w uczuciach. Do miłości nie da się nikogo zmusić!

Powoli wyciągnęliśmy z niej prawdę

Ten jej narzeczony znalazł sobie inną dziewczynę. Wyjechali razem za granicę i tam się urządzali. Zosia oczywiście nie powiedziała ani słowa, że wcześniej ją też namawiał na emigrację, ale to było niemożliwe! Z kim by nas zostawiła, co by się z nami stało?  Więc zostawił jej wybór: albo, albo… Wybrała nas. 
 
Twierdzi, że nie żałuje podjętych decyzji… Nigdy nie wypomniała, co dla nas zrobiła. Pozbierała się jakoś, choć na pewno był to dla niej cios w samo serce. Ja dzisiaj jestem w tym wieku, w jakim ona była wtedy i zastanawiam się, czy mnie byłoby stać na takie poświęcenie dla rodzeństwa? Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Minęło wiele lat. Ja mam już swoją rodzinę, Jasiek mieszka i pracuje za granicą, Zosia nadal jest sama. Na rynku wtórnym kupiła sobie zrujnowaną kawalerkę, wyremontowała ją i twierdzi, że jest tam szczęśliwa, z białą kotką Marianną. Mieszkanie po rodzicach oddała mnie, z zastrzeżeniem, że spłacę Jaśka, jeśli kiedyś będzie tego potrzebował. Na razie jednak brat się nie upomina. Ma fajną dziewczynę; w przyszłym roku planują ślub i dziecko. Wszystko się układa tak, jak powinno!
 
Rzadko wracam do tamtych strasznych trudnych chwil, kiedy zostaliśmy sami, a nasza najstarsza siostra postanowiła, że zastąpi nam mamę. Dookoła nas było ciemno i smutno, lał deszcz, jak w czasie najgorszej burzy z huraganem. Potem się trochę rozjaśniło, ale nadal krajobraz był ponury, jak po wielkiej katastrofie.
 
Do dzisiaj nie rozumiem, jak ona to wszystko poukładała? Była przecież taka jak wszystkie dziewczyny w jej wieku; czasami spierała się z mamą, nie chciało się jej sprzątać, miała złe humory i pretensje o byle co. Żyła sobie jak w ciepłym gnieździe, w które nagle uderzył piorun i zostawił ją z dwoma pisklętami na karku! Wszyscy by zrozumieli, gdyby powiedziała „trudno, nie dam rady, są instytucje, które pomagają takim jak my, nie wezmę na siebie takiego ciężaru”. Ale mimo wszystkich trudności najważniejsze było, że zostaniemy razem. Powolutku odbudowała nasze życie, jakimś cudem – dała radę!
 
Kiedy o tym opowiadam, niektórzy ludzie mówią: no, tak, wszystko prawda, ale jakim kosztem to zrobiła? Nie ma osobistego życia, jest sama, nikt nie wie, czy w skrytości serca nie żałuje swojej decyzji? I czy w ogóle warto się tak poświęcać?
 
Sama nie umiem odpowiedzieć na te pytania, czasem pytam o to Zosię: 
 
– Czy ty jesteś pewna, że postąpiłaś wtedy słusznie? Dziś zrobiłabyś to samo?
 
– I dziś, i jutro, i pojutrze – śmieje się. – Poczekaj, kiedy wreszcie sama będziesz mamą, to zrozumiesz!
 
– Ale ty byłaś siostrą, nie mamą! – odpowiadam. – To co innego!
 
– A ty chcesz dzielić włos na czworo? – słyszę. – Co za różnica? Jak człowiek musi, to staje się wszystkim, kim musi! Mamą też, chociaż przyznaję, to bardzo trudna rola, Może nawet najtrudniejsza, kto wie?

Katarzyna, 29 lat

Czytaj także:
Redakcja poleca: Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]
Na co dzień tak jak i Wy jesteśmy mamami. Z wszystkimi tego, radosnymi i nie tylko radosnymi, konsekwencjami. Posłuchaj, co jest najpiękniejsze w byciu mamą dla dziewczyn z Mamotoja.pl i... napisz nam swoją własną historię!
Oceń artykuł

Ocena 5 na 1 głos

Zobacz także

Popularne tematy