Na emeryturze zostałam darmową nianią
Adobe Stock, fizkes
Prawdziwe historie

„Byłam wściekła, kiedy moje emerytalne marzenia zamieniły się w niańczenie wnuków na pełen etat”

Moja emerytura była wyczekana i wymarzona. Miałam tyle do zrobienia! Moje plany jednak szybko zniweczyły córki, które przyparły mnie do muru. Nie mogłam im nie pomóc...

Kilka lat temu wydawało mi się, że emerytura to spełnienie moich marzeń. Jej pierwszy rok miałam zaplanowany od dawna. Pojechać do Paryża, zrobić porządek z ogrodem, czytać, zapisać się na basen. I mieć wreszcie czas dla siebie. Aha, bardzo śmieszne!

Lista życzeń wisiała na lodówce od kilku miesięcy, jeszcze zanim odeszłam z pracy.

Nie taka zwykła woda – jak Oliwka z AZS odzyskała radość życia dzięki pobytowi w Avène [WIDEO REPORTAŻ]

Napawałam się tymi marzeniami każdego dnia

Nawet pokazałam spis moim córkom. Radośnie kiwały głowami, zachęcały. Potem na pewno widziały ją co najmniej kilka razy. Ale widać mają kłopot z oczami i przyswajaniem informacji. Mijała właśnie trzecia doba mojej oficjalnej emerytury, gdy do drzwi załomotała Marta, moja pierworodna.

Mamuś, sorrki, nagła sytuacja. Niania zachorowała. To tylko na kilka godzin.

Marta postawiła na stole nosidełko z Julkiem i zanim zdążyłam otworzyć usta, już jej nie było. Kochałam mojego wnuka, nie widywałam się z nim zbyt często, więc nawet się ucieszyłam. Dałam mu pić i zabrałam do ogrodu. Julek był grzeczny, coś tam sobie gaworzył, dzień zleciał szybko.

– No jestem, przepraszam, że się spóźniłam. Ale wiesz, no szalony dzień miałam. Musiałam oddać tę pracę na studia, pora wreszcie je skończyć. A tu nagle okazało się, że właśnie jedzie kanapa do nowego mieszkania i muszę tam jechać. I oczywiście złapałam gumę. Jacek w delegacji, a niania… No właśnie. Niania. Pani Lucynka właśnie zadzwoniła. Ma bardzo złe wyniki echa serca. Lekarz zabronił jej pracować. Nie wolno jej się męczyć, dźwigać. A nasz Juluś to już kawał chłopa, prawda?

Marta złapała synka na ręce i zaczęła z nim skakać po mojej kuchni.

No i widzisz, mamuś, muszę cię spytać, czy mogłabyś się przez jakiś czas poopiekować Julkiem. Dopóki nie znajdziemy z Jackiem nowej niani, a to nie jest łatwe. Pomożesz, prawda? Obiecywałam sobie wcześniej, że będę twarda i że się nie dam, jak wszystkie moje koleżanki, zamienić w darmową nianię swoich wnuków.

– Marta. Ja na tę emeryturę czekałam już tak długo. Mam plany, przecież wiesz – znacząco spojrzałam w stronę lodówki, gdzie wciąż wisiała moja słynna kartka.
– Musicie sobie poradzić, są przecież żłobki. Stać was na taki prywatny…
– Żłobek? Nie czytałaś, co tam robią dzieciom? Przywiązują do łóżeczek, szturchają. To tylko na kilka tygodni, naprawdę – Marta zrobiła tę swoją minkę, którą mnie rozbrajała od dziecka.

Uległam i zgodziłam się.

Na spacery z Julkiem uciekałam do parku

Na zamkniętym patio, które jest na terenie osiedla, czułam się jak lew na wybiegu. Marta nie była zadowolona. – Mamo, tu jest bezpiecznie, a w parku pijacy, psy – próbowała mnie straszyć.

Straciłam cierpliwość.

– Kochanie, naprawdę możesz sama opiekować się Julkiem. Wystawiać wózek na patio i się uczyć. Ale jak ja mam się nim zajmować, to będę to robić po swojemu. Nie podoba się, to droga wolna.

Julkiem zajmowałam się, aż skończył dwa lata i za namową koleżanek („bo dzieci trzeba uspołeczniać”) Marta zdecydowała się oddać go do prywatnego angielskojęzycznego żłobka.

Pół roku wcześniej zdołała się obronić i znalazła pracę

Chwaliła się wszystkim, że to ona będzie na ten żłobek zarabiać.

– Jak taka jesteś bogata, to może i mi coś za ostatnie sześć miesięcy odpalisz? – zasugerowałam delikatnie, ale Marta chyba uznała, że to żart.

A ja i tak byłam szczęśliwa, że odzyskałam wolność. I co? I cały misterny plan szlag trafił. Bo tą swoją wolnością cieszyłam się całe dwa tygodnie.

Mamusiu! Będę mieć dziecko! – oznajmiła mi rozpromieniona Karolina, moja młodsza córka. – Już za sześć miesięcy!

Mieszałam zupę w milczeniu. Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo autentycznie byłam zszokowana. Karolina była młoda, przerwała rok temu studia i „szukała swojej drogi”. Teoretycznie utrzymywała się z pracy w kawiarni. W praktyce – z tego, co dostała ode mnie. Mieszkała w wynajętych dwóch pokojach z koleżanką. I nie miała męża, narzeczonego ani chłopaka. Przynajmniej ja nic o tym nie wiedziałam.

– Dziecko? Ty będziesz mieć dziecko? – wydusiłam wreszcie z siebie.
– No ja. Bardzo się cieszę. Podobno jestem w najlepszym wieku do zostania mamą. I wiesz co, chyba na jakiś czas wprowadzimy się do ciebie. Taki ogródek to idealne miejsce dla malucha – niezrażona Karolina paplała dalej.
– Ogródek, powiadasz? – wysyczałam rozsierdzona. – Teraz to są chaszcze. A dlaczego? Bo zamiast się nim zająć, niańczyłam twojego siostrzeńca. Zresztą nie udawaj, nie o ogródek ci chodzi. Tylko o darmowy wikt, opierunek i darmową niańkę. Po moim trupie! Nie ma mowy!

Po moim wybuchu w kuchni zapadła głucha cisza.

Przerwał ją dopiero głośny szloch Karoliny

Nagle opadł z niej cały sztuczny entuzjazm. Na krześle siedziała mała, przestraszona dziewczynka. Wiedziałam, że to jest prawdziwa twarz Karoliny. Znałam swoją córkę.

Mamusiu, ja nie wiem, co robić. Ja nawet nie jestem pewna, kto jest ojcem. Uważałam, zabezpieczałam się, słowo. Nie wiem, jak to się stało. Ja nawet nie zauważyłam przez dwa miesiące, że nie mam okresu. Poszłam do lekarza przedwczoraj. Nic nie mówiłam, bo byłam pewna, że się tej ciąży pozbędę. Przecież ja nie mogę mieć dziecka… Ale dziś byłam na USG. Zobaczyłam je. I już wiem, że choćby nie wiem co, muszę je urodzić. To jest moje maleństwo…

Karolina znowu zaczęła płakać. Cała moja złość zniknęła. Wiedziałam, że muszę jej pomóc. Pół roku później na świat przyszła Marysia. Najweselsze dziecko świata. Karolina zamieszkała z nią u mnie. Tak zdecydowałam. Oczywiście Marta ciągle mi wypomina, że Julkiem opiekowałam się z miną urażonej księżniczki, a Marysią zajmuję się całą dobę i jeszcze wyglądam na szczęśliwą.

– Nie widzisz różnicy? Ty mnie do bycia niańką zmusiłaś, do opieki nad Marysią sama się zgłosiłam – próbowałam raz tłumaczyć, ale w końcu machnęłam ręką.

Przecież Marta nie będzie się dąsać długo. Co z tego, że Julek chodzi do przedszkola. Są jeszcze wieczory, weekendy, wakacje… Babcia zawsze się przyda.

Przez kolejne trzy lata znowu nie miałam ani chwili, żeby zająć się sobą i swoją „emerytalną listą”. Ta wisiała ciągle na lodówce, ale już coraz bardziej pożółkła, pomięta i poplamiona. Na co dzień miałam Karolinę i Marysię, w weekendy jeszcze Julka, a od roku też Fisię, psa Marty i Jacka. Na myślenie o urokach emerytury czasu po prostu nie było. Ale Karolina dotrzymała swojej części umowy.

Wróciła na studia. W weekendy pracowała w kawiarni – oddawała mi zawsze trzy czwarte swoich zarobków. Pomagała mi sprzątać, prasować. I naprawdę starała się być dobrą mamą. Wiedziałam, że dopóki mieszkamy razem, to zawsze będzie dla Marysi bardziej jak starsza siostra, ale ten układ miał być tylko czasowy.

I choć sama się oszukiwałam, że odliczam dni do momentu, gdy Karolina stanie na własnych nogach, to kiedy ten nadszedł, okazało się, że nie jestem na niego zupełnie gotowa.

– Mamuś. Wszystko już w busie. Jeszcze tylko musisz mi oddać Marysię i odzyskasz swoje życie. A, i żebyś nie zapomniała, co masz robić – Karolina uśmiechnęła się i zza pleców wyciągnęła brązową drewnianą ramkę.

A w niej, za szkłem, była moja lista! Tuląc do siebie wnuczkę, spojrzałam na lodówkę. Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęła z niej ta kartka. Czy przestała być dla mnie ważna? Karolina postawiła ramkę na stole i wyciągnęła ręce po córkę. Ale ja wcale nie byłam gotowa, żeby ją oddać! Z przerażeniem pomyślałam o wieczorze. Co ja będę robić? Czytać? Sprzątać? Okropna perspektywa…

No już, mamuś. Nie płacz. Przecież już za dwa dni przyjdziemy na obiad. I pewnie zostaniemy na kolację, znasz mnie. Ale teraz musimy lecieć. Pa!

Karolina wyjęła mi z rąk córkę, cmoknęła mnie w policzek i zniknęła

Wiedziałam, że powinnam być szczęśliwa. Moja druga córka w wieku dwudziestu ośmiu lat zerwała pępowinę. Miała dobrą pracę, mieszkanie, przedszkole dla córki. Miałam znowu zostać babcią. a nie zastępczą mamą Marysi. Przecież o to mi chodziło. Sięgnęłam po ramkę i przeczytałam pierwszy punkt. Wycieczka do Paryża.

Nie teraz, wiadomo, pandemia. Basen. Też lepiej nie. Już dwa punkty odhaczone. Ogród? Karolina się nim zajmowała przez ostatnie trzy lata. Wyglądał jak z obrazka. Spojrzałam na ostatni punkt. Czas dla siebie… Wspaniale. Tylko co ja mam z nim zrobić?

– Marta? Może chcecie iść z Jackiem na kolację albo do kina. Mogę posiedzieć z Julkiem. Nie mam żadnych planów, chętnie pomogę – zadzwoniłam do córki.

Marta wiedziała, że dziś wyprowadza się Karolina. Mogła mnie wyśmiać, sama się prosiłam. Wiedziałam, co bym powiedziała na jej miejscu. A Marta bez wahania zaproponowała:

– Wiesz co, chyba wychodzić nam się nie chce, ale właśnie wstawiam do pieca wielką blachę z pizzą. Wpadaj nam pomóc, bo jak ją pochłoniemy w trójkę, to umrzemy z przejedzenia.

Beata, 72 lata
 

Czytaj także:

Porzuciłem niepełnosprawne dziecko
Adobe Stock
Prawdziwe historie
„Porzuciłem niepełnosprawną córkę. Żona własnymi siłami opiekowała się chorym dzieckiem, kiedy ja hulałem za granicą”
Zagłuszałem sumienie słanymi regularnie, co miesiąc, alimentami, i… tyle. Żyłem tak, jakbym chciał wyrzucić z pamięci niepełnosprawne dziecko i kobietę, którą z nim zostawiłem.

Ponad dwadzieścia lat temu z hukiem zamknąłem jeden rozdział swojego życia: rozstałem się z żoną, zostawiając ją z chorą córką. Wysyłając im co miesiąc alimenty, próbowałem uciszyć wyrzuty sumienia… Tetris to gra komputerowa. Z góry ekranu opadają różne geometryczne wygibańce. Trzeba je w locie tak poobracać kliknięciami klawiszy, żeby na dole dopasowały się do siebie, zapełniając cały rząd. Jeden i kolejne. Wtedy zdobywasz punkty. Na początku lat 90. nie było chyba komputera bez tej gry. I właśnie w tetrisa grał sobie dyżurny ginekolog, kiedy w końcu udało mi się wedrzeć najpierw na oddział położniczy, a potem do pokoju lekarskiego. W sali obok, od dziesięciu godzin rodziła moja Dorotka Już dłuższy czas krzyczała tak, że słyszałem ją na korytarzu. I co? I nic. Gdy wreszcie zamek w drzwiach z napisem „Oddział położniczy” ustąpił pod naporem mojego ramienia i wpadłem do sali, gdzie wśród kobiet leżała Dorota, nie było tam nikogo z personelu. Żona miała czerwone od popękanych naczynek oczy, spływała potem, trzęsła się jak w malignie. – Zrób coś – wyszeptała na mój widok. Więc zrobiłem. – Koniec srutu-tutu! Do roboty, ale już! – warknąłem, wyrywając z kontaktu wtyczkę od komputera. Lekarz zerwał się na równe nogi, chciał chyba nawet coś krzyknąć, ale… Popatrzyliśmy sobie tylko w oczy i potulnie poszedł na porodówkę Chłystek! Dorota od razu trafiła na salę operacyjną. Cesarskie cięcie uratowało życie naszej córeczki. Ale nie zdrowie. Była okręcona pępowiną, niedotleniona, sina. W pierwszym badaniu dostała pięć, w drugim osiem punktów Apgar. – Może być niepełnosprawna – uprzedził stary doktor, który został wezwany do wykonania cięcia. Chciałem zabić tego gnojka, który wolał bębnić w klawiaturę, niż zająć się moją żoną . Ale dano mi...

Zmęczona mama
Adobe Stock, Кирилл Рыжов
Prawdziwe historie
„Moje macierzyństwo było więzieniem. Maż mi w niczym nie pomagał, choć byłam na skraju wytrzymałości. Miałam już tego dość"
„Pięciocentymetrowy odrost, w rozciągniętym dresie i podkoszulku. Tak wyglądał mój codzienny strój więzienny, a celą był mój dom. Nie mogłam liczyć na wsparcie męża, byłam zdana sama na siebie. Miałam już tego dość, nie chciałam już dłużej żyć jak kura domowa”

Kiedy urodził się Maciuś, zdecydowaliśmy z mężem, że przez pewien czas zostanę z synkiem w domu. Andrzej zarabiał dobrze, był w stanie nas utrzymać na przyzwoitym poziomie. Poza tym przez kilka lat staraliśmy się o dziecko, więc teraz pragnęłam zapewnić synkowi opiekę najlepszą z możliwych, czyli moją własną. W taki oto sposób zrezygnowałam z pracy i zostałam kurą domową.   Odkąd skończyłam studia, zawsze żyłam na pełnych obrotach – najpierw jako pomoc księgowej, następnie jako księgowa w biurze rachunkowym, a w końcu główna księgowa w dużej firmie produkcyjnej. Przekładało się to na dobre zarobki, ale zabierało potwornie dużo czasu. Jeśli miałabym przy tym zajmować się dzieckiem, chyba nie dałabym rady. Andrzej nie miał zamiaru mi pomagać  Początkowo przyjeżdżała do mnie trzy razy w tygodniu mama. Słabo się czułam po porodzie i potrzebowałam pomocy. Dopiero po jakichś trzech miesiącach zaczęłam radzić sobie sama. Nigdy nie sądziłam, że przy tak maleńkim dziecku może być tyle zajęć. Od rana do wieczora miałam co robić. Pranie, sprzątanie, przebieranie, przewijanie, karmienie…   Chwilami kręciło mi się w głowie. Potrzebowałam chwili wytchnienia.   – Andrzej, zajmij się małym, wyskoczę na godzinkę do fryzjera – prosiłam męża w sobotę.   – Nie mogę, kochanie, mam dziś zebranie – słyszałam w odpowiedzi.   – Andrzej, umówiłabym się po południu z dziewczynami na plotki i na zakupy. Tak dawno nigdzie nie wychodziłam…   – Kiedy indziej, Majka, dziś wrócę później, mamy naradę.   „Jutro”, „kiedy indziej”, „za tydzień” – powtarzał w kółko Andrzej. W końcu doszło do tego, że wychodziłam z domu tylko na spacer z małym. Przy okazji robiłam najpotrzebniejsze zakupy, żeby...

Chłopiec, który jest bity w szkole
Adobe Stock, Helder Almeida
Prawdziwe historie
„Syn wracał ze szkoły pobity, a dyrektorka miała to gdzieś. Mówiła, że chłopcy muszą się wyszaleć. Przecież to jakaś patologia”
„Mój syn najpierw wrócił z podartą kurtka, później z siniakami, a następnie z podbitym okiem. nie mogłam patrzeć na cierpienie mojego dziecka. Nie miałam wsparcia ze strony kadry nauczycielskiej, nawet kuratorium oświaty miało mnie gdzieś. Bałam się, że którego dnia syn nie wróci ze szkoły żywy"

Nie chciałam go tam posyłać, ale na prywatną naukę nie było mnie stać. Szkoła na naszym osiedlu nigdy nie miała najlepszej opinii. Ludzie szeptali, że panuje tam przemoc, giną rzeczy, a dyrekcja i nauczyciele przyglądają się temu obojętnie. Nic więc dziwnego, że nie chciałam posłać tam jedynego syna. Jeździłam po całym mieście i próbowałam mu znaleźć inne gimnazjum. Niestety, nie udało się. W państwowych brakowało miejsc i przyjmowali tylko dzieci  z rejonu, a na prywatne nie było mnie stać. Jestem samotną matką i choć bardzo się staram, ledwie udaje mi się związać koniec z końcem.   Kiedy we wrześniu Adrian po raz pierwszy przekroczył drzwi szkoły, byłam załamana. Starałam się jednak uspokoić. Pocieszałam się, że ta zła opinia jest pewnie mocno przesadzona. Ktoś tam kiedyś chciał się zemścić za to, że dziecko dostawało złe oceny i rozpuścił po osiedlu plotki. W głowie mi się nie mieściło, że nauczyciele pozwalają na takie rzeczy.    Na początku wyglądało na to, że rzeczywiście nie jest tak źle, jak gadają ludzie. Adrian na nic się nie skarżył. Któregoś razu wrócił co prawda w rozdartej kurtce, innego dnia miał siniaki na rękach, ale szybciutko mnie uspokoił. Stwierdził, że to nic takiego, ot, przewrócił się, uderzył na boisku, potknął…   Wierzyłam mu. Sama chodziłam przecież do szkoły i miewałam różne wypadki. Raz bawiąc się w chowanego, rozdarłam rajstopy i poharatałam kolana, bo próbowałam się przecisnąć przez małe okienko w piwnicy. Nie przypuszczałam więc, że dzieje mu się jakaś krzywda. Dopiero pod koniec października przejrzałam na oczy. Nauczycieli w ogóle to nie interesuje… Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Syn wrócił do domu brudny, posiniaczony, w podartym ubraniu. Przerażona zapytałam, co się stało. Mruknął, że nic i zamknął się w swoim...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj