Dziewczynka z zespołem downa
Adobe Stock, eleonora_os
Prawdziwe historie

„Było mi wstyd, że urodziłam chore dziecko i nie chciałam go nawet oglądać. Teraz oddałabym życie za moją córeczkę”

„Karinka przyszła na świat, a ja zamiast radości czułam tylko wielkie przygnębienie. Przecież nie o takim dziecku marzyłam… Świat zawirował mi przed oczami. Zespół Downa? Ale dlaczego? Skąd? Spojrzałam na męża i rodziców. Byli bladzi, milczeli”.
Jak każda przyszła matka, wyobrażałam sobie, że moje dziecko urodzi się piękne, zdrowe i silne. Ale los spłatał mi okrutnego figla. W pierwszej chwili nie chciałam się z tym pogodzić. Myślałam nawet, by je oddać i wymazać z pamięci. Ale tego nie zrobiłam… Dziś jest moim największym szczęściem. 
 
Zaszłam w ciążę w wieku 29 lat. Byłam wtedy wesołą, zadowoloną z życia kobietą. Miałam dobrą pracę, kochającego, czułego męża, własne mieszkanie. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko jednego – dziecka. Przez kilka lat staraliśmy się o nie z Piotrem, ale jakoś nam nie wychodziło. Chcieliśmy nawet iść już na badania, by sprawdzić, czy wszystko z nami w porządku. Ale nie zdążyliśmy. Trzy lata temu zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski. Aż popłakałam się ze szczęścia. Moje marzenie miało się spełnić!
 
Ciążę znosiłam znakomicie. Pracowałam do siódmego miesiąca! Przez cały ten czas zastanawiałam się, jakie będzie to moje pierwsze, wymarzone dziecko. Wyobrażałam sobie, że będzie wręcz idealne. Mądre i odpowiedzialne po tatusiu, wrażliwe i otwarte po mamusi, no i piękne, po babci. Do głowy mi nawet nie przyszło, że może urodzić się chore. Byliśmy z mężem młodzi i zdrowi, w naszych rodzinach nie było żadnych wad genetycznych, na USG lekarz nie dopatrzył się niczego niepokojącego, stosowałam się do wszystkich jego zaleceń.

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Cóż więc złego mogło się stać? 

Na porodówkę trafiłam tydzień przed terminem, w niedzielę. Oglądaliśmy właśnie z mężem jakiś film w telewizji, gdy poczułam, że zaczynam rodzić. Nie wpadliśmy w panikę. Wszystko mieliśmy przygotowane i przećwiczone – torba z rzeczami i dokumentami od kilku dni spakowana, trasa do szpitala wyznaczona i sprawdzona, samochód zatankowany do pełna, po szczegółowym przeglądzie. Żeby broń Boże jakiejś niespodzianki po drodze nie było. Czterdzieści minut później trafiłam na oddział, Piotr dzwonił do jednych i drugich rodziców. Krzyczał jak szalony, żeby natychmiast przyjeżdżali. Bo już wkrótce zostaną dziadkami. 
 
Karinka urodziła się tuż przed szesnastą. Gdy po raz pierwszy usłyszałam jej płacz, byłam taka szczęśliwa. Miałam nadzieję, że za sekundę będzie jak w filmie. Przytulę ją, poczuję na sobie jej ciepło, oddech na twarzy. Ale lekarka nie położyła mi jej na piersi. Nagle wokół nas zrobił się ruch. Przybiegł inny lekarz, pielęgniarki. Córeczkę gdzieś zabrano. Gdy na zmianę z mężem pytaliśmy, co się dzieje, słyszeliśmy tylko, że zaraz wszystkiego się dowiemy, że dziecko trzeba jeszcze przebadać, coś sprawdzić… 
 
Płynęły kolejne minuty, potem godziny. Trafiłam na salę poporodową. Inne mamy, które rodziły w tym samym czasie co ja, tuliły już swoje dzieci, a ja wciąż czekałam. I coraz bardziej się niecierpliwiłam, denerwowałam. Piotr i rodzice starali się mnie uspokoić, ale widziałam, że sami ledwie trzymali nerwy na wodzy. Nikt niczego konkretnego nie chciał nam powiedzieć. Co i raz słyszeliśmy, że musimy czekać na lekarza, że jak tylko będzie wolny, to przyjdzie. Czuliśmy, że coś jest nie tak. Pytanie tylko: co?
 
Wszystko wyjaśniło się dopiero następnego dnia rano. Na salę weszła lekarka i stanęła przy moim łóżku. 
 
– Pani córka ma zespół Downa. I wadę serca. Na szczęście do naprawienia. Poza tym wszystko jest chyba w porządku. Na wszelki wypadek robimy jeszcze szczegółowe badania, by wykluczyć ewentualnie inne choroby – powiedziała.
 
Świat zawirował mi przed oczami. „Zespół Downa? Wada serca? Ale dlaczego? Skąd? Czy to na pewno chodzi o moje dziecko?”. Spojrzałam na męża i rodziców. Byli bladzi, milczeli. Ale gdy otrząsnęli się z szoku, zarzucili lekarkę dziesiątkami pytań. Nawet nie wiem, o co pytali, nie słyszałam też odpowiedzi. W głowie kołatała mi tylko jedna myśl: że to tylko zły sen, że zaraz się obudzę. I okaże się, że moje dziecko jest śliczne i zdrowe. Ale choć szczypałam się w rękę, mrugałam oczami, sen ciągle trwał. 

Jak się poczułam, gdy zrozumiałam, że jednak nie śnię?

Zagubiona, przerażona, zrozpaczona, skrzywdzona. Może gdybym wiedziała wcześniej, jakoś bym się psychicznie przygotowała. I zareagowała inaczej. A tak na zmianę przeklinałam i płakałam. Mój spokojny, uporządkowany świat runął, a marzenia o idealnym dziecku prysnęły jak bańka mydlana. Zastanawiałam się, dlaczego spotkało mnie takie nieszczęście. Winiłam za to wszystkich – siebie, męża, lekarzy. Myślałam, że może ktoś z nas coś zaniedbał, o czymś zapomniał… Dziś już wiem, że nikt nie jest niczemu winien, że takie odmienne dziecko może urodzić się każdemu. I nie można temu zapobiec ani zaradzić. Bo to jest jak ruletka, którą kręci los. Ale wtedy nie chciałam w to wierzyć. 
 
Niewiele wiedziałam o zespole Downa. Na naszym osiedlu mieszkał jeden taki chłopiec. Na oko kilkunastoletni. Słabo chodził, miał dużą, jakby opuchniętą twarz, wąskie, skośne oczy. I zamiast mówić, wydawał z siebie jakieś dziwne dźwięki. Dzieciaki na podwórku wyśmiewały się z niego, dorośli gapili się jak na dziwoląga. Tylko matka go rozumiała. Biedna, zbyt wcześnie się postarzała, zmęczona i przygarbiona kobieta… Na samą myśl, że czeka mnie to samo, zrobiło mi się słabo. W tamtej chwili pomyślałam, że nie chcę takiego dziecka. I że najlepiej będzie, jeśli oddam go do jakiegoś domu opieki. Przekonywałam siebie samą, że tam lepiej się nim zajmą, że będzie szczęśliwszy. Powiedziałam o tym mężowi. Rozpłakał się. 
 
– Kochanie, przecież to nasza córka. Zobaczysz, damy radę… Spróbuj ją pokochać – wykrztusił przez łzy. 

Potrzebowałam czasu, by się pozbierać!

Do końca życia nie zapomnę tych słów. Mówi się, że to mężczyźni w takich sytuacjach załamują się, poddają. Że kobiety są silniejsze. U nas było odwrotnie. To mąż zdał egzamin z rodzicielstwa. Piotr przyznał mi się później, że pokochał Karinkę od razu. Taką, jaka była. Ja nie… Wstydziłam się, że urodziłam takie dziecko. Jeszcze zanim córeczka przyszła na świat, planowałam, że od razu po narodzinach zrobimy jej z Piotrem mnóstwo zdjęć. I wyślemy znajomym, dalszej rodzinie, a nawet wrzucimy do internetu, na portale społecznościowe… Zamierzałam się nią pochwalić całemu światu. 
 
A teraz nawet nie chciałam, żeby ktoś się dowiedział, że zostaliśmy rodzicami. Nie byłam w stanie powiedzieć żadnej koleżance, że urodziłam dziecko z zespołem Downa. Załatwili to za mnie mąż i rodzice… Odebrałam wtedy mnóstwo SMSów i telefonów ze słowami wsparcia. Początkowo nie potrafiłam ich docenić. Nawet mnie denerwowały. Myślałam: „Łatwo im mówić, żebym się trzymała, że wszystko będzie dobrze, jakoś się ułoży. Oni mają zdrowe dzieci. A ja?”. Złość, rozpacz, poczucie krzywdy odbierały mi rozum…
 
Kiedy przyszło opamiętanie? Dopiero po trzech dniach. To właśnie wtedy po raz pierwszy od porodu poszłam zobaczyć swoją córeczkę. Wcześniej nie chciałam jej nawet oglądać… Mąż, rodzice, nie potrafili tego zrozumieć. 
 
– Jak możesz się w ten sposób zachowywać? Czy ty w ogóle masz serce? – zapytała zdenerwowana mama, gdy po raz kolejny oświadczyłam, że nie zamierzam iść na salę, gdzie leżały chore niemowlęta. 
 
Miałam do niej o to pretensje. Była przecież moją matką, powinna mnie zrozumieć, wspierać. A ona mnie oceniała i krytykowała… Karinka leżała w inkubatorze. Taka malutka, bezbronna, podłączona do jakichś monitorów i rurek. Patrzyłam na nią i czułam, jak toczy się we mnie straszna walka. Z jednej strony nie chciałam tego dziecka. Ciągle bałam się, że nie podołam ciężarowi, który mi ze sobą przynosi. Ale z drugiej – marzyłam, by je przytulić. Z kompletnego dołka przechodziłam w euforię. Spadałam i znowu się podnosiłam. I tak w kółko. 
 
W pewnym momencie Karinka zakwiliła cichutko i wyciągnęła rączkę w moją stronę. Jakby chciała mnie złapać, dotknąć. I wtedy coś we mnie pękło. Rozpłakałam się. Ryczałam chyba z godzinę. A potem nagle się uspokoiłam. Gdy ocierałam z twarzy ostatnią łzę, wiedziałam już, że kocham córeczkę. Na pewno. Nad życie. I że nigdy jej nie oddam. Gdy kilka dni później zawieziono ją na operację, poszłam do szpitalnej kaplicy. Modliłam się gorąco, by wszystko skończyło się dobrze. Już nie myślałam o jej upośledzeniu. Strach przed nim zniknął. Ale pojawił się inny – przed śmiercią. Miałam jednak nadzieję, że los nie okaże się już tak okrutny. I pozwoli Karince ze mną zostać…

Jej pierwsze samodzielne kroki dały mi tyle radości!

Córeczka przeżyła. Dobrze zniosła operację i szybko wracała do zdrowia. Po sześciu tygodniach była już w domu. Skończył się jeden trudny etap w życiu, a zaczynał drugi. Przeczytałam wiele publikacji na temat zespołu Downa, skontaktowałam się z rodzicami upośledzonych dzieci. To wspaniali, dzielni ludzie. Dużo z nimi rozmawiałam. To od nich usłyszałam, że choć czeka mnie dużo pracy, to mam w życiu… szczęście. Bo urodziłam dziecko, które zawsze i bezwarunkowo będzie mnie kochać, zadziwiać. I że teraz tylko ode mnie zależy, jak będzie wyglądać jej życie. Zarabianie na dom wziął na siebie mój mąż. Ja postanowiłam, że poświęcę się dziecku. 
 
Przez pierwsze miesiące życia Karinka była wiotka jak trzcina, prawie bezwładna, bo jej mięśnie nie pracowały. Woziłam ją na ćwiczenia, podpatrywałam rehabilitanta, uczyłam się od niego, co i jak robić. A potem codziennie ćwiczyłam z małą w domu. Systematycznie. Moje wysiłki przyniosły efekty. Szalałam ze szczęścia, gdy moja córeczka po raz pierwszy usiadła, zrobiła samodzielne kroki. I to niewiele później niż jej zdrowi rówieśnicy. Jej sukcesy były także moimi. I męża. Bo Piotr nie skupił się tylko na zarabianiu pieniędzy. Po przyjściu z pracy także zajmował się i zajmuje dzieckiem. Żebym mogła chwilę odpocząć, odetchnąć…
 
Potem doszły wizyty u logopedów, psychologów. Znowu uczyłam się, pytałam, co mogę zrobić, by mózg córeczki jak najlepiej pracował. Ściśle stosowałam się do ich rad. I tak jest do dziś. Od rana do wieczora pracuję nad rozwojem umysłowym Karinki. Cierpliwie uczę ją mówić, rozpoznawać kolory, kształty. W trakcie codziennych lekcji, ale także zwykłych czynności, zabawy. Dużo z nią rozmawiam. Dzięki temu rozumie wszystko, co do niej mówię. Sama wypowiada tylko kilka słów, w tym oczywiście „mama” i „tata”, ale wcale mnie to nie martwi. Przecież skończyła dopiero dwa latka. Wiele dzieci w jej wieku jeszcze nie mówi…
 
Pewnie myślicie, że jestem niepoprawną optymistką. I uwierzyłam w to, że jeśli bardzo się postaram, moja córeczka będzie normalna. Bo ciągle porównuję ją do innych dzieci. Nie. Wbrew pozorom twardo stąpam po ziemi. Zdaję sobie sprawę z tego, że Karinka raczej nie dorówna zdrowym rówieśnikom, nie będzie Einsteinem. Ale wierzę, że pójdzie do zwyczajnego przedszkola, potem szkoły. I nie będzie odstawała od przeciętnej. Ja jej w tym pomogę. 
 
Są tacy, którzy twierdzą, że w takie dziecko nie warto inwestować, że nic z niego nie będzie. Słyszałam to kilka razy i to nie tylko za plecami. Ale to nieprawda! Ludzie z zespołem Downa uczą się języków, kończą studia, realizują pasje. Bo rodzice w nich uwierzyli… Ja też wierzę w swoją córeczkę. Zrobię wszystko, by była samodzielna, zaradna i szczęśliwa. Byle tylko zdrowia i sił mi starczyło. Bo chęci na pewno mi nie zabraknie. 

Maria, 33 lat

Czytaj także:
Dziewczyna, która wpadła
Adobe Stock, Wordley Calvo Stock
Prawdziwe historie
„Przyjaciółka mojej córki zaliczyła >>wpadkę<< z przypadkowym facetem... moim mężem. Ten drań zmuszał ją do usunięcia ciąży”
„W jednej chwili zawalił się nam świat. Nie mogłam uwierzyć, że mieszkałam i dzieliłam łóżko z takim potworem. Jak on mógł zrobić jej dziecko, przecież była dla nas jak druga córka. Czułam zgorszenie i obrzydzenie, ale wiedziałam, że nie mam serca zostawić Igi na lodzie”.

Mamo, robimy sobie z Igą babski wieczór, wiesz: serial, plotki, popcorn i te sprawy. Chcesz się przyłączyć? – zapytała Ula, gdy wróciłam do domu po wyczerpującym dniu w pracy.   – Hmm, ale tylko jeśli w pakiecie jest kubek gorącej herbaty – odpowiedziałam z rozmarzeniem i zabrałam się za odgrzewanie obiadu.   – Da się załatwić – uśmiechnęła się moja jedynaczka.   – To jesteśmy umówione – puściłam do niej oczko, a Ula zniknęła za drzwiami swojego pokoju.    Pomyślałam, że to niebywałe szczęście, że córka i jej najlepsza przyjaciółka widzą we mnie towarzyszkę takich wieczorów.  Dziewczyny przyjaźniły się od zawsze, Iga jest niemal jak moja druga córka, obecna u nas niezmiennie od pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy z Ulą usiadła w jednej ławce. Od tego czasu połączyła ich szczera i, jak się okazało, trwała przyjaźń.    No a teraz Ula była na pierwszym roku wymarzonej italianistyki, Iga zaś na ekonomii i nadal były sobie bardzo bliskie. Świadomość, że nie tylko wpuszczają mnie do swojego świata, ale nawet do niego zapraszają wprawiała mnie w miły nastrój. Być może to zasługa tego, że zawsze staraliśmy się z mężem być dla Uli nie tylko rodzicami, ale także przyjaciółmi. Z czasem podobne podejście mieliśmy także do Igi, szczególnie gdy odkryliśmy, jaką rolę w jej domu odgrywa alkohol. Niepostrzeżenie staliśmy się dla tej dziewczyny drugą rodziną, do której uciekała od pijackich burd.   Wieczór upływał nam w całkiem miłej atmosferze, nadrobiłyśmy serialowe zaległości, przegadałyśmy kilka zaległych wątków i pośmiałyśmy się na zapas. Tylko Iga była jakaś dziwna, niby rozmawiała z nami jak zawsze, ale wydawała się nieobecna.   – Iguś, a tobie co dolega? Kiepsko się czujesz? – zapytałam z troską, bo wyraźnie...

Dziewczynka, której ojciec nie kocha
Adobe Stock, De Visu
Prawdziwe historie
„Byłam niechcianym dzieckiem z przypadku. Całe życie czułam, że tata mnie nie kocha, choć inni zaprzeczali”
„Z zapisków dowiedziałam się, że moja mama dwa miesiące przed ślubem została napadnięta. Miała już wtedy ustaloną datę. Tata tak bardzo ją kochał, że ożenił się z nią, mimo że zaszła wtedy w ciążę. Nie potrafił mnie darzyć ojcowską miłością, bo widział we mnie oprawcę mamy”.

Nasz ojciec zawsze faworyzował moją siostrę. Już jako mała dziewczynka wyraźnie to zauważałam. Tata brał Ewę na kolana i mówił, że jest jego małą księżniczką. Mnie nigdy nic takiego nie powiedział, ja byłam dla niego tak jakby przy okazji, obok Ewy. Byłam, więc należało mnie ubrać i dać jeść. Chodziłam do szkoły, więc musiał kupić mi książki i tornister. Wszyscy dostawali prezenty na Gwiazdkę, więc ja też. Nigdy jednak nie okazywał mi takiego zainteresowania jak Ewie. Kiedy miałam może z siedem lat, zapytałam mamę, dlaczego tata mnie nie kocha. Mama popatrzyła z dziwnym wyrazem twarzy i gwałtownie zaprzeczyła.   – Ależ co ty mówisz, Małgosiu? Tata kocha was obie jednakowo.   – To dlaczego tego nie widać?   Mama przytuliła mnie wtedy mocno i zaczęła mi tłumaczyć, że to tylko tak mi się wydaje, że ja jestem najstarsza, więc tata ode mnie więcej wymaga.   – Ewa jest jeszcze mała i głupiutka. Poza tym zawsze była taka delikatna, drobniutka, dlatego tata ciągle się o nią martwi.   Słuchałam tego i już wtedy wiedziałam, że to nieprawda. Ewa była młodsza, fakt, ale tylko o dwa lata. I nigdy nie była drobniutka ani chorowita. Od urodzenia umiała walczyć o swoje i w pełni zdawała sobie sprawę, że jest ulubienicą tatusia. Tylko Ewa zawsze była po mojej stronie! Ze wszystkich sił starałam się zaskarbić sobie względy ojca, zasłużyć na choćby najmniejszą pochwałę. Pisałam najładniej ze wszystkich dzieci w pierwszej klasie, moje literki były równiutkie i nigdy nie wychodziły za linijkę. Każdą czytankę powtarzałam tyle razy, że w szkole umiałam je prawie na pamięć. Chwaliła mnie jednak tylko wychowawczyni, babcia, no i czasem mama. Ja jednak uparcie krążyłam wokół ojca.   – Tatusiu, zobacz, czy ładnie napisałam? – podtykałam mu zeszyt.   – Ładnie,...

Dziewczynka, która trafiła do szpitala
Adobe Stock, Nestor
Prawdziwe historie
„Sąd przyznał opiekę nad córką mojej żonie, która całymi dniami jedynie gapi się w telefon. Naraziła też zdrowie Malwinki”
„Moja była żona jest nienormalna. Powinna się leczyć! Nie wiem, czemu sąd przyznał jej opiekę nad naszą córeczką, ale mam zamiar to zmienić!? Będę miał dowód – wypis ze szpitala. I zrobię wszystko, żeby mała była ze mną. Bo matka nie umie się nią zająć!”.

Rozwiedliśmy się, kiedy Malwinka miała niespełna roczek. Nie będę się wybielał, sporo w tym było mojej winy. W końcu to ja zdradziłem żonę. Ale i ona nie była święta. Prawda jest taka, że w ogóle nie powinniśmy się byli pobierać. Nigdy nie byliśmy idealną parą, a decyzja o ślubie, podjęta pod wpływem nieplanowej ciąży, była chyba najgorszą w naszym życiu.   Nie wiem, na co liczyliśmy? Że gdy dziecko się pojawi, to coś się zmieni? Nagle zaczniemy się kochać czy szanować? Podejrzewam, że obojgiem kierowała myśl, że córka musi mieć rodzinę. No i na pewno niemały wpływ mieli nasi rodzice, zwłaszcza Beaty, którzy naciskali, żebyśmy sformalizowali nasz związek. A my, jak te barany, bezwolnie się im poddaliśmy. Beatę interesował tylko wirtualny świat! Tak naprawdę, już od dawna nic nas nie łączyło. Powinniśmy się rozstać jakiś czas temu, ale czy z przyzwyczajenia, czy z lenistwa ciągnęliśmy ten związek. Uchodziliśmy za parę, więc na wszystkie imprezy i wyjazdy byliśmy zapraszani razem. I w sumie niewiele więcej nas łączyło. Beata, maniaczka komputerowa, spędzała przed monitorem całe dnie. Nawet jak się spotykaliśmy, to ona i tak głównie zajmowała się sprawdzaniem wpisów na Facebooku albo śledzeniem aukcji na Allegro. Kiedyś okropnie się z nią o to pokłóciłem. No, bo siedzimy w knajpie, czekamy na posiłek, ja tu liczę na romantyczną kolację, a ta nic, tylko klika w smartfona. No to powiedziałem jej, co myślę. Obraziła się na amen.   Po ślubie oczywiście nic się nie zmieniło. Beata siedziała w domu na urlopie, ja pracowałem. A kiedy wracałem wieczorem, często się zdarzało, że nawet obiadu nie było, bo moja kochana żoneczka tak się zasiedziała przy komputerze, że nie miała czasu pójść do sklepu, czy ugotować ziemniaków.   Miałem nadzieję, że dziecko oderwie ją od tego wirtualnego świata, chociaż nie...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj