Dziewczynka, którą ktoś chce porwać
Adobe Stock, tgordievskaya
Prawdziwe historie

„Chwaliłam się zdjęciami córki w Internecie. Teraz jakiś zboczeniec chciał porwać moje dziecko. Cudem uniknęliśmy tragedii"

„Policjantka rozłożyła przede mną setki zdjęć mojego dziecka. To nie byli zwykli porywacze, tylko... pedofile. Gdy pomyślę, co mogło się stać i jak blisko byliśmy tragedii, wpadam w histerię. Przez nasza bezmyślność prawie straciliśmy córkę".
To chyba normalne, że uważaliśmy naszą córeczkę Agatkę za najpiękniejszą na świecie. Większość rodziców myśli podobnie o swoich pociechach. Czy to coś złego? Samo w sobie nie, ale przekonałam się, że konsekwencje wynikające z takiego podejścia mogą być opłakane.
 
Gdy urodziłam Agatkę, postanowiliśmy ze Zbyszkiem utrwalać nasze szczęście na fotografiach. Zrobiliśmy naszemu dziecku niezliczoną liczbę zdjęć. Mnogość ujęć, póz, fotki ustawiane, spontaniczne – pełen przekrój tego, jak nasza córcia rośnie z każdym dniem i z każdą chwilą pięknieje, ku radości swoich rodziców. 
 
Rodzina i znajomi patrzyli na nas trochę jak na zwariowaną parę, która rekompensuje sobie jakieś bliżej niesprecyzowane kompleksy czy dokonują projekcji miłości własnej na dziecko (trafiały się takie diagnozy). Tłumaczyliśmy to zazdrością, zwłaszcza gdy takie psychologizowanie serwowały nam moje bezdzietne koleżanki i znajomi Zbyszka, którzy nie zaznali dotąd uroków rodzicielstwa. Ale już mój ojciec pozwalał sobie na prelekcje, wydawać by się mogło, czysto praktyczne.
 
– Kiedyś było inaczej – marudził. – Na kliszy dwadzieścia cztery albo trzydzieści dwa zdjęcia, więc należało starannie dobierać momenty na fotografowanie. A to cyfrowe cykanie w końcu wam spowszednieje. Kto znajdzie tyle czasu, żeby te wszystkie zdjęcia obejrzeć! Robicie z dziecka maskotkę, modelkę… Spasujcie trochę.
 
– Ale co jest złego w dziecięcych fotografiach? – pytałam obrażona. – Nie moja wina, że nie miałeś takich możliwości. Ja bym bardzo chętnie pooglądała swoje zdjęcia z różnych okresów dzieciństwa. A jest ich tyle, co kot napłakał. Miałeś tylko jedną kliszę, jak byłam mała?
 
Wtedy ojciec się obrażał i z tematu zdjęć schodził na kwestie wychowania.
 
– Wiesz dobrze, że kocham Agatkę najbardziej na świecie, ale czy wam nie przyszło do głowy, że możecie ją zepsuć, zmanierować? Wieczne pozowanie, przebieranki, cudowanie, niech to dziecko ma jakieś dzieciństwo, a nie ciągłe sesje zdjęciowe!

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Nie widziałam w naszym zachowaniu nic złego

Nie słuchaliśmy, nie chcieliśmy słuchać. Kiedy Agata skończyła dwa lata, postanowiłam podążyć za trendem światowym i założyłam profil na popularnym fotograficznym serwisie społecznościowym. Umieszczałam tam zdjęcia naszej ślicznej córki. Lajki, komentarze, subskrybcje, wszystko to rozwijało się błyskawicznie; Zbyszek dzięki kontaktom z branżą reklamową pozawierał umowy z firmami odzieżowymi, w których produkty ubieraliśmy Agatkę, łącząc przyjemne z pożytecznym. Dziecko miało markowe ubrania, my satysfakcję.

Jak usłyszał o tym ojciec, znowu dał upust dziadkowym frustracjom.
 
– Nie wierzę… Wystawili dziecko w internecie jak samochód na aukcji i jeszcze robią na tym kasę. Czy wyście już całkiem pogłupieli? Ja rozumiem, że idziecie z postępem, ale mi się niedobrze robi…
 
Nie chciałam sobie psuć relacji z jedynym rodzicem, ale przesadził, więc i mnie hamulce puściły.
 
– Gdyby mama żyła, na pewno byłaby zadowolona! – wypaliłam i od razu pożałowałam tych słów.
 
Ojciec zacisnął zęby.
 
– Tego, córeczko, nigdy się już nie dowiemy – wyszeptał zasmucony, dotknięty do żywego.
 
Przepraszałam, kajałam się, świadoma, jak bardzo kochał moją mamę, i że moimi słowami go zraniłam, ale i tak się obraził i przez miesiąc nas nie odwiedzał ani nawet nie zadzwonił.
 
Trzyletnią Agatkę zapisaliśmy do prywatnego przedszkola. Nie pracowałam, pensja Zbyszka wystarczała w zupełności na stosunkowo dostatnie życie, ale uznaliśmy, że nasze dziecko powinno nawiązać kontakt z rówieśnikami. Agatka bardzo szybko odnalazła się w swojej grupie, a o to mieliśmy największe obawy, w końcu była rozpieszczoną jedynaczką.

Z moich rozmów z wychowawczynią wyłaniał się obraz dziewczynki, która początkowo bardzo chciała być w centrum zainteresowania, ale z czasem dużo bardziej odpowiadało jej pozostawanie na drugim planie i wtapianie się w grupę równolatków.
 
– Być może wynika to z faktu, że są państwo dość wymagającymi rodzicami – tłumaczyła pani Ania. – W przedszkolu Agatka pozbywa się części presji.
 
My wymagający? Raczej zbyt pobłażliwi, tak nam się wydawało. Czyżby te ciągłe sesje zdjęciowe Agatka odbierała jako presję? Tak rzeczywiście mogło być, ale coś innego niepokoiło nas bardziej.

Od pewnego czasu odnosiłam wrażenie, że jesteśmy śledzeni. Kilka razy widziałam tego samego niepozornego mężczyznę, gdy przywoziłam Agatkę do przedszkola. Mógł być jednym z rodziców, ale ogarnęły mnie złe przeczucia i nabrałam poważnych podejrzeń, gdy mignął mi pod naszym domem. Nie miałam stuprocentowej pewności, bo siedział w wolno przejeżdżającym samochodzie, ale wydawało mi się, że to może być ten sam facet, który przyglądał się nam w pobliżu przedszkola.

W tym całym koszmarze miałam też dużo szczęścia

Któregoś wtorku wsadziłam Agatkę do auta, aby zawieźć ją do przedszkola. Była bardzo śpiąca i zasnęła, gdy tylko ruszyłam. Ujechałyśmy kilka przecznic i zatrzymałam się na czerwonym świetle. Po kilku sekundach poczułam lekkie uderzenie w tył auta. „No tak, jakiś nieudacznik nie wyhamował… Że też mnie musiało to spotkać!” – zdenerwowałam się. Zgasiłam silnik, włączyłam światła awaryjne, schowałam kluczyk do kieszeni i wysiadłam z auta.
 
– Co pan najlepszego narobił? – zapytałam nieco roztrzęsiona mężczyznę, który wysiadł z czarnego opla. 
 
– Przepraszam, zamyśliłem się, ale nic się nie stało… – uspokajał mnie niezdarny kierowca.
 
I wtedy zza niego wyskoczył pasażer i trzasnął mnie pięścią w głowę. Tak mocno, że upadłam. Gdy ogłuszona leżałam na jezdni, ten, który mnie uderzył, zanurkował łapą do kieszeni mojego płaszcza. Najszczęśliwszym trafem w moim życiu, akurat w tej miałam kluczyki do naszego drugiego auta, którym dzień wcześniej jechałam na zakupy. Kiedy napastnik zadowolony ścisnął je w dłoni, wrzasnął do kompana, żeby uciekał, a sam wskoczył do mojego samochodu.

Czarny opel z piskiem opon odjechał, zawracając i łamiąc przepisy. Z kilku kierunków nadbiegali już przechodnie z pomocą. Damski bokser wskoczył do naszego auta, w którym ocknęła się Agatka, i po chwili wyskoczył z niego, miotając przekleństwa, po czym rzucił się pieszo do ucieczki. Odepchnął niezdecydowanych młodzieńców, którzy usiłowali zastawić mu drogę i zniknął za rogiem.

No tak… Nie da się uruchomić lancii kluczem do skody. Rzuciłam się w kierunku Agatki, na szczęście dopiero co obudzona, nie zdążyła się zorientować, jakie niebezpieczeństwo nam zagrażało. Szybko wytarłam krew z nosa i przytuliłam córeczkę, szepcząc, że nic się nie stało. Nadjeżdżała policja, tłum gapiów gęstniał, a ja chciałam jak najszybciej do domu, do Zbyszka.
 
Złożyłam na policji zeznania. W osobniku, który mnie zaatakował, rozpoznałam mężczyznę, którego już kilka razy widziałam. Sporządzono pamięciowe portrety obu sprawców. Na tym etapie wyglądało to na klasyczną kradzież samochodu „na stłuczkę”, niezbyt profesjonalną, co przyznali sami policjanci.
 
Zbyszek wziął dwa tygodnie urlopu. Postanowiliśmy nie posyłać Agatki do przedszkola, aż sprawa przynajmniej częściowo się nie wyjaśni. Cieszyłam się jak dziecko, gdy zjawił się mój ojciec, deklarując, że pomieszka trochę z nami i pomoże, na ile tylko będzie mógł. Poczułam się dużo bezpieczniej.

A jednak im nie chodziło o samochód, lecz…

Wkrótce dostałam wezwanie na policję; przez weneckie lustro rozpoznałam schwytanych sprawców. Potem zaprowadzono mnie do gabinetu pani policjant. Przez pierwszą część rozmowy funkcjonariuszka robiła wszystko, by rozładować moje napięcie. Dopiero potem wyjaśniła mi, że to nie była próba kradzieży auta.

Rozłożyła przede mną kilkadziesiąt powiększonych fotografii. Zbladłam. To były zdjęcia Agatki, te same, które umieszczałam na portalu, te, które zbierały mnóstwo polubień i sympatycznych komentarzy…
 
– To z twardych dysków komputerów osobników, którzy na panią napadli – powiedziała policjantka.
 
Jakbym dostała obuchem w głowę. Serce waliło mi jak oszalałe. To nie byli złodzieje samochodów, tylko pedofile… Porywacze dzieci?
 
– Szczęście w nieszczęściu kompletni amatorzy – stwierdziła funkcjonariuszka. – Jeszcze nie wiemy, czy to była ich inicjatywa, czy dostali zlecenie na państwa córeczkę. Ja wiem, że trudno w to uwierzyć, ale tak niestety jest. Ludzie na portalach społecznościowych chwalą się domami, które są potem okradane, samochodami, które padają łupem złodziei, a jeszcze inni dziećmi.
 
– Ale ja przecież… Przecież… ja… – płacząc, nie umiałam się wysłowić.
 
– Wiem, że to nie były fotografie erotyczne, pornograficzne, rozbierane. One nie muszą takie być. Do rozładowania seksualnego napięcia pedofilowi przed komputerem wystarczą takie jak te… Tylko że jest to ostatnia rzecz, o której myśli rodzic, wrzucając do sieci zdjęcia dziecka. Do sieci, w której nic nie ginie.
 
Wróciłam z komisariatu i przez tydzień płakałam co noc. Zbyszek nie mógł mnie uspokoić, bo sam był w nielepszym stanie psychicznym. O mały włos nie doprowadziliśmy do tragedii – przez własną niefrasobliwość, brak rozeznania i wyobraźni, że nasze niewinne fotki mogą trafiać na ekrany zboczeńców. A niektórzy z nich nie poprzestaną na patrzeniu, lecz okażą się tak bezwzględni, okrutni i zdesperowani, by… Nie! Tego wolałam sobie nie wyobrażać.

Przecież gdyby Agatkę porwano… Na samą myśl, jaką krzywdę mogliby jej wyrządzić, wpadam w histerię.
Zrobiliśmy to, co mogliśmy zrobić. Zlikwidowaliśmy profil w Internecie, choć wiemy, że zdjęcia z niego mogły zostać ściągnięte na wiele komputerów. Przeprowadziliśmy się na drugi koniec Polski, myślimy nad zmianą tożsamości ze względów bezpieczeństwa.

Śledztwo w wiadomej sprawie wciąż trwa i podobno zatacza coraz szersze kręgi. Najbardziej jestem wdzięczna mojemu ojcu. Że ani razu nie wrócił do naszych wcześniejszych rozmów. Że nie powiedział: „a nie mówiłem!”, „widzicie, miałem rację!”. Że ma większą rodzicielską wyobraźnię niż ja i Zbyszek. Obyśmy kiedyś mu dorównali.

Krystyna, 32 lata

Czytaj także:
„Byłam w ciąży, kiedy moja mama zmarła. Bałam się, że przez nerwy dziecku stanie się krzywda”
„Nie chciałam i nie planowałam dzieci. Ale kiedy straciłam ciążę, wpadłam w rozpacz”
„Mój mąż jest o mnie chorobliwie zazdrosny. ŚLEDZI MNIE kiedy jestem z córką, a potem przekonuje, że martwił się o dziecko!”
Zmartwiona kobieta w ciąży
Adobe Stock, Antonioguillem
Prawdziwe historie
„Mam 40 lat i jestem w ciąży. Teściowa traktuje mnie jak śmiertelnie chorą. Wciska jedzenie i wybrała imię dla dziecka"
„Gdy zobaczyłam teściową w drzwiach razem z obrzydliwym wózkiem z wyhaftowanym imieniem >>Hania<<, myślałam, że oszaleję. Przez nią moja ciąża zaczynała przypominać chorobę, a nie najpiękniejszy w życiu czas dla kobiety".

Długo starałam się wyrozumiale traktować zachowanie teściowej, ale w końcu miarka się przebrała, i wybuchłam…   Zawsze uważałam, że opowieści o wrednych i zatruwających życie teściowych są mocno przesadzone. Moje zdanie było takie: jak się starasz, tak masz. Bo przecież jakość relacji międzyludzkich zawsze zależy od dwóch stron, prawda? Dwie osoby muszą chcieć okazać sobie serdeczność.   W każdym razie ja na swoją teściową nie narzekałam. Co prawda, patrząc na to, jak wychowała syna, mogłabym mieć do niej drobne zastrzeżenia, ale bez przesady. W końcu zajmowała się Bartkiem całkiem sama i, siłą rzeczy, pewnych spraw nie była w stanie mu wpoić. Ale ja najbardziej zwracałam uwagę na to, jaki ktoś jest dla drugiego człowieka, i tym, co ujęło mnie w moim przyszłym mężu, były właśnie jego dobroć i troska o drugą osobę. Wiedziałam, że będzie dbał o mnie i nasze dzieci najlepiej, jak tylko można.   Pięć lat po ślubie mogłam z całym przekonaniem stwierdzić, że się nie pomyliłam. Bartek był dobrym, kochającym i troskliwym mężem. Niestety, jaki jest w roli ojca, nie mogłam się przekonać, bo po tych kilku latach małżeństwa nie doczekaliśmy się dzieci. Przeszliśmy szereg badań, ale lekarze nie stwierdzili, dlaczego nie możemy cieszyć się potomstwem. In vitro nie wchodziło w grę, więc powoli zaczynaliśmy się godzić z tym, że nie będziemy rodzicami.  Dlatego gdy mając nieco ponad 40 lat, nagle poczułam się źle, nawet nie przypuszczałam, że mogę być w ciąży. Podejrzewałam u siebie schorzenia gastryczne, problemy z kręgosłupem, sercem, a nawet wczesną menopauzę, ale nie to, że rozwija się we mnie dziecko. Wielka radość, ale i wielki strach… A jednak tak było. Gdy upewniona przez ginekologa o prawie dwumiesięcznej ciąży wyszłam z gabinetu, trzęsły mi się nogi. Nie byłam w stanie sama wrócić...

Mąż kazał dziecku iść na pogrzeb dziadka
Adobe Stock, soupstock
Prawdziwe historie
„Mąż kazał dziecku całować... zmarłego dziadka. Teraz syn ma traumę i koszmary senne”
Mały budzi się w nocy i krzyczy, że odwiedził go dziadek, że był biały, zimny i straszny. Jestem wściekła na męża - to jego wina!

Ledwie otuliłam się kołdrą i zamknęłam oczy, w pokoju mojego sześcioletniego synka rozległ się płacz. – Mamooo, znowu przyszedł do mnie dziadek. Był taki biały, straszny, boję się! – usłyszałam. Zerwałam się z łóżka jak oparzona. – Zostań. Popłacze chwilę i się uspokoi. Przecież jest już duży. Poradzi sobie . Nie możesz wiecznie go uspokajać – złapał mnie za rękę mąż. – Ani myślę cię słuchać! To twoja wina, że Jasiek tak się zachowuje – wyrwałam rękę z uścisku. – Chyba żartujesz! To ty zrobiłaś aferę. Gdyby nie twoje wrzaski, mały nie miałby dziś żadnych problemów. Wszyscy tak twierdzą… – prychnął. Aż zatrzęsłam się ze złości. – Mam gdzieś, co mówią wszyscy. To nie ja kazałam dziecku całować zmarłego dziadka, tylko ty! – krzyknęłam i zanim zdążył jeszcze coś powiedzieć, poszłam do Jasia. Synek siedział na tapczanie skulony i przerażony – Już dobrze – przytuliłam go. Trzymałam go w ramionach, dopóki nie zasnął. Uważałam, że jestem mu to winna. Za to, że uległam namowom rodziny i zabrałam go na pogrzeb dziadka. Ojciec Piotrka był cudownym człowiekiem. Ciepłym, czułym, opiekuńczym. Kochał Jasia nad życie. Zwykle to babcie szaleją na punkcie wnuków, spełniają każdą ich zachciankę. W naszej rodzinie było inaczej. Teściowa była surowa i wymagająca. Tymczasem teść – chodząca dobroć i łagodność. Poświęcał Jaśkowi każdą wolną chwilę. Zabierał go do zoo, do kina, na plac zabaw . Synek wprost go uwielbiał. Nieraz powtarzał, że ma najlepszego dziadka na świecie. Rok temu teść zachorował. Rak jelita. Dzielnie walczył, ale choroba w końcu go pokonała. Zmarł miesiąc temu. Przez ostatnie tygodnie było z nim tak źle, że nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Tylko leżał...

Kobieta pociesza córkę
Adobe Stock, New Africa
Prawdziwe historie
„Pasierbica obwinia mnie o rozbicie rodziny. Nie wiedziała, że jej matka wolała alkohol niż córkę”
„To ja opowiadałam jej bajki na dobranoc i leczyłam katar. Kocham Inkę z całego serca i nie pozwolę, by źle o mnie myślała. Jej matka była złą osobą, nie ja. Wybrała alkohol zamiast rodziny. Poświęciłam Ince całe moje życie..."

Nie jesteś moją matką! To przez ciebie nie żyje moja prawdziwa mama! Nie masz prawa mi rozkazywać! – krzyknęła Inka i trzasnęła drzwiami.    Takie zachowanie wobec mnie, to ostatnio nic nowego, ale te oskarżenia były dla mnie jak policzek. Odruchowo złapałam się za brzuch, jakbym chciała zasłonić go przed krzykiem.   Inka, to czternastoletnia córka mojego męża. Życie tak się ułożyło, że wychowujemy ją razem od 10 lat.    Do niedawna wszystko było idealnie. Teraz nasza sytuacja zaczęła się komplikować. Inka weszła w okres dojrzewania, który okazał się trudniejszy, niż się spodziewaliśmy.   – Co się dzieje? – usłyszałam głos Andrzeja, który właśnie wrócił z pracy. Musiał mijać się z Inką na schodach. Na pewno wszystko słyszał.   – Rozmawiałyśmy – odpowiedziałam krótko.   Nie miałam nastroju, aby snuć opowieść o tym, co usłyszałam na dzisiejszej wywiadówce, i co stało się pretekstem do „rozmowy” z Inką. Wychowawczyni powiedziała, że nasza córka średnio dwa, trzy razy w tygodniu opuszcza lekcje. Jest arogancka i niegrzeczna. Nauczyciele skarżą się, że prowokuje resztę klasy do niewłaściwego zachowania. Przykro mi było tego słuchać, ale nie byłam zaskoczona, przecież Irmina w domu zachowuje się podobnie.   Na pytanie nauczycielki, czy wydarzyło się coś w jej życiu lub w naszej rodzinie, co mogło mieć wpływ na jej pogarszające się zachowanie, stwierdziłam, że moim zdaniem to przejściowy okres dojrzewania. Co innego mogłam powiedzieć. Potem w domu próbowałam z nią o tym rozmawiać, ale skończyło się jak zwykle.   – Rozmowy to według mnie raczej nie przypominało – westchnął Andrzej.    Podszedł do mnie, pocałował mnie w policzek, a potem pogłaskał po brzuchu – Kochanie, uważam,...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj