Kobieta, która ma problem w zajściu w ciążę
Adobe Stock, gradt
Prawdziwe historie

„Walczyliśmy o ciążę, ale to nie przynosiło efektów. Rodzina ciągle pytała >>kiedy dzieci?<<, a ja cierpiałam”

„Wiele wskazywało na to, że nigdy nie zostaniemy rodzicami, a i tak najgorsze były >>dobroduszne<< rady i pytania różnych cioć czy znajomych w stylu: >>Wygodniccy. Już tyle po ślubie, brać się do roboty, żeby małe nóżki po domu biegały<<. Nikt nie widział, przez jakie piekło przechodzimy”.
Kiedy patrzę na moje dzieci siedzące przy stole wielkanocnym, łezka mi się w oku kręci. Agnieszka z mężem Marcinem i małą Zosieńką przyjechali z Irlandii, gdzie od dwóch lat mieszkają i pracują. Martusia z kolei przyjechała z Poznania – na tamtejszym uniwersytecie studiuje biologię. Jest dopiero na pierwszym roku, ale bardzo podoba jej się wybrany kierunek i całkiem nieźle jej idzie. Damian, który mieszka z nami na co dzień, w tym roku będzie zdawał maturę. Jak każdy nastolatek, lubi czasami gdzieś wyjść z kolegami, ale zawsze wraca do domu o umówionej porze i nie mam z nim większych problemów.

Cała trójka jest ze sobą bardzo zżyta i choć teraz rzadko się widują, dokładnie wiedzą, co u kogo słychać. Kto gdzie był, kto jaki film obejrzał czy nawet jaki miał humor danego dnia. Wszystko to dzięki tym nowoczesnym technologiom, jak Facebook, Skype czy smartfony. Piszą do siebie, wysyłają zdjęcia, rozmawiają. Dlatego przy stole zawsze jest gwarno i wesoło. Uwielbiam, kiedy z apetytem zajadają się moim mazurkiem z kajmakiem czy sernikiem i dlatego piekę te ciasta na każde święta wielkanocne. A mój mąż chętnie mi w tym pomaga.
 
– Tak się cieszę, Beatko, że dzieci przyjeżdżają do nas na święta – powiedział Jacek, kiedy mełł twaróg na ten nasz świąteczny sernik. – To cud, że mamy taką wspaniałą, dużą rodzinę, nie uważasz? Pamiętasz, ile wysiłku nas to kosztowało?

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Ty jesteś moją mamusią? 

Oczywiście, że pamiętałam. Pytanie męża przeniosło mnie w czasie do lat, kiedy wkrótce po ślubie zaczęliśmy starać się o dziecko. Minął rok, drugi, a ja nie zachodziłam w ciążę. Mieszkaliśmy wtedy u rodziców Jacka, oddali nam całą górę swojego domu. Obydwoje pracowaliśmy – Jacek był stolarzem, a ja uczyłam w miejscowej szkole podstawowej młodsze klasy. Nie opływaliśmy w dostatki, ale wystarczało nam na życie, kupiliśmy sobie nowe meble, mieliśmy własny samochód. Nawet udawało się nam się odłożyć po parę złotych każdego miesiąca, żeby było, „jak urodzą się dzieci”. Tylko że te dzieci jakoś nie przychodziły na świat.
 
Byłam u ginekologa, zrobiłam sobie badania, z których wynikało, że niby wszystko jest w porządku.
 
– Trzeba się regularnie starać i nie stresować się – powiedział.
 
Staraliśmy się tak postępować. Co miesiąc liczyłam, że tym razem okres się nie pojawi, że może teraz, wreszcie… Niestety, miesiączkowałam regularnie, wręcz książkowo, co 28 dni. I za każdym chciało mi się płakać. Ale i tak najgorsze były „dobroduszne” rady i pytania różnych cioć czy znajomych w stylu: „No to kiedy dziecko?” albo „Wygodniccy. Już tyle po ślubie, brać się do roboty, żeby małe nóżki po domu biegały”.
 
Nie miałam siły odpowiadać na te pytania ani się tłumaczyć. Czasem Jacek próbował nas bronić, mówiąc coś w rodzaju: „Jeszcze mamy czas”, albo „Staramy się, może wkrótce nasza rodzinka się powiększy”. Pamiętam ten dzień, kiedy Jacek przyszedł z pracy do domu i rzucił się na kanapę. Zapytałam, co się stało, i wtedy zauważyłam, że płacze.
 
– Beata, to ja jestem bezpłodny – powiedział. – Zrobiłem badania i okazało się, że mam bardzo małe, praktycznie zerowe szanse, żeby zostać ojcem.
 
Płakaliśmy razem. Było mi bardzo przykro i z powodu Jacka, i dlatego, że nigdy nie będziemy mieć dzieci.
 
– Córeczko, to, że nie będziecie mieć własnych dzieci, nie oznacza, że nie będziecie ich mieli w ogóle – powiedziała mama, gdy poszłam się jej wyżalić. – Przecież jest tyle dzieci, które potrzebują rodziców. Czekają na miłość i chcą ofiarować swoją miłość.
 
Moja kochana mama, uosobienie spokoju i skarbnica mądrości. Ona zawsze wiedziała, jak podnieść mnie na duchu. Powiedziałam Jackowi o pomyśle adopcji. Z początku się zawahał, ale po przemyśleniu sprawy zaproponował, żebyśmy wybrali się do ośrodka adopcyjnego. Wypełniliśmy stosowne dokumenty i przeszliśmy kilkutygodniowe szkolenie. A potem trzeba było czekać, aż znajdzie się dla nas maluszek. Telefon z ośrodka zadzwonił po trzech miesiącach. Byliśmy z mężem tak podekscytowani, że aby dojechać do domu dziecka, w którym przebywała trzyletnia wówczas Agnieszka, musieliśmy wziąć taksówkę, bo Jacek bał się, że nie będzie w stanie prowadzić samochodu. Do dziś pamiętam to spotkanie.
 
– Ty jesteś moją mamusią? – zapytała, gdy nas zobaczyła, i od razu wzięła mnie za rękę. Zamurowało mnie.
 
– Tak, kochanie – odpowiedziałam.
 
– To jedźmy do domu, mamusiu – wtuliła się we mnie.
 
Obydwoje z mężem od razu ją pokochaliśmy. Ale z powodu różnych formalności mogliśmy zabrać Agnieszkę do domu dopiero po kilku dniach. Choć nie wszystko było potem idealnie, bo córeczka miała problemy, nad którymi pracowaliśmy razem z psychologiem, nasze życie nabrało barw. Wszystko zaczęło kręcić się wokół Agnieszki. A dla dziadków, jednych i drugich, stała się oczkiem w głowie. Pół roku później okazało się, że biologiczna matka Agnieszki urodziła drugie dziecko, które również trafiło do domu dziecka, a ona zrzekła się praw rodzicielskich.
 
Kiedy dowiedzieliśmy się o tym, nawet przez chwilę się nie zastanawialiśmy, tylko od razu wystąpiliśmy z wnioskiem, że chcemy adoptować również tę dziewczynkę. To była Martusia. Trafiła do nas już pięć tygodni po urodzeniu. Nagle stałam się mamą pełną parą, z dwójką małych dzieci. Przeszłam na urlop macierzyński i zajmowałam się moimi księżniczkami, w czym dzielnie pomagał mi (po pracy i w nocy) mój kochany mąż. Przy dziewczynkach umiał zrobić wszystko. Nawet zagrzać mleko dla maleńkiej Martusi, nakarmić ją, przewinąć, wykąpać. Na szczęście w tym codziennym biegu znajdowaliśmy też czas dla siebie i nie zaniedbaliśmy współżycia. Byliśmy spełnionym małżeństwem z dwójką dzieci –  a do tego bez szans na biologiczne potomstwo, więc nie musieliśmy się zabezpieczać.

A jak zacznie mnie posądzać o zdradę?!

Pamiętam, jak któregoś ranka obudziłam się i jak zwykle poszłam szykować śniadanie dla dziewczynek. Zakręciło mi się w głowie i poczułam falę nudności.
 
– Co ja takiego wczoraj zjadłam?  – zaczęłam się zastanawiać, ale nic nie przychodziło mi do głowy.
 
Nudności wkrótce ustąpiły, wyprawiłam Agnieszkę do przedszkola, a Jacek zawiózł ją tam po drodze do pracy. Zostałam w domu z półtoraroczną wtedy Martusią. Następnego dnia miałam dostać miesiączkę, ale się nie pojawiła. Zamiast tego zaczęły mnie boleć piersi. Pomyślałam, że może jestem już trochę starsza (miałam 32 lata), więc mogę teraz miesiączkować mniej regularnie. W ogóle się tym nie przejęłam. Kiedy jednak okres spóźniał mi się już o całe dziesięć dni, wybrałam się jednak do lekarza.
 
– A test ciążowy pani robiła? – zapytał na wstępie.
 
– Nie, bo ja nie mogę być w ciąży. Mój mąż jest bezpłodny – odpowiedziałam.
 
– Proszę pani, ja nie takie rzeczy widziałem przez lata praktyki. Proszę przejść do gabinetu zabiegowego na pobranie krwi – zalecił.
 
Poszłam. Liczyłam, że badanie krwi może wykazać przyczynę zaburzeń. Po kilkunastu minutach lekarz zaprosił mnie do gabinetu.
 
– A nie mówiłem? – uśmiechnął się. – Jest pani w ciąży. Szósty tydzień. Trzeba będzie zrobić USG.
 
Poczułam, jak oblała mnie fala gorąca. Uszczypnęłam się, żeby przekonać się, czy to nie są przypadkiem fantazje senne. Ale to była prawda. Nie umiem opisać tego, jak bardzo ucieszył się Jacek na wieść o tym, że będzie tatą. Szalał ze szczęścia, wyściskał mnie i wycałował. Po cichu obawiałam się, czy nie będzie podejrzewał mnie o zdradę, ale na szczęście on nawet o tym nie pomyślał. 
 
Znajomy lekarz wyjaśnił nam, że w „tych sprawach” nigdy nie wiadomo nic tak na sto procent. Bo przyczyny niepłodności, zarówno u kobiet, jak i mężczyzn, mogą być różne i mogą się zmieniać, w zależności od wieku, diety, sposobu życia, kondycji psychicznej. Poza tym w badaniach jest jakiś margines błędu, dlatego powinno się je powtarzać.
 
Po dziewięciu miesiącach urodził nam się syn. Zdrowy, duży, wspaniały. I bardzo podobny do taty – widać to zwłaszcza teraz, gdy Damian jest już właściwie dorosły. Kochaliśmy syna tak samo, jak nasze dwie adoptowane córeczki. Nigdy nie robiliśmy różnicy między dziećmi i wychowywaliśmy je jednakowo. To dzięki temu tak się ze sobą zżyły i dziś mają świetny kontakt.
 
– Tak, kochanie, mamy cudowną rodzinę – dopiero po dłuższej chwili odpowiedziałam mężowi na zadane pytanie. – To nasz największy skarb i życiowy sukces. Już nie mogę się doczekać, kiedy znowu w tym roku wszyscy zbierzemy się przy wielkanocnym stole.

Beata, 56 lat

Czytaj także:
Rodzina zastępcza
Adobe Stock, Pixel-Shot
Prawdziwe historie
„Przyjęłam tysiące porodów, a potem usłyszałam, że jestem bezpłodna. Adoptowałam chorego chłopca i los mi to wynagrodził”
„Widziałam w życiu wiele pokrzywdzonych przez los dzieci, ale przypadek Borysa zabolał mnie szczególnie. Czułam z nim szczególną więź. Wiedziałam, że poza mną nie ma nikogo. Może i nie zbawię świata, ale uratuję jedno niechciane dziecko. To on uczynił mnie mamą, jak się okazało nawet podwójną”

Nie, kochanie, nigdy się nie poddamy! – mój mąż nie przyjął do wiadomości diagnozy, którą postawił ginekolog. – „Prawdopodobnie” to nie to samo, co „na pewno” – próbował mnie pocieszyć.   Ja jednak doskonale wiedziałam, w jaki sposób przekazuje się takie wieści. Jeśli sprawa nie dotyczy stuprocentowej niepłodności, nie mówi się „na pewno”– taka jest etyka zawodu. Jednak jeśli lekarz delikatnie wspomina o adopcji, to wiadomo, że prawdopodobieństwo zajścia w ciążę jest bliskie trafienia szóstki w lotka.    Mnie sugerowano adopcję już trzy lata wcześniej. Rozpoczęliśmy z Miśkiem procedurę, ale próbowaliśmy też kolejnych terapii naturalnych, eksperymentalnych, chodziliśmy do wszystkich możliwych specjalistów, w tym szamanki. Ale ani magia, ani zaawansowana medycyna nie uczyniły mnie ciężarną. Chore dziecko, problem dla systemu Jako pielęgniarka wciąż miałam do czynienia z ludzkim cierpieniem, dlatego przynajmniej w pracy starałam się zachować pogodę ducha. Zwłaszcza że los naprawdę czasami ma złośliwe poczucie humoru i w momencie, kiedy straciłam pracę w przychodni, zaoferowano mi etat w instytucie reumatologii na oddziale dziecięcym. Tak więc ja, niespełniona matka z całej duszy pragnąca własnego dziecka, rozpoczęłam pracę w miejscu, gdzie oprócz personelu były same dzieci.   – Jeśli to dla ciebie za trudne, to ja nas utrzymam kilka miesięcy, a ty w tym czasie poszukasz sobie pracy gdzie indziej – zaproponował Misiek.   – Nie, nie, też myślałam, że będzie mi ciężko, ale o dziwo to dodaje mi energii. Wiesz, to jest szpital specjalistyczny, więc większość z tych dzieciaków pochodzi gdzieś z daleka. Ich rodzice przyjeżdżają kilka razy w miesiącu, niektórych nawet na to nie stać. One potrzebują nie tylko...

Dziecko przy oknie
Adobe Stock, rohappy
Prawdziwe historie
„Mój syn uratował niemowlę, które wypadło z okna. Przez ten bohaterski czyn ludzie nie dają mu spokoju”
„Gdyby poszedł inną drogą, chłopiec nie przeżyłby tego upadku. To, że jeden z nich wbiegł na klatkę schodową, a drugi został pod oknem, świadczyło o ich niewiarygodnej trzeźwości umysłu i rozsądku. Nie wiem, ilu ludzi na ich miejscu potrafiłoby tak się zachować”.

Mamo, nie uwierzysz, co się stało! – Jarek wpadł do domu zdyszany i zszokowany. Przez chwilę myślałam, że zdarzył się jakiś wypadek, ale jego entuzjazm szybko wywiał mi te czarne myśli z głowy.   – Co się stało? – zapytałam, od razu odrywając się od swojej pracy.    – Złapałem dziecko, które wypadło z okna! – powiedział mój syn.   Spojrzałam na niego ze zdumieniem. Przez chwilę myślałam, że robi sobie ze mnie żarty, ale najwyraźniej nie. Mówił poważnie. Kazałam mu natychmiast usiąść i wszystko opowiedzieć. Jarek posłusznie usiadł, wziął łyka wody i zaczął opowiadać.    Wracali z Marcinem, jego kolegą z liceum, z treningu piłki nożnej. Mieli iść tą samą drogą, co zwykle, ale Marcin chciał jeszcze wstąpić do sklepu po coś do picia, więc wyjątkowo skręcili w inną uliczkę. Kiedy tylko w nią weszli, zauważyli, że na drugim piętrze budynku z okna wygląda mały chłopiec. Jarek powiedział, że od razu coś go tknęło, bo nie widział za nim nikogo dorosłego, więc stanął i zaczął się przyglądać, czy ktoś pilnuje malca. Po chwili chłopiec wdrapał się na parapet i usiadł z nóżkami po zewnętrznej stronie.   – Stój! – mój syn wrzasnął do niego na cały głos. – Wracaj do domu. Gdzie jest twoja mama?    Dziecko było jednak za małe, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Wyglądało, jakby miało niespełna dwa lata. Rozglądało się ciekawie dookoła i kompletnie nie zdawało sobie sprawy z grożącego mu niebezpieczeństwa.   – Leć do góry! Ja tu zostanę! – krzyknął Jarek do Marcina, a on od razu wbiegł do klatki schodowej, żeby odnaleźć właściwe drzwi, zapukać do domu, gdzie mieszka dziecko i ostrzec jego opiekunów.    Jarek zastanawiał się przez chwilę, czy wezwać straż pożarną, ale w tym momencie chłopiec...

Przed przeszczepem szpiku dowiedziałam się, że jestem w ciąży
Adobe Stock, Photographee.eu
Prawdziwe historie
„Miałam oddać szpik swojemu siostrzeńcowi, kiedy… zaszłam w ciążę. Musiałam dokonać przerażającego wyboru”
To były najtrudniejsze dni w moim życiu. W jednej minucie byłam pewna, że muszę ratować Jacusia. A zaraz potem słyszałam w głowie głos mojego dziecka szepczący: „mamusiu”.

Oddać szpik mojemu ukochanemu pięcioletniemu siostrzeńcowi? Nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę to zrobić i zrobię! Ale potem wszystko się zmieniło. Kiedy dowiedziałam się, że mój pięcioletni siostrzeniec ma białaczkę, nie mogłam w to uwierzyć. No bo jak to? To śliczne kochane dziecko jest chore? I nie daj Boże, śmiertelnie? Uwielbiałam Jacusia, odkąd się tylko urodził Moja siostra po cesarskim cięciu dość długo dochodziła do siebie i to ja często zajmowałam się niemowlakiem. Zabierałam go na spacery i nie bałam się go kąpać, w przeciwieństwie do jego taty. Szwagier zawsze się przed tym wzbraniał, twierdząc, że jest zbyt niezgrabny i ma za duże ręce. Fakt, jest postury raczej niedźwiedziowatej. Byłam więc z Jacusiem zżyta jak z własnym dzieckiem. Myślę, że to, co do niego czuję, to miłość prawie macierzyńska. I nigdy bym nie sądziła, że kiedyś los postawi mnie przed trudnym wyborem – czy mam przedłożyć uczucie do Jacusia ponad miłość do… własnego dziecka? Białaczka siostrzeńca była wielkim dramatem dla nas wszystkich. To urocze dziecko ginęło na naszych oczach Oczywiście, lekarze natychmiast zalecili chemię. Zapewnili rodziców Jacusia, że od czasu wynalezienia nowych leków chemioterapia jest naprawdę skuteczna i pozwala doprowadzić do takiego etapu, kiedy będzie można u pacjenta zrobić przeszczep szpiku. Badaniu pod kątem zgodności naszego szpiku ze szpikiem Jacusia poddaliśmy się wszyscy, całą rodziną. W pewnym sensie poczułam się dumna, kiedy u mnie wyszła najwyższa, prawie stuprocentowa. Miałam lepszą zgodność z siostrzeńcem niż jego biologiczni rodzice! – Czy będzie pani gotowa na przeszczep, kiedy nadejdzie pora? – zapytał mnie lekarz. – Oczywiście! – odparłam natychmiast. Byłam tego pewna i gdyby ktokolwiek mi wtedy powiedział, że zajdą okoliczności,...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj