Rodzina zastępcza
Adobe Stock, JenkoAtaman
Prawdziwe historie

„Gdy straciliśmy 4. dziecko, myśleliśmy, że to koniec. Nikt nie dawał nam nadziei. Dopiero Kuba podarował nam nowe życie"

„Bardzo chcieliśmy mieć dziecko, ale wciąż nam się nie udawało. Straciliśmy nadzieję, że jeszcze zostaniemy rodzicami. Gdy wspominałem o Kubie, Klaudia dostawała ataku histerii. Jednak nie mogłem się poddać. Musiałem walczyć o naszą rodzinę".
Nigdy nie zapomnę pierwszej ciąży Klaudii. Jej drżących dłoni, gdy podawała mi test ciążowy. Widoku dwóch różowych kresek i łzy spływającej po policzku mojej żony. Krzyczałem i płakałem ze szczęścia, że wreszcie spełnia się nasze największe pragnienie.
 
– Syn? Córka? Jakie to ma znaczenie, ważne, żeby było zdrowe. Żeby po prostu było – powiedziałem najlepszemu kumplowi, gdy to opijaliśmy.
 
O naszym szczęściu natychmiast powiadomiliśmy obie rodziny. Uradowana teściowa wyściskała nas oboje, bo dobrze wiedziała, jak długo czekaliśmy na tę wiadomość. Moja rodzicielka była bardziej ostrożna.
 
– Który to tydzień? – zapytała, gdy zostaliśmy sami.
 
Pamiętam, jak śmiejąc się, odpowiedziałem, że czwarty, ale Klaudia nie ma jeszcze żadnych objawów ciąży. Test zrobiła właściwie przypadkowo, bo dała jej do myślenia zmieniona woń moczu.
 
– I trafiła w dziesiątkę moja mądra żona – żartowałem.
 
– Czwarty to wcześnie. Jeszcze przyjdzie czas na świętowanie, na razie możesz jedynie dbać o nich oboje – przerwała mi mama.
 
Zaskoczył mnie jej dystans. Dopiero później starsza siostra wyjaśniła mi, jak trudne dla podtrzymania ciąży są pierwsze trzy miesiące, tyle że wtedy sam już to wiedziałem… 
 
Klaudia poroniła, kiedy byłem w pracy. Przyjechałem do niej jednocześnie z wezwaną karetką, bo straciła dużo krwi.
 
Ciąża pozamaciczna – brzmiał wyrok ginekologa. – To się zdarza średnio mniej niż dwa razy na sto ciąż, ale nie zrażajcie się państwo, będziecie mieli jeszcze dzieci. Zobaczycie!

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Nie wiedziałem, jak pomóc Klaudii

Po kolejnych dwóch podobnych ciążach zwątpiłem w szczerość jego słów. Było mi przykro, że los tak okrutnie z nas zadrwił, ale wciąż liczyłem na cud. Sądziłem, że po prostu potrzebujemy czasu i odstresowania, lecz Klaudia nie chciała słyszeć o urlopie we dwoje czy przełożeniu planów rodzicielskich.

Wszystkie wolne chwile spędzała na forach internetowych, próbując się dowiedzieć, jak zaradzić swojej przypadłości. Choć żaden z lekarzy ani tym bardziej ja nie obarczyliśmy jej winą za poronienia, to wiedziałem, że wzięła na swoje barki odpowiedzialność za to, co się stało.

Widziałem, jak coraz bardziej zapada się w sobie, i było mi jej zwyczajnie żal.
 
– Zrozum, kochanie, że to się przytrafiło nam, nie tylko tobie – próbowałem przemówić jej do rozsądku.
 
– Może i tak, ale to ja nie mogę donosić ciąży, nie ty.
 
Czułem się bezradny, bo miałem wrażenie, że na każde moje słowo Klaudia ma tysiąc argumentów przemawiających na jej niekorzyść. Chyba dlatego przystałem na pomysł z in vitro. Nie, żebym miał coś przeciwko, ale zwyczajnie nie było nas stać na taki wydatek. Przygotowania i zabieg kosztowały nas prawie 11 tysięcy złotych, nie licząc dojazdów do kliniki i wolnych dni, które musiałem brać w pracy. Wtedy ledwie zaczęliśmy budowę fundamentów pod własny domek.
 
– Po co nam dom, skoro nie możemy mieć dzieci? – tym argumentem Klaudia zamknęła mi usta, bo trudno było nie przyznać jej racji.
 
Podczas badań okazało się, że nie tylko Klaudia ma problemy z utrzymaniem ciąży, ale i moje plemniki są zbyt słabe, żeby w ogóle doszło do zapłodnienia. Przez to koszt zabiegu wzrósł o kolejne 1500 złotych.

Muszę przyznać, że w klinice lekarze byli wobec nas szczerzy i od początku studzili nasz zapał, ale oboje Klaudią naczytaliśmy się tylu historii par, którym udało się w ten sposób zostać rodzicami, że pragnęliśmy dołączyć do grona szczęśliwców. Tyle że i tym razem szczęście nam nie dopisało. Klaudia poroniła w połowie piątego miesiąca ciąży, mimo że od czwartego przebywała stale w szpitalu.
 
Miałem wrażenie, jakby część mojej żony umarła wraz z naszym czwartym dzieckiem. Nie obchodziło jej nic poza jej cierpieniem, nawet moja strata nie miała dla niej znaczenia. Przestała mi się zwierzać, unikała kontaktu ze mną, wzbraniała się przed moim dotykiem, jakbym roznosił zarazki.

Stałem się intruzem we własnym domu

Próbowałem dotrzeć do Klaudii na różne sposoby – wysłać ją na terapię dla osób po stracie, zabrać ją na urlop, wyjechać choćby na weekend z dala od wspomnień i grobu naszego ostatniego maluszka, ale odrzucała każdą moją propozycję. A właściwie nie odrzucała, tylko zbywała ją milczeniem. Z pełnej życia kobiety stała się zombi, bo już nawet nie swoim cieniem.
 
Przestaliśmy rozmawiać o dziecku, bo żadne z nas nie miało siły na kolejną próbę i jako związek zmierzaliśmy donikąd. I wtedy stało się coś, co – jak mi się wydawało – odmieniło nasze życie.
 
Z zawodu jestem hydraulikiem, pracuję w dużej firmie wykonującej usługi remontowo-budowlane. Z reguły nie przyjmujemy drobnych zleceń, ale dyrektorka domu małego dziecka z sąsiedniej miejscowości była znajomą naszego szefa, więc postanowił jej pomóc i wysłał mnie do niej.
 
Pamiętam, jak idąc w kierunku budynku, zapatrzyłem się na pięcioosobową grupkę dzieci bawiących się na placu zabaw. Miały nie więcej niż osiem lat i robiły wokół siebie dużo hałasu. Przez chwilę wyobraziłem sobie je przed moim wymarzonym domem, tyle że zamiast wychowawczyni stała obok nich Klaudia.
 
– Ma pan dzieci? – pytanie kobiety wyrwało mnie z zamyślenia.
 
– Nie – postarałem się, żeby moje zaprzeczenie zabrzmiało obojętnie.
 
Dyrektorka przyjrzała mi się uważnie, nim podała mi swoją dłoń na powitanie.
 
– Pewnie zajmiemy panu dzisiaj trochę czasu, więc w przerwach zapraszamy na obiad i podwieczorek – powiedziała, prowadząc mnie na miejsce awarii. – Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu towarzystwo dzieci, bo posiłki jadamy wspólnie.
 
W odpowiedzi skinąłem jedynie głową, bo nie byłem w stanie wykrztusić słowa. Czułem, jak łzy napływają mi do oczu, i kiedy tylko zostawiła mnie samego, rozpłakałem się jak dziecko. Długo siedziałem skulony pod ścianą, nim się nie uspokoiłem. Później zająłem się awarią.

Podczas posiłków udawałem zainteresowanego rozmową z wychowawcami domu dziecka, ale tak naprawdę nie byłem w stanie oderwać oczu od dzieci. Moją uwagę przykuł pewien pięcioletni chłopiec, straszny łobuziak.
 
– W ten sposób odtrącone dziecko próbuje zwrócić na siebie uwagę – usłyszałem szept dyrektorki. – Myślał pan kiedyś o adopcji? – zapytała.
 
– Nigdy – odpowiedziałem.

Dyrektorka podsunęła mi pewien pomysł

Wcześniej nie przeszło mi przez myśl, że moglibyśmy z Klaudią adoptować jakieś dziecko. Nikt z naszych rodzin ani znajomych nie wychowywał nie swoich dzieci, więc nawet nie wiedzieliśmy, jak to się robi i czy w ogóle nadajemy się na opiekunów.

Nigdy też ja i Klaudia nie rozmawialiśmy na ten temat. Przynajmniej dotąd nie było takiej potrzeby. 
 
Dyrektorka nie kontynuowała rozmowy, a i ja nie wracałem do tematu. Okazało się jednak, że awaria była dosyć poważna i jej usuwanie miało potrwać znacznie dłużej. Szef chciał podesłać mi kogoś do pomocy, ale stwierdziłem, że sam sobie poradzę. Nie potrzebowałem towarzystwa kumpli z pracy, ich ploteczek opowiadanych przy kanapkach przygotowanych przez żony.

Chciałem pobyć sam na sam ze swoimi myślami i widokiem dzieci, tak jak ja przetrąconych przez życie. Drugiego dnia poznałem imię niesfornego chłopca. Sześcioletni Kuba nie wiedzieć czemu upodobał sobie piwnicę jako miejsce swoich ucieczek, więc siłą rzeczy wpadł na mnie. Próbował nawet ukraść mi latarkę, ale szybko go rozgryzłem.

Przez resztę dnia, za zgodą dyrektorki, opowiadał mi o swoim wspaniałym ojcu kosmonaucie i mamie aktorce filmowej. Zaskakiwał znajomością budowy statków kosmicznych i szczegółami życia na orbicie. Okiełznany, okazał się bardzo pilnym uczniem, chociaż w jego mniemaniu byłem „tylko” hydraulikiem.
 
– Jest bardzo bystrym pomocnikiem, należy mu się podwójny podwieczorek – pochwaliłem go przed dyrektorką, a Kubie aż oczy błysnęły z dumy.
 
– Opowiadał panu o swoich rodzicach? – zapytała podczas posiłku.
 
Oboje wiedzieliśmy, że historie Kuby są wyssane z palca. Ojciec dostał wyrok za kradzieże i nieprędko miał wrócić z więzienia, więc młoda matka, która nie radziła sobie z wychowaniem, zrzekła się praw do syna. Nikt z rodziny nie wystąpił o opiekę zastępczą, bo w drodze było już kolejne dziecko z innym tatusiem, więc chłopczyk trafił do domu dziecka.

 

– Ojciec Kuby nie zrzekł się praw, ale nie wyjdzie z więzienia przez co najmniej pięć lat, więc do tego czasu syn będzie się tułał po placówkach w oczekiwaniu, aż tatuś weźmie go do siebie i wyszkoli na złodzieja. Widzi pan, nikt nie chce takich dzieci. Ludzie ustawiają się w kolejkach, żeby adoptować noworodki, a zapominają, że mogliby zostać rodzinami zastępczymi dla tych starszych.

Proszę powiedzieć, w czym Kuba jest gorszy od słodkiego maluszka? – westchnęła kobieta.
 
Choć bardzo się starałem, nie mogłem zapomnieć o Kubie. Próbowałem porozmawiać o nim z Klaudią, ale nawet nie chciała słyszeć o żadnym żyjącym dziecku, więc przestałem na nią liczyć. 
 
Sam zacząłem wczytywać się w temat i doszedłem do wniosku, że na razie przynajmniej mogę zostać dla Kuby rodziną zaprzyjaźnioną, kimś w rodzaju starszego znajomego, który może go odwiedzać i za zgodą sądu oraz opiekuna prawnego zabierać od czasu do czasu na weekendy. Procedura była szalenie czasochłonna, ale mnie to nie przeszkadzało. Wolałem działać, choćby chodzić po sądach, zbierać dokumenty świadczące o moich prawych zamiarach, niż siedzieć w domu i nurzać się w rozpaczy.
 
Klaudia dostała ataku histerii, kiedy powiedziałem jej o swoim pomyśle. Mówiła coś o przeszłości i naszych nieżyjących dzieciach, ale nie wytrzymałem i po raz pierwszy w naszym wspólnym życiu nakrzyczałem na nią.
 
– Nigdy nie zapomnę naszych dzieci, ale chcę żyć, rozumiesz? Chcę żyć dla siebie, ciebie i dla Kuby, a może jeszcze dla wielu innych dzieci, którym możemy dać swój czas i miłość. Nie widzisz, że możemy sobie wzajemnie pomóc? Mam dość twojej rozpaczy. Nie tylko ty straciłaś dziecko! – wrzeszczałem.
 
Bóg mi świadkiem, że gdyby wtedy Klaudia się nie opamiętała, rozwiódłbym się z nią tylko po to, żeby znaleźć kogoś, z kim mógłbym stworzyć rodzinę zastępczą. Tak bardzo byłem zdeterminowany.

Przez kolejne pół roku nie odzywaliśmy się do siebie. Przez cały ten czas żona ani razu nie zapytała o Kubę, o to, co robimy, gdy spotykamy się w domu dziecka. Na wieść, że zabieram go do nas na święta, spakowała się i wyprowadziła do swoich rodziców. Zabolało mnie jej zachowanie, ale nie wybaczyłbym sobie, gdybym w takiej chwili zawiódł nadzieje Kuby, więc mimo fochów mojej żony pojechałem po niego.

Te święta były dla nas przełomowe

Cała moja rodzina stanęła na wysokości zadania i przyjęła go z otwartymi ramionami. Kuba początkowo strasznie dokazywał, potem jednak się uspokoił. Nie krył łez, kiedy zobaczył pod choinką czekające na niego prezenty, ale ten największy, najbardziej wyczekany przyszedł do niego tuż po północy. 
 
Klaudia nieśmiało zadzwoniła do drzwi, spojrzała mi w oczy, a potem weszła do pokoju, ukucnęła przy łóżku Kuby i delikatnie dotknęła kosmyka jego ciemnych włosków. On w tej samej chwili otworzył szeroko oczy. Czułem, jak wstrzymuje oddech, nie wiedząc, czy to tylko sen, czy już naprawdę staje się częścią naszej rodziny.
 
Rano, kiedy się obudziłem, gadał z Klaudią w najlepsze, opowiadając jej, jakim to fajnym jestem wujkiem. Może nie kosmonautą, ale świetnym hydraulikiem. Bałem się poruszyć, żeby ich nie spłoszyć, ale w głębi duszy śmiałem się, słysząc jego słowa.
 
Dzisiaj nasz Kuba ma piętnaście lat i jest najlepszym synem pod słońcem. Prawdopodobnie zostanie fizykiem, choć równie dobrze gra w kosza i jest wyśmienitą złotą rączką. Nigdy mu tego nie mówiliśmy, ale to on uratował nasze małżeństwo, sprawił, że wybudowaliśmy dom marzeń i zostaliśmy rodziną zastępczą dla siedmiorga dzieci, w tym jego przyjaciółki z domu małego dziecka.

Jeśli chodzi o cud, to nie doczekaliśmy się własnych dzieci. Nie musieliśmy, za sprawą przypadku, a może przeznaczenia spełniło się nasze marzenie o dużej, kochającej się rodzinie. Własnej, bo wszystkie te dzieci są nasze…

Adam, 44 lata

Czytaj także:
Chciałem, żeby kochanka usunęła ciążę
Adobe Stock
Prawdziwe historie
„Za miesiąc miałem się żenić, ale moja kochanka zaszła w ciążę. Dałem jej pieniądze na zabieg i kazałem znikać”
Bardzo kocham moją narzeczoną. A cała reszta to po prostu drobna wpadka. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ona nie chce już ze mną być!

Jestem jedynakiem. Od zawsze wiedziałem, co będę robić w życiu: przejmę od rodziców gospodarstwo sadownicze. Nauka i szkoła nie bardzo mnie interesowały. Tata bardzo chciał, żebym poszedł do technikum rolniczego, potem na studia, ale to były jego plany, nie moje. Szkołę rzuciłem po gimnazjum I zacząłem pracować przy jabłkach. Rodzice trochę marudzili, ale jak zobaczyli, że sobie radzę, to w końcu dali mi spokój. Bo do jabłek naprawdę miałem rękę. A do tego dryg organizacyjny. Sam nauczyłem się szczepić drzewa i kazałem przebudować magazyn tak, że teraz funkcjonował dużo sprawniej. Tata zatrudnił mnie na etat i płacił mi całkiem porządną pensję. Jako pierwszy we wsi zrobiłem prawo jazdy. Samochód – nowe audi – dostałem od rodziców na 18. urodziny. Dwa lata temu tata zaczął mnie wysyłać w interesach w Polskę. Dzięki temu wiosną ubiegłego roku poznałem Lilkę . Jej tata prowadzi firmę transportową. Podpisywaliśmy umowę na wynajem ciężarówek, a potem pan Tadeusz zaprosił mnie na obiad. Lilka wpadła mi w oko od razu – wysoka, szczupła, z burzą jasnych włosów. W czasie tej pierwszej wizyty nie zamieniliśmy ani słowa. Dwa tygodnie później przejechałem przez pół Polski, choć w tamtym rejonie nie miałem żadnego interesu. Zadzwoniłem do ojca Lilki. – Panie Tadeuszu, akurat jestem przejazdem w okolicy. Mogę wpaść na herbatę? – zapytałem. Oczywiście zostałem zaproszony i ugoszczony obiadem. Lilka podawała do stołu, ale dalej się do mnie nie odzywała. Ale ja miałem plan. Zanim przyszedłem na obiad, przebiłem gwoździem oponę. Zapasowe koło schowałem w krzakach. Gdy po obiedzie i deserze poszedłem do auta, urządziłem przedstawienie. Skłamałem, że zapasowe koło wyjąłem ze schowka, gdy odkurzałem auto. – Pewnie zostało...

Córka postanowiła znaleźć mi męża
Adobe Stock
Prawdziwe historie
„Moja 10-letnia córka szukała mi męża, bo jej niewdzięczny ojciec zostawił nas dla swojej młodziutkiej asystentki”
Odkąd mój mąż oszalał na punkcie swojej młodej asystentki i wyprowadził się do niej, zostałyśmy z córką same. Wtedy Karolina postanowiła... znaleźć mężczyznę, który się nami zajmie.

No ładnie, tego się nie spodziewałam po mojej dziesięciolatce. Stwierdziła, że powinnam sobie kogoś znaleźć, bo cały dom jest na mojej głowie, a mężczyzna to i trawnik skosi, i w piecu napali… Myślałam, że Karolina żartuje, ale nie – ona naprawdę zaczęła mnie swatać. Odkąd mój mąż oszalał na punkcie swojej młodej asystentki i wyprowadził się do niej, zostałyśmy z córką same. Życie w dużym domu na przedmieściach tylko z dwunastoletnią dziewczynką nie jest jednak łatwe. Tym bardziej że kochany tatuńcio zachowywał się tak, jakby wziął rozwód nie tylko ze mną, ale i z Karoliną. Sama musiałam palić w piecu, pielęgnować ogród, wozić córkę do szkoły i odbierać ją po lekcjach Do tego wszystkiego musiałam jeszcze chodzić do pracy. Byłam zmęczona i przybita. Któregoś dnia Karolina w odpowiedzi na moje rozpaczliwe stwierdzenie, że najprawdopodobniej zepsuł nam się samochód, oznajmiła prosto z mostu: – Dłużej tak nie pociągniemy, mamuśka. Potrzebujemy faceta. – O czym ty mówisz, Karolka? – wydukałam po dłuższej chwili. – Oj, mamuśka, nie udawaj. Po prostu musisz sobie znaleźć nowego męża, albo może lepiej partnera . Ślub właściwie nie jest ci do niczego potrzebny. – Nie jest mi potrzebny? – wykrztusiłam. – A po co w takim razie potrzebuję tego – jak mówisz – faceta? – Oj, mamuśka, mamuśka – westchnęła. – Mężczyzna w domu się przydaje, nie wiesz o tym? Choćby do naprawy samochodu. A jak nie potrafi, to zaprowadzi do warsztatu. Poza tym do palenia w piecu, rąbania drewna, koszenia trawnika. No i oczywiście do odśnieżania podjazdu. – To może ja powinnam wynająć sobie ogrodnika? – zażartowałam. – Eee, ogrodnikowi trzeba płacić. – No tak,...

Były mąż zaczął burzyć córkę przeciwko mnie
Adobe Stock
Prawdziwe historie
„Były mąż przez lata nie interesował się córką. Nagle wrócił i zaczął ją buntować przeciwko mnie”
– O co ci chodzi? Tata mnie kocha i chce mi wynagrodzić stracony czas. Przynajmniej wreszcie wyglądam jak człowiek i nie muszę nosić tych wieśniackich ciuchów, które ty mi kupujesz! – wykrzyczała córka. – Wszystkie koleżanki zazdroszczą mi teraz ojca!

Anetę wychowałam praktycznie sama. Jej ojciec, Marek, „żył” z nami przez pierwsze trzy lata po jej narodzinach, ale częściej go nie było, niż był. Pracował we Francji, wracał do domu bardzo rzadko. A kiedy już się zjawiał, miał zawsze mnóstwo spraw do załatwienia, i nie mógł nam poświęcić zbyt wiele czasu. Ostatecznie pięć lat po ślubie, tuż po trzecich urodzinach Anety, oznajmił mi, że na stałe zostaje w Marsylii. – Sama widzisz, że związek na odległość nam nie wyszedł, nie ma sensu dłużej ciągnąć tej farsy. Było mi bardzo trudno, ale nie robiłam mu problemów. Wiedziałam, że nasze małżeństwo było fikcją Wzięliśmy rozwód bez orzekania o winie i nasze drogi się rozeszły. Po rozwodzie Marek początkowo interesował się córką. Co miesiąc przesyłał pieniądze na moje konto z dopiskiem „Dla Anety”, w urodziny i imieniny dzwonił z życzeniami, przesyłał paczki. Wpadł nawet raz czy dwa na Boże Narodzenie. Ale z czasem w ogóle przestał się odzywać, co miesiąc przesyłał tylko alimenty . Kiedy przypadały jakieś święta, nawet większą kwotę. Jednak nic ponad to. Córka nie przeżyła tego aż tak bardzo. Praktycznie nie znała taty, nie była do niego przywiązana, więc nie miała za kim tęsknić. Chociaż początkowo często pytała, dlaczego inne koleżanki odbierają tatusiowie, a jej nigdy. Albo czemu jej tatuś nie chodzi z nią na spacery. W końcu w ogóle przestała o nim mówić. Kiedy miała sześć lat, związałam się z Krzysztofem, a po dwóch kolejnych latach wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy razem. Krzysiek miał dobry kontakt z Anetą, dogadywali się Wreszcie byłam szczęśliwa, spokojna i mogłam odetchnąć z ulgą. – Swoje chyba już w życiu przeszłam, wreszcie czas na spokojne...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj