Po narodzinach dziecka mieliśmy dosyć siebie i malucha
Adobe Stock
Prawdziwe historie

„Latami bezskutecznie staraliśmy się o ciążę. Kiedy już się udało... nie mogliśmy wytrzymać ze sobą i z dzieckiem”

Córeczka darła się całymi dniami. Nie mogliśmy tego wytrzymać. Były momenty, kiedy żałowałem tej naszej obsesji na punkcie ciąży. Wszystko mogło zostać po staremu... Teraz jestem wrakiem człowieka, zawalam pracę, a moje małżeństwo wisi na włosku.

– Przestań beczeć, błagam! – niemal wrzasnąłem na moją dwumiesięczną córeczkę i szarpnąłem mocniej wózkiem. Dało to tylko ten efekt, że Klaudia zamilkła na sekundę, spojrzała na mnie przerażonymi oczkami i zaczęła płakać jeszcze głośniej.

Nie taka zwykła woda – jak Oliwka z AZS odzyskała radość życia dzięki pobytowi w Avène [WIDEO REPORTAŻ]

A ja nienawidziłem siebie za to, że przestraszyłem własne dziecko

Przecież ona nie jest winna temu, że dostała znowu kolki. U takiego szkraba to normalne. Tylko co z tego? Po kolejnych nieprzespanych nocach coraz mniej mnie to obchodziło. Miałem wszystkiego dość. Złapałem się nawet na myśli, jakby to było cudownie, gdyby Klaudia zasnęła i się nie obudziła.

Może wtedy, po okresie krótkiej żałoby, wszystko byłoby tak jak dawniej. Wiem, to brzmi jak myśl psychopaty, ale naprawdę na nic nie miałem siły. Cały świat wywrócił mi się do góry nogami, w pracy zawalałem termin za terminem, a moje małżeństwo wyglądało coraz bardziej jak fikcja…

Przez kilka pierwszych lat po ślubie nie myśleliśmy o dziecku. Pochłaniała nas praca i konieczność dorobienia się czegoś własnego. Myśl o potomstwie odkładaliśmy „na potem, jak już będziemy mieli dom i samochód”. Kiedy minęła nam „trzydziestka” pomyśleliśmy: „może byłoby już warto?”. Ale nasze starania ograniczały się do tego, co ginekolodzy nazywają finezyjnie „jazdą bez trzymanki”.

Aż wreszcie przyszedł rok, w którym oboje skończyliśmy trzydzieści pięć lat

Kilka dni po urodzinach żony, znalazłem ją zapłakaną w kącie naszego domu.

– Co się stało, Kasiu?

– Wiesz, ja chyba już nigdy nie będę mieć dziecka…

– Daj spokój, nie przejmuj się, to przecież nic strasznego…

– Łatwo ci mówić! – wybuchła. – Ty nawet za trzydzieści lat będziesz mógł znaleźć młodą siksę, która ci urodzi dziecko!

– Ale ja nie chcę nikogo sobie szukać…

– Widzisz?! Jedyne, co potrafisz, to składać obietnice bez pokrycia. Zamiast w końcu coś zrobić.

– Przecież cały czas robię – podjąłem próbę obrócenia naszej rozmowy w żart. – Średnio w co drugą noc…

– Tak?! Ale cały czas nie chcesz, żebym sprawdzała, czy jajeczkuję i czy to najlepszy moment, bo niby nie umiesz na zawołanie i to cię stresuje…

– Bo naprawdę…

To idź do lekarza, niech ci coś da!

– Ale ja nie mam z tym problemów…

– No pewnie! Jak każdy facet, uważasz, że nie masz z tym problemów!? A nawet nie wiesz, czy to czasem nie twoja wina, że nie możemy mieć dzieci?!

– Przecież ci mówiłem, że musiałem kiedyś dać dziewczynie na „skrobankę”…

– Nie ma się czym chwalić! A poza tym to było piętnaście lat temu. Nawet nie wiesz, czy cię nie zdradzała…

– W ten sposób nie będę rozmawiać!

Przez tydzień trwały ciche dni. Ale w końcu zrobiłem sobie rachunek sumienia i stwierdziłem, że jednak za lekko do tego podchodzę i powinienem lepiej zrozumieć Kasię.

Sam przecież też chciałem kiedyś mieć dziecko

Dawniej to „kiedyś” można było odłożyć na przyszłość. Teraz już nie było na to czasu. Kupiłem żonie na przeprosiny piękny bukiet róż i jej ulubione wino. I obiecałem, że zrobię sobie wszystkie badania i jeśli trzeba, będę brał leki, nawet gdyby miałoby to urazić moją męskość.

Przez następnych kilka miesięcy chodziliśmy od lekarza do lekarza. Okazało się, że problem nie leży po mojej stronie. Nie leżał zresztą po żadnej ze stron i to było najgorsze. Gdyby było wiadomo, dlaczego nie możemy mieć dzieci, można by to leczyć, a tak…

Przez rok próbowaliśmy wszystkich dostępnych sposobów, jakie oferuje współczesna medycyna. Bez skutku. Kasia była załamana. Wmówiła sobie, że to po prostu nasza „starość”, że niby wszystko mamy w porządku, ale już nie najmłodsze i dlatego nie „osiągamy sukcesu”. Że byliśmy samolubni i przegapiliśmy ten właściwy moment.

Nasze małżeńskie stosunki ochłodziły się. Zwierzyłem się z tego Iwonie, koleżance z pracy – była singielką i głośno deklarowała, że „dziecko? nigdy w życiu”.

– Hmn, mam nadzieję, że mnie to nie dopadanie – uśmiechnęła się. – Ale musisz ją zrozumieć. Ulega społecznym stereotypom, że kobieta musi mieć dzieci…

– Nie, myślę, że ona chyba naprawdę bardzo chce urodzić…

– Te stereotypy nie pozwalają nam tego właściwie ocenić. Tak czy owak, nie zazdroszczę ci.

Ja sobie również nie zazdrościłem.

Bo kiedy zawiodły metody naukowe, Kasia zaczęła szukać pomocy niekonwencjonalnej

Akupunkturę jeszcze jakoś znosiłem, płacenie jakimś magikom za gusła odczyniane w naszej intencji już gorzej. Aż wreszcie pewnej niedzieli…

– Może pojedziemy nad jezioro? – zaproponowałem. – Taka piękna pogoda, popływalibyśmy, poopalali się, odpoczęli....

– To może po południu, bo na jedenastą idę do Kościoła.

– Do Kościoła? A po co?!

Jak to, po co! Pomodlić się w naszej intencji – odpowiedziała, jakby robiła jakąś zwykłą, naturalną dla niej rzecz.

– Chyba już do reszty oszalałaś! Przez dziesięć lat naszego małżeństwa byłaś może z pięć razy na mszy i to weselnej albo pogrzebowej…

Przeszkadza ci to, że zaczęłam chodzić do kościoła?

– Tak, bo już zaczynasz kompletnie świrować przez to dziecko! Może od razu pójdź złożyć ofiarę bogu Ra, niech użyźni twoją glebę! – szydziłem z niej.

– To, że jesteś niewierzący…

– A ty jesteś?! Ubzdurałaś sobie pewnie, że ciężko nagrzeszyliśmy w życiu i teraz trzeba za to wyrazić skruchę?! Otóż przyjmij do wiadomości, że ja nie zrobiłem absolutnie nic złego!

– Tak?! A uważasz, że ta skrobanka twojej dziewczyny, to niby samo dobro!?

– To nie moja wina! To była jej decyzja, ja dałem tylko pieniądze…

– I ją zapłodniłeś! Pewnie wiedziała, że z ciebie żaden ojciec nie będzie, dlatego postanowiła usunąć dziecko!

– To nie dziecko, tylko… płód. Zygota! A ja miałem wtedy 20 lat!

– A za dwa tygodnie kończysz 36 i cały czas nie nadajesz się na ojca!

Od tej niedzieli moja żona regularnie, co tydzień była na mszy

A czasem nawet częściej, jak były jakieś uroczystości związane z Janem Pawłem II, bo podobno teraz on najbardziej pomagał wszystkim parom starającym się o dziecko. Wytrzymała pół roku. Potem przeszła załamanie.

Wszystko jej nagle zobojętniało. Przestała chodzić do kościoła. Do pracy wstawała jak automat, w weekendy nie ruszała się sprzed telewizora. Kiedy opowiedziałem o tym Iwonie, skwitowała:

– Uważaj, ona zaczyna fiksować.

Też miałem takie wrażenie. Z tego wszystkiego którejś niedzieli, sam nie wiem dlaczego, zaproponowałem:

– Może pójdziesz na mszę?

Spojrzała na mnie dziwnie.

– Mówisz serio?

– Tak. Może to by ci dobrze zrobiło…

– Nie chcę tam iść sama. Wszyscy tam chodzą rodzinami i ja…

– Dobrze, pójdę z tobą.

Uśmiechnęła się po raz pierwszy od dawna

Ja zaś szykowałem się na katusze, bo pamiętam, że gdy chodziłem do kościoła jako dziecko, zawsze strasznie się nudziłem. Tym razem jednak było inaczej. Poczułem się tam naprawdę dobrze. Może to ksiądz stworzył taką atmosferę, a może od ludzi bił taki dziwny spokój, że ta wyprawa podziałała na mnie odstresowująco.

Przyznałem się do tego Kasi.

– To może pójdziemy za tydzień? – zapytała.

– No nie, aż tak dobrze nie było… ale kiedyś na pewno – uśmiechnąłem się i przytuliłem ją mocno.

Tego dnia spędziliśmy cudowne popołudnie i wieczór. Znów było tak jak dawniej, zanim zaczęliśmy starania o dziecko. Wieczorem wypiliśmy wino i kochaliśmy się aż do rana na podłodze w salonie. Zaś po miesiącu obudziłem się w swoim łóżku, a obok mnie Kasia patrzyła na mnie uśmiechnięta. Jakby czekała, aż tylko otworzę oczy.

– Witaj, kochanie… Stało się coś?

– Jestem w ciąży! – pokazała mi test, na którym były dwie wyraźne różowe kreski.

– To… cudownie! – krzyknąłem i przytuliłem żonę. – Ale… kiedy?

Wtedy po mszy. Bardzo się modliłam do papieża…

Skrzywiłem się trochę, bo nadal uważałem tę wiarę za zabobon, ale nie mówiłem tego głośno, żeby nie sprawić przykrości żonie. A poza tym naprawdę bardzo się cieszyłem, że nam się udało.

Od tego dnia zaczął się kolejny szalony okres w naszym życiu

Na razie nie mówiliśmy o niczym rodzinie, bo Kasia nie chciała „zapeszać”. Za to Iwona po moim nastroju domyśliła się wszystkiego.

– Gratuluję – skomentowała bez entuzjazmu i więcej o tym nie rozmawialiśmy.

Pod koniec dwunastego tygodnia poszliśmy wspólnie z Kasią na USG. Szarpnęliśmy się na takie specjalne w 3D. Kasia była zachwycona. Ja jakby mniej. Wieczorem siedziałem przygnębiony przy kominku i piłem wino, pogrążony w dość ponurych myślach. Zauważyła to.

– Nie podobały ci się zdjęcia dzidzi?

– Nie, to wspaniałe, tylko… Wiesz, ta dziewczyna, która usunęła ciążę… ona też była w dwunastym tygodniu. Do dzisiaj myślałem, że „to” w niej, to była jakaś zwykła fasolka, takie po prostu nic…

– Rozumiem – przytuliła mnie.

– Daj mi dokończyć… Muszę to z siebie wyrzucić… A to, co zobaczyłem dzisiaj, to mały człowiek, który już wszystko ma. Rączki, głowę, nóżki, bijące serduszko…

Rozpłakałem się.

Przez kilka dni nie potrafiłem myśleć o niczym innym

W końcu jednak musiałem wziąć się w garść, bo cała rodzina została powiadomiona o naszym szczęściu i zaczęła nas tłumnie odwiedzać. A przecież nie mogłem wyglądać na zmartwionego. Ciąża przebiegła bez kłopotów, podobnie jak poród.

Kasia miała szczęście, wszystko odbyło się szybko. Ja czekałem pod salą. Kiedy zobaczyłem Klaudię, mało nie rozpłakałem się ze wzruszenia. Wziąłem wolne w pracy i przez trzy dni prawie nie wychodziłem ze szpitala od moich kobiet. Wracałem do domu strasznie zmęczony i nie mogłem się doczekać, kiedy tu wreszcie ze mną będą.

Naiwnie myślałem, że wtedy trochę odpocznę… Niestety, Klaudia miała skłonność do kolek. Potrafiła dosłownie wyć przez kilka godzin, a my byliśmy zupełnie bezradni. Na dodatek musieliśmy się dzielić obowiązkami, bo Kasia nie mogła sobie pozwolić na klasyczny urlop macierzyński.

Prowadziła działalność gospodarczą, której nie mogła, ot tak, zawiesić na kołku, bo gdyby to zrobiła, po pół roku nie miałaby żadnych zleceń. A ja coraz bardziej nie dawałem sobie rady.

Większość nocy mieliśmy nieprzespanych

Jej jeszcze czasem udało się zdrzemnąć w dzień, kiedy Klaudię nie bolało. Ale ja musiałem być wtedy w pracy. A ja nie mogłem się na niczym skupić, zawalałem termin za terminem.

– Mam dość – oświadczyłem w końcu żonie po kilku tygodniach. – Nie dam rady tak dłużej.

Myślisz, że mnie jest łatwo? Też ledwo chodzę…

– Zróbmy z tym coś! Wynajmijmy jakąś opiekunkę, może pojedziesz do twojej matki na jakiś czas…

– A może do twojej?

– Przecież wiesz, że ona nie nadaje się do opieki nad dziećmi.

– Moja po ostatniej operacji porusza się przy pomocy balkonika! A ja nie zostawię na razie Klaudii pod opieką jakiejś nieznajomej kobiety. Sam wiesz, jak ona wyje, to ciężko znieść, boje się, tyle się nasłuchałam o takich, co nie wytrzymały i poduszką uciszały dziecko… Jesteśmy dorośli i musimy sobie sami poradzić!

– Chyba aż za dorośli. Dziesięć lat temu mogłem imprezować przez tydzień i mieć siłę do pracy, ale teraz…

– To co mam zrobić, oddać ją do domu dziecka?!

– Nie wiem, sam nie wiem… Ale ja już nie wytrzymam! Jak tak dalej pójdzie, to mnie zwolnią z pracy.

Dla ciebie praca zawsze była ważniejsza od dziecka!

– To nie tak… A może ja bym na kilka dni przeniósł się do mamy i odpoczął…

– A ja co?! Ciągle jesteś gówniarzem, który nie potrafi wziąć na siebie odpowiedzialności! A jak chcesz, to się możesz wyprowadzić do tej swojej mamusi.

Z każdym dniem było coraz gorzej

Kłóciliśmy się już o byle co, obrażaliśmy wzajemnie, nasze małżeństwo wydawało nam się pomyłką. W końcu kiedyś odepchnąłem w złości Kasię, a ona rzuciła się na mnie z pięściami. Próbowałem ją chwycić za ręce i uspokoić, ale udało jej się wyrwać dłoń i podrapała mnie po twarzy. Iwona oczywiście zauważyła ślady naszej bójki następnego dnia w pracy.

– Chyba mi nie powiesz, że to dzieło Klaudii? – uśmiechnęła się ironicznie.

– Oczywiście, że nie. Jest coraz gorzej…

– Powinniście od siebie odpocząć.

– Też jej to mówiłem, ale nie chciała mnie słuchać.

– Pewnie ma jeszcze trochę depresji poporodowej, nie myśli logicznie. Powinieneś zadecydować sam. Powiedz, że masz firmową imprezę w weekend, wybierzemy się gdzieś wieczorem, pogadać, powłóczyć po mieście. Zobaczysz, taka przerwa wam dobrze zrobi.

Głupio się czułem, oszukując Kasię, ale uważałem, że tak będzie lepiej

Była wściekła, ale zignorowałem to. W sobotę pojechałem na spotkanie z Iwoną. Byliśmy w kinie, potem na kolacji. Czułem się wspaniale, na kilka godzin zapomniałem o wszystkich rodzinnych problemach. Ale na końcu spotkania powstał kłopot, o którym wcześniej nie pomyślałem. W domu miałem być dopiero w niedzielę. Czyli gdzieś musiałem spędzić noc…

– Choć do mnie – zaproponowała Iwona. – Prześpisz się na kanapie w salonie.

Wtedy nie dostrzegłem w jej propozycji niczego nieprzyzwoitego. Ale gdy znaleźliśmy się u niej, a ona rozlała wino do kieliszków, puściła nastrojową muzykę, poczułem się nieswojo. Gdy powiedziała, że idzie wziąć prysznic, ale gdybym czegoś potrzebował, to mogę wejść, bo nie zamyka drzwi, wszystko stało się jasne. Gdy odkręciła wodę, wyszedłem.

Wezwałem taksówkę i pół godziny później byłem w domu. W drodze przemyślałem wiele spraw... Moje kobiety spały. Poszedłem wziąć prysznic.

Po chwili do łazienki weszła Kasia z Klaudią na rękach. No tak, czas karmienia…

– Miałeś być jutro? – warknęła.

– Dziś jest jutro. Już druga.

Dziewczynka, która przystępuje do komunii
Adobe Stock, wideonet
Prawdziwe historie
„Ksiądz kazał dzieciom oddawać pieniądze z komunii na kościół. Córka dała za mało, a on na katechezie zwyzywał ją od skąpców"
„Wychowano mnie w poczuciu, że osobom duchownym należy się bezwzględny szacunek. Teraz wiem, że nie zawsze. Ksiądz kazał dzieciom podarować pieniądze z komunii na kościół. Dał im specjalne koperty opisane imieniem i nazwiskiem, żeby wiedzieć kto dał najmniej. Pech chciał, że była to moja córka..."

Moja ośmioletnia córka bardzo poważnie traktowała przystąpienie do sakramentu Pierwszej Komunii Świętej. Nie opuściła żadnego spotkania w kościele, pilnie uczyła się katechizmu. Z niecierpliwością wyczekiwała majowej niedzieli.    Tymczasem ja czułam się coraz gorzej… Jestem samotną matką. Mój mąż zginął tragicznie cztery lata temu. Był zatrudniony na czarno, więc nasze dziecko nie otrzymuje po nim nawet renty rodzinnej. Pracuję w sklepie, zarabiam niewiele, muszę liczyć każdy grosz. Wiedziałam, że nawet przy pomocy rodziny nie stać mnie będzie na drogie prezenty ani urządzenie wystawnego przyjęcia w restauracji. Ledwie udało mi się wysupłać pieniądze na używaną, białą sukienkę. Kiedy z bólem serca powiedziałam o tym córce, mocno się do mnie przytuliła.   – Nie martw się, mamusiu. Nie muszę dostawać drogich prezentów. Najważniejsze, że przyjmę Pana Jezusa – odparła poważnie.   Pomyślałam wtedy z wielką wdzięcznością o księdzu z naszej parafii, który uczy, że w tym uroczystym dniu nie prezenty i pieniądze są ważne, lecz sam sakrament. Dwa tygodnie przed uroczystością Kasia przyniosła ze szkoły wiadomość, że rodzice wszystkich dzieci przystępujących do komunii mają przyjść do kościoła na zebranie.    Byłam pewna, że chodzi o sprawy organizacyjne, więc nawet zamieniłam się z koleżanką na zmiany, by zdążyć. Ale chodziło o coś innego. Młody ksiądz, który przed nami wystąpił, miał bardzo poważną minę.   – Proszę państwa, na kilka dni przed uroczystością dzieci dostaną od nas na lekcji religii koperty ze swoim imieniem i nazwiskiem. Po komunii poprosimy o ich zwrot – powiedział. Spojrzałam na innych rodziców. Niektórzy uśmiechali się znacząco, inni rozglądali się zaskoczeni. Członkowie wspólnoty mają wiele obowiązków…  – Ale po...

Kobieta, która adoptowała córkę
Adobe Stock, kegfire
Prawdziwe historie
„Nigdy nie widziałam siebie w roli matki, ale po śmierci męża poczułam co to samotność. Maryla wypełniła pustkę w moim sercu"
„Gdy słuchałam, jak koleżanka opowiada o Marylce, niemal fizycznie czułam ból i rozpacz tej dziewczynki. Tak wiele nas łączyło… Nie mogłam patrzeć na cierpienie tego dziecka. Tak dziś mijają 3 lata, odkąd jestem szczęśliwą mamą adoptowanej córeczki"

Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Nie uważałam, że jestem z tego powodu jakaś wybrakowana czy bez serca. Po prostu z dziećmi jest jak z zawodem – nie do każdego ma się predyspozycje. Nie bałam się porodu, nie miałam obsesji na punkcie figury, którą mogłabym stracić po ciąży, nie zwariowałam nigdy dla kariery. Żyłam zwyczajnie, miałam przyjaciół, lubiłam pomagać ludziom. Brakowało mi tylko podejścia do dzieci i nie widziałam siebie w roli matki.   Dzieci znajomych tolerowałam, lecz traktowałam jak dorosłych. Nie byłam dobrym kompanem do zabawy w piaskownicy ani ekspertem w szyciu sukienek dla lalek. Męczyło mnie to i nudziło. Dlatego byłam spokojna, matka natura dała mi wyraźny znak – dzieci to nie jest to, w czym powinnam się realizować. Miałam wiele szczęścia, że spotkałam Janka Czułam, że nie będzie mi łatwo znaleźć dobrego kandydata na męża, bo powinien on tak jak ja, nie chcieć mieć dzieci. A to wcale nie jest takie popularne. Jednak miałam szczęście. Zaraz po szkole pielęgniarskiej poznałam Janka. Okazał się moim rówieśnikiem – wesoły, otwarty, do tego z pasją podróżniczą. Dla mnie ideał. W wyobraźni już nas widziałam jako fajną, zgraną parę. Bezdzietną, lecz aktywną, podróżującą po całym świecie, z masą znajomych na każdym kontynencie.    Janek był ratownikiem medycznym. Udało się nam znaleźć pracę w tym samym pogotowiu. Często braliśmy razem dyżury, by jak najwięcej czasu spędzać ze sobą. Po dwóch latach pobraliśmy się. Temat dzieci mieliśmy już omówiony wcześniej. Janek wprawdzie nie był takim przeciwnikiem posiadania potomstwa jak ja, jednak nie naciskał.    – W zasadzie każdy scenariusz mi odpowiada – powiedział, gdy poznał moje poglądy. – Nigdy nie planowałem dużej rodziny, ale gdybym akurat zakochał się w kobiecie, która chciałaby...

Babcia, która zajmuje się wnuczką
Adobe Stock, fizkes
Prawdziwe historie
„Syn zginął i osierocił dwójkę dzieci. Chciałam zastąpić im dom, ale jestem za stara i za słaba na bycie matką. Zawiodłam"
„To Lucjan wyjaśnił im, że mama i tata już nie wrócą. Że umarli jak dobra królowa z bajki. Zuzia nie zrozumiała do końca, co się dzieje. Jeszcze tego samego dnia wieczorem zapytała, kiedy wróci mama. Z kolei Iza była w szoku. Całymi dniami siedziała tylko wciśnięta w róg i stała się bardzo agresywna".

Szymon nie odbiera… – odłożyłam telefon komórkowy, usiłując ukryć panikę w głosie. – Dzwoniłeś do Gabrysi?   – Jej telefon jest wyłączony – Lucjan głośno przełknął ślinę.   – Zapisz numer infolinii dla rodzin – powiedziałam, a mąż spojrzał na mnie, jakbym właśnie wydała wyrok na naszego syna i synową.   Od kilku godzin próbowaliśmy się z nimi skontaktować, bez skutku. Zaczęliśmy minutę po tym, jak w radiu i telewizji podano wiadomość o wypadku polskiego autobusu w Niemczech. Media donosiły o kilkunastu ofiarach śmiertelnych, stan kolejnych był ciężki lub krytyczny.   – Babciu, możemy sobie obejrzeć jakąś bajkę? – czteroletnia Izunia wdrapała się na kanapę i machnęła mi przed nosem pilotem.   – Bajkę, bajkę! – jej siostrzyczka, dwuipółletnia Zuzia zaczęła podskakiwać na dywanie. Najchętniej do końca życia zostałabym w łóżku! Spojrzałam na wnuczki i zmusiłam się do uśmiechu. Nie rozumiały, dlaczego zamiast wesołej Dory i jej przyjaciół oglądamy migające niebieskie światła i wraki samochodów na autostradzie. Przełączyłam kanał na bajki i zasłoniłam dłonią usta, żeby nie zacząć płakać albo krzyczeć. Na szczęście dzieci, skoncentrowane na kreskówce, nie zauważyły, co dzieje się z ich babcią.   – Jagoda, słuchaj… – mąż wyszedł z kuchni blady jak prześcieradło.    – Dzwoniłem na infolinię…   W tej sekundzie mój świat runął.   Szymon i Gabrysia byli na liście ofiar śmiertelnych, potwierdziły to dwa niezależne źródła. Nasz jedyny syn i jego żona zginęli tragicznie podczas pierwszego wspólnego urlopu od pięciu lat. Tak oto ich córki, teraz leżące na naszej wersalce i śmiejące się z przygód wesołej dziewczynki i jej małpki, zostały...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj