Kobieta, która niespodziewanie zaszłam w ciążę
Adobe Stock, Prostock-studio
Prawdziwe historie

„Lekarz powiedział, że jestem bezpłodna. Gdy zdecydowałam się na adopcję, stał się cud i... zaszłam w ciążę"

„Usiadłam na ławeczce przed przychodnią. Nie miałam sił zrobić ani kroku więcej. Nie potrafiłam uwierzyć w to, co usłyszałam pół godziny wcześniej. Tyle lat leczenia, pobyty w szpitalach, wiele bolesnych i kosztownych zabiegów, trzy próby in vitro. I nic. Potem słowa, które zapamiętam do końca życia, które zabolały jak wyrok".
Usiadłam na ławeczce przed przychodnią. Nie miałam sił zrobić ani kroku więcej. Nie potrafiłam uwierzyć w to, co usłyszałam pół godziny wcześniej. Tyle lat leczenia, pobyty w szpitalach, wiele bolesnych i kosztownych zabiegów, trzy próby in vitro. I nic. Potem słowa, które zapamiętam do końca życia, które zabolały jak wyrok.
 
– Naprawdę bardzo mi przykro, pani Alu, ale nic więcej nie możemy zrobić. Niestety, nie zajdzie pani w ciążę. Może powinni państwo pomyśleć o adopcji.
 
Przepłakałam kilka następnych dni i nocy, a potem wpadłam w głęboką depresję. Nie chciałam jeść, nie chciałam się myć, nie chciałam z nikim rozmawiać ani nikogo widzieć. Mój mąż wytrzymał dwa tygodnie, aż w końcu zapisał mnie na wizytę do psychiatry.
 
– Do żadnego psychiatry nie pójdę! – burknęłam, kiedy powiedział, że zawiezie mnie do przychodni.
 
Prosił, tłumaczył, krzyczał, a ja milczałam, gapiąc się w okno. W końcu zamknęłam się w łazience. Tam zrzuciłam szlafrok, z którego nie wyłaziłam od tygodnia, wzięłam prysznic i ubrałam się w dżinsy i bluzkę. Boso wróciłam do pokoju. 
Witek zerwał się sprzed telewizora. Chyba myślał, że mnie przekonał, i szykuję się do lekarza. Ale ja zupełnie co innego miałam w głowie. Nie wiem, skąd mi się to raptem wzięło. Może się przestraszyłam tego psychiatry, a może dotarło do mnie, że to, co robię, nic nie zmieni. Najwyżej wpędzi mnie w chorobę.
 
– Witek, zaadoptujmy dziecko – powiedziałam po prostu, siadając w fotelu.
 
Dopiero teraz mąż poatrzył na mnie, jakbym straciła rozum. Przecież on mówił o tym już od dawna. To ja zapierałam się rękami i nogami, powtarzając, że za nic w świecie nie chcę obcego dziecka. Pragnęłam mieć własne, obojętnie jakim kosztem, ale moje. Chciałam nosić je pod sercem, chciałam je urodzić, chciałam, żeby miało oczy Witka i mój nos czy włosy, żeby było nasze i do nas podobne. A teraz chyba ostatecznie zrozumiałam, że to jest niemożliwe.
 
– Aluś… – Witek przytulił mnie. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę, i jak bardzo cię kocham – wyszeptał mi do ucha.

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Powoli doszłam do siebie i rozpoczęliśmy procedury adopcyjne

Oboje byliśmy zdecydowani. Trwało to dość długo. Wypełnialiśmy testy, chodziliśmy na różne rozmowy. A to z psychologiem, a to z pedagogiem, a to z kimś tam jeszcze. W końcu zaproponowano nam Martynkę.
 
Miała rok i dwa miesiące, kiedy zobaczyliśmy ją po raz pierwszy. Była taka malutka i krucha! Nic nie mówiła, dopiero zaczynała chodzić.
 
– W domu dziecka dzieci rozwijają się wolniej niż w rodzinie, ale ogólnie wszystko z nią w porządku, jest zdrowa – poinformowała nas opiekunka
 
Martynkę matka zostawiła już w szpitalu. Zrzekła się praw rodzicielskich od razu. Miała w domu inne dzieci, podobno kilkoro, i bezrobotnego męża pijaka. Nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie jej wychowywać.
 
– Ale ona nawet nie chciała tej małej– dodała smutno pani pedagog.
 
Odwiedzaliśmy Martynkę z Witkiem najczęściej, jak się dało. Szybko zaczęła nas poznawać i wyciągać do nas swoje małe rączki. Było widać, jak się cieszy, kiedy do niej przychodzimy. Pokochaliśmy to dziecko i ono pokochało nas. 
 
Nie zabieraliśmy dziewcznki na weekendy, bo baliśmy się, że będzie bardzo płakała przy powrocie do domu dziecka. Była zbyt mała, aby cokolwiek zrozumieć. Ale wszystkie te procedury związane z jej adopcją dobiegały już końca i wyglądało na to, że za dwa, góra trzy tygodnie będziemy mogli zabrać ją do domu.
 
I nagle, kiedy Martynka była właściwie już nasza, pan doktor powiedział:
 
– Jest pani w ciąży, pani Alicjo.
 
Siedziałam przed nim jak posąg i nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa.
 
– Pani Alicjo? Nie cieszy się pani? – lekarz przyglądał mi się uważnie i podejrzliwie. – Jest pani w ciąży!

Cieszyłam się, cieszyłam ogromnie, ale zarazem była skołowana

– Przecież, przecież… – zaczęłam się jąkać. – Przecież mówił pan doktor, że to niemożliwe, że ja nigdy nie zajdę…
 
– Proszę się nad tym nie zastanawiać – przerwał mi. – Cuda się zdarzają. Samemu trudno mi uwierzyć, bo w pani wypadku naprawdę wydawało się to nierealne. Jednak jest pani w ciąży, i wygląda na to, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Musi pani tylko na siebie uważać. Zrobimy wszystkie niezbędne badania i cóż, będziemy czuwać nad pani dzieckiem.
 
Słuchałam doktora, lecz w głowie cały czas kotłowała mi się jedna myśl: „A Martynka, jest przecież Martynka, co z nią teraz będzie?”.
 
Chyba miałam nieobecny wyraz twarzy, bo doktor przyglądał mi się uważnie.
 
– Dobrze się pani czuje, pani Alu?
 
– Tak, tak, dobrze – wyszeptałam, choć czułam się jak na karuzeli.
 
Wieczorem Witek przyglądał mi się równie podejrzliwie jak lekarz. A ja, zamiast rzucić mu się na szyję i wykrzyczeć z radością tę najbardziej wyczekiwaną przez nas nowinę, nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa.

W głowie miałam pełno pytań: „Co mamy zrobić z Martynką? Co powie Witek? A co będzie, jeśli stwierdzi, że powinniśmy zrezygnować z adopcji? Przecież teraz będziemy mieli własne dziecko, więc właściwie po co nam adoptowane?
 
Z drugiej strony nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że miałabym już nigdy nie zobaczyć Martynki. Ona przecież też do nas się przywiązała. I teraz mielibyśmy ją zostawić, zapomnieć?
 
Pojechałam do domu dziecka bez Witka. Chciałam sama pobawić się z małą, pobyć z nią, sama nie wiem, może się pożegnać. Układałyśmy klocki na podłodze, kiedy Martynka wyciągnęła do mnie rączki i powiedziała:
 
– Mama, mama!
 
Łzy popłynęły mi po policzkach. Przytuliłam małą do siebie i wtuliłam twarz w jej miękkie loczki. Wychodząc, spotkałam na korytarzu panią pedagog. Nie planowałam do niej zachodzić ani tym bardziej nic jej mówić. Przecież nawet Witek jeszcze nie wiedział. Kiedy jednak usiadłam naprzeciw niej, kiedy poczułam na sobie uważne, taksujące spojrzenie, samo mi się wyrwało:
 
– Jestem w ciąży, pani Małgorzato.
 
Głęboko wciągnęła powietrze i nie odrywając ode mnie wzroku, spytała:
 
– I co w związku z tym?
 
– Nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Sama nie wiem.
 
– Nie może pani nie wiedzieć. Musi pani szybko podjąć decyzję, natychmiast. Nie wolno pani przywiązywać dziecka do siebie, by potem je odepchnąć.
 
– Ja nie chcę odpychać małęj. Kocham ją. Powiedziała do mnie „mamo”…
 
– Tym bardziej musi pani natychmiast podjąć decyzję, pani Alu. A co na to mąż?
 
– Jeszcze o niczym nie wie.
 
– Dlaczego?
 
– Boję się jego reakcji.
 
– Pani Alu, musicie państwo natychmiast podjąć decyzję. Dla mnie najważniejsze jest dobro dziecka. Jeżeli chcecie państwo zrezygnować z adopcji Martynki, musi to być od razu.
 
– Ale ja nie chcę rezygnować z adopcji.
 
– Więc proszę porozmawiać z mężem – podkreśliła kobieta. – I dopóki nie wyjaśnicie państwo wszystkich wątpliwości, lepiej żebyście nie odwiedzali małej.
 
– Ale…
 
– Proszę mi wierzyć, tak będzie lepiej.
 
Wróciłam do domu roztrzęsiona i ze łzami w oczach. Chyba jednak dobrze się stało, że pedagog mi to powiedziała, bo na wieczór byłam już gotowa do rozmowy z Witkiem. Jakoś mnie to zmotywowało.
 
Wyłączyłam Witkowi film, który usiłował oglądać, i usiadłam obok niego.
 
– Stało się coś ?
 
– Jestem w ciąży – powiedziałam bez żadnych wstępów.
 
Mąż patrzył na mnie w milczeniu, chyba mi nie wierzył.
 
– Jestem w ciąży – powtórzyłam. – Będziemy mieli dziecko.
 
– Ale jak to? Przecież…
 
– Nie wiem, jak to – przerwałam mu. – Może cud? Albo pomyłka lekarzy? Nie wiem. W każdym razie będziemy mieli dziecko. Już rozumiesz?
 
Witek zamrugał oczami, odruchowo spojrzał na mój brzuch, ale wciąż milczał.
 
– Powiedz coś, Witek – poprosiłam.
 
– Nie mogę uwierzyć, że to się stało. Będziemy mieć dziecko. Ala, naprawdę będziemy mieć dziecko! – wykrzyknął i raptem urwał; coś zmieniło się w jego spojrzeniu, jakby mu się coś przypomniało; uśmiechnął się: – Ala, przecież my będziemy mieć dwoje dzieci!
 
Po tych słowach po twarzy natychmiast popłynęły mi łzy. Chyba już zaczynałam mieć wahania hormonalne. Wtuliłam się w męża i rozpłakałam żałośnie.
 
– Witek, dziękuję, Witek… – chlipałam, mocząc mu koszulę. 
 
Oderwał mnie od siebie i usiłując zajrzeć mi w oczy, zapytał:
 
– Czego beczysz, głupia?
 
– Bo tak się bałam, tak się bałam…
 
– Czego?
 
– Że teraz, jak już będziemy mieli własne dziecko, to… to Martynki… – jąkałam się. – Że nie będziesz już jej chciał – wydukałam wreszcie.
 
– Głuptasie – Witek głaskał mnie po twarzy i sam miał w oczach łzy. – Martynka jest już nasza, ja też ją kocham. Kocham was wszystkie trzy albo wszystkich troje. Jak mogło w ogóle przyjść ci do głowy, że mógłbym jej nie chcieć. Ala, myślałem, że lepiej mnie znasz – dodał z lekkim wyrzutem.
 
– Witek, ona powiedziała dzisiaj do mnie „mamo” – wyszeptałam.
 
– Bo jesteś jej mamą, a ja jestem tatą, jesteśmy rodziną, kochanie!
 
Następnego dnia pojechaliśmy oboje do domu dziecka, w którym przebywała Martynka. Musieliśmy spotkać się z panią pedagog i wyjaśnić wszystkie wątpliwości, o których jej naopowiadałam. Uśmiechała się do nas życzliwie, nie kryjąc radości.
 
– Byłam przekonana, że taka właśnie będzie państwa decyzja. Widać było, że państwo pokochaliście dziecko, a ono was. Gdybyście je teraz odtrącili… – zawahała się, ale po chwili dokończyła: – To byłaby dla małej tragedia. Ona już traktuje was jak rodziców.
 
– My to wiemy – odezwał się mój mąż. 

Ja milczałam. Było mi wstyd

 Nie wiedziałam, dlaczego w ogóle pomyślałam, że moglibyśmy zrezygnować z adopcji i zostawić małą. 
 
– To tylko rozchwianie emocjonalne mojej żony związane z niespodziewaną ciążą. Bardzo niespodziewaną, bo lekarze zarzekali się, że jest niemożliwa. Ale to nie ma znaczenia, po prostu będziemy mieli od razu dwoje dzieci – zakończył Witek z uśmiechem.
 
Dwa tygodnie później odbyła się rozprawa adopcyjna i wreszcie mogliśmy zabrać małą do domu. Mieliśmy wszystko przygotowane, pokój, łóżeczko, zabawki. Martynka dość łatwo przeszła ten pierwszy okres adaptacyjny. Chyba dlatego, że była z nami zżyta, pragnęła z nami być. 
 
Niestety, szybko okazało się, że moja ciąża jest zagrożona. Musiałam leżeć. Dobrze, że w domu, a nie w szpitalu, bo chyba nie dałabym rady. Martynką zajmowały się na przemian moja mama i teściowa, a po powrocie z pracy Wiktor. Nie ukrywam, że było nam ciężko. Nie wiem, jak dalibyśmy sobie radę bez pomocy obu mam. Bardzo im jestem wdzięczna.
 
Dwa miesiące temu na świat przyszła nasza druga córka, Małgosia. Jest bardzo podobna do Witka, ma jego spojrzenie i uśmiech. Bardzo się staramy, aby Martynka nie czuła się zazdrosna ani odsunięta, choć wiadomo, że na razie to wokół maleńkiej obraca się świat. Mamy nadal nam pomagają. No i momentami mam wrażenie, że oczkiem w głowie mojej teściowej jest właśnie Martynka. Kiedy babcia pojawia się u nas, Martynka natychmiast wdrapuje się jej na kolana i głaszcząc po włosach powtarza: 
 
– Moja babusia, moja, tylko moja. 
 
A teściowa przytula wnuczkę i szepce jej coś do ucha. Nie wiem co, ale myślę, że zapewnia ją o swojej miłości.
 
Alicja, 38 lat

Czytaj także:
Kobieta, która czuje się niekochana
Adobe Stock, ulza
Prawdziwe historie
„Po porodzie mąż nawet nie chciał mnie dotknąć. Nie rozumie, że ja też mam swoje potrzeby i chcę znów czuć się kobietą"
„Odkąd zostałam matką, coś się między mną a mężem zmieniło. Niby się wciąż kochamy, niby jest dobrze, ale chyba jednak nie do końca... Zatraciliśmy ten ogień, fascynację sobą. A może to moja wina? Bo stałam się matką, chodziłam po domu w dresie, na zakupy wkładałam dżinsy i buty bez obcasów".

Mój dzień zaczynał się bardzo wcześnie. Zwykle sporo przed szóstą, bo właśnie wtedy Maciuś dawał sygnał, że jest głodny. Dziś było tak samo. Usłyszałam kwilenie w łóżeczku, ale wciąż nie mogłam się dobudzić. „Jeszcze chwilka” – pomyślałam, mając nadzieję, że synek jednak nie jest bardzo głodny i da mi chociaż pół godzinki na powrót do rzeczywistości.    To moje trwanie w półśnie było nieco za długie, bo Paweł zdążył wstać. Kiedy w końcu usiadłam na łóżku, zobaczyłam, że mąż krąży po sypialni, trzymając naszego synka w ramionach. Chyba próbował śpiewać, ale Maciuś skutecznie go zagłuszał.   – Cicho, synuś – powiedziałam jeszcze zaspanym głosem. – Czemu ty tak krzyczysz od rana, co?   Maciuś, kiedy mnie usłyszał, istotnie na chwilkę przestał kwilić. Może zastanawiał się nad odpowiedzią? E, chyba nie. Kojarzę mu się z jedzeniem, a jak się je, to się nie krzyczy.   – Głodny jest pewnie – wyjaśnił za niego Paweł. – Bujanie nie pomogło, a nakarmić go nie mogę, bo nie mam odpowiedniego sprzętu.   – A to bardzo źle – wyciągnęłam ręce po synka, który znowu zaczął przypominać o swoich potrzebach. No tak, usłyszał matkę, a nie dostał mleka. Co to za obyczaje? Szybko przystawiłam go do piersi, żeby uniknąć awantury. – Gdyby mężczyzna też mógł nakarmić niemowlę, życie byłoby o wiele sprawiedliwsze.   – Za wcześnie na filozofowanie – mój mąż dyplomatycznie uciął dyskusję, pakując się do łóżka.    Po chwili usłyszałam jego równy, spokojny oddech. Nawet buziaka nie dostałam. Muszę coś ze sobą zrobić, zanim będzie za późno Leżąc tak pomiędzy dwoma mężczyznami, jednym maleńkim, a drugim całkiem już dużym, przypomniałam sobie czasy, kiedy nie byłam tylko matką,...

Musiałam usunąć ciążę, aby walczyć z rakiem
Adobe Stock, samuel
Prawdziwe historie
„Usunęłam ciążę, żeby leczyć raka. Nie chciałam osierocić dwóch synków. Sąsiedzi wyzywali mnie od morderczyń”
Miałam już dwoje dzieci, nie chciałam, żeby wychowywały się bez matki. Wiedziałam, że nie mam wyboru, ale nie mogłam sobie wybaczyć tej aborcji. Przeżywałam żałobę, a sąsiedzi i znajomi prześladowali całą naszą rodzinę. To był koszmar.

Łatwo jest oceniać i krytykować… Trudniej – podać komuś pomocną dłoń i wesprzeć go w walce z traumą. Byłam w siódmym tygodniu ciąży, kiedy podczas kąpieli wyczułam w piersi niewielki, twardy guzek. Zadrżałam. Już następnego dnia siedziałam w gabinecie u mojej ginekolog. Starałam się odgonić od siebie najczarniejsze myśli, ale one uporczywie wracały. – A co, jeśli to rak? – nawet się nie zorientowałam, kiedy wypowiedziałam na głos to pytanie. Doktor westchnęła tylko. – Proszę tak nie myśleć. Jest mnóstwo możliwości. Naprawdę, w większości przypadków okazuje się, że to nic groźnego… Niestety, nie w moim przypadku Z uwagi na ciążę całą procedurę przyspieszono. Już trzy tygodnie później otrzymałam potwierdzenie moich najgorszych obaw – byłam w ciąży i miałam raka piersi. Mało tego, byłam już matką dwóch cudownych synów. Ta ciąża zaskoczyła mnie i męża, ale po początkowym szoku, podeszliśmy do myśli o powiększeniu rodziny z entuzjazmem. Wierzyliśmy, że wszystko dobrze się skończy. W ogóle nie brałam pod uwagę choroby! Byłam młoda, nigdy nie miałam problemów ze zdrowiem… Jak mnie poinformowano, oczywiście, mogłam kontynuować ciążę, jednak podobno większe szanse na wyzdrowienie miałabym, gdybym ją przerwała i poddała się od razu właściwemu leczeniu. – Nie wszystkie leki możemy podawać kobietom ciężarnym – stwierdził lekarz, do którego trafiliśmy z mężem. – Co pan sugeruje? – Paweł włączył się do rozmowy. – Ja nic nie sugeruję. Wybór należy do państwa, niemniej jednak proszę pamiętać, że ma pani dla kogo żyć. W takiej sytuacji prawo dopuszcza aborcję. Zyska pani sporą szansę na wyzdrowienie. Nie chcę, by moje dzieci wychowywały się bez matki! Co...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj