Moja córeczka pokonała raka
Adobe Stock, Photographee.eu
Prawdziwe historie

„Moja córeczka pokonała raka. Pamiętam, jak płakała, kiedy wypadały jej ostatnie włosy. Teraz obydwie pomagamy chorym, którzy nadal walczą”

Zaproponowałam szefowej, żebyśmy obsługiwały klientki, które chcą oddać włosy na peruki dla chorych. – Chyba nie myślisz, że będę pracować za darmo? To twoje prywatne sprawy – rzuciła beznamiętnie.

Kiedy córka zachorowała, myślałam, że to koniec. Wychowywałam ją sama, bo mój były mąż zostawił nas, gdy Wiki miała dwa latka. Od tamtego momentu nic w naszym życiu nie układało się jak trzeba, ale wieść o chorobie była niczym grom z jasnego nieba. Do dzisiaj prześladują mnie wspomnienia z tamtego przygnębiającego okresu.

Nie taka zwykła woda – jak Oliwka z AZS odzyskała radość życia dzięki pobytowi w Avène [WIDEO REPORTAŻ]

Badania, chłód gabinetów, zapach szpitala, słowa lekarza - niepozostawiające złudzeń

Załamałam się. Nie miałam pojęcia, co robić. Córka była taka młoda, miała tylko czternaście lat. Była ciężko chora i to ja powinnam być dla niej wsparciem, a tymczasem to ona pocieszała mnie.

– Mamo, proszę, nie martw się. Wszystko będzie dobrze – powtarzała.

Gdy minął pierwszy szok, wzięłam się w końcu w garść. Do pomocy zaangażowałam moją mamę, tak by Wiki nie przebywała zbyt długo sama w czterech ścianach szpitalnej sali. Pracowałam jako fryzjerka i pomimo ciężkiej choroby córki musiałam wywiązywać się ze swoich obowiązków.

Nie stać mnie było na utratę pracy, potrzebowałyśmy przecież mnóstwo pieniędzy. Ale kiedy tylko mogłam wyrwać się z salonu, od razu jechałam do szpitala, choćby tylko po to, żeby ucałować Wiktorię na dobranoc i potrzymać za rękę, dopóki nie zaśnie. Moja kochana dziewczynka, była taka dzielna.

Pierwszy cykl chemioterapii i od razu pojawiły się wszystkie możliwe skutki uboczne

Opatrzność wciąż nam nie szczędziła ciosów. Gdybym wierzyłam w Boga, znienawidziłabym go. Wyłam z żalu po kątach, ale przy córce zaciskałam zęby, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo mi ciężko patrzeć na jej cierpienie. Zawsze próbowałam ją chronić, niestety w obliczu choroby byłam bezradna.

– Mamo, ja już tego nie wytrzymam – wyszeptała Wiktoria pewnego popołudnia, gdy siedziałyśmy razem w łazience.

Czesałam jej długie blond włosy i patrzyłam, jak złoty pukiel powoli spada na podłogę. Kolejne pasmo zostało mi w dłoni, a cały kłąb na szczotce. Przerażający widok i jeszcze gorsze przeżycie.

– Kochanie, co ty mówisz? – uklękłam przed nią i chwyciłam jej twarz w dłonie.

Nie chciała spojrzeć mi w oczy, a z jej długich rzęs kapały łzy. Serce mi pękało.

– Nie pamiętasz? – Przytuliłam ją. – Sama mi mówiłaś, że damy radę!
– Mówiłam, ale… – załkała. – Przepraszam cię, mamusiu, ale ja już nie mam sił.
– Ale ja jeszcze mam, skarbie! – zapewniłam.

Usiadłyśmy razem na podłodze i przytulone do siebie długo tego dnia wypłakiwałyśmy całą rozpacz i wściekłość, jakie nas wypełniały.

Wiktorii wypadły wszystkie włosy

Byłam taka rozgoryczona, gdy codziennie w pracy musiałam wysłuchiwać narzekań klientek, jak to im natura dała nie takie włosy, jak chciały. Wciąż marudziły, że źle im się układają, że są za proste albo zbyt kręcone, za cienkie albo za sztywne, za jasne, za ciemne, za krótkie, za długie, i tak w kółko kilka godzin dziennie.

– A moja córka jest całkiem łysa! – miałam ochotę wykrzyknąć.

Powstrzymywałam się jednak i szlochałam w samochodzie, wracając do domu. To był bardzo ciężki czas w moim życiu. Czas okropnej bezradności i dojmującej samotności.

Ojca Wiktorii nie obchodził jej los. Nawet gdy się dowiedział, że nasze dziecko potrzebuje przeszczepu, próbował odcinać się od całej sprawy. Dopiero po długich negocjacjach i groźbie, że opowiem jego znajomym, jakim jest nieczułym draniem, zgodził się poddać badaniom na zgodność szpiku.

Niestety ani ojciec Wiki, ani ja nie mogliśmy zostać dawcami

Rozpoczęły się poszukiwania odpowiedniej osoby. W szkole Wiktorii zorganizowano festyn, podczas którego zachęcano do rejestrowania się w bazie dawców szpiku. Poruszyłabym ziemię i bezduszne niebo, by ocalić córkę. I wreszcie pojawiło się światełko w tunelu, łut szczęścia w morzu cierpienia.

Znalazł się dawca i już dwa miesiące później Wiktoria leżała w szpitalu podłączona do życiodajnej kroplówki. Przeszczep się powiódł i nasze życie powoli zaczęło wracać do normy. Każdego dnia dziękowałam wszystkim możliwym bogom za to, że nie pozwolili, by choroba zabrała mi córkę.

Miałam świadomość, że mogło skończyć się zupełnie inaczej. Widziałam przecież niejedną tragedię rozgrywającą się na szpitalnym oddziale. Dla nas los był łaskawy.

Jesienią Wiktoria wróciła do szkoły

A ja, choć nadal o nią drżałam, byłam szczęśliwa. Choroba odcisnęła na niej piętno, moja dziewczynka dojrzała. Nie wątpiłam, że takim bagażem doświadczeń poradzi sobie w dorosłym życiu. Czas mijał, nie było nawrotów, a Wiktoria cieszyła się życiem i dobrym zdrowiem.

Wszystkie badania kontrolne wychodziły książkowo, co napawało mnie radością i nadzieją. Włosy Wiki odrosły i już prawie niemal zapomniałyśmy o tych strasznych dniach.

Któregoś dnia ona czytała książkę w fotelu, a ja siedziałam przy jej dawnym biurku, przeglądając Facebooka. To właśnie wtedy zobaczyłam post na temat akcji, która miała wesprzeć osoby chore na raka. Zachęcała do oddawania włosów na rzecz jednej z fundacji, która z pozyskanych w ten sposób włosów tworzyła z nich peruki.

Spojrzałam na zdjęcie dziewczynki z łysą głową i zalała mnie fala wspomnień

Zalałam się łzami. Wiktoria zerwała się z fotela, zrzucając książkę na podłogę.

– Co się stało? – spytała, podchodząc do biurka i zaglądając mi przez ramię.

Poczułam jej ciepły policzek przy swoim. Objęła mnie ramionami, nic nie mówiąc. Wszystko było jasne. Przysunęła krzesło do biurka i razem poszukałyśmy więcej informacji o tej akcji. Okazało się, że biorą w niej udział salony fryzjerskie, oferujące darmowe strzyżenie tym, którzy chcą przekazać swoje włosy na peruki.

– Mamo, to genialny pomysł – podsumowała Wiki. – Musisz się tam zgłosić.
– Kochanie, przecież to nie zależy ode mnie. To nie mój salon – odparłam.
– Porozmawiaj z Moniką – nalegała.

Udział w akcji zależał wyłącznie od dobrej woli mojej szefowej i właścicielki zakładu, w którym pracowałam.

– Nie pamiętasz, jak płakałam, gdy całkiem stałam się łysa? – szepnęła Wiki.
– Oczywiście, że pamiętam. Gdybym mogła, oddałabym ci wtedy moje włosy.

Córka uśmiechnęła się i otarła zaszklone oczy rękawem. Widziałam, że zapaliła się do tego pomysłu, a ja chciałam w jakiś sposób odwdzięczyć się za to, że moja córka wyzdrowiała.

W poniedziałek rano wyłuszczyłam sprawę Monice

Może nie spodziewałam się jakiejś entuzjastycznej reakcji mojej szefowej, ale nie myślałam też, że natknę się na mur niezrozumienia. Monika popatrzyła na mnie w milczeniu z taką miną, jakbym zaproponowała jej coś mocno niestosownego.

– Chyba nie myślisz, że będę pracować za darmo? – powiedziała wreszcie.
– Przecież wiesz, że Wiktoria była chora – tłumaczyłam. – To dla mnie ważne, dla niej też. Poza tym to piękna akcja.

Monika jak gdyby nic zaczęła przygotowywać się do przyjęcia pierwszej klientki.

– To twoje prywatne sprawy – rzuciła beznamiętnie.

Wzięła w dłoń kalendarz i przekartkowała zapełnione zapisami strony.

– Zobacz, ile jest klientek. Nie mam czasu się podrapać, a ty chcesz marnować nasz czas na jakieś dziwne akcje? Daj na mszę, skoro czujesz się w obowiązku komuś podziękować, ale nie rób tego moim kosztem.
– Przemyśl to, proszę – błagałam łamiącym się głosem, zapominając o dumie.
– Posłuchaj – spojrzała na mnie twardo – pracujesz na moich zasadach, albo załóż własny salon i tam rób, co chcesz.

Miałam ochotę wyjść, trzaskając drzwiami.

Monika zawsze była bezpośrednia i nieco arogancka, ale przesadziła

W ogóle nie liczyła się z moimi uczuciami. Nawet ona musiała zauważyć, jaką traumą była dla mnie choroba córki. Po powrocie do domu zadzwoniłam do Wiki i opowiedziałam o wszystkim.

– Mamo, w zasadzie to ona ma rację… – myślałam, że się przesłyszałam.
– Nie rozumiem… – Powinnaś otworzyć własny salon fryzjerski – oświadczyła Wiki.
– Zwariowałaś, dzieciaku?! – prychnęłam w pierwszym odruchu, ale potem zaczęłam się na tym zastanawiać.

Praca u Moniki już od jakiegoś czasu męczyła mnie fizycznie i nużyła psychicznie. Fryzjerstwo przestało mnie cieszyć. Nie rozwijałam się. Szefowa nie wysyłała mnie na szkolenia, bo kasy i czasu ciągle brakowało. Poza tym byłam samotną matką, a potem musiałam opiekować się chorą Wiki.

Jaka nauka? Jaka samorealizacja? Liczyło się tylko, żeby przetrwać. Praca stała się przykrym, acz koniecznym obowiązkiem. Może coś by się zmieniło, gdybym otworzyła własny salon – pomyślałam. Niestety nie miałam ani grosza na to, by rozpocząć działalność, więc takie myśli to były zwykłe mrzonki. Poza tym, jak mówią, lepsza stara bieda niż nowa. Gdzie pewność, że by mi się udało?

Parę dni później siedziałyśmy we trzy w kawiarni

Ja, Wiktoria i moja mama, która obchodziła tego dnia urodziny.

– A co z twoimi planami? – zagadnęła mnie nagle chwili Wiktoria.
– Niby jakimi? – wzruszyłam ramionami zrezygnowana. Nie miałam ochoty o tym rozmawiać, zwłaszcza przy mamie.
– Nie udawaj. Mówię o pomyśle otworzenia własnego salonu – Wiktoria nie zamierzała odpuścić.
– Dziecko, dajże spokój… – westchnęłam i wyjaśniłam, że to nierealne, z powodów finansowych. – Musimy z czegoś żyć, nie stać mnie na założenie salonu. Nie mam wyjścia, muszę zostać na etacie u Moniki.
– Wcale nie musisz! – wtrąciła się nieoczekiwanie moja mama. – Oczywiście pod warunkiem, że rzeczywiście tego nie chcesz. Mam spore oszczędności, z którymi nie bardzo wiem co zrobić. Może więc zainwestuję w ciebie. Co ty na to, Stasiu?

Patrzyła na mnie z uśmiechem. Wiedziałam, że babcia Wiki odkładała pieniądze od wielu lat, jednak nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby prosić ją o pożyczkę. Oszczędności powinna przeznaczyć na swoje potrzeby, realizację marzeń, na podróże albo zachować na czarną godzinę... Wystarczająco nam pomogła, gdy Wiktoria zachorowała.

– Przestań, nie wezmę od ciebie ani grosza – zaprotestowałam. – Coś by się nie udało i nie miałabym jak oddać. 
– Przecież nie zabiorę tych pieniędzy do grobu – mruknęła mama. – A innego pomysłu na ich spożytkowanie nie mam, więc przestań się wreszcie krygować.

Łamałam się, a dwie najważniejsze dla mnie osoby w ciągu następnych dni kuły żelazo, póki gorące, non stop wracając do tematu.

Zrozumiałam, że już wcześniej musiały się zmówić przeciwko mnie

Trudno powiedzieć, czy uwierzyłam w powodzenie pomysłu, czy już chciałam, żeby dały mi święty spokój. Założyłam firmę i cała machina ruszyła. Wynajęłam niewielki lokal, a salon nazwałam imieniem córki. Wybierając wyposażenie do zakładu, przed oczami miałam minę Moniki w momencie, gdy dawałam jej wypowiedzenie.

– Idę, kochana, realizować swoje fanaberie – powiedziałam na odchodnym.

Zatkało ją totalnie. Wyszłam, a ona wciąż stała skonsternowana, pełna niedowierzania. Nie spodziewała się po mnie tak śmiałego kroku. Zawsze stałam w cieniu, przygnieciona obowiązkami, wyczerpana życiem i zrezygnowana. Jednak nie do końca. Uznałam, że skoro przetrwałam chorobę córki, to poradzę sobie z każdym wyzwaniem i przeszkodą. Wkrótce wszystko było gotowe i mogłam zacząć pracować na własny rachunek. Podobno Monika po pierwszym szoku wpadła w złość, ponieważ wszystkie moje stałe klientki poszły za mną.

Ani trochę nie współczułam byłej szefowej

Dość czasu bez mrugnięcia okiem wykorzystywała moją pracę i jakoś nigdy nie dała mi odczuć, że mnie docenia. Teraz, nieograniczana wymyślonymi przez Monikę wymogami i zasadami, mogłam dać upust swojej kreatywności. Pasja i radość z wykonywanego zawodu wróciły, dzięki czemu wkrótce mój kalendarz pękał w szwach. Nie zapomniałam, co było impulsem do stworzenia Salonu Wiktoria.

Gdy okrzepłam, znalazłam w sieci adres poczty elektronicznej, na który wysłałam zgłoszenie i niebawem mój salon stał się partnerem akcji „Włosy na peruki”. Wiktoria wydrukowała ulotki, zachęcające do udziału i osobiście roznosiła je po mieście. Pewnego popołudnia zjawiła się bez zapowiedzi. Skończyłam akurat układać fryzurę ostatniej klientce i miałam chwilę na rozmowę. Wiktoria bez słowa usiadła w fotelu przed lustrem.

– Obcinaj – powiedziała.
– Nie mówiłaś, dzieciaku, że chcesz ściąć włosy – zdziwiłam się.
– Minimum dwadzieścia pięć centymetrów, tak? – spytała, a ja zrozumiałam, że chce oddać swoje włosy na akcję.

Położyłam dłonie na jej ramionach i spojrzałam w lustro.

– Wiesz, że będą bardzo krótkie?

Wiktoria uśmiechnęła się przekornie.

– Ważne, że będą – odparła. – I ważne, że ktoś inny będzie je miał.

Podzieliłam jej piękne, gęste włosy na pasma, związałam gumkami, ujęłam nożyczki i… obcięłam pierwszy kosmyk. Zanim skończyłam, płakałyśmy obie. Ze szczęścia, miłości, ulgi, że wciąż mamy siebie, że żyjemy, a przed nami niejeden nowy początek. Po obcięciu Wiktoria miała krótką fryzurę tuż za ucho.

Wyglądała pięknie. Tak pięknie, że bardziej się nie da. Zrobiła coś wspaniałego, oddała część siebie, aby komuś pomóc. Ona i wiele innych osób. To dzięki niej wykrzesałam z siebie siłę i chęć do działania i do tego, by zawalczyć jeszcze o coś w życiu. Czy było warto?

Trzymam w dłoniach gruby warkocz, związany z obu stron wstążkami. Dziś rano ktoś anonimowo wrzucił go w kopercie do skrzynki stojącej przed moim salonem. Wzruszyłam się. Nie wiem, kim jesteś, ale dzięki tobie ktoś się uśmiechnie – pomyślałam. Na blacie kontuaru paruje kubek świeżo zaparzonej aromatycznej kawy, a za oknami na wietrze wirują jesienne liście. Na razie jest cicho i spokojnie, lecz za chwilę salon zacznie tętnić życiem. Dopijam kawę i biorę głęboki wdech. Spoglądam na wizytówkę, na której widnieje imię mojej córki. Wiktoria znaczy zwycięstwo. Dobrze o tym wiem.

Stanisława, 49 lat

Czytaj także:

Miałam urodzić dziecko koleżance
Adobe Stock, ryanking999
Prawdziwe historie
„Koleżanka zapłaciła mi bajońską sumę, żebym zaszła w ciążę z jej mężem i urodziła im dziecko, ale nie przewidziała jednego...”
To nienarodzone dziecko nie będzie tylko ich. Przecież będzie także moje. Złamałam się, kiedy po tygodniu Jagoda oznajmiła, że do obiecanej kwoty dołożą mi jeszcze dwadzieścia tysięcy.

Kiedy byłam mała, moja babcia często powtarzała, że kogo pan Bóg chce ukarać, to mu rozum odbiera. Wtedy się z tego śmiałam, a dziś wydaje mi się, że chyba mnie chciał za coś ukarać. Bo wyraźnie odebrał mi rozum w chwili, kiedy zgodziłam się na tamtą propozycję... Jagoda. Poznałyśmy się w salonie fryzjerskim, w którym ja pracowałam, a do którego ona przychodziła się czesać. Zawsze była elegancka, ubrana w drogie markowe rzeczy. Zazdrościłam jej, że ma dostatnie, dobre życie. Ja ledwo wiązałam koniec z końcem, sama z dwojgiem małych dzieci, bez alimentów, które mąż płacił od przypadku do przypadku. Musiałam jeszcze pomagać schorowanej matce. Wiecznie na wszystko brakowało mi pieniędzy, a odkąd starszy synek poszedł do szkoły, te problemy jeszcze się pogłębiły. A to jakaś książka, a to wycieczka, a to znowu wyjście do kina. I skąd miałam na to wszystko brać? I wtedy właśnie Jagoda, zupełnie niespodziewanie, zaproponowała mi, żebym przychodziła do niej sprzątać. W pierwszej chwili miałam wątpliwości. Nie dlatego, żebym wstydziła się sprzątać, jednak nie wyobrażałam sobie, kiedy znajdę na to czas. Dopiero po rozmowie z mamą, która obiecała dwa razy w tygodniu zająć się wieczorami moimi dziećmi, podjęłam decyzję. Dodatkowe pieniądze były dla mnie jak manna z nieba. Dwa tygodnie później zorientowałam się, że życie mojej pracodawczyni wcale nie było takie sielankowe, jakby się wydawało. Owszem, miała piękny dom, bogatego męża na stanowisku, sama była wykształcona i prowadziła dwa salony z włoską, bardzo drogą odzieżą. Wszystko miała oprócz dziecka . Tak bardzo go pragnęła, że często wieczorami częstowała mnie kawą albo drogim winem i ze łzami w oczach żaliła mi się, jak bardzo jest nieszczęśliwa....

Nauczanie zdalne
Adobe Stock, JenkoAtaman
Prawdziwe historie
„Nauczyciele na zdalnym nauczaniu przerzucili CAŁĄ robotę na rodziców. Niczego nie tłumaczyli, tylko wysyłali zadania. Zajmowało mi to cały dzień”
Na skrzynkę mailową zaczęły przychodzić wiadomości od nauczycieli. Że moje dzieci źle rozwiązują zadania, nie wypełniają prawidłowo ćwiczeń. I że moim obowiązkiem jest dopilnować, by realizowały program szkolny. Moim?! To chyba żart.

Jestem samotną matką z dwójką dzieci. Od czasu wprowadzenia domowych lekcji działam na dwóch, a właściwie trzech etatach. Moja praca, ich zadania i tak dalej. Przez kilka tygodni jakimś cudem to znosiłam. W końcu miałam dość! Kłopoty z całą tą nową rzeczywistością zaczęły się już na początku. Zorientowałam się, że w naszym domu brakuje sprzętu. W normalnej rzeczywistości jeden laptop nam wystarczał A tu nagle okazało się, że potrzebne są trzy. I do tego drukarka! Jeden, dla siebie, pożyczyłam z biura. Ale to ciągle było mało. Z szaleństwem w oczach obdzwaniałam rodzinę i znajomych w poszukiwaniu jakiegoś sprzętu. Nikt nie mógł mi pomóc, bo wszyscy byli w podobnej sytuacji. Koniec końców postanowiłam, że domowy komputer zajmie córka. A synowi na czas nauki odstąpię swój służbowy. Kiedy będę pracować? Wtedy jeszcze o tym nie myślałam. Sen z powiek spędzało mi pytanie, jak odnajdę się w tej nowej, trudnej rzeczywistości. No i kupno drukarki. Poszły na to wszystkie zaskórniaki, które miałam schowane na wszelki wypadek. Pierwsze dwa tygodnie jakoś przetrwałam Bartek i Asia dostawali od nauczycieli materiały powtórkowe, więc jakoś sobie radzili. Owszem, musiałam pilnować, żeby w ogóle zajrzeli do zadań, ale poza tym nie miałam z nimi żadnych większych kłopotów. Trochę marudzili, bo trudno było się im skoncentrować, ale robili, co do nich należało. A potem wychodzili na rowery lub do parku. Wtedy jeszcze wolno im było wyjść. Gdy ich nie było, mogłam zająć się pracą. Pracuję w ubezpieczeniach, więc roboty mi nie brakowało. Ludzie dzwonili i ubezpieczali się na potęgę. Głównie na życie. Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale cieszyłam się. Moje wynagrodzenie zależy w dużej mierze od liczby zawartych umów. Im więcej, tym...

Na emeryturze zostałam darmową nianią
Adobe Stock, fizkes
Prawdziwe historie
„Byłam wściekła, kiedy moje emerytalne marzenia zamieniły się w niańczenie wnuków na pełen etat”
Moja emerytura była wyczekana i wymarzona. Miałam tyle do zrobienia! Moje plany jednak szybko zniweczyły córki, które przyparły mnie do muru. Nie mogłam im nie pomóc...

Kilka lat temu wydawało mi się, że emerytura to spełnienie moich marzeń. Jej pierwszy rok miałam zaplanowany od dawna. Pojechać do Paryża, zrobić porządek z ogrodem, czytać, zapisać się na basen. I mieć wreszcie czas dla siebie. Aha, bardzo śmieszne! Lista życzeń wisiała na lodówce od kilku miesięcy, jeszcze zanim odeszłam z pracy. Napawałam się tymi marzeniami każdego dnia Nawet pokazałam spis moim córkom. Radośnie kiwały głowami, zachęcały. Potem na pewno widziały ją co najmniej kilka razy. Ale widać mają kłopot z oczami i przyswajaniem informacji. Mijała właśnie trzecia doba mojej oficjalnej emerytury, gdy do drzwi załomotała Marta, moja pierworodna. – Mamuś, sorrki, nagła sytuacja. Niania zachorowała. To tylko na kilka godzin. Marta postawiła na stole nosidełko z Julkiem i zanim zdążyłam otworzyć usta, już jej nie było. Kochałam mojego wnuka, nie widywałam się z nim zbyt często, więc nawet się ucieszyłam. Dałam mu pić i zabrałam do ogrodu. Julek był grzeczny, coś tam sobie gaworzył, dzień zleciał szybko. – No jestem, przepraszam, że się spóźniłam. Ale wiesz, no szalony dzień miałam. Musiałam oddać tę pracę na studia, pora wreszcie je skończyć. A tu nagle okazało się, że właśnie jedzie kanapa do nowego mieszkania i muszę tam jechać. I oczywiście złapałam gumę. Jacek w delegacji, a niania… No właśnie. Niania. Pani Lucynka właśnie zadzwoniła . Ma bardzo złe wyniki echa serca. Lekarz zabronił jej pracować. Nie wolno jej się męczyć, dźwigać. A nasz Juluś to już kawał chłopa, prawda? Marta złapała synka na ręce i zaczęła z nim skakać po mojej kuchni. – No i widzisz, mamuś, muszę cię spytać, czy mogłabyś się przez jakiś czas poopiekować Julkiem . Dopóki nie znajdziemy z Jackiem nowej niani, a to nie jest łatwe....

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj