Prawdziwe historie: mężczyzna na placu zabaw wyglądał podejrzanie. Musiałam zareagować
Adobe Stock
Prawdziwe historie

„Podejrzany typ zaczepiał na placu zabaw dziewczynki – musiałam działać! Przez własną głupotę sama mogłam trafić do więzienia”

Muszę coś zrobić, żeby oni mi w końcu uwierzyli – szepczę kolejny raz, wyglądając przez firankę. „Przecież nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego! Ten człowiek naprawdę jest podejrzany! Niestety – o tym na razie wiem tylko ja”. Tak było przynajmniej wówczas, gdy o tym myślałam po raz pierwszy.

Sprowadziliśmy się na to osiedle w zeszłym roku. Długo wybieraliśmy, ale złego słowa teraz nie powiem – to osiedle jak ze snów. Nowe budownictwo, sami młodzi ludzie wokół, teren ogrodzony, strzeżony, po drugiej stronie ulicy szkoła, przedszkole, sklepy – po prostu spełnienie marzeń każdego młodego małżeństwa. I wszystko rzeczywiście byłoby idealnie, gdyby nie ta jedna rzecz. A w zasadzie ten jeden człowiek.

Jak prawidłowo zapinać dziecko w foteliku samochodowym? Czy tym mocniej, im mocniej je kochasz?

Od razu wydał mi się podejrzany

Zwróciłam na niego uwagę kilka dni po tym, jak się wprowadziliśmy. Ustawiałam właśnie coś na parapecie i przypadkowo wyjrzałam przez okno. Mój wzrok padł na znajdujący się poniżej plac zabaw. Młody mężczyzna w skórzanej kurtce zagadywał właśnie jedną z dziewczynek, na oko siedmioletnią. Mała najwyraźniej była dobrze wyszkolona przez rodziców, bo już po chwili usłyszałam dziecięcy głosik:

– Maaaamo! Ten pan mnie zaczepia, a mnie przecież nie wolno rozmawiać z obcymi panami!

Wołana „mama” na te słowa natychmiast poderwała się z piaskownicy, gdzie najwyraźniej pilnowała młodszej pociechy, ale mnie znacznie bardziej interesowało zachowanie mężczyzny w skórzanej kurtce. Kiedy tylko zobaczył, że „mama” podchodzi do niego i dziewczynki – odwrócił się na pięcie i szybko oddalił się w kierunku wyjścia.

Niemożliwe, żeby intuicja mnie zwiodła. Obserwowałam całą sytuację od początku. Od razu poczułam, że coś jest na rzeczy. Zachowanie mężczyzny było bardzo nienaturalnie!

Mąż stwierdził, że przesadzam

Tego wieczora, kiedy mąż wrócił z pracy, relacjonowałam mu podekscytowana:

– Tomek, musimy bardzo uważać na bliźniaki! Dziś na placu zabaw widziałam… pedofila!

Jeśli potraficie sobie wyobrazić, jak wygląda mężczyzna, który usłyszał na przykład, że na ten dzień w okolicy jego domu przewidywany jest przelot ufo albo coś równie absurdalnego, to taką właśnie minę zrobił mój mąż. Na jego twarzy malowało się totalnie niedowierzanie:

– Ale skąd ty bierzesz, Jolu, takie informacje? – wyjąkał tylko. – Czy ten człowiek na czole miał wypisane „Jestem zboczeńcem”?! Dziewczyno, tak nie można! Rozumiem, że martwisz się o nasze dzieci, ale tym razem już chyba przesadziłaś! Czepiasz się jakiegoś Bogu ducha winnego…

– Na pewno nie „czepiam się”, jak to ująłeś, bezpodstawnie – warknęłam urażona i opowiedziałam Tomkowi o całej sytuacji zaobserwowanej rano na podwórku.

Chociaż był początkowo sceptycznie do moich rewelacji nastawiony, musiał przyznać, że coś jest na rzeczy. Postanowiłam zachować czujność.

Postanowiłam działać

Następnego dnia zeszłam z naszymi urwisami, Piotrkiem i Mikołajem, na podwórko. Usiadłam na ławce i patrzyłam, jak moi chłopcy wspinają się po drabinkach i biegają po trawniku. Już miałam wyjąć gazetę, gdy coś przykuło moją uwagę… No tak, „znajomy” w skórzanej kurtce podszedł właśnie do grupy dziewięciolatek rysujących kredą na chodniku. Wlepiłam wzrok w mężczyznę.

Dziewczynkom najwyraźniej się nudziło albo nie były tak dobrze wyszkolone w odpowiadaniu na zaczepki, bo wcale nie odchodziły, nie wołały też nikogo dorosłego… Po prostu kontynuowały rozmowę jakby nigdy nic! Tyle się teraz słyszy o nieszczęściach na placach zabaw, o porwaniach – nie mogłam pozostać bierna! Nie zważając na protesty synów, chwyciłam obu za ręce, przerywając im zabawę (nie mogłam przecież ich pozostawić bez opieki na takim niebezpiecznym placu, gdzie każdy może wejść i zaczepiać dzieci!) i podeszłam do mężczyzny:

– Mogę panu w czymś pomóc? – zapytałam groźnie, nawet nie ukrywając podejrzliwości.

Dziewczynki spojrzały na mnie z zainteresowaniem. Jedna z nich, najwyraźniej najśmielsza, powiedziała nawet:

– Ale ten pani nic nie robi, proszę pani. On szuka swojej córeczki.

– Szuka córeczki? – posłałam mężczyźnie ironiczne spojrzenie, pod którym on zaczerwienił się jak burak.

Tak, tym razem miałam niezbity dowód, że nie ma czystych zamiarów! Przecież gdyby rzeczywiście nie miał nic do ukrycia, nie czerwieniłby się tak.

– To ciekawe – tym razem zwróciłam się wprost do niego. – Wczoraj obserwowałam pana z okna. Zaczepiał pan młodszą dziewczynkę. Dobrze, że ona wiedziała, że w takiej sytuacji trzeba zawołać kogoś dorosłego – nie mogłam się powstrzymać, żeby nie posłać i dziewięciolatkom potępiającgo spojrzenia. – Teraz zaczepia pan uczennice. To ile lat ma w końcu ta pana córka, co? I czemu szuka jej pan w każdym napotkanym dziecku? Ja panu powiem, co zrobię, zadzwonię po policję i będzie się pan im tłumaczył z tych swoich „poszukiwań”.

– To my już pójdziemy – do dzieci w końcu dotarło, że może grozić im niebezpieczeństwo. – Dziękujemy pani – dodała ta najbardziej śmiała z dziewczynek i obie szybciutko pobiegły w stronę bloku.

Wyglądał, jakby coś ukrywał

Nie bardzo wiedziałam, co dalej robić. Moi chłopcy najwyraźniej mieli już dość całej sytuacji, bo coraz bardziej zniecierpliwieni ciągnęli mnie za nogawkę spodni. A mężczyzna wyglądał, musiałam to szczerze przyznać, bardziej na rozbawionego niż przerażonego.

– Proszę, niech pani dzwoni na policję – powiedział nawet. – Chyba rzeczywiście nie przemyślałem swojego zachowania i ono mogło być odebrane w taki sposób. Ale gdyby pani znała prawdę…

– Cieszę się, że jej nie znam. – przerwałam mu. – Nie wiem, co się tam kłębi w tej pana… głowie, ale na pewno nie jest to coś, co bym popierała – dodałam.

Mężczyzna westchnął. Widziałam, że naszej rozmowie przygląda się coraz więcej rodziców siedzących po drugiej stronie placu. Widocznie dziewięciolatki ostrzegły pozostałe dzieci, żeby nie zbliżały się do mężczyzny w skórzanej kurtce. I, co tu kryć, do podejrzanej kobiety w czerwonej sukience. Zachowywałam się trochę jak wariatka. Postanowiłam więc nieco odpuścić i poprzestać na razie na obserwacji podejrzanego typa. „Może rzeczywiście za wcześnie na interwencję policji” – doszłam do wniosku.

– Niech pan będzie pewny, że mam pana na oku – dodałam, odchodząc, i pociągnęłam synków za sobą. – Wracamy do domu. To nie jest miejsce dla was.

Przez resztę dnia byłam niespokojna. Czułam, że coś jest nie tak i czułam, że nie mogę tak tej sprawy zostawić. Wiedziałam też, niestety, że na męża nie mam co liczyć. Po pierwsze po pracy nie nadawał się do życia, a po drugie – i tak mi nie wierzył. W końcu postanowiłam zadzwonić do Weroniki, mamy, którą poznałam na placu zabaw. Opowiedziałam jej o swoich podejrzeniach, a ona nie tylko mi uwierzyła, ale i naprawdę przejęła się tą sprawą.

W końcu ktoś mi wierzy

– Tu chodzi o nasze dzieci! – krzyknęła. – Myślę, że policja nie pomoże. Wiesz, jacy oni są. Powiedzą, że nie mamy dowodów, że samo podejrzenie to za mało, żeby oskarżyć człowieka lub choćby wymóc na nim, żeby trzymał się z dala od naszego placu. Trzeba obserwować gościa i wkroczyć w odpowiedniej chwili.

Nie powiem, ucieszyłam się, że całkiem podzieliła moje obawy. Co dwie głowy to nie jedna, a przecież nie mogłam siedzieć z założonymi rękami i czekać, aż jakiemuś dziecku stanie się krzywda. Bo o tym, że człowiek w skórzanej kurtce jest zdolny do niecnych czynów, byłam przekonana. Jakoś źle mu z oczu patrzyło.

Przez następnych kilka dni podejrzany mężczyzna nie pojawiał się na naszym placu zabaw. Już, już miałyśmy sobie dać spokój z obserwacją, gdy pewnego ranka odebrałam telefon od Weroniki. Miała podekscytowany głos:

– Widzę gościa z mojego balkonu. Idzie w kierunku placyku dla młodszych dzieci. Coś ma w ręku… chyba aparat.

Poprosiłam Weronikę, żeby nie ruszała się z „punktu obserwacyjnego”, a sama ubrałam chłopców i wyszłam z nimi na podwórko. Mężczyzna był już na placu. Nawet nie krył się specjalnie ze swoją obecnością, jakby nie zdawał sobie sprawy, że sam, bez dziecka, w takim miejscu, wystawia się na jednoznaczne podejrzenia.

Długo nie musiałam czekać, aż podszedł do jakiejś dziewczynki, może dziewięcioletniej, i coś jej usiłował pokazać w swoim aparacie fotograficznym. Aż poczerwieniałam z wściekłości! Już ja mogłam sobie wyobrazić, co on za świństwa tam trzyma! „Nie ma na co czekać!” – uznałam. „Dzwonię na policję!”.

Złapałam drania

Wbrew moim obawom dyżurny, który odebrał mój telefon, potraktował sprawę poważnie. Poproszono, abym opisała mężczyznę i podała lokalizację placu.

– Proszę upewnić się, że ten człowiek nie opuszcza placu zabaw, a zwłaszcza nie opuszcza go z dzieckiem – poinstruował mnie policjant. – Jeśli ma przy sobie aparat, za chwilę funkcjonariusze podjadą tam i poproszą, żeby pokazał, co za zdjęcia tam trzyma.

Zgodnie z obietnicą dyżurnego moje wezwanie potraktowano bardzo poważnie i nie musiałam długo czekać na przyjazd radiowozu. Zaledwie po kilku minutach dwóch umundurowanych policjantów podeszło do mężczyzny. Miałam na tyle rozsądku, żeby nie pokazywać mu się na oczy, ale z tego, co widziałam, bardzo się zmieszał na widok policji, pokazywał im też swój aparat fotograficzny, a później poszedł z nimi do samochodu.

– No, to ptaszka mamy z głowy – uśmiechnęła się do mnie Weronika, która całe zajście obserwowała ze swojego balkonu, a ja do niej dołączyłam. – I wyobraź sobie, że już tu nie wróci. Wpadłam na pewien pomysł.

Kiedy dowiedziałam się, jaki to pomysł przyszedł do głowy mojej koleżance, miałam żal do samej siebie, że na to nie wpadłam! Weronika, korzystając z tego, że jej mąż ma profesjonalny aparat, zrobiła z góry kilka fotek „panu w kurtce”.

Od razu czułam się bezpieczniej

– Wiesz, dochodzenie jak to dochodzenie, może się ciągnąć w nieskończoność, a w tym czasie facet znowu tu przyjdzie i może nawet – zimny dreszcz przeszedł mi na te słowa po krzyżu – będzie się mścił na nas i na naszych dzieciach. A tak to uziemimy go na dobre. Rozwiesimy jego fotki w okolicy. Tę, jak kolejno rozmawia z dziewczynkami, a potem jak prowadzi go policja… Twarze dzieci zasłonimy, policjantów też, ale jego niech będzie rozpoznawalna. Podpiszemy krótko: „Uwaga, pedofil!”. Matki muszą wiedzieć, co tu się dzieje, niech ich nie zwiodą pozory – wiesz, strzeżone osiedle i tak dalej. Muszą bacznie pilnować dzieciaków, póki nie dowiemy się, że koleś siedzi za kratkami.

Pomysł Weroniki wydał mi się znakomity. Faktycznie, nie czułam się bezpieczna nawet, wiedząc, że mężczyzną zainteresowała się policja. Wieczorem umówiłyśmy się na rozklejanie zdjęć po okolicy. Przylepiłyśmy ich kilkadziesiąt i z czystym sumieniem wróciłyśmy do domu. Tak, teraz mogłyśmy być pewne, że jeśli ten człowiek znów pojawi się w okolicy, wszystkie matki rzucą się na niego jak tygrysice, zanim w ogóle zdąży otworzyć usta, nie mówiąc już nawet o pokazywaniu jakichś obleśnych zdjęć!

Przez kilka dni był spokój. A później bomba wybuchła. Czytałam właśnie przy śniadaniu lokalną gazetę, gdy zauważyłam wielki nagłówek na pierwszej stronie: „Spotkała go tragedia, a teraz jeszcze sąsiedzi chcą go zaszczuć”. Obok nagłówka było zdjęcie… naszego „faceta w skórzanej kurtce”! Serce mocniej mi zabiło.

Gdybym tylko wiedziała...

Historia mężczyzny była opisana zaskakująco szczegółowo, uzupełniona jego wypowiedziami. Kilka lat temu odeszła od niego żona, zabierając ze sobą kilkumiesięczną wówczas córkę. Dziewczynka ma dzisiaj siedem lat, a ojciec na własną rękę podjął poszukiwania dziecka.

„Oficjalnymi kanałami nie mam możliwości odzyskać córki, nikt nie chce mi pomóc – wyjaśniał. – Dlatego wymyśliłem sobie, że dotrę do mojej Nikoli w inny sposób. Prywatny detektyw, którego wynająłem, wskazał mi na jedno z nowych osiedli jako przypuszczalne miejsce pobytu mojego dziecka. Ponieważ nawet nie wiem, jak dziewczynka teraz wygląda, i mam podejrzenia, że była żona zmieniła jej imię, żeby jeszcze bardziej utrudnić mi dotarcie do dziecka, postanowiłem podchodzić do dziewczynek w wieku zbliżonym do mojej córeczki, rozmawiać z nimi, zadawać pytania dotyczące zainteresowań, a szczególnie zwierząt. Wiem bowiem, że Nikola ma w domu dwa koty. To już jest coś, prawda? Wszystko szło dobrze. Nie przyszło mi do głowy, że ludzie zaczną coś podejrzewać. W sumie mogłem to przewidzieć, przecież samotny facet przepytujący obce dzieci, zwłaszcza dziewczynki, musi być w dzisiejszych czasach podejrzany, ale byłem zdesperowany i nawet nie zauważałem dziwaczności swojego zachowania – mówił dalej.

– Moje problemy zaczęły się na dobre, gdy znalazłem się na celowniku jednej z mam z osiedla. Przez chwilę podejrzewałem nawet, że jest ona nasłana przez moją byłą żonę, tak skutecznie utrudniała mi poszukiwania. Starałem się jednak nie zwracać na te niedogodności uwagi. W końcu – każdy z nas, rodziców, zareagowałby pewnie podobnie, gdyby zagrożone było dobro jego dziecka. Kiedy ta matka z jakąś swoją koleżanką wezwały policję, byłem nawet zadowolony. W końcu oficjalne organy zajęły się moją sprawą, zechciały mnie wysłuchać, przejrzały stare, zachowane przeze mnie zdjęcia Nikoli. Chyba udało mi się funkcjonariuszy przekonać, że powinni mi pomóc. Gdy po kilkunastu godzinach przesłuchań wychodziłem z komisariatu, byłem innym człowiekiem – pełnym nadziei, że w końcu, po tylu latach zobaczę swoje dziecko. Niestety nie zdawałem sobie sprawy, jak podli mogą być ludzie. Na ulicy prowadzącej do mojego mieszkania czekała mnie bardzo przykra niespodzianka…”.

Tu następował fotoreportaż z miejsc, w których umieściłyśmy z Weroniką „ostrzegawcze plakaty”.

Miałam wypieki na twarzy, kiedy skończyłam czytać ten artykuł. Oczywiście od razu zadzwoniłam do Weroniki, bo na końcu było napisane, że policja szuka autorek plakatów „szkalujących dobre imię pana Dariusza Z.”. „Skąd policja wie, że to były autorki, a nie autorzy?” – przebiegło mi przez myśl. „O rany! Przecież na osiedlu jest monitoring!” – olśniło mnie. Uzmysłowiłam sobie, że to tylko kwestia czasu, aż po nas przyjdą. Nie chciałam iść do więzienia! I nie czułam, żebyśmy zrobiły coś bardzo złego. Chciałyśmy tylko ochronić nasze dzieci przed niebezpiecznym człowiekiem! Każda matka zrobiłaby to samo!

Po krótkiej rozmowie postanowiłyśmy z Weroniką same zgłosić się na komisariat i przyznać, że to my rozwiesiłyśmy plakaty. Na nasze szczęście pan Dariusz nie żywił do nas większej urazy. Przyznał nawet, że nas rozumie.

– Każdy rodzic chce chronić dzieci, nie tylko swoje – powiedział.

Dostałyśmy nakaz usunięcia plakatów i przeproszenia pana Dariusza. To ostatnie zrobiłyśmy z przyjemnością.

Teraz, po kilku miesiącach, kiedy emocje opadły, mogę powiedzieć, że drugi raz zachowałabym się tak samo. To znaczy tak samo obserwowałabym obcego człowieka na placu zabaw i tak samo zawiadomiłabym policję. Ale nie rzucałabym na nikogo podejrzeń, nie mając dowodów!

Żeby jakoś zrehabilitować się przed panem Darkiem, pomagam mu w poszukiwaniach Nikoli. W końcu dziecko ma prawo znać swojego ojca, prawda? Zwłaszcza jeśli ten tyle przeszedł, by je odnaleźć!

Jolanta, lat 28

Zobacz także:

Chłopiec, który padł ofiarą pedofila
Adobe Stock, Mikael Damkier
Prawdziwe historie
„Mało brakowało, a mój syn padłby ofiarą pedofila. Zboczeniec oferował mu pieniądze za nagie zdjęcia"
„Syn wstydził się przyznać, że wpakował się w tarapaty. Jakiś zboczenie nękał mojego syna przez Facebooka, wysyłał obleśne zdjęcia i nakłaniał do spotkań".

Do dziś robię sobie wyrzuty, że niczego nie zauważyliśmy, ani ja, ani żona. A przecież musiały być jakieś sygnały. Powinniśmy być czujni, chronić syna przed złem, jednak nie zrobiliśmy nic, trwając zadowoleni w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Może dlatego, że los zaoszczędził nam kłopotów z dorastającymi dziećmi. Kuba, dziewiętnastolatek, i Franek, wesoły, towarzyski trzynastolatek nie dawali nam powodów do niepokoju. Owszem, trochę buntowali się przeciwko nakazom, które w trosce o nich wprowadzaliśmy w życie, ale nie przesadnie. Można się było z nimi dogadać. Chyba udało nam się stworzyć ciepły, przyjazny dom, oparty na zaufaniu. Nie wypytywałem chłopaków o prywatne sprawy, szanowałem ich prywatność. Miałem pewność, że w razie kłopotów przyjdą do nas, rodziców po radę. O mało co, nie przypłaciliśmy tego liberalizmu tragedią.   Nic nie wskazywało w zachowaniu Franka, że dzieje się coś złego. Jak zwykle wracał ze szkoły, rzucał byle gdzie plecak, zjadał, co było, i szedł do swojego pokoju. Dopiero Kuba zburzył mój złudny spokój.   – Tata, jest sprawa – zagaił wieczorem. – Młodego i jego kumpla prześladuje jakiś gość. Chłopaki boją się, że znajdzie ich po danych z Facebooka. To całkiem możliwe. A w ogóle na moje oko to pedofil.   Usiadłem. Rewelacje Kuby docierały do mnie powoli i z oporami. Pedofil? Co Franek ma wspólnego z takim człowiekiem? Czy się znają? I skąd? Rany boskie!!!   – Co ty mówisz! – podskoczyłem jak rażony prądem.   – Nie złość się, tato, zrobili to z głupoty, teraz się boją i chyba mają czego.   – Opowiadaj – usiadłem ponownie, próbując za wszelką cenę zachować spokój.    Kuba wziął krzesło i też usiadł. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Przemknęło mi przez myśl, że nasz starszy syn stał się...

Prawdziwe historie: moja córka zaszła w ciążę z Arabem. Wytykali ją palcami
Adobe Stock
Prawdziwe historie
„Córka ukrywała przede mną, że zaszła w ciążę z Arabem. Jemu też nie powiedziała! Gdy Adaś się urodził, w naszej mieścinie wytykali go palcami...”
Córka zawsze chętnie zwierzała mi się ze swoich spraw. Jednak kiedy poznała JEGO, nie pisnęła ani słowa. Mimo że został ojcem jej dziecka…

Bardzo się cieszyłam kiedy moja córka, Basia, dostała się na studia. W dodatku na Uniwersytet Warszawski! Z naszego małego, prowincjonalnego miasteczka miała przenieść się do stolicy. To było coś! Zawsze byłyśmy we dwie Wychowałam córkę samotnie. Mąż odszedł od nas, kiedy mała miała dwa lata. Znalazł sobie lepszą, młodszą, ładniejszą, a przede wszystkim bogatszą. Zostałyśmy same. Początkowo jeszcze od czasu do czasu widywał się z Basią, ale potem ożenił się, urodziły mu się kolejne dzieci i już tylko one były ważne. Doszło do tego, że cieszyłam się, jeśli zapłacił alimenty w terminie. Chyba nie bardzo umiałam o nas walczyć… Choć nie było nam łatwo, dawałyśmy sobie radę, z niewielką pomocą mojego brata, Grzegorza. Basia nie sprawiała kłopotów, dobrze się uczyła, pomagała mi w domu we wszystkim. Latem chodziła zbierać truskawki i maliny. W ten sposób zarabiała na własne wydatki. Byłyśmy ze sobą bardzo blisko. Moja córka twierdziła zawsze, że to ja jestem jej najlepszą przyjaciółką. Kiedy wyjechała na studia, poczułam się nagle samotna i opuszczona. Mimo to cieszyłam się ogromnie, że Basia skończy uniwersytet, dostanie dobrą pracę, znajdzie w Warszawie chłopaka, wyjdzie za mąż. Po prostu liczyłam na to, że będzie miała lepsze życie niż ja… Najpierw córka nieczęsto przyjeżdżała do domu. Tęskniłam za nią ogromnie, ale nie naciskałam jej. Koszty utrzymania w Warszawie były wysokie, a my nie miałyśmy za dużo pieniędzy. Przyjazd ze stolicy do naszego miasteczka też kosztował, więc Basia oszczędzała i pojawiała się u mnie rzadko. Czułam, że coś ukrywa Dopiero na drugim roku, kiedy dostała stypendium i znalazła jakieś dwie dziewczynki, którym udzielała korepetycji, trochę jej się finansowo poprawiło. Zaczęła mnie częściej odwiedzać. Była wtedy taka radosna i szczęśliwa! Jednak po kilku...

Pozwałam rodziców o alimenty
Adobe Stock, Studio Romantic
Prawdziwe historie
„Rodzice nigdy się mną nie interesowali. Zarabiali góry pieniędzy i myśleli, że to wystarczy. Pozwałam ich o alimenty”
Dyrektorka wezwała inspektora z MOPS. Odnotował, że mieszkamy w ładnej willi, że w domu jest czysto, a ja w swoim pokoju mam komputer, telewizor i szafę pełną ubrań… Rodzice śmiali się głośno i mówili, że to wszystko jakaś pomyłka, że ostatnimi czasy miałam problemy z głową.

Moi rodzice? Nie chcę ich znać! Wykreśliłam ich ze swojego życia i serca. Dobrze im tak, za to wszystko, co mi zrobili. Chociaż wydaje mi się, że zbytnio z tego powodu nie cierpią, bo ja, ich córka, jedynaczka – w ogóle ich nie obchodzę! Pieniądze. W naszym domu tylko o tym się rozmawiało Moi rodzice prowadzili dwa odrębne biznesy i wszystkie ich dialogi kręciły się wokół tego: Kto ile ich zarobił? Ile trzeba zapłacić podatku? Dlaczego ojca interes rozwija się lepiej? Dlaczego matka chce dokapitalizować firmę… I tak dalej. Nigdy nie spytano mnie, jak idzie mi w szkole. Ojciec nigdy nie wziął mnie na kolana, nie przytulił, nie powiedział, że mnie kocha i jestem dla niego najpiękniejsza na świecie. Z tamtego czasu pamiętam tylko jedną szczęśliwą niedzielę. Rodzice zabrali mnie do wesołego miasteczka. Chyba kłócili się jak zwykle, ale wśród ludzi, w gwarze otaczających mnie rozmów i skocznej muzyki, nie słyszałam ich. Siedząc na karuzeli i wirując, patrzyłam w niebo i szeptałam: – Boże, gdybyś mógł dać mi tyle radości, ile w tej chwili, choćby tylko jeden raz w miesiącu, to przysięgałam, że będę najlepszą uczennicą nie tylko w klasie, ale i w całej szkole. Ale taka niedziela już nigdy więcej się nie powtórzyła. Za to w domu wybuchały coraz częstsze awantury Słyszałam je rano, słyszałam, gdy wracałam ze szkoły i kiedy kładłam się spać. Próbowałam nie słuchać wyzwisk, jakimi obrzucali się moi rodzice – kiedy podnosili głosy, nakładałam na uszy słuchawki i rozkręcałam muzykę na maksa. Przez jakiś czas to pomagało. Kiedy skończyłam piętnaście lat, oboje zaczęli szukać u mnie poparcia dla swoich racji . Tak więc kiedy odrabiałam lekcje, matka nieoczekiwanie wpadała do mojego pokoju. Najpierw szlochała. Przytulała mnie, odsuwała od siebie, znowu przytulała i...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach
Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19
Partner
częste oddawanie moczu u dziecka
Zakupy
Szukasz najlepszego nocnika dla dziecka? Sprawdź nasz ranking!
Partner
Kobieta czyta książkę
Zakupy
Tej książce ufają miliony rodziców! Czy masz ją na półce?
Partner
łojotokowe zapalenie skóry
Pielęgnacja
Test zakończony sukcesem! 99% osób poleca te kosmetyki
Partner
Polecamy
Porady
jak pobrać bon turystyczny
Prawo i finanse
Jak pobrać i aktywować bon turystyczny: instrukcja rejestracji na PUE ZUS (krok po kroku)
Milena Oszczepalińska
ukraińskie imiona
Imiona
Ukraińskie imiona: męskie i żeńskie + tłumaczenie imion ukraińskich
Joanna Biegaj
cytaty na urodziny
Cytaty i przysłowia
Mądre i piękne cytaty na urodziny –​ 22 sentencje urodzinowe
Joanna Biegaj
Ile dać na Chrzest?
Święta i uroczystości
Ile wypada dać na chrzciny w 2022 roku? – kwoty dla rodziny, chrzestnych i gości
Luiza Słuszniak
gdzie nad morze z dzieckiem
new badge ranking small
Niemowlę
Gdzie nad morze z dzieckiem? TOP 10 sprawdzonych miejsc dla rodzin z maluchami
Hanna Szczesiak
ospa u dziecka a wychodzenie na dwór
Zdrowie
Ospa u dziecka a wychodzenie na dwór: jak długo będziecie w domu? Czy podczas ospy można wychodzić?
Milena Oszczepalińska
5 dni opieki na dziecko
Prawo i finanse
5 dni opieki (urlop na dziecko) – wszystko, co trzeba wiedzieć o nowym urlopie
Joanna Biegaj
pesel po 2000
Prawo i finanse
PESEL po 2000 - zasady jego ustalania
Agnieszka Majchrzak
hiszpańskie imiona
Imiona
Najczęściej nadawane hiszpańskie imiona - ich znaczenie oraz polskie odpowiedniki
Joanna Biegaj
Bon turystyczny: jak wykorzystać w 2022?
Aktualności
Gdzie można wykorzystać bon turystyczny – lista podmiotów + zmiany przepisów
Ewa Janczak-Cwil
Urlop ojcowski
Prawo i finanse
Urlop ojcowski 2022: ile dni, ile płatny, wniosek, dokumenty
Magdalena Drab
przedmioty w 4 klasie
Aktualności
Przedmioty w 4 klasie szkoły podstawowej – jakie i ile?
Ewa Janczak-Cwil
300 plus
Prawo i finanse
300 plus 2022 – dla kogo, kiedy składać wniosek?
Małgorzata Wódz
na komary dla niemowląt
Zdrowie
Co na komary dla niemowląt: co wolno stosować, czego unikać?
Ewa Janczak-Cwil
urwany kleszcz
Zdrowie
Urwany kleszcz: czy usuwać główkę kleszcza, gdy dojdzie do jej oderwania?
Ewa Janczak-Cwil
Bon turystyczn atrakcje dla dzieci
Czas wolny
Bon turystyczny – atrakcje dla dzieci, za które można płacić bonem
Ewa Janczak-Cwil
300 plus dla zerówki 2021
Aktualności
300 plus dla zerówki w 2022 roku – czy Dobry Start obejmuje sześciolatki?
Joanna Biegaj
rekrutacja do liceum
Wychowanie
Jak wygląda rekrutacja do liceum 2022/2023? Jak dostać się do dobrego liceum?
Joanna Biegaj