Dziecko chore na białaczkę
Adobe Stock
Prawdziwe historie

„Poroniłam w 8 miesiącu ciąży i mój świat się zawalił. Gdyby nie Staś już dawno odebrałabym sobie życie"

„Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa, a dziecko wciąż coś mi powtarzało do ucha, obsypując mnie pocałunkami. Chłopiec mógł mieć ze 4 lata, choć przez śmiertelną chorobę nie ważył więcej niż dwulatek. Ledwo utrzymywałam rozedrgane emocje na wodzy".
Przez osiem i pół miesiąca przemawiałam do niej, opowiadałam, co zastanie, gdy przyjdzie już na świat, kupowałam dla niej ubranka, zabawki i meble. Wszyscy mówili mi, że promienieję. Nie liczyło się dla mnie nawet to, że ojciec Poli zwinął żagle, gdy się tylko dowiedział o ciąży. Miałam świetną pracę w agencji reklamowej, spłacone mieszkanie z jasnym, przestronnym pokojem dla dziecka, no i rodziców, którzy aż palili się do pomocy.

Byłam szczęśliwa i pełna radosnego oczekiwania. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego ciążę nazywa się „stanem błogosławionym”.

Redaktorki Mamotoja.pl o byciu mamą [CHWILA WZRUSZEŃ NA DZIEŃ MATKI]

Mama i siostra były ze mną cały czas

– Nie słyszę tętna płodu – powiedziała zdenerwowana lekarka podczas badania usg dwa tygodnie przed terminem.
Poczułam, że pode mną otwiera się przepaść…
 
Kiedy wyszłam ze szpitala, pierwsze, co zrobiłam, to było poszukanie w łazience żyletek. Od dawna jednak ich nie używałam, więc poszłam do kuchni i chwyciłam najostrzejszy z noży, aby skierować go w swój splot słoneczny. Przeszkodził mi dzwonek do drzwi.
 
– Izuniu, co ty robisz, na Boga?! – mama od razu prawidłowo zinterpretowała obecność wielkiego noża na stole. 
 
Od tego czasu ani przez chwilę nie byłam sama. Mama i siostra mieszkały u mnie na zmianę, pilnując, żebym nie zrobiła sobie krzywdy. 

Po pół roku powiedziałam, że nie życzę sobie dłużej ich obecności. Patrzyły na mnie z niepokojem, lecz byłam nieugięta:
 
– Przysięgam, że nic sobie nie zrobię. Ale sama muszę nauczyć się żyć od nowa…
 
Rzeczywiście porzuciłam myśli o samobójstwie, byłam na to zbyt zrezygnowana. Dni i tygodnie zamieniły się w szarą smugę niewyraźnych obrazów, które nie wywoływały we mnie żadnych emocji. Nie czułam już smutku, ale radości też nie.
Nie obszedł mnie ślub siostry ani awans w pracy.

Trwałam w odrętwieniu, wykonując machinalnie codzienne czynności i strasząc bliskich pustym spojrzeniem. W końcu uznałam, że nie mam ochoty niczego dalej udawać, i zwolniłam się z pracy.
 
– Iza, to co będziesz teraz robić? – zapytała szefowa, która zawsze bardzo mnie wspierała. 
 
– Jesteś świetną graficzką, szkoda marnować taki talent i warsztat.
 
– Będę malować – rzuciłam, wzruszając ramionami. – Kiedyś to bardzo lubiłam.
 
Powrót do dawnej pasji pomógł mi odzyskać nieco równowagi. Miałam spore oszczędności na koncie, bo od śmierci Poli nie kupowałam praktycznie niczego poza podstawowymi produktami żywnościowymi.
 
Mogłabym spędzić w pracowni nawet rok, nie wypuszczając pędzla z dłoni.
 
– Izunia, jakie to piękne! - zachwyciła się moja siostra na widok toskańskiego krajobrazu tonącego w promieniach zachodzącego słońca.

To było najdziwniejsze

Można by się przecież spodziewać, że będę malowała same ponure obrazy, dając ujście zepchniętemu do podświadomości cierpieniu. Tymczasem spod mojej ręki wychodziły nasączone miękkim światłem pejzaże przedstawiające najpiękniejsze zakątki Włoch i Francji, które kiedyś zwiedziłam…

Może malowanie było dla mnie formą psychoterapii, a może po prostu potrzebowałam, by mój dom wypełniły przeniesione na płótna wizje szczęśliwych, spokojnych krain.
 
Zaczęłam rozdawać swoje dzieła znajomym. I właśnie jeden z nich zadzwonił do mnie któregoś popołudnia, gdy cała pochlapana farbą malowałam właśnie wschód słońca na lawendowych polach Prowansji. 

Tych z domu dziecka nikt nie odwiedza

– Iza, miałbym ogromną prośbę – zaczął Piotr. – Wiesz, że jestem onkologiem i pracuję w hospicjum dla dzieci…
 
– Tak – odparłam krótko.
 
– No więc bardzo chciałem, żeby ten twój pejzaż wisiał u nas w jednej z sal i zaniosłem go do hospicjum. I wiesz co? Dzieciaki go uwielbiają! Pomyślałem więc, że może mogłabyś namalować dla nas jeszcze jeden lub dwa obrazy. Oczywiście, pod warunkiem że masz czas, no i w ogóle.
 
– Mam czas – wzruszyłam ramionami. – W zasadzie mam już wyłącznie czas…
 
Rozłączyłam się szybko, bo wzmianka o dzieciach poruszyła coś w mojej poobijanej psychice. Żeby znowu nie dać się depresji, zaczęłam malować te obrazy dla Piotra. Tydzień później mogłam je już zawinąć w papier i zanieść do jego pracy.
 
– Ja do doktora Bąka – przedstawiłam się w dyżurce pielęgniarek. – Przyniosłam obrazy.
 
– Zaraz go zawołam – kobieta ubrana nie w sterylny, biały fartuch, ale w sukienkę w wesołą kratkę zniknęła w korytarzu. 
 
Zauważyłam, że nikt z personelu nie nosił szpitalnych ubrań. Wnętrze hospicjum także w niczym nie przypominało szpitala. Łóżka były tu drewniane, nie metalowe, a pościel na nich kolorowa. Żółte ściany ktoś ozdobił wizerunkami postaci z bajek, a krzesełka w sali jadalnej miały na siedziskach poduszki w kształcie rybek i krabów. 
 
Przez otwarte drzwi jednej z sal widziałam, jak dzieci siedziały na puszystym dywanie i grały w jakąś grę planszową. Wszystkie były normalnie ubrane – żadnych pasiastych piżam ani flanelowych szlafroków, jak się spodziewałam.
 
– Wszystkie umierają – powiedział Piotr, kiedy znaleźliśmy się już w jego gabinecie. – Trafiają tu tylko dzieci z najgorszymi rokowaniami. Staramy się, żeby ostatnie tygodnie życia spędziły w miarę przyjemnie i w poczuciu bezpieczeństwa. 
 
– Ich rodzice przychodzą codziennie? – zainteresowałam się, bo widziałam sporo dorosłych osób krążących po budynku.
Wszystkie miały ten sam wyraz cierpienia zamaskowanego sztucznym ożywieniem na twarzach. Czułam, że ich dzieci były bardziej pogodzone ze zbliżającą się śmiercią niż oni…
 
– Tak, niektórzy przychodzą tu każdego dnia, inni wynajmują pokoje w budynku obok. Pomaga im fundacja. Ale jesteśmy też jedyną placówką tego typu, do której trafiają dzieci z domów dziecka. To dopiero jest dramat! – westchnął głęboko.
 
Piotr musiał wracać do małych pacjentów, wziął więc moje obrazy i poszedł je pokazać. Ja odmówiłam udziału w tej prezentacji. Ledwo utrzymywałam rozedrgane emocje na wodzy.
 
Kiedy szłam korytarzem, zauważyłam, że w hospicjum są też sale dla dzieci leżących. Tu także pościel była kolorowa, 
a ściany pomalowane na ciepłe kolory, ale już blade twarzyczki z ogromnymi, podkrążonymi na sino oczyma i pozbawione włosków głowy spoczywające we wgłębieniach poduszek bezlitośnie przypomniały, że to nie jest zwykły szpital…
 
– Mama! – usłyszałam nagle jakiś cieniutki głosik za sobą. 
 
– Mamusia! Przyjechałaś nareszcie! Tak się stęskniłem!
 
Odwróciłam się odruchowo i zobaczyłam małego, chudziutkiego chłopca pędzącego z naprzeciwka. Rozejrzałam się, kogo woła, ale stałam tam tylko ja.
 
– Mamunia! – nim zdążyłam zareagować, malec wpadł na mnie z wyskokiem. 
 
Żeby zapobiec zderzeniu i upadkowi, instynktownie złapałam go w pasie i obróciwszy się wokół własnej osi, uniosłam na wysokość piersi. Wciąż oszołomiona poczułam, jak ciepła, całkowicie łysa główka przywiera do mojego policzka, a drobne ciałko dosłownie próbuje się wtopić w moje ramiona.
 
– Mamuniu! – szeptał chłopczyk. – Wiedziałem, że przyjedziesz, wiedziałem…

Długo nie mogłam się potem uspokoić

Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa, a dziecko wciąż coś mi powtarzało do ucha, obsypując mnie pocałunkami.
Chłopiec mógł mieć ze cztery lata, choć przez śmiertelną chorobę nie ważył więcej niż dwulatek. Gdy na moment się odchylił, przejrzałam się w ogromnych, czekoladowych oczach pozbawionych rzęs – i nagle poczułam, że za chwilę zacznę wyć. 
 
Ostrożnie postawiłam malca na ziemi i z ulgą dostrzegłam pielęgniarkę idącą ku nam szybkim, nerwowym krokiem.
 
– Stasiu, chodź ze mną, czas na podwieczorek – powiedziała szybko, łapiąc go za rękę.
 
– Nie! Moja mama przyjechała! – krzyknął rozpaczliwie malec, nie puszczając mojej dłoni. 
 
– Mama zaczeka na ciebie, aż zjesz – pielęgniarka miała na twarzy wyraz udręki pokryty wymuszonym uśmiechem. – Chodź. 
 
– Mamusiu, zaczekasz tu na mnie? – ufne, brązowe oczy wpiły się w moją duszę. – Potem pokażę ci moją salę i zabawki. Zagramy w domino i poczytamy „Kubusia Puchatka”, dobrze? Mamo? Dobrze?
 
Spojrzałam spanikowana na pielęgniarkę, która wyglądała jak ucieleśnienie cierpienia i bezradności. Złapała mój pytający wzrok i podbródkiem wskazała mi dyżurkę. Zza jej blatu właśnie wychodziła druga kobieta, wyraźnie spiesząca mi na pomoc.
 
– Idź, Stasiu, z ciocią Aliną – powiedziała ta, która właśnie nadeszła. – Twoja mama musi wypełnić dokumenty. Proszę za mną – zwróciła się do mnie, a ja poczułam, jak malutka ciepła rączka wysuwa się z mojej dłoni i do oczu nabiegły mi łzy.
 
– Co tu się stało? – wyszeptałam, drżąc z emocji na całym ciele. – Czy ja jestem podobna do mamy tego chłopca?
 
– Nie mam pojęcia – odparła kobieta, wskazując mi krzesło. 
 
– On jest z domu dziecka. Matka trafiła do więzienia, kiedy miał siedem miesięcy, ojciec nieznany. Kiedy go zdiagnozowano i umieszczono tutaj, dali matce przepustkę, żeby mogła odwiedzić Stasia… 
 
– A więc ją zna – wyrwało mi się. – Dlaczego zatem…
 
– Niech mi pani da skończyć – rzuciła niegrzecznie kobieta.
 
– No więc prosto spod więzienia matka pojechała na dawną metę, gdzie przez trzy dni zajmowała się robieniem dobrze facetom w zamian za alkohol i narkotyki. Kiedy ją znaleźli, nie wiedziała, jak się nazywa. Wróciła za kraty, ale jej adwokat napisał łzawe pismo z prośbą o kolejną przepustkę, bo osadzona tak bardzo pragnie zobaczyć jedyne dziecko, zanim ono umrze na nowotwór. I historia się powtórzyła. To był tylko pretekst, żeby się wyrwać z więzienia i naćpać. Dla niej syn znaczy mniej niż śmieć.
 
– To straszne! – jęknęłam wstrząśnięta. – Więc on… Nigdy jej nie poznał? Ale cały czas czeka, że mama go odwiedzi?
 
– Właśnie – skinęła głową z ciężkim westchnieniem. – Widzi pani, on ma wyrok. Trzy, może cztery miesiące… Dlatego nie powiedzieliśmy mu, że mama nigdy nie przyjedzie. Uważamy, że ta nadzieja to wszystko, co ten biedny dzieciak ma. Dlatego nie powiedziałyśmy mu teraz, że się pomylił. Że to nie mama.
 
– Ale co zrobicie, kiedy skończy się podwieczorek? – nagle ogarnęło mnie przerażenie. – Przecież on myśli, że mama, czyli ja, będzie tu czekać, a potem zostanie z nim na dłużej. Co mu powiecie?
 
– Coś wymyślimy – zagryzła wargę. – Że mama musiała nagle wyjechać, ale bardzo go kocha. Może powiemy mu, że jest policjantką i musi walczyć z przestępcami, albo coś podobnego. Pani może już iść.

Nadal stałam jak słup soli

– I jeśli nie chce się pani narażać na takie sytuacje – dodała – radziłabym nie zaglądać do nas przez najbliższe miesiące…
 
Kiedy zrozumiałam, co ma na myśli, nie mogłam dłużej tamować łez. Siedziałam tam i ryczałam przy tej obcej kobiecie, która nawet nie pytała, o co mi chodzi.
 
Łkałam, opłakując obcego, śmiertelnie chorego chłopca, swoją nienarodzoną córkę i siebie samą, bo ja też w jakimś sensie umarłam tego dnia, gdy nie wykryto tętna Poli… Nie wiem, ile to trwało, ale kiedy łzy obeschły, już wiedziałam, czym się zajmę przez najbliższe miesiące.
 
– Naprawdę chce pani to zrobić? – pielęgniarka patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i niedowierzania. – Wie pani, że to będzie straszliwie trudne? Trudniejsze od wszystkiego, co dotąd pani przeszła.
 
– To nie ma znaczenia. Potrafię żyć z bólem – odpowiedziałam, a potem umyłam twarz, przeczesałam włosy i poszłam pod salę jadalną.
 
– Mamunia! – Staś wybiegł z jadalni pierwszy i skoczył mi na szyję. – Mieliśmy kanapki z dżemem i jabłko – oznajmił mi radośnie. – Chcesz teraz zobaczyć moje zabawki?
 
– Jasne, synku! – dałam się wziąć za rękę i poprowadzić długim korytarzem. 

Wierzę, że Staś i Pola bawią się tam razem

Przechodząc obok gabinetu Piotra, pochwyciłam jego spojrzenie. Nie mogłam go rozszyfrować. Patrzył na mnie z wdzięcznością czy raczej z niepokojem? A może z jednym i drugim?
 
– Za dziesięć minut gasimy światło – pielęgniarka wsunęła głowę przez drzwi akurat, kiedy kończyłam rozdział o brykającym Tygrysku. – Rodzice wrócą do was jutro po obchodzie i zabiegach. Dajcie im buzi i powiedzcie dobranoc.
 
– Pa pa, mamusiu – szepnął Staś, gdy pochyliłam się, żeby go otulić kołdrą w biedronki. – Wiesz… ja bardzo się bałem… – wyznał nagle. – Ale już się nie boję. Widziałem, jak umarł Krzyś i Łucja, i jeszcze Andzia, która bardzo płakała… Ale jak będziesz siedzieć wtedy koło mnie, to nie będę się bał.
 
– Będę przy tobie każdego dnia – obiecałam, tłumiąc odruch pociągnięcia nosem. – Już nigdy nie zostawię cię samego, kochanie. Będę z tobą, synku.
 
– To dobrze, mamo… – mruknął sennie, przytulając się do mojej dłoni jak do maskotki.
 
Uklęknęłam przy jego łóżku i zabrałam rękę, dopiero gdy głęboko zasnął. Dokładnie tak samo jak jedenaście i pół tygodnia później, kiedy zamknął oczka, by więcej ich nie otworzyć. 
 
Czy płakałam? Tak, długo i głośno. Ale w końcu umyłam twarz, przeczesałam włosy i zajęłam się kończeniem konspektu na kolejny dzień. Od jakiegoś czasu prowadziłam w hospicjum zajęcia plastyczne dla dzieci.
 
Oczywiście Staś puchł z dumy, że to jego mama jest nauczycielką i „prawdziwą malarką”, ale to nieprawda, że robiłam to tylko dla niego. Robiłam to, bo to miało sens. I robię nadal, w wolnych chwilach malując pełne słońca obrazy lawendowych pól i zielonych wzgórz.
 
Wierzę, że gdzieś tam są takie wzgórza i łąki, na których Staś bawi się z Polą i innymi dziećmi, które już nigdy nie odczują bólu ani strachu. Dlatego moje pejzaże zawsze są takie pogodne.
 
Izabela, 32 lata

Czytaj także:
Kobieta, która kłóci się z pasierbicą
Adobe Stock, Syda Productions
Prawdziwe historie
„Córka mojego męża mnie nienawidzi i oskarża o rozbicie rodziny. Smarkula mści się i zatruwa mi życie"
„Nie masz prawa mi rozkazywać, nie jesteś moją matką! – Sylwia, nastoletnia córka Jurka, robiła dosłownie wszystko, żeby mnie do siebie zrazić. Nie spodziewałam się, że Sylwia aż tak da mi w kość. Przecież ja nie chcę zastąpić jej matki".

Stanęła w sobotę na progu objuczona plecakiem. Nie raczyła nam wyjaśnić, dlaczego wyprowadziła się od matki i postanowiła zamieszkać z ojcem. No i ze mną, żoną nr 2.   Wychodząc za mąż za ojca dwójki dzieci, naturalnie zdawałam sobie sprawę, że będą one częścią mojego życia. Właściwie nie miałam nic przeciwko temu. W głowie przewijał mi się familijny film…   Grałam w nim rolę ich przyjaciółki i opiekunki. Nie miałam zamiaru zastępować im matki, ale na pewno brakowało mi też zadatków na złą macochę. Nie jestem młodą dzierlatką, mam poukładane życie i zasady, którymi się kieruję. Nie czuję zazdrości o to, że Jurek kocha swoje dzieci i chce z nimi spędzać czas. Okazało się jednak, że to nie mnie, a potomstwo gnębiła zazdrość o względy ojca. Nie było mi łatwo nawiązać z nimi przyjacielskich kontaktów.    W końcu udało mi się jako tako zaprzyjaźnić z ośmioletnią Antosią, jednak jej siostra wciąż stanowiła ogromne wyzwanie. Nie chciała mieć ze mną nic wspólnego i już. Dlatego bardzo się zdziwiłam, kiedy dowiedziałam się, że Sylwia postanowiła z nami zamieszkać.   Zaniepokojony Jurek zadzwonił do mamy Sylwii, żeby dowiedzieć się, o co tu chodzi.   – Pokłóciły się i Sylwia uciekła z domu. Dobrze, że do nas! Zbuntowanej nastolatce mogą wpaść do głowy całkiem inne pomysły – wyjaśnił, odkładając komórkę.   – Zamieszka z nami? – spytałam, patrząc na szczelnie zamknięte drzwi do małego pokoju, w którym mieszkały dzieci podczas pobytów w naszym domu.   – Na razie tak. Chyba nie masz nic przeciw temu? Muszę z nią porozmawiać, przemówić jej do rozumu. Powinna zdecydować, gdzie chce mieszkać, no i musi w końcu zacząć zachowywać się odpowiedzialnie. Uśmiechnęłam się. Odpowiedzialnie! Pamiętałam jeszcze swoje nastoletnie zrywy,...

Wściekły chłopiec
Adobe Stock, Tatyana Gladskih
Prawdziwe historie
„Oddaliśmy syna do domu dziecka, bo chciał zgwałcić swoją siostrę. Przegrałam jako matka"
„Podjęliśmy decyzję, że dla dobra Joasi i naszego spokoju musimy oddać Marka do domu dziecka. Cały dzień tłumaczyłam mu swoją decyzję, łudząc się, że może nagle się ocknie, uśmiechnie jak dziecko albo rozpłacze i przeprosi. On jednak tylko patrzył na mnie chłodnym wzrokiem. Nie powiedział nic".

Patrzyłam, jak odchodzi korytarzem, modląc się, żeby choć raz spojrzał na mnie. „Jeśli się odwrócisz, powiesz, że przepraszasz, że wszystko się zmieni, jeszcze cofnę tę przeklętą decyzję. Tylko to powiedz!” – myślałam. Ale nie obejrzał się ani razu. Zamiast jego zapewnień usłyszałam pytanie dyrektorki:   – Wejdzie pani na kawę?   – A powie mu pani, że czekam? – odpowiedziałam.   – Nie. Już państwo zdecydowali, że Marek wraca do domu dziecka. Nie można mieszać mu w głowie. Klamka zapadła.   – Tak, ale… Boże… – schowałam twarz w dłoniach.   Ta kobieta miała rację. Po dwóch latach walki o Marka podjęliśmy tę najgorszą, najtrudniejszą ze wszystkich życiowych decyzji. Oddaliśmy go z powrotem do domu dziecka, wiedząc, że w wieku 11 lat ma nikłe szanse na znalezienie rodziny, która zechce się nim zaopiekować. A jeśli nic się nie zmieni, to za dwa lata ten ciemnowłosy chłopczyk trafi do poprawczaka. I będzie, jak jego ojciec i dziadek, zdemoralizowanym wyrzutkiem społeczeństwa. Zależało nam na adopcji rodzeństwa W progu przywitała mnie Joasia. Dygotała na całym ciele.   – Odwiozłaś go? – zapytała.   – Tak – kucnęłam przy niej.   Uchodziła za bardzo wysoką ośmiolatkę, teraz jednak wydała mi się taka malutka. Malusieńka… Przyciągnęłam ją do siebie, próbowałam przytulić, ale nie pozwoliła mi na to. Odsunęła się ode mnie, odwróciła plecami i poszła do swojego pokoju.  Przemknęło mi przez głowę, że zachowuje się jak jej brat . Po chwili usłyszałam szczęk klucza w zamku i silne pchnięcie wiecznie zacinających się drzwi.   – Trzeba je będzie naprawić – stwierdził nienaturalnie lekkim tonem mój mąż. – Kupiłem mleko. Asiu, robimy...

smutne dziecko
Adobe Stock, luckybusiness
Prawdziwe historie
„Moja 17-letnia córka wpadła. Musieliśmy zająć się wnuczką, bo młoda mama wolała imprezy i alkohol"
„Myśleliśmy, że Natalia zmądrzała. Odpuściła imprezy, alkohol na rzecz dziecko... niestety do czasu. Coraz częściej wracała do domu tylko na kilka godzin, albo była pijana. Strach było zostawić z nią wnuczkę".

Natalia to nasza najmłodsza. Urodziła się późno: Witek miał wtedy 17 lat, Ewelina 15. No, nie była planowana, to fakt… Jednak gdy pojawiła się w naszym domu, od razu podbiła serca wszystkich. Pewnie dlatego tak ją rozpieściliśmy. I o ile z synem i starszą córką nigdy nie mieliśmy większych problemów, to Natalka zawsze była zbuntowana i wymagała więcej uwagi niż reszta.    Oczywiście, to nasza wina, że pozwalaliśmy jej na więcej niż należało, ale była pełna wdzięku i śliczna jak laleczka. Rodzina i wszyscy znajomi się nią zachwycali. Co chciała, to natychmiast dostawała. Nawet jeśli ja ani mąż jej tego nie daliśmy – rodzeństwo albo ciocie natychmiast nas w tym wyręczały. Natalka nawet nie miała z kim rywalizować, bo różnica wieku między nią a starszymi dziećmi była tak duża, że zawsze jej ustępowały. Robiła, co tylko chciała, i nie liczyła się z nikim Kiedy Witek i Ewelina wyprowadzili się z domu, Natalka miała 9 lat. Bardzo przeżyła fakt, że brat i siostra założyli własne rodziny, że to nie ona jest teraz dla nich najważniejsza. Chcieliśmy z mężem jej to jakoś wynagrodzić i to był nasz kolejny błąd. Natalka już i tak była wystarczająco rozpieszczona; należało raczej uczyć ją życia, a nie nadal chronić przed rozczarowaniami. Wkrótce zorientowaliśmy się, jaką krzywdę zrobiliśmy i jej, i sobie.   Okazało się, że nasza śliczna, najmłodsza córka nie stosuje się do żadnych reguł. Zawsze robiła, co chciała, i jakiekolwiek próby zmuszenia jej do tego, żeby wypełniała swoje obowiązki, spełzały na niczym. Uczyła się słabo, a jedyne, co ją interesowało, to ciuchy i zabawa. I choć wiedzieliśmy, że nie robimy dobrze, zgadzaliśmy się na to. A raczej – nie byliśmy dość stanowczy, żeby się jej sprzeciwić.   Rezultaty były łatwe do przewidzenia. Natalka po gimnazjum poszła do...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj