Nie chcę mieć kontaktu z synem
Adobe Stock
Prawdziwe historie

„Porzuciłem syna wkrótce po narodzinach. Po latach zapragnąłem go poznać. To, co z niego wyrosło, mnie zszokowało”

Żeby wszystko było jasne: nie byłem skończonym sukinsynem i przez te lata płaciłem alimenty, ale korespondencję z kraju wyrzucałem do kosza. Może to, kim stał się Grzesiek, to wina braku ojca w domu?

Dziś rano, zanim jeszcze wyszedłem do pracy, zadzwonił telefon. Spojrzałem na wyświetlacz, zobaczyłem napis „Grześ” i ręka zastygła mi w powietrzu. Nie miałem ochoty na rozmowę z synem. Mówiąc szczerze, chyba chciałbym o nim zapomnieć…

Czy to prawda, że wnuki kocha się bardziej niż własne dzieci?

Jak kiedyś, kiedy był jeszcze wrzeszczącym niemowlakiem

Wtedy miałem niewiele ponad 20 lat, więc młody wiek mógł mnie usprawiedliwiać, przynajmniej we własnych oczach. Teraz jestem poważnym biznesmenem, zarządzającym sporą firmą budowlaną. Zatrudniam lub zwalniam kilkunastu ludzi rocznie, prowadzę negocjacje finansowe z całkiem grubymi rybami, a wychodzi na to, że obawiam się rozmowy z szesnastolatkiem. Telefon dzwonił, nalałem sobie kawy i usiadłem w fotelu. Spojrzałem na zegarek, było trochę po ósmej.

– Gówniarz, powinien być w szkole o tej porze – mruknąłem.

Jako ojciec, wyraźnie się nie sprawdzałem od samego początku. Grześ nie skończył jeszcze roku, kiedy zostawiłem go z jego matką. Świat stał przede mną otworem, byłem młody, pełen pomysłów i kula u nogi w postaci żony i dzieci była ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem. Tak to wtedy widziałem. Zerwałem się z uwięzi jak balon ze sznurka, i jak balon dałem się ponieść wiatrowi.

Wylądowałem aż w Hiszpanii, poznawałem nowych ludzi, kraj, kulturę, ale nade wszystko, „robiłem kasę”.

W wieku 40 lat byłem ustawiony, ale czegoś zaczęło mi brakować...

Zrobiłem rachunek sumienia i wyszło mi, że jestem sam jak palec. Nie miałem przecież rodziny, którą w przeszłości uznałem za niepotrzebną. Żeby wszystko było jasne: nie byłem skończonym sukinsynem i przez te lata płaciłem alimenty, ale korespondencję z kraju wyrzucałem do kosza. Z czasem listy przestały przychodzić i prawie zapomniałem o „błędach młodości”.

Ale dopadł mnie kryzys wieku średniego. Coraz bardziej uwierały niezałatwione sprawy, więc wziąłem byka za rogi i tym razem ja napisałem do syna. Odpowiedział, i to szybko. Jego matka wyszła za mąż, czemu się nie dziwię, bo była atrakcyjną kobietą. Wychowywał się więc w pełnej rodzinie, ale tęsknił za prawdziwym ojcem, czyli za mną.

Miło było się poczuć komuś potrzebnym. Nawiązaliśmy kontakt, który zaowocował planami wspólnie spędzonych wakacji. Postanowiłem, że urządzimy wyprawę na łono natury, (od razu przyszły mi na myśl Bieszczady), bo w trudnych warunkach nawiązują się prawdziwe męskie przyjaźnie. Pamiętałem harcerskie obozy; nocne alarmy, podchody, mycie menażek w zimnym strumieniu. Każda czynność nabierała nowego znaczenia, nawet obieranie ziemniaków.

Wszystko to uczyło nas odpowiedzialności za swoje czyny i bardzo szybko pokazywało konsekwencje naszych działań.

Uznałem, że nie ma nic lepszego dla chłopaka w wieku Grzesia

Sam tak się podekscytowałem przygotowaniami, jakbym miał znowu naście lat. Już zimą zacząłem kompletować ekwipunek i nawet to okazało się przygodą: sprzęt turystyczny produkowany jest w tylu odmianach i rodzajach, że przyprawia o zawrót głowy! Nie żałowałem pieniędzy, więc ekwipunek był najwyższej klasy i od biedy, nadałby się nawet na wyprawę w Himalaje.

Po zapakowaniu zajął mi pół samochodu, ale czego tam nie było, nawet aparat do uzdatniania wody pitnej! Można było zaczerpnąć wodę ze zwykłej kałuży i po chwili uzyskiwało się idealnie przezroczysty płyn. Super sprawa. Wakacje zapowiadały się wspaniale i z głową pełną marzeń wyruszyłem do rodzinnego kraju.

Mimo GPS-a z trudem odnalazłem adres syna. Tej dzielnicy Częstochowy prawie nie znałem, zawsze uchodziła za dość podłą. Podjechałem pod odrapaną kamienicę, która nie rozleciała się do tej pory chyba tylko dzięki pijaczkom, którzy wytrwale ją podpierali. Nie miałem ochoty wchodzić do środka, więc zadzwoniłem na komórkę Grzesia.

Po chwili z ciemnej bramy wyłoniło się dwóch młodzieniaszków

Jeden z nich dołączył do grupy meneli, drugi, ruszył w moją stronę. Kaptur od dresu zacieniał mu twarz, więc mogłem się tylko domyślać, że to mój syn, a nie lokalny łowca haraczów. Kołysząc się na boki, podszedł do samochodu.

– Siema! – powiedział.

Nie tak wyobrażałem sobie to powitanie. Otworzyłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz. Delikatnie zsunąłem synowi z głowy kaptur i trzymając dłonie na jego ramionach zrobiłem krok w tył, aby mu się lepiej przyjrzeć. Chłopak przejął delikatne rysy swojej matki, ale poza tym przypominał mi mnie, kiedy byłem w jego wieku. Chyba się wzruszyłem, bo nie myśląc wiele, przygarnąłem go do siebie. Grześ wykonał jednak szybki unik i nie kryjąc oburzenia, powiedział:

– No co ty… – i po chwili z wyraźnym trudem dołożył – …tata.
– Witaj… synu – wykrztusiłem więc przez ściśnięte gardło i starając się opanować wzruszenie, dorzuciłem niedbale: – Spakowany?
– Wejdziesz na górę? – spytał nasuwając kaptur na głowę.
– Nieee… Obgadaliśmy z mamą wszystko przez telefon. Lepiej się zbierajmy, jak chcemy dziś dotrzeć w Bieszczady.
– Eeee... – zaczął nieskładnie. Nastąpiły pewne zmiany.
– Mama zmieniła zdanie? – przerwałem mu zaniepokojony.
– Nie, men, ona się nawet cieszy, że się mnie pozbędzie na jakiś czas. Chodzi o to, że my nie chcemy jechać w jakieś tam... Bieszczady!

Syn miał inną wizję świata i naszej wyprawy

Zdębiałem.

– Jacy „my”?
No, właśnie, men. Chciałem, żeby Rafał z nami jechał – wskazał wysuniętym podbródkiem w stronę koleżki podpierającego mur.
– Będzie weselej.
– Weselej? – powtórzyłem, jakby nie rozumiejąc, o co chodzi, a uczucie rozczarowania narastało we mnie lawinowo.
– No – potwierdził. – Nie będę się nudził.
– Nie będziesz się nudził? – powtórzyłem jak echo, zupełnie oszołomiony. - Przecież umawialiśmy się od pół roku na wspólną wyprawę!

– No i jedziemy. Nie rozumiem, o co ci chodzi? Musisz być trochę bardziej elastyczny, men. Świat popierdala do przodu!
– Nie wyrażaj się! – tyle miałem do powiedzenia.

No i pojechał z nami młodociany przestępca

Stał przede mną 16-letni szczyl i robił mi wykład z życiowych mądrości, zaczerpniętych z tekstów debilnych piosenek, a ze mnie coraz bardziej uchodziło powietrze. Jeszcze próbowałem paru wybiegów, ale byłem już tak podłamany obrotem sytuacji, że szybko zabrakło mi argumentów.

Grześ był za to bardzo dobrze przygotowany do negocjacji: pozwolenie na wyjazd Rafała, podpisane przez matkę, spoczywało, pewnie zupełnie przypadkowo, w tylnej kieszeni jego spodni, obydwaj byli już spakowani, rodzice byli uprzedzeni. No i wyruszyliśmy na „naszą” wyprawę: ja, mój syn i młodociany przestępca o imieniu Rafał.

Mimo mojego sprzeciwu, jechaliśmy w odwrotnym kierunku, czyli nad morze. Dlaczego właśnie tam? „Bo tam jest czadowo, men”.

Nie rozmawialiśmy za wiele

Chłopaki zmienili stację radiową i z głośników dobiegało teraz basowe dudnienie, zagłuszające myśli. Właściwie, odkąd syn wkroczył w moje życie, miałem mętlik w głowie. Nic nie przebiegało tak, jak sobie zaplanowałem, ba, większość rzeczy robiłem wbrew sobie!

Dosyć długo to trwało, zanim zorientowałem się, jak sprytnie pogrywa. Ale na razie było „cool”. Przynajmniej dla chłopaków. Na noc zatrzymaliśmy się w przydrożnym motelu, bo jak się okazało, Rafał nie miał śpiwora.

– Spoko, men! – usłyszałem.

Potem mała awantura o piwo, którego kupna im odmówiłem.

– Wyluzuj, kolo! – zabrzmiało jak komenda.

Rano trochę spokoju, bo chłopaki nie mogli się dobudzić, a potem znowu techno-trans w samochodzie. Przy obiedzie dyskusja(!) na temat wypasionej bryki, która właśnie zaparkowała przed barem i znów mała kłótnia o cel podróży. Ja optowałem za dziką plażą, na zachodnim wybrzeżu, a chłopaki za Kołobrzegiem, który jak wiadomo, jest „cool”. Tym razem byłem uparty i Grześ musiał uruchomić cały swój intelekt, żeby mnie przekonać.

– Nie słyszałeś o Wale Pomorskim? Polscy żołnierze przelewali tam krew za naszą wolność – nadawał jak zawodowy przewodnik. – A już Kołobrzeg to była prawdziwa jatka. Powinniśmy to zobaczyć, men!

Chłopaki wyciągnęli mnie na imprezę techno

Byłem pewien, że zasób jego słów jest ograniczony do paru podstawowych zwrotów, więc ten zalew informacji zaszokował mnie na tyle, że zgodziłem się na Kołobrzeg. Może to i ciekawsze dla chłopaków niż sama plaża? Poza tym poznają trochę historii… Chłopcy upierali się, że trzeba gnać do Kołobrzegu, bo tam to „dopiero jest”…

Okazało się, że spieszymy na... imprezę techno! Miasto, pełne rozhisteryzowanych panienek i napakowanych sterydami kolesiów, zatłoczone było szpanerskimi samochodami, które z rykiem silników pokonywały krótkie odcinki drogi między jednym czerwonym światłem a drugim. Wszędzie tłumy i nieustanny basowy rytm.

Na dodatek pogoda dotąd piękna, zepsuła się definitywnie i deszczowe chmury przykryły całe niebo. Udało nam się cudem wbić na jakiś kemping i ledwie rozłożyliśmy namiot, zaczęło padać i lało już do końca dnia. Moi podopieczni dostali małpiego rozumu i przemoczeni włóczyli się po polu namiotowym, a ja skulony w śpiworze, zastanawiałem się, co tu robię – zmęczony, brudny i przemoczony, pośrodku nieustannego łomotu, wrzasku i przekleństw małolatów?

Głowa mi pękała i chyba zasnąłem, bo kiedy otworzyłem oczy, czując, że ktoś szarpie mnie za ramię, już świtało. Nade mną klęczał Rafał.

– Pan się obudzi – powtarzał. – Pan się obudzi!

W namiocie było już na tyle jasno, bym zobaczył, że z Rafałem nie ma mojego syna. Od razu się rozbudziłem.

– Gdzie Grześ? – spytałem znienacka, łapiąc wyciągniętą rękę chłopaka.
– Niech się pan uspokoi – pisnął wystraszony Rafał. – Nic mu się nie stało… Pilnowałem go.
– Tak? No więc, gdzie jest?
– Noo… trochę przeholował z piwem. Nie mogłem go donieść do namiotu… Przepraszam.

Nie wiem, za co mnie przepraszał: czy za to, że nie dopilnował kolegi, czy za to, że go nie mógł donieść. W każdym razie to „przepraszam” było wzruszające i nadzwyczajnie mnie uspokoiło. W końcu nic wielkiego się nie stało.

Każdy ma przecież na koncie pierwsze doświadczenia z alkoholem, które różnie się kończyły

Tak sobie pomyślałem przez chwilę, ale kiedy zobaczyłem swojego syna, leżącego w przydrożnym rowie, pośród puszek po piwie i kawałków papieru toaletowego, kiedy poczułem od niego smród uryny i piwska, musiałem przysiąść na piętach i parę razy głębiej odetchnąć.

– Głupie gnojki! – krzyknąłem, odwracając się do Rafała. – Trzeba się było urżnąć we własnej bramie, po cholerę ciągaliście mnie przez pół Europy? Zbieramy graty i wracamy tam, gdzie wasze miejsce!

Mój wybuch gniewu był nagły i chłopak aż pobladł ze strachu.

– Przepraszam… pana – wydukał, cofając się o krok. – Ja naprawdę chciałem zobaczyć morze.

Jego lęk mnie otrzeźwił. Co ja robię najlepszego, wyżywając się na Bogu ducha winnym dzieciaku, który jest trzeźwy i w dodatku cały czas opiekował się kolegą? Zaryzykował nawet spotkanie ze mną, choć mógł podejrzewać jak zareaguję. Rafał był w porządku.

– Nie widziałeś jeszcze morza? – spytałem już spokojnym głosem.

Przecząco pokręcił głową. Spojrzałem na niego, potem na syna zamroczonego alkoholem. Pomyślałem: temu i tak wszystko jedno, a my możemy sprawić sobie małą przyjemność. Z odrazą wziąłem Grzesia na ręce i zaniosłem do namiotu. Zasunąłem wejście i skinąłem ręką na Rafała.

– Chodź – powiedziałem. – Idziemy nad morze.

Wiem, że płacenie alimentów to za mało

Udało nam się obejrzeć wschód słońca, choć zaraz potem skryło się za chmurami. Posiedzieliśmy na plaży, posłuchaliśmy fal, pomilczeliśmy. Przez głowę przemknęło mi, że właśnie coś takiego chciałem przeżyć z własnym synem... Potem spakowaliśmy, co było do spakowania i bez zbędnych przystanków pognałem z powrotem.

Było po wyprawie i do dziś pamiętam niesamowitą ulgę, którą czułem, widząc we wstecznym lusterku chłopięcą postać i odrapaną elewację częstochowskiej kamienicy…

– Dzwoń sobie do upojenia – powiedziałem teraz do milczącego już telefonu.

Odstawiłem kawę i poszedłem do garażu, żeby wreszcie wyjechać do firmy. Dobrze wiem, że jestem sukinsynem i że płacenie alimentów to za mało… Jednak jakoś z tym będę żył. Inaczej nie dam rady. Wiem, że to, kim stał się Grzesiek, może być moją winą. Nie było mnie, żeby wprowadzać dyscyplinę, nie było mnie też, żeby wprowadzać go w męski świat. Musiał to wszystko zrobić na swoją rękę. Współczuję mu, ale jednak nadal nie dorosłem do tego, żeby być ojcem.

Michał, lat 42

Czytaj także:

Kobieta, która ma depresje poporodową
Adobe Stock, Syda Productions
Prawdziwe historie
„Przy pierwszej ciąży czułam się jak więzień, a druga była torturą. Dzieci płakały, a ja nie mogłam wstać z łózka. Miałam depresję”
„Nadeszły smutne, jesienne dni, za oknem deszczowo, a w domu dwoje płaczących dzieci. I ja najczęściej siadałam pomiędzy nimi i płakałam. Pewnego dnia, gdy mąż wrócił z pracy, w zlewie czekała sterta brudnych naczyń, Kasia ganiała głodna i boso, a malutka Lusia płakała wniebogłosy. Ja nie miałam siły wstać z łóżka".

Pochyliłam się nad kartką z listą świątecznych zakupów i znów poczułam zawrót głowy. Zawsze w okolicy Bożego Narodzenia łapało mnie zaziębienie. A teraz jeszcze zatrułam się śledziami. Musiałam biec do toalety. Po pięciu minutach, blada i z podkrążonymi oczami, byłam gotowa do wyjścia. Moje marzenie o kawiarence – kameralnym miejscu, gdzie ludzie mogą napić się dobrej kawy i porozmawiać o książkach – spełniło się pół roku temu. Wcześniej w moim życiu był czas na inne rzeczy… W drodze do pracy rozmyślałam o minionych latach. Mojego męża poznałam osiem lat temu, od sześciu jesteśmy po ślubie. Kocham Jacka niezmienną miłością, jak przed laty. Pierwsza ciąża była ukoronowaniem naszej miłości. Planowałam spędzić ją aktywnie.  W końcu to ostatni czas, kiedy byliśmy tylko we dwoje. Zaplanowaliśmy każdy weekend wyjazdowo. Jednak ginekolog rozwiał moje marzenia. – Ciąża jest zagrożona. Musi pani leżeć aż do rozwiązania – takie słowa zakrawały wręcz na kpinę! Zmieniłam lekarza. Drugi powtórzył to samo, dodając: – Jak nie zastosuje się pani do zaleceń, grozi pani poronienie. Co było robić? Tych kilka miesięcy okazało się najtrudniejszymi w moim życiu. Leżałam, bezmyślnie wpatrując się w ścianę, bo nawet na czytanie przeszła mi ochota. Każdy kolejny dzień ciąży zaznaczałam w kalendarzu, co najmniej jak więzień, liczący czas do końca odsiadki. Wreszcie nadszedł dziewiąty miesiąc. Lekarz pozwolił mi już chodzić, niebezpieczeństwo dla dziecka minęło. Zakupiłam wyprawkę, poszłam do fryzjera, zarezerwowałam stolik w restauracji na najbliższy weekend. W końcu należało mi się jakieś wyjście z mężem! Nie zdążyliśmy… Urodziłam w połowie tygodnia Od początku zakładaliśmy, że przy dziecku będziemy wszystko robić sami. Nie chcieliśmy korzystać...

Urocza dziewczynka
Adobe Stock, Tortuga
Prawdziwe historie
„Moja 4-letnia córka całuje i lepi się do każdego człowieka. Boję się, że przez to będzie łatwą ofiarą dla jakiegoś zboczeńca"
„Klara ma dopiero cztery lata i ogromną potrzebę bliskości. Zdaje się jednak, że niektórym wydaje się to „nienormalne”. Ona się lubi przytulać. Ludzie zaczynają na mnie patrzeć, jakbym nie okazywała dziecku miłości. Boje się, że przez takie wylewne uczucia moja córka będzie łatwym kąskiem dla jakiegoś zwyrodnialca"

Świadoma zagrożeń, jakie przynosi dzieciom współczesny świat, czuję, że powinniśmy więcej rozmawiać z naszą córeczką o trudnych sprawach. Przecież ciągle słyszy się w telewizji o porwaniach, molestowaniu czy agresji wobec małych dzieci. Co gorsza, osobami, które stwarzają zagrożenie, okazują się nawet ludzie, których powołaniem jest opieka i wychowanie dzieci i młodzieży! Niegodne zachowanie opiekunów przedszkolnych, księży, sióstr zakonnych, nauczycieli, nianiek, pielęgniarek – to smutne fakty.   – W jakim my świecie żyjemy, sama popatrz – dziwiła się ostatnio moja mama. – Uważaj na Klarunię.   Jakbym sama o tym nie wiedziała! Jak chyba każde dziecko, uwielbia ładnych ludzi  Ale jak rozmawiać z czterolatką o zagrożeniach, zboczeniach i temu podobnych sprawach? Nie mam zamiaru jej przestraszyć – i tak jest wyjątkowo wrażliwym dzieckiem. A jednak chcę, żeby miała się na baczności. Szczególnie że nasza Klara jest taką małą flirciarą niemal od urodzenia.   Strzela oczami do każdego wujka i siada na kolanach znajomym męża. Obcałowuje wszystkie ładne ciocie i ogólnie jest całuśna. Taki z niej mały rozkoszny „przytulaczek”. Nie podoba mi się to, ale ilekroć próbowałam z nią rozmawiać, robiła wielkie oczy. Naprawdę nie rozumiała, o co mi chodzi. Miała też swoje argumenty!   – Przecież wujek Paweł to kolega tatusia. Wy się lubicie. I ciągle się odwiedzacie. I się całujecie na przywitanie – tłumaczyła mi ostatnio. – Ja też go bardzo lubię. I ciocię Monisię też. A mówiłaś, że jak się kogoś bardzo lubi, to chce się być blisko tej osoby. To co ja źle robię? – zapytała na koniec bliska płaczu.   A niedawno po jakiejś wizycie mojej koleżanki z pracy zwierzyła mi się:   – Mamo, wiesz, ja ciągle chciałam siedzieć...

Nasze akcje
dziecko na szczepieniu
O szczepieniach

Szczególne znaczenie szczepień przeciw pneumokokom u niemowląt i dzieci w dobie pandemii COVID-19

Partner
Miasteczko Zmysłów 2
Małe dziecko

Odwiedź Miasteczko Zmysłów i poznaj jego atrakcje!

Partner
KINDER Niespodzianka WSCW
Rozwój dziecka

Poznaj świat emocji dziecka! Ruszyła akcja Widzę, Słyszę, Czuję, Wiem

Partner
Polecamy
Porady
ile dać na komunię
Święta i uroczystości

Ile dać na komunię w 2022: ile do koperty od gościa, dziadków, chrzestnej i chrzestnego

Maria Nielsen
Podróż kleszczowy
Poród naturalny

Poród kleszczowy: wskazania, powikłania, skutki dla matki i dziecka

Ewa Janczak-Cwil
co kupić na chrzest
Święta i uroczystości

Co kupić na chrzest? Prezenty praktyczne i pamiątkowe [GALERIA]

Joanna Biegaj
zapłodnienie
Starania o dziecko

Zapłodnienie: przebieg, objawy, kiedy dochodzi do zapłodnienia

Magdalena Drab
400 plus na żłobek
Aktualności

400 plus dla dziecka na żłobek: zasady, warunki, wniosek

Ewa Janczak-Cwil
Pierwsza komunia święta
Święta i uroczystości

Prezent na komunię: pomysły na prezenty modne i tradycyjne (lista)

Magdalena Drab
biegunka w ciąży
Zdrowie w ciąży

Biegunka w ciąży: przyczyny i leczenie rozwolnienia w ciąży i przed porodem

Ewa Janczak-Cwil
Pieniądze na dziecko
Prawo i finanse

Świadczenia na dziecko: co przysługuje po urodzeniu dziecka 2022? [ZASIŁKI, ULGI]

Małgorzata Wódz
Czop śluzowy
Przygotowania do porodu

Czop śluzowy – co to, jak wygląda, kiedy odchodzi?

Joanna Biegaj
plan porodu
Lekcja 2

Plan porodu: jak go napisać, czy jest obowiązkowy? Wzór do druku

Małgorzata Wódz
wyprawka dla noworodka wiosna
Noworodek

Wyprawka dla noworodka: wiosną to obowiązkowa lista! (ubranka i rzeczy do wózka)

Małgorzata Wódz
twardy brzuch w ciąży
Zdrowie w ciąży

Twardy brzuch w ciąży – kiedy napięty brzuch jest powodem do niepokoju?

Ewa Cwil
pozytywny test ciążowy
Ciąża

Pozytywny test ciążowy – co dalej? Kiedy test ciążowy jest fałszywie pozytywny?

Joanna Biegaj
plamienie implantacyjne
Objawy ciąży

Plamienie implantacyjne: co to jest, jak wygląda, ile trwa? Czy zawsze występuje w ciąży?

Małgorzata Wódz
jak ubrać dziecko na spacer
Pielęgnacja

Jak ubrać niemowlę i starsze dziecko na spacer, by nie było mu za zimno ani za gorąco?

Małgorzata Wódz
Pozycje wertyklane do porodu
Poród naturalny

Pozycje wertykalne do porodu: dlaczego warto rodzić w pozycji wertykalnej?

Dominika Bielas
wody płodowe
Przygotowania do porodu

Jak wyglądają wody płodowe? Jak je rozpoznać?

Beata Turska
9 miesięcy w 4 minuty: tak powstaje życie
Przebieg ciąży

Rozwój płodu tydzień po tygodniu – ten film wzruszy każdego!

Joanna Biegaj